Autor: administacja

  • Przychodzi matka zapisać córkę do ginekologa…

    Jakiś czas temu na moim FB przytoczyłam sytuację, której byłam obserwatorką. Matka przyszła, przy okazji bycia w przychodni, zapisać dorosłą córkę do ginekologa. Pani w recepcji zapytała czy córka jest w ciąży, na co matka ze zdziwieniem odparła „Nie, jest studentką”. Mój komentarz był taki, że zdaniem mamy najlepszą metodą antykoncepcji jest studiowanie 🙂 Pod postem była krótka dyskusja, w której jedna z pań stwierdziła, że ona zaprowadziłaby sama taką córkę – studentkę do lekarza po środki antykoncepcyjne. Z pewnością różnica postępowania obu pań wynikała z ich wieku i świadomości. Zaczęłam się zastanawiać jak to z nami – polakami jest, jeśli chodzi o rozmowy na temat płciowości. Zwłaszcza rozmowy między rodzicami i dziećmi.

    Głównym dylematem wielu rodziców jest to, że z nimi nikt o tym nie rozmawiał. I nie mówię tu o seksie ale nawet o dojrzewaniu. Bo jak tu zacząć? Kiedy? Jak o TYM mówić? A może niech się wszystkiego dowiedzą w szkole? Na szczęście coraz więcej rodziców ma świadomość, że dziecko powinno z domu wynieść podstawową wiedzę dotyczącą płci, dojrzewania czy współżycia. Często nie wiedzą jak się do tego zabrać. Oto moich kilka rad.

    Odpowiadać na pytania

    Dzieci dość wcześnie zaczynają dostrzegać różnice płciowe. Zaczynają pytać. Pytania te nie mają żadnego podtekstu, dzieci są po prostu ciekawe. Pytają czemu mama nie ma siusiaka, dlaczego tata nie sika na siedząco, dlaczego babcia ma takie duże piersi, itp. Pytania najczęściej dotyczą cech zewnętrznych. Nie trzeba unikać odpowiedzi i wymyślać niestworzone rzeczy. Dzieciom wystarczą proste wyjaśnienia. Bo ktoś jest chłopcem, a ktoś dziewczynką. Później pojawiają się pytania „skąd się biorą dzieci”. Odradzam wersje przynoszenia, itp. (maluchy twierdzą, że dzieci kupuje się na allegro, w sklepie za 5 zł, przynosi listonosz oraz bardziej znane: bocian, kapusta, słoik). Tu też wystarczy prosta odpowiedź, że mama i tata bardzo się kochają, przytulają i wtedy powstaje w mamy brzuszku dziecko. Jest wiele książeczek dla dzieci, tłumaczących ten temat, warto z nich skorzystać. Zwłaszcza jeśli w rodzinie ma się pojawić kolejne dziecko. Osobiście polecam „Horror, czyli sąd się biorą dzieci” mego ulubionego Grzegorza Kasdepke.

    Dokształcić się

    Jeśli się krępujemy i nie wiemy jak odpowiadać na pytania starszych dzieci, proponują samemu się dokształcić. Jest wiele książkowych pozycji dla rodziców dotyczących rozmów na tematy intymne.

    Nie wstydzić się

    Jeśli sami się krępujemy rozmów dotyczących płciowości to i nasze dzieci szybko przestaną szukać wiedzy u nas. Albo same zaczną się krępować, czując, że jest to tema tabu. Albo poszukają wiedzy w internecie lub u kolegów. A jak wiemy ta wiedza raczej nie jest rzetelna.

    Jeżeli wstydzimy się takich rozmów, poćwiczmy je z partnerem lub koleżanką, zaufaną osobą. Im częściej będziemy o tym mówić tym łatwiejsze zadanie przed nami. Oczywiście chodzi mi o rzeczową rozmowę, dotyczącą faktów, emocji i naszego ciała.

    Brak wiedzy ma katastrofalne skutki

    My się jakoś dowiedzieliśmy, to i nasze dzieci jakoś sobie poradzą. No, nie do końca tak jest. Kiedy my byliśmy młodzi o sprawach dojrzewania, płci i współżycia najczęściej rozmawialiśmy z rówieśnikami, starszym rodzeństwem, może ktoś coś gdzieś usłyszał, obejrzał jakąś gazetę lub film ukradkiem. Dziś pornografia jest na każdym kroku, dostępna na wyciągnięcie ręki. Jeśli nasze dzieci nie zaspokoją głodu wiedzy w domu będą na własną rękę szukały odpowiedzi przed wszystkim w internecie. A tam nie znajdą nic co będzie mówiło o emocjach, o wsparciu czy miłości.

    Dziś dzieci dojrzewają dużo szybciej. Zarówno mentalnie jak i fizycznie. Jeśli nie uprzedzimy ich co się zacznie dziać z ich ciałem i umysłem, w najlepszym razie mogą się przestraszyć. Wielokrotnie podczas wyjazdów harcerskich spotykałam się z tym, że 11, 12 czy nawet 13-letnie dziewczynki nic nie wiedziały o miesiączce, no może poza tym, że mówi się „mam okres”. A właśnie na obozie dostawały ją po raz pierwszy. Na szczęście zawsze znalazła się jakaś zastępowa, przyboczna czy drużynowa, które wytłumaczyła co i jak, ale dziewczynki przeważnie były przerażone. My – dorosłe, doświadczone instruktorki byłyśmy wyczulone na pewne zachowanie młodych nastolatek, które mogły wskazywać o zbliżającym się okresie. Udawało się nam czasami wyprzedzić wydarzenia i porozmawiać z nimi. Zresztą dotycz to nie tylko dziewczynek, bo chłopcy też się krępują, nie wiedząc np. czym są zmazy nocne.

    Nie róbmy naszym dzieciom tego. Nie skazujmy na niekomfortowe doświadczanie dorastania. Nie bójmy się, rozmawiać o współżyciu. Badania dowodzą, że rzetelna wiedza i wychowanie seksualne w rodzinie wcale nie prowadzą do wcześniejszego podejmowania współżycia. Wręcz przeciwnie. Nastolatki z domów gdzie nie straszono, nie zabraniano, ale otwarcie i odpowiedzialne rozmawiano na tematy miłości i seksu, podejmują inicjację seksualną dużo później. Ich świadomość jest większa, są mniej podatni na presję rówieśniczą w tym względzie.

    Wszystko opiera się na relacjach

    Z pewnością rozmowy na takie trudne tematy będą dużo łatwiejsze, jeżeli od urodzenia traktowaliśmy dziecko z szacunkiem, miłością i otwartością. To właśnie relacje oparte na tych filarach pozwalają zaufać sobie nawzajem i czasami powiedzieć „To jest dla mnie trudny temat, ale wiem, że dla Ciebie ważny. Spróbujmy więc porozmawiać. Bądź wyrozumiała a ja postaram się jak najlepiej odpowiedzieć na twoje wątpliwości”

    A wszystkim mamom i sobie, życzę aby pierwsza wizyta córki u ginekologa byłą ich inicjatywą i aby wspólnie przeżyły ją jako ważny moment w życiu.

  • Co z tym Świętym? Jest czy Go nie ma?

    Pracując tyle lat w dziećmi i młodzieżą spotkałam się z różnym podejściem rodziców do Świętego Mikołaja. Od takich, którzy nawet nastolatkom wmawiali, że Święty przynosi prezenty – do takich, którzy nawet nigdy nie wspomnieli o „gościu” swoim dzieciakom. Najczęściej jednak rodzice utrzymują, że Święty Mikołaj istnieje, aż do momentu kiedy dziecko samo temu zaprzeczy lub ktoś inny mu powie, albo do momentu jak samo jakoś się wyjaśni. Więc jak z tym Świętym jest? Sprawa niby błaha, a jednak nie do końca. Cała sytuacja ma kilak aspektów wychowawczych.

    Przede wszystkim wiara w Świętego Mikołaja, Zajączka Wielkanocnego, krasnoludki, Zębową Wróżkę czy inne magiczne istoty jest nieodzownym elementem dzieciństwa. Jest potrzebna dzieciom aby rozwijały wyobraźnię, kreatywność i pomysłowość. Odbierając dziecku ten czas pozbawiamy je kwintesencji dzieciństwa – możliwości patrzenia na świat przez różowe, fioletowe czy tęczowe okulary.

    Dzieci myślą w innych kategoriach niż dorośli. Wiara w Świętego Mikołaja nie przeszkadza w przyjęciu informacji o prawdziwym biskupie, który został świętym. W głowach dzieci to się nie kłóci. Był biskup, który rozdawał ubogim swój majątek, został świętym. A teraz Święty Mikołaj rozdaje prezenty. I cóż w tym dziwnego. Nie bójmy się tej konfrontacji.

    Przychodzi czas, że dziecko zaczyna powątpiewać. Jak to możliwe, że jedna noc i tyle domów. A dlaczego miał buty jak sąsiad? Sama kiedyś zapytałam o to mamę 🙂 Skoro Mikołaj przynosi prezenty, to po co my niesiemy podarunek dla babci? A Krzyś powiedział, że Mikołaja nie ma. Dlaczego prezenty, które miał przynieść Mikołaj znalazłam w pojemniku na pościel w kanapie? Dlaczego na ulicy stało kilku Mikołajów? Pytania, których rodzice się boją. A tak naprawdę nie ma powodu. Jak na nie reagować?

    Po pierwsze nie kręcić. Nie czekać aż znajdzie odpowiedzi u rówieśników lub starszych kolegów. Jeśli dziecko jest już w dość duże wytłumaczyć. Ale jak. Bardzo prosto. Na biegunie mieszka Święty Mikołaj – prawda. Jednak dzieci jest tak dużo, że musi mieć pomocników. Nie jest w stanie kupić wszystkim dzieciom tego o czym marzą, więc pomagają mu w tym dorośli. Każdy chciałby dostać prezent na święta dlatego obdarowujemy nimi tych których lubimy i kochamy. Zresztą możemy pomóc Mikołajowi i prezenty zrobić wspólnie – takie spodobają się dziadkom czy ciociom najbardziej. Banalne? Może, ale wzmacnia naszą więź z dzieckiem. Dlaczego? Nie czuje się ono przez nas oszukiwane. Może trochę inną wersję zdarzeń znało, ale jest już starsze i więcej rozumie dlatego mówimy mu jak jest. Rozwijamy też w ten sposób empatię. Zachęcamy do okazywania uczuć i bycia szczerym. Wpływa to bezpośrednio na naszą rodziców wiarygodność.

    Nie zachęcam do mówienia czego w typie „Wiesz, to bajeczka dla dzieci. Jesteś już duży. Co mam Ci kupić na święta?” To sprawi, że dziecko patrząc na dotychczasowe święta poczuje się rozczarowane, że dawało się nabrać. Radość, ta wewnętrzna, gdzieś pryśnie. Nawet jeśli kupimy najnowszy model telefonu.

    Ja wierzę w Świętego Mikołaja. Ideę obdarowywania się prezentami z przyjaciółmi, bliskimi, rodziną. Przekazywania sobie ciepłą i miłości. Chciałabym aby moja córka czuła magię dobroci, która temu towarzyszy. Czego i Wam życzę 🙂

  • Święta i niemowlak. Jak przetrwać i nie zwariować

    To nasze pierwsze Święta Bożego Narodzenia we trójkę. W zeszłym roku tuż przed Bożym Narodzeniem dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli córeczkę. A jakieś trzy tygodnie później powitaliśmy Mariankę niespodziewanie na świecie. Dla wielu rodziców pierwsze święta ich dziecka są wyzwaniem. I to pod wieloma względami.

    Duża grupa rodziców, a zwłaszcza mam, już na długo przed Świętami nie może się ich doczekać. Ja również do nich należę. Są podekscytowane. Oczekują magicznych i niezapomnianych przeżyć. A kiedy zbliża się już ten czas, zaczynają zauważać coraz więcej problemów i trudności, które mogą zakłócić sielankę.

    Choinka

    Uwielbiam ubieranie choinki, strojenie jej. Światełka i bibeloty zawieszone na gałązkach. Odkąd wyprowadziłam się od rodziców choinkę ubieram tuż po Mikołajkach, a rozbieram przed 2 lutego. W zeszłym roku zastanawiałam się czy 7 miesięczny maluch (nie przewidziałam wcześniejszego porodu), który pełza lub zaczyna raczkować nie zrzuci na siebie choinki. Nie bałam się o bombki, bo u nas na drzewku są jedynie słomiane i robione na szydełku ozdoby, ale innych rodziców ta sprawa również martwi. Więc co zrobić z tą choinką? Z pewnością jeśli zawsze ubieraliście drzewko nie rezygnujcie. Po pierwsze to zmieni nastrój w domu, a po drugie dlaczego dziecko nie miałoby cieszyć się dekoracjami. Jest kilka rozwiązań. Pierwsze to postawić choinkę w miejscu odgrodzonym od dziecka, lub wyżej – może mniejszą. Oczywiście może to spowodować próby wspinania się, itp. Albo… niech stanie tam gdzie zawsze, a Wy spróbujcie wytłumaczyć, że drzewka nie można ciągnąć i pilnujcie malucha (dzieci, które są w stanie się przemieszczać, sporo już rozumieją, ale nie należy im ufać tylko pilnować pilnować).

    Co my zrobiliśmy? Nasza Marianka pełza, ale jeszcze trochę brakuje Jej do raczkowania. Choinka stoi blisko miejsca gdzie mała się bawi. Mamy nadzieję, że będzie wabikiem i może zapatrzona na ozdoby i lampki pozwoli zadziałać instynktowi i ruszy z miejsca 🙂

    Wypieki

    Mamy piekące, ja się do nich zaliczam, marzą o wspólnych wypiekach z dziećmi. Ale kilkumiesięczny berbeć z pewnością nie ułatwi zadania. Raczej też nie pomoże przy piernikach. A jeśli damy mu kawałek surowego ciasta do ręki, z pewnością umieści go w buzi. Co więc nam pozostało? Możemy jak najbardziej zabrać dziecko do kuchni, ale raczej jako obserwator i degustator. Posadźmy je bezpiecznie w krzesełku lub bujaczku i pracując opowiadajmy o wszystkim co robimy. Możemy dać dziecku do spróbowania różnych składników (oczywiście z zależności na jakim etapie rozszerzania diety jest). Jeśli mamy foremki do wycinania pierników, którymi nie zrobi sobie krzywdy – niech się nimi pobawi. Uważajmy tylko na bliskość piekarnika oraz na intensywne zapach, które mogą drażnić dziecko.

    Jeżeli nasze dziecko je pokarmy stałe to warto też pomyśleć o jakimś wypieku dla niego. Jest wiele przepisów na babeczki czy ciasteczka dla dzieci, nawet tych najmłodszych.

    Sprzątanie

    To już chyba każda mama ma swój najlepszy patent na to jak sprzątnąć przy maluchu. Oczywiście mamy starszych dzieci zachęcam aby włączały swoje pociechy do tego procesu. Trudno jest to jednak nawet z 10 czy 11 miesięcznym dzieckiem.

    Strój

    Pięknie zastawiony stój. Pachnące potrawy. Choinka, w tle kolędy. Wszyscy domownicy wystrojeni… No właśnie. Wybierając stój na święta radziłabym kierować się zdrowym rozsądkiem i względami praktycznymi, a mniej (choć tylko odrobinę) estetyką. Ubranka muszą być dla dziecka wygodne (chyba, że zaraz po pamiątkowym zdjęciu czy dzieleniu się opłatkiem zostaną zdjęte). Jeżeli będą uwierały lub krępowały ruchy to zamiast świątecznego nastroju będziemy mieli marudzącego brzdąca. Jeśli wasze dzieci ulewają i/ lub próbują same jeść to proponowałabym ubranka, których nie będzie szkoda zabrudzić lub zaplamić (lub przebiórka jak wcześniej). Tu mówię również o braniu mamy 🙂 bo małe łapki zazwyczaj zostawiają ślady na maminych ciuszkach.

    Siedzenie przy stole

    Kochani nie liczcie na spokój i nastrój zadumy. Nawet jeśli macie spokojne dziecko, to raczej w pewnym momencie znudzi mu się siedzenie przy stole. Proponuje zawczasu pomyśleć o zabawkach i miejscu do ich rozłożenia (stolik przy krzesełku, kawałek dywanu), takim które będzie nam nadal pozwalało uczestniczyć w całej uroczystości. A dziecko będzie mogło obserwować wszystko co się dzieje.

    Drzemki i sen

    Zaplanujmy tak te święta aby dziecko nie wybiło się za bardzo ze swego rytmu dnia. Zresztą sami wiecie jak zachowuje się Wasz maluch kiedy brakuje mu snu.

    Wigilia

    Jeśli dziecko już przyjmuje pokarmy stałe, z pewnością będąc przy stole będzie po nie sięgało. Wcześniej przygotujmy to co będziemy mu mogli dać, tak aby czuło się częścią rodziny i uroczystości.

    Mam nadzieję, że te kilka porad i Wam i mnie pomoże przygotować się w taki sposób do Świąt, aby rzeczywiście były magiczne i niezapomniane. W końcu to nasze pierwsze Święta w tercecie 🙂

  • Planszówki to nasza pasja

    Nazywam się Leszek Talipski i jestem mężem i ojcem dwóch synów. Wspólnie z żoną zależy nam, aby jak najwięcej czasu spędzać z naszymi chłopakami, dlatego szukamy różnych pomysłów na wykorzystanie wolnego czasu. Bieganie, piłka nożna, wyjście na mecz, wspólne wyjazdy to niektóre z naszych pomysłów na weekend. W dobie komputerów chcemy pokazać dzieciom ciekawe miejsca, piękno przyrody. Zawsze podczas wyjazdów nie może też zabraknąć gier planszowych.

    Każdy z nas wybiera kilka swoich hitów, jednak wśród nich nie może zabraknąć nowości. Aby je poznać bierzemy m.in. udział w wielu spotkaniach poświęconych grom. Dziesięcioletni syn jest wielbicielem Carcassonne wraz z dodatkami, Munchkina, 7 cudów świata, Wyspa Skye, Wsiąść do pociągu i wszelkiego rodzaju gier logicznych. Pięcioletni syn lubi grać w Dobble, Owocowy zawrót głowy, Halli Galli, Torcik, Pszczółki, Epokę Kamienia Junior. Obaj z przyjemnością grają też w Mistakos, Gobblety, Seta, Speed Cups.

    26 listopada kolejny już raz wybraliśmy się na Warszawski Festiwal Gier „Planszówki na Narodowym”. Po wyczerpującym tygodniu ten dzień był jak święto. Granie, turnieje, stoiska wydawnicze i Stadion Narodowy. Teraz, gdy wieczory są coraz dłuższe lubimy znaleźć choć chwilę, żeby razem spędzić czas przy planszówce. Bo planszówki to nasza pasja, która przerodziła się w pracę…. To właśnie z pasji powstała Pomysłowa Kredka, miejsce, gdzie można kupić, wypożyczyć, pograć w gry planszowe, wziąć udział w turniejach. A jeśli ktoś rozpoczyna przygodę z planszówkami lub potrzebuje pomocy w doborze gry to chętnie pomożemy. Duża ilość otwartych gier pozwala na zapoznanie się z zawartością pudełka i zasadami omówionymi przez nas. Pomocne też może okazać się wypożyczenie gry, aby sprawdzić, czy jest dla nas odpowiednia.

    Planszówki to sposób na pogłębianie naszych relacji, to pretekst do wspólnych spotkań z przyjaciółmi, to też sposób na naukę poprzez zabawę. Podczas gry czasem stajemy na podium jak zwycięzca, a czasem musimy znieść porażkę.

  • Jak kupić trafiony prezent dla dziecka w czterech punktach

    Gdzie nie spojrzysz temat świątecznych prezentów. Na forach internetowych pytania jaka zabawka dla dziecka w takim to a takim wieku. Żeby się szybko nie znudziła, żeby wyła funkcjonalna, edukacyjna… Na portalach, stornach i blogach zestawienia pomysłów na prezenty świąteczne dla dzieci w każdym wieku, dla mam, ojców, dziadków, babć, sąsiadów… I to super. Bo chcemy przecież, aby prezent którym obdarowujemy kogoś ucieszył go, sprawił radość. W tym tekście nie znajdziecie pomysłów na konkretne prezenty. Możecie za to dowiedzieć się czym się kierować kupując to czy tamto. Być może część z Was oglądała mój filmik sprzed dwóch lat na ten temat. Jeśli nie, zajrzyjcie, warto 🙂

    Zaczynajmy!

    Punkt pierwszy – wielofunkcyjność

    Jest to zwłaszcza ważne dla najmłodszych. Dzieci mają ogromną wyobraźnię i chętnie używają jednej rzeczy w zastępstwie innej. Prezenty, które dają taką możliwość są najlepsze. Jak sprawdzić czy nasz wybrany podarunek taki jest. Pomyśleć. Jak można inaczej się tym pobawić? Czy znajdę choć jedno – dwa inne zastosowania tej rzeczy niż założył producent? Jeśli tak, to zapewniam, że dzieci znajdą 10 – 15 takich zastosowań. I prezent będzie używany długo i namiętnie. I niech ręka Boska pokaże rodziców czy innych zainteresowanych, którzy mówią dziecku „to nie do tego służy, nie tak się trzeba tym bawić”. To, że nam brakuje wyobraźni, nie znaczy że mamy ją hamować u dzieci.

    Punkt drugi – adekwatny do wieku

    Często dzieci nie bawią się zabawkami bo są one dla nich za trudne lub zbyt trywialne. Choć większym problemem jest raczej ta pierwsza sytuacja. Kupujemy czasami zabawki na wyrost i chcemy aby dziecko się nimi zainteresowało. I często jeszcze aby nauczyło się je „obsługiwać” zgodnie z zastosowaniem. Dzieci nie przeskoczą pewnych etapów rozwoju i same muszą dorosnąć do konkretnych rzeczy. Jeśli będziemy je zmuszali do takiej „trudniejszej” zabawy nie tylko mogą się zniechęcić, ale również zacząć o sobie myśleć źle. Bo jeśli mama, tata, ciocia czy inna ważna osoba namawia mnie do takiej zabawy, a ja nie potrafię, to znaczy, że nic nie potrafię, albo jestem głupi, itp. Może to się wydawać niesłychane, ale miałam kiedyś w grupie przedszkolnej dziewczynkę, która jak tylko zaczynaliśmy zgadywanki szła do toalety. Okazało się, że przy pierwszych takich zabawach zgadła bardzo mało zagadek i czuła się źle. A po prostu jej myślenie logiczne nie było jeszcze gotowe na takie abstrakcyjne sformułowania. Czy to znaczy, ze nie próbujemy w ogóle zachęcać dzieci do nowych zabaw? Oczywiście, ze próbujemy, tylko jeśli nie wychodzi, odkładamy tę zabawę na jakiś czas.

    Podpowiedzią zawsze mogą być dla nas sugerowany wiek na opakowaniu, ale nie zawsze. Pamiętajmy, ze dzieci rozwijają się w różnym tempie i na różnych płaszczyznach. To co dla jednego jest trudne, ale innego może takie nie być. Nie załamujmy się więc jeśli syn koleżanki „wymiata” w szachy, a nasz jakoś nie może załapać.

    Punkt trzeci – nie kupujmy dla siebie

    Jestem pewna, że każdy rodzić chociaż raz kupił jakąś zabawkę bo zawsze o takiej marzył lub taka się mu podobała. A może pojawiła się na rynku jak już był za duży na zabawę nią? Nie mówcie, że tak nie było 🙂 To nic złego, ale nie obruszajmy się, że ta „najcudowniejsza” zabawka nie przypadnie do gusty naszemu dziecku. Kupując pamiętajmy, kto się ma tym bawić.

    Punkt czwarty – najważniejszy – wypróbujmy

    Tak naprawdę najmniej ważne jest co będzie w tej małej czy dużej paczce pod choinką. Ważne aby towarzyszyły temu pozytywne emocje i wspólna zabawa. Prezent po rozpakowaniu najlepiej wypróbować razem. Kiedy dajemy prezent i mówimy, ze wypróbujemy go później, albo żeby dziecko samo się pobawiło, coś ucieka z całej atmosfery i przyjemności. Bo to jest magia Świąt, ze jesteśmy razem. Pamiętam, że ilekroć jechałam do mego chrześniaka z prezentem dla niego najważniejsze było to aby zaraz po otwarciu pobawić się nim ze mną. Czy to była gra, klocki, samochód czy książka. To te wspólne chwile sprawiają, że prezent staje się wyjątkowy. Ja sama nigdy nie zapomnę jak dostałam mebelki dla lalek i bawiłam się nimi z braćmi jeszcze pod choinką.

    Życzę Wam i sobie aby poszukiwanie tych najbardziej trafionych prezentów było przyjemnością. Myślmy o tym, komu chcemy coś kupić. Myślmy o emocjach. Myślmy o Świętach.

    I na koniec. Czy wiecie dlaczego dajemy sobie prezenty na Święta zdaniem 3-latki? Bo Pan Jezus jest taki dobry i nas kocha, że chciał aby na Jego urodziny wszyscy byli szczęśliwi. A jakiego prezentu chce dla siebie? Abyśmy byli grzeczni 🙂

    Bądźcie grzeczni 🙂

  • Ja sama… instrukcja jak niechcąco zabić samodzielność

    Brudna buzia, ręce, uszy, oczy, nos, broda, włosy… a i ja. Wszystko w zupie/ obiadku. A jak do tego doszło? Marianka kilka dni temu podczas karmienia wyrwała mi łyżkę z ręki i sama zaczęła ją pchać do buzi. Kilka razy już próbowała sama jeść łyżeczką, ale tylko przez chwilę. Od kilku dni w porze obiadowej ja tylko nakładam jedzenie na łyżkę, a Mania sama pakuje je do buzi, lub gdzie tam trafi 🙂 I o ile się ciesze, że chce sama jeść i to bez mojej jakiejś specjalnej zachęty, to jak po takim jedzeniu wygląda Ona, ja i krzesełko już takie fajne nie jest. Dodam tylko, że nie bardzo lubię dotykać rękoma paćkowatych rzeczy, jak gotuje to co chwila myję ręce. Tak więc zupa wszędzie powoduje u mnie lekkie mrowienie na plecach. Ale trzymam się bo wiem, że próby samodzielnego jedzenie to kolejny krok Marianki w usamodzielnianiu się. A od Jej urodzenia jedną z najczęstszych próśb w czasie modlitwy było właśnie to, aby w przyszłości była samodzielna i nie wymagała niczyjej dodatkowej opieki. Tak więc moje lekkie fobie i bałagan są niczym wobec chęci wyjścia naprzeciw samodzielności mojej córeczki. Ale przez wiele lat pracując z dziećmi w przedszkolu i z zuchami obserwowałam stan zupełnie odmienny. Mam wrażanie, że jestem inna, próbując uczyć samodzielności Mariankę od Jej urodzenia.

    Najczęściej spotykałam się i spotykam z bardzo kochającymi rodzicami, którzy zrobiliby i oddaliby dla swego dziecka wszystko. A kończy się na tym, że wychowują dziecko, nastolatka a później dorosłego, który ma dwie lewe ręce i nie potrafi – choćby chciał nic zrobić. Ale bardzo często nie chce, bo uważa, że wszystko się mu należy. I wtedy jest płacz rodziców i zgrzytanie zębów. Bo wymaga, bo żąda, bo nic nie robi, bo nie pomaga. Nie widzą, że sami do tego doprowadzili. Ile razy spotkałam się z sytuacją kiedy rodzic przychodzi po dziecko do przedszkola, a ono zamienia się w „patyczaka”. W szatni nie założy bucików, kurtki czy czapki. A kilka godzin wcześniej idąc na spacer robiło to samodzielnie. Jak to się dzieje. Dziecko wie, że rodzic zrobi to za nie. A rodzic chcąc zrobić to szybciej, sprawniej po prostu wyręcza. Inna sytuacja. Jesteśmy na kolonii zuchowej. Przyjeżdżają rodzice odwiedzić dzieci i pytają „Kto pościelił Ci tak ładnie łóżko?”, a kiedy dowiadują się, że dziecko zrobiło to samo są zdziwieni. Bo w domu to nigdy. Ale pytanie czy kiedykolwiek pokazali mu jak to zrobić, pomogli, pochwalili? Kiedyś jedna mama nie mogła uwierzyć, że pozwoliłam 6 – 8 latkom zrobić sobie kanapki na kolację. Oczywiście dostali noże do masła i byłam przy tym, ale zuchy były w siódmym niebie. Większość robiła to po raz pierwszy. A zjadły dwa razy więcej kanapek niż normalnie. Bo same je robiły. Powiem więcej, pozwalałam smarować masło na kanapki 4-latkom (noże plastikowe)… horror.

    Dzieci na każdym etapie rozwoju mają naturalny pęd do usamodzielniania się. I to od momentu urodzenia. Zwłaszcza nam mamom trudno jest to zaakceptować. Ale taka jest prawda. To iż jest to naturale zjawisko nie znaczy, że nie można go zatrzymać lub zahamować. Wystarczy dziecku nie dać czegoś zrobić samodzielnie kilka razy, wyręczyć czy zakazać. Bo zrobi sobie krzywdę, bo się pobrudzi, bo zmęczy, bo zrobię to lepiej, szybciej… Dziecko się zniechęci, złapie lenia i po wszystkim.

    Czasami nauka samodzielności jest dla nas uciążliwa. Bo trzeba posprzątać cały bałagan po samodzielnym jedzeniu. Bo trzeba zabezpieczyć mieszkanie kiedy dziecko zaczyna chodzić (zamiast zamykać na cały dzień w kojcu). Trzeba przeznaczyć dłuższy czas na wyjście z dzieckiem po zakupy bez wózka aby ćwiczyło chodzenie. Bo potrzeba cierpliwości aby dziecko nauczyło się nowej umiejętności. Ale to wszystko procentuje. Na przyszłość. Jeśli dziś pozwolimy dziecku uczyć się nowy rzeczy będzie to chętnie robiło przez całe życie. Będzie odważne, otwarte i samodzielne… Nie przeszkodzi temu procesowi usamodzielniania jeśli raz na jakiś czas wyręczymy dziecko. Bo każdemu należy się czasami dzień leniucha 🙂

    Ale do tego wszystkiego trzeba ogromnej dozy cierpliwości, spokoju i patrzenia w przyszłość… Czy ja zawsze mam tę cierpliwość? Nie, ale staram się pamiętać na jaką osobę chcę wychować Mariankę. W trudnych chwilach biorę głęboki oddech i patrzę w przyszłość, szukam skutków mego postępowania. Ale przede wszystkim staram nie skupiać się na trudnościach ale cieszyć z każdej próby bycia samodzielną. Bo to oznacza, że Mania rozwija się dobrze, a ja Jej w tym nie przeszkadzam. Bo przy uczeniu się samodzielności rodzic powinien być obserwatorem, ewentualnie od czasu do czasu trenerem, który udziela wsparcia.

    A potem żyli długo, szczęśliwie i samodzielnie 🙂

  • Mówił dziad do obrazu czyli dziecko też człowiek

    „Ona mnie kompletnie nie słucha. Mogę gadać godzinami, a i tak nic do niej nie trafia. A jak powiem czekolada/ lody/ bajka to zawsze usłyszy”. Słyszałam to już niejednokrotnie od rodziców czy dziadków. Zrozpaczeni szukali pomocy, mówiąc o złośliwości czy wręcz perfidii dzieci. A muszę tu powiedzieć, że o ile rzeczywiście nie mamy do czynienia ze zbuntowanym nastolatkiem (choć czasem w takich sytuacjach również) większość tego „niesłuchania” jest naszą – dorosłych winą. Pisałam jakiś czas temu o intencji i intonacji – czyli głosie i słowotoku. Dziś chciałabym opowiedzieć o kilku innych problemach komunikacyjnych, przez które mamy wrażenie, że dziecko nas nie słucha.

    Jednym z takich powodów jest to, że nie mówimy do dziecka. „Jak to? Przecież jak czegoś od niego chcę to zawsze mówię do niego.” No właśnie nie. Często mówimy gdzieś w przestrzeń, poza dziecko, w innym kierunku. Mało kiedy prosząc o wykonanie czegoś patrzymy dziecku w oczy. „No, ale przecież ono wie, że mówię do niego”. Nie do końca. O ile starsze dziecko z pewnością się domyśli z kontekstu wypowiedzi, że jest to skierowane do niego, to już młodsze nie koniecznie. Pomyślmy jak my się czujemy kiedy ktoś mówi do nas, nie patrząc nam w oczy czy chociaż w naszą stronę? Nie za dobrze. I nawet jak wiemy, że mówi do nas, to wcale nie rzucamy się chętnie do wykonywania jego prośby. Bo nie czujemy, że ktoś wypowiedział się z szacunkiem. A przecież dziecko jest człowiekiem, o czym przekonywała nas już dawno Stary Doktor – Janusz Korczak. Należy mu się szacunek, a nie uwaga rzucona mimochodem. Od tak sobie. A później się dziwimy, że nas „nie słucha”. Ciężko jest wykonać polecenia kogoś, kto nas nie szanuje. Pomyślcie jak to jest z Wami kiedy musicie coś zrobić, a szef traktuje Was jak kogoś gorszego. Dzieci już od bardzo małego czują jak je traktujemy, a zwracanie się do nich jest pierwszym przejawem.

    No właśnie, prosimy dziecko aby coś zrobiło. Ale czy to jest naprawdę prośba? Czy tylko zwrot grzecznościowy. Bo jeśli to jest prośba, to dziecko może odmówić. „Czy możesz zrobić?” Każde sformułowanie, które się tak zaczynam daje pole do dyskusji. Która sama w sobie jest oczywiście dobra, ale nie zawsze tego oczekujemy. Tak więc jeżeli chcemy uczyć nasze dzieci kultury i zasad dobrego wychowania mówmy „proszę cię, zrób to”. Nie dajemy pola do manewru, ale traktujemy z szacunkiem. Oczywiście dziecko może zapytać dlaczego, ale nie pytamy czy to zrobi czy nie. Możemy dyskutować o czasie wykonania i przyczynie/ potrzebie, ale nie o samej czynności. Bo cóż ma na celu pytanie malucha „Czy zjemy obiadek?” Czy chcemy dać mu tak naprawdę o tym zdecydować? Czy to tylko takie sformułowanie? A jeśli tak, to co ma na celu? Dyskutujmy z naszymi dziećmi, ale o tych sprawach gdzie jest na to miejsce. To jest forma nauki i przejaw szacunku.

    I to jest słowo klucz SZACUNEK. Jeśli my będziemy szanować nasze dzieci, mówić bezpośrednio do nich, jeśli będziemy uczyć dyskutować, a nie dawać złudne poczucie decyzyjności – łatwiej będzie nam się porozumieć. Nasze słowa będą szybciej docierały, a relacje będą silniejsze. Jest jeszcze kila aspektów komunikacji, które zniwelują problem „nie słucha mnie”, ale o tym innym razem…

  • Matka wariatka, czyli każdy ma jakiegoś bzika

    Chyba w życiu nie spotkałam żadnej mamy, która nie miałaby fioła na jakim aspekcie wychowania czy opieki nad swoim dzieckiem. A miałam do czynienia z dużą ilością rodzicielek. I nawet jeśli mama jest najbardziej wyluzowana na świecie z pewnością ma jakiegoś bzika. W sumie to dobrze, bo gdybyśmy wszystkie były idealne to co to byłby za świat 😉

    A tak na serio to rzeczywiście jest tak, że każdy z rodziców zwraca szczególną uwagę na jakiś szczegół dotyczący wychowania dziecka. Niezależnie czy to jest mama czy tata. Dobrze jest jak się ze sobą zgadzają, albo przynajmniej akceptują swoje „bziki”. Ważne też aby samemu sobie uświadomić co jest takim aspektem mego rodzicielstwa. Jaka sprawa kontrolowana jest niegroźna, a kiedy wymknie się nam to może być niebezpieczna dla dziecka lub naszych relacji z nim.

    Teraz pewnie część z Was myśli sobie, że „to mnie nie dotyczy, ja tak nie mam”. Ale jest to raczej mało prawdopodobne. Jakie mogą być „bziki”? Najróżniejsze. Od ilości czy jakości jedzenia, przez ciepłe bądź lekkie ubieranie, zajęcia dodatkowe, naukę języków, karmienie piersią, wdrażanie do samodzielności, wyznaczanie granic lub nie, swobodę myśli i poglądów, edukację, zdobycie dobrego zawodu… mogłabym wymieniać i wymieniać. Jeszcze raz stanowczo powiem, że jeśli jest coś dla nas ważne to bardzo dobrze, ale nie pozwólmy zapanować temu nad naszym życiem i relacjami z dzieckiem. Przykład? Bardzo proszę.

    Marianka jako wcześniak ważyła zawsze mało (zaczynała od 780 g, a nawet 680 g). W szpitalu każde 50 czy 100 g witaliśmy z uśmiechem. Pierwszy kilogram to było święto. Raz przybierała lepiej, raz gorzej. Kiedy wychodziła ze szpitala była mała w porównaniu z dziećmi w podobnym stanie – 3,4 kg. Ale w domu zaczęła szybko nadrabiać. Nie wiem kiedy wskoczyła na 6 kg, później zaczęła trochę zwalniać. Zawsze lubiła jeść. Wiadomo jak wprowadzaliśmy stałe pokarmy raz zjadła więcej, raz mniej ale jakoś szło. Była dumna. Wyprzedziła, nie nawet zostawiła daleko w tyle swoje rówieśniczki ze szpitala. I przyszedł listopad… przybierała coraz wolniej (co oczywiście jest normalne), ale przede wszystkim zbuntowała się na jedzenie. Tak naprawdę byłam w stanie nakarmić ją normalnie tylko późnym wieczorem przez butelkę. W dzień ani butelka, ani kasza, ani owoce, o zupie czy obiadku już nie wspomnę. A kilka dni wcześniej zaczęła zjadać już całe porcje. A tu strajk. Dwa tygodnie… każde karmienie to koszmar i próba podania choćby połowy porcji, szukanie pomysłów i sposobów. Wiedziałam, że pierwszy raz po wyjściu ze szpitala waga zaczęła spadać. Wiedziałam to, choć nie ważyłam Marianki. Pomału zaczęła wracać do jedzenia kaszy, owoców. Ale zupa to nadal była trauma. I dla Niej i dla mnie. Zdążało się, że po godzinie karmienie gdzie zjadała mniej niż połowę siadałam i płakałam. Myślicie sobie, trzeba było odpuścić, niech się przegłodzi to by zjadła. Też bym to radziła rodzicom. Ale tu uruchomił się mój „bzik” – spadek wagi. Dziś Mania od jakiegoś tygodnia znowu je wszystko. Jak to się stało? Proste. Ja. To ja stanowiłam problem. Ja i mój „bzik”. Marianka miała po prosu na początku jakiegoś focha, każde dziecko ma. Ale ja tego nie zauważyłam. Może dawałam Jej za dużo na łyżeczce, może za szybko? W każdym razie coś było nie tak i mała się zacięła. Musiała zatrzymać się i powiedzieć stop. Nie stresuj się. Niech zjada tę połowę zupy, nadrobi kaszą. Kiedy ja trochę odpuściłam, wyluzowałam, Marianka wyszła mi naprzeciw i zaczęła pięknie otwierać buzię i zjadać. Czasami jeszcze się buntuje przez chwilę, ale wtedy ja odczekuje i jemy dalej. Nadal w głowie mam jeszcze tego maluszka, który urodził się ważąc mniej niż torebka cukru. I pewnie długo tak mi zostanie. Ale teraz wiem, że muszę wyluzować i czasami zadowalać się pewnym minimum. Ważne żeby rosła i była zdrowa, a waga to rzecz wtórna.

    No właśnie, czasami problem, który mają nasze dzieci tak naprawdę jest naszym problemem. Uświadomionym lub nie. To nasze „bziki” sprawiają, że relacje stają się napięte. Ja nie chcę wspominać tych poprzednich trzech tygodni. Było okropnie, nie lubiłyśmy z Manią tych momentów, źle się czułyśmy w swoim towarzystwie. Na szczęście jest mała, trwało to stosunkowo krótko i nie będzie tego pamiętać.

    Zastanówmy się czasem w trudnych sytuacjach nad sobą. Czy naprawdę dziecko musi założyć na siebie tę dodatkową warstwę? My siedzimy na ławce, on biega i odczuwa temperaturę inaczej. Czy musi ćwiczyć tyle na instrumencie? Może wcale tego nie chce. Czy do tej bluzki muszą być założone te spodenki, bo innych kolor jest zły? To nie są ważne rzeczy, a wpływają na nasze relacje.

    Czasem te nasze „bziki” wynikają ze strachu, kiedy indziej z doświadczeń życiowych – zwłaszcza z dzieciństwa. Zmierzmy się z nimi, bo są nasze. A nasze dzieci i relacje z nimi, niech będą od nich wolne. Zostawmy sobie „bziki” w formie malutkiej i nieszkodliwej. Bo jeśli są malutkie, to świat jest bardziej kolorowy, bo my jesteśmy różni.

  • Żeby wiedzieć jak pomóc

    Panika… najczęściej towarzyszy nam kiedy stanie się coś nieprzewidzianego. Widziałam wielu rodziców, zwłaszcza mam, które w obliczu niespodziewanego zdarzenia zaczynały panikować. Kiedy dziecko ma nawet jakiś drobny wypadek ostatnie czego mu potrzeba to właśnie takie zachowanie. Do tego dochodzi często użalanie się „Oj, bardzo boli” lub coś w tym stylu. Najważniejsze zaś w takiej sytuacji jest zachowanie zdrowego rozsądku. I nie ważne czy mówimy tu o skaleczeniu czy o poważniejszym urazie.

    Pamiętam, kiedy byłam w ostatniej klasie szkoły podstawowej i prowadziłam samorząd uczniowski organizowaliśmy bal karnawałowy dla młodszych klas. Na sali gimnastycznej była dyskoteka dla dzieci, a w salach lekcyjnych poczęstunek. Jakiś czwartoklasista biegł po schodach po jakieś picie czy słodycze i się przewrócił. Działo się to na moich i koleżanki oczach. Zaprowadziłyśmy go do wychowawczyni i rodziców, a tam dzika panika, bo bolała go ręka. Nikt nie próbował go nawet obejrzeć tylko „co tu robić, co tu robić”. Widząc to nie czekałyśmy z koleżanką długo (też była harcerką) tylko zobaczyłyśmy tę rękę – zaczynała puchnąć, bolała przy poruszani, ale palcami dał radę poruszać. Usztywniłyśmy prowizorycznie i kazałyśmy dorosłym zadzwonić po pogotowie. Niby proste, a jednak ktoś to musiał zrobić. Nie piszę o tym aby się pochwalić tylko abyście mogli zobaczyć jak łatwo można stracić głowę w sytuacji, kiedy nie jest tragicznie ale trzeba pomóc. Trzeba zachować zimną krew i zdrowy rozsądek.

    Wiem, że bywa to trudne. Mam to szczęście, że w sytuacjach kryzysowych potrafię wziąć się w garść. Pewnie po części wynika to z mojego charakteru, ale też dużą zasługę ma w tym moja wiedza i doświadczenie. Jako harcerka już od małego byłam uczona jak postępować w nagłych przypadkach. Takich najzwyklejszych: skręcenie, złamanie, omdlenie, krew z nosa, skaleczenie. Byłam uczona, ze po prostu trzeba pomóc. I tyle. Te podstawy poszerzyłam później na kursie dla harcerskich ratowników medycznych. Tam dowiedziałam się jak zaradzić w poważniejszych przypadkach: wypadkach komunikacyjnych, zatrzymaniach akcji serca, resuscytacji, itp. Skoro wiem jak mogę pomóc to nie panikuję, tylko to robię. Wiedza i umiejętności praktyczne dają mi pewność, że dam radę. A kiedy nie wiem co zrobić, po prostu wzywam pomoc.

    Korzystałam z tej wiedzy i umiejętności wielokrotnie podczas pracy w przedszkolu czy żłobku, opieki nad zuchami i harcerzami na zbiórkach czy wyjazdach. Pozwoliła mi też ona pewniej poczuć się w roli matki, zwłaszcza matki wcześniaka. Wiem, że jeśli coś się stanie to nie będę panikowała tylko działał.

    Wiem, ze trudno się czasami zmienić. Ciężko jest przezwyciężyć swoje przyzwyczajenia i skłonności. Ale my rodzice, powinniśmy wystrzegać się panikowania w sytuacjach kryzysowych. Bardzo pomaga w tym wiedza. Zachęcam wszystkich rodziców i przyszłych rodziców do tego aby ją zdobyli. Nie jest to wiedza tajemna. Wystarczy wybrać się na krótkie lub dłuższe szkolenia, aby nie tylko teoretycznie ale i praktycznie nauczyć się jak pomóc swemu dziecku i najbliższym, jeśli coś im się stanie.

    Życzę Wam i sobie, abyśmy tej wiedzy nigdy nie musieli wykorzystywać. Ale warto wiedzieć jak pomóc.

  • Mamy nie biora zwolnienia

    Ten slogan pojawił się jakiś czas temu w jednej z reklam telewizyjnych, ale doskonale oddaje charakter macierzyństwa. Zresztą sama niedawno się przekonałam o tym na własnej skórze. Bo choć odkąd Marianka się urodziła już kilka razy byłam przeziębiona, to udało mi się i dałam jakoś radę funkcjonować normalnie. Ale tym razem było inaczej.

    Po pierwsze przeziębiłam się podczas naszego czterodniowego wyjazdu do teściów, więc nałożyło się jeszcze na to zmęczenie. A przede wszystkim w tym samym czasie Marianka po raz pierwszy gorączkowała, na szczęście okazało się, że to był wstęp do ząbkowania. I czy w tym wszystkim jest miejsce na moją gorączkę, ból głowy i mięśni? No chyba nie… Nie powiem córeczce, że Jej nie przytulę, bo się źle czuję. Przecież 10 miesięczne dziecko tego nie zrozumie. Zresztą sama się denerwowałam Jej gorączką i chciałam być jak najbliżej aby pomóc, po prostu być. Zresztą większość mam, też pewnie czuło lub poczuje coś podobnego. Wtedy odkładamy nasze samopoczucie na dalszy plan i skupiamy się na dziecku. Zresztą robimy tak nie tylko wtedy kiedy i ono źle się czuje. Tak naprawdę są chyba dwa najważniejsze aspekt w sytuacji chorej mamy (oczywiście mówimy tu o chorobach czasowych). Pierwszy to to, że zapominamy o siebie zadbać. Drugi, że nie chcemy lub nie dostajemy wsparcia od innych osób, w tym od taty dziecka.

    Jeśli chodzi o pierwszy z „grzechów” chorobowych mam, to muszę przyznać, że ja również mam z tym problem. Choć pracuję nad tym. Nie dbamy o swoje zdrowie, nie badamy się, zawsze coś innego jest ważniejsze. Zawsze zdrowie dzieci jest przed naszym. Tylko czy zdajemy sobie sprawę, że to gra na krótką metę? Lekarz zapytała kiedyś moją koleżankę, która miała wątpliwości czy się diagnozować i leczyć, czy chce wychowywać swoje dzieci? Bo jeśli Jej coś się poważnego stanie to kto się zajmie dziećmi. No właśnie jeśli poważnie się rozchorujemy, bo nie doleczyłyśmy np. przeziębienia to na jakie życie skazujemy nasze dzieci? Mnie ta myśl zawsze skłania do działania.

    Kolejna sprawa to wsparcie. My tytanki, zawsze damy radę. Jak nie my to kto? Zawsze, wszędzie, wszystko. Oczywiście są sytuacje kiedy kobiety nie mają wsparcia, bo po prostu są z dziećmi same… Ale czasami jest tak, że blisko są osoby, które mogłyby pomóc, ale my im nie dajemy. Bo mąż się nie zna, mama się rządzi, a przyjaciółkom nie warto zawracać głowy. A te osoby chętnie by pomogły. Bo to nie prawda, że we wszystkim jesteś niezastąpione. Bolesne, ale prawdziwe. Czasami trzeba dać sobie pomóc. Ja mam to szczęście, że mój cudowny mąż nie tylko mnie wspiera emocjonalnie, ale też fizycznie. I ten tydzień kiedy obydwie z Marianką czułyśmy się źle, wziął wolne i została z nami w domu. I choć pewnie jeszcze jakiś czas temu powiedziałabym, że dam radę sama, to już zmądrzałam i daję sobie pomóc. Bo przecież On też jest rodzicem Marianki i chcę dla Niej jak najlepiej. Jest moim mężem i chce się o mnie troszczyć… więc mu na to pozwalam 🙂

    Bądźmy mądre i mądrze dbajmy o siebie, żeby żyć dla naszych dzieci. Ja się tego uczę… Wy też spróbujcie 🙂 Bo mamy może i nie biorą zwolnień ale czasami mają prawo wagarować…