Autor: administacja

  • Kiedy zmieniasz punkt widzenia

    Kiedyś było zupełnie inaczej. Podróże były inne. Nie chodzi mi o czasy w których żyliśmy, a o nas. O to na jakim etapie byliśmy, czego oczekiwaliśmy i tak naprawdę co mogliśmy. Teraz wszystko się zmieniło. Mamy dwoje dzieci i inny punkt widzenia.

    Nie gorszy. Oj nie. Inny. Kiedyś mogliśmy spontanicznie, w trzy chwile spakować się i ruszyć w drogę. Może nawet w przypływie większej odwagi, czy zbiegu okoliczności stopem. Imprezy do świtu, spanie pod gwiazdami. Teraz nie ograniczamy się do baz hotelowych i statyczności, ale mamy inne podejście niż kiedyś. Coby nie powiedzieć bezpieczniejsze. A dzieci? Od maleńkości chcieliśmy zarazić ich pasją do zwiedzania, podróżowania, poznawania miejsc i ludzi. Oczywiście wszystko z głową.

    Musieliśmy nauczyć się siebie nawzajem. Swoich humorów, oczekiwań i charakterów. Gdyby maluchy nie chciały współpracować, musielibyśmy radzić sobie w inny sposób. Żadne przymusy! Na szczęście nie było problemów z jazdą pociągiem, samochodem czy innym środkiem transportu. To zostało im do dziś. Dzięki Bogu…

    Wiadomo, potrzebujemy czasem urozmaiceń w czasie jazdy. Niekiedy posiłkujemy się bajkami z telefonu czy tableta. Sposób znany chyba każdemu rodzicowi. U nas nie jest stałym gościem. W schowku leży cala sterta płyt z piosenkami dla dzieci. Ileż to się w głowie człowieka tekstów mieści. No i samochodowe gadżety. Nie mam na myśli jakiś wyszukanych, drogich zabawek. Dla maluchów grające maskotki, wszelkie wydające dźwięki stworzonka. Dla starszaka – genialna sprawa, kierownica. No i pozostaje kreatywność rodzica. Wyliczanki, gry, zabawy, zgadywanki i tak dalej. Fajna sprawa!

    Nasze pociechy spędziły już noce pod namiotem, zaliczyły dlugodystansowe trasy koleją, zadomowiły się w aucie. Samo pakowanie wygląda inaczej – mamy osiem razy więcej rzeczy. Choć i tak z biegiem czasu idzie nam coraz lepiej. Pojęcie brudu się zmienia, nie muszę mieć sterty ubranek na zapas, a zabawki bardzo często robimy sami. Ot taka szybka nauka zwana „coś z niczego”.

    Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z Anna Alboth. Dziennikarką, podróżniczką i autorką książki „Rodzina bez granic w Ameryce Środkowej”. To było dopiero inspirujące! Anna utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie ma rzeczy niemożliwych, że poznawanie świata z dzieckiem to wielka radość, przygoda i nauka. Nie brakuje mi „starych” czasów, kiedy moje podróżowanie było bardziej spontaniczne i beztroskie. Teraz jest mi bardzo dobrze, może zaryzykuje stwierdzenie, że nawet lepiej. Dlaczego? Bo mogę pokazać i przeżywać cudowne chwile z najbliższymi dla mnie osobami. Nauczyłam zachwycać się wszystkim, nawet małym kamyczkiem czy robaczkiem. Bez dwóch zdań polecam spakować plecak i ruszyć w drogę, poszukiwać przygód z dzieckiem!

    Karolina Jaskólska

    mama rocznej Mai i 2,5 rocznego Szymona

    dziennikarka, autorka bloga „Małe i duże dziecięce podróże”

  • Przez trening do doskonałości

    Marianka już ponad 2 miesiące jest w domu i w tym czasie bardzo się zmieniła, podrosła i nauczyła się wielu nowych umiejętności. Nadal ciężko jest nam stwierdzić czy bliżej jej do sześciu i pół miesiąca (wiek urodzeniowy) czy trzech miesięcy (wiek skorygowany).

    Dużo przez ten okres poświęciliśmy czasu na wizyty u lekarzy i rehabilitację (choć jeszcze nie na Fundusz). Ta ostatni pomalutku zaczęła przynosić rezultaty. Nawet wczoraj kiedy Mania rozpoczęła ćwiczenia uśmiechała się dużo i głośno. Dopiero kiedy trzeba było zmienić boczek i ćwiczyć na prawy zaczęła popłakiwać. Po prostu ta strona jest u niej słabsza. I choć jeszcze bardzo wiele z jej mięśniami jest do zrobienia to już kilka rzeczy udało się osiągnąć. Od jakiegoś miesiąca wkłada rączki do buzi, tydzień temu zaczęła podnosić wyprostowane ręce ponad głowę, przeciąga się, trzyma mocno główkę (choć raczej wykorzystuje do nie te mięśnie, które potrzeba). Za każdym razem kiedy widzę efekt ćwiczeń z rehabilitantką i naszych zabaw łatwiej mi uwierzyć, że wszystko nam się uda. Wiem, że będziemy musieli poczekać pewnie dłużej na raczkowanie czy chodzenie ale doczekamy się 🙂

    Każde z dzieci ma na pewnym etapie życia jakieś problemy. Część z nich można rozwiązać poprzez wspólne zaangażowanie dziecka i rodziców. Ćwiczenie umiejętności to podstawa nauczenia się jej. Bo nie wszystko od razu umiemy, nie wszystko jest dla nas naturalne i łatwe. Ważne aby to ćwiczenie nie odstraszyło dziecka od nauki lecz było ciekawe i inspirujące. Jeśli dziecko widzi, że rodzic jest zaangażowany to łatwiej samo też to zrobi. Oczywiście mówię tu o umiejętnościach potrzebnych do funkcjonowania w społeczeństwie, a nie np. granie na skrzypcach. Jeśli dziecko nie czuje, że to jest coś dla niego to nawet najbardziej zaangażowany rodzic nie sprawi, że skrzypce staną się pasją i będą sprawiały przyjemność.

    Ja staram się aby każde ćwiczenie na mięśnie mojej Marianki było dla nas zabawą. Chciałabym aby Mania czerpała radość ze wspólnie spędzanego czasu, a nie skupiała się na tym, że akurat teraz podnosimy rączki do góry. Być może mnie jest łatwiej, ze względu na doświadczenie zawodowe i instruktorskie. Staram się wykorzystywać wierszyki i piosenki, ich rytm i uśmiech, który sprawia, że Mania też się uśmiecha. Ale przecież każdy rodzic, który zna swoje dziecko może znaleźć ciekawy sposób na naukę nowych umiejętności.

  • Dlaczego się nie wspieramy?

    Myślę, że większość rodziców, a zwłaszcza mam, choć raz w życiu szukało odpowiedzi na nurtujące je pytanie związane z rodzicielstwem w internecie. O tym, co możemy znaleźć na forach i stronach z takimi informacjami napisze kiedy indziej. Dziś chciałabym opowiedzieć o czym, co zauważyłam niedawno, a bardzo mnie zdziwiło. A mianowicie, że jeśli tylko w dyskusji nad problemem jakaś mama ma inne zdanie niż większość… to zaczyna się hejt. Na początku nie mogłam tego zrozumieć, bo zawsze myślałam, że ludzie którzy są rodzicami powinni się wspierać w tej trudnej roli, ale zapomniałam o jednym. To jakim jesteś rodzicem bardzo zależy od tego jakim jesteś człowiekiem i jak komunikujesz się z innymi. Czy to znaczy, ze jeśli ktoś piszę coś z czym się nie zgadzam nie mogę zareagować? Oczywiście mamy takie prawo, chodzi tylko o to w jakim stylu to zrobimy. Czy nasza odpowiedź będzie wyrażeniem swego zdania z poszanowaniem zdania innych czy zwykłym „wsiadaniem na kogoś”.

    Przykładem może być dyskusja o tym jak, co i kiedy wprowadzać do jadłospisu maluszka. Każda z mam miała inny pomysł na to kiedy zacząć wprowadzać stałe pokarmy i oczywiście jakie. Kiedy pojawiła się mam, która opisała jak je jej dziecko (szybko zaczęło jeść mięso) to zaraz wiele innych kobiet zaczęło jej wypominać, że to nie zdrowe, tuczące, rozpycha żołądek dziecka, będzie kiedyś otyłe, itp. Żadna nie zapytała jak to dziecko funkcjonuje, czy rozwija się dobrze, itp. Przecież każde dziecko jest inne, kiedyś każda kobieta wychowywała swoje pociechy wg instynktu i tego co przekazały jej mama, babcia, ciocie.

    Dlaczego wydaje się nam, że jesteśmy najmądrzejsi, najbardziej doświadczeni, nasz sposób jest najlepszy, najwspanialszy? Powtarzam to jak mantrę zawsze jeśłi chodzi o rozwój dziecka – każde jest inne i każdy rodzic najlepiej czuje co jest dla niego najlepsze. Ja też czasami robię coś przy Mariance co może nie jest wprost zrozumiałe ale czuje, że tak trzeba. Mąż czasami pyta: dlaczego tak ją trzymasz, układasz… właśnie tak? Bo tak czuję.

    Wiem, że mój idealizm jest pewnie daleki od codzienności i nie zawsze wszyscy rodzice będą się wspierali. Ale bardzo bym nie tylko sobie życzyła tego abyśmy wszyscy umieli wyrażać swoje opinie w sposób kulturalny i cywilizowany. Nie ważne czy na forum internetowym, w piaskownicy, w sklepie, przedszkolu, szkole… Bo nikt z nas nie jest nieomylny, a skrzywdzić jest kogoś bardzo łatwo. A jeśli już my usłyszymy takie komentarze pod swoim adresem to pamiętajmy, że to my jesteśmy rodzicami naszych dzieci, kochamy  je najbardziej na świecie i wiemy czego im potrzeba. A jeśli chcemy kogoś prosić o radę, niech to będą osoby zaufane, które nam pomogą, a nie będą hejtowały.

  • Porozmawiajmy sobie

    Kupiliśmy Mariance w sobotę w parku balonik. Różowo – niebieska świnka w dniu zakupu zrobiła takie sobie wrażenie, może dlatego, że na spacerze byli również dziadkowie i ciągle zabawiali Manię. Ale wczoraj coś zaiskrzyło i braciszek świnki Pepy zawojował jej świat, może nie przyćmił Leosia, ale… stał się powiernikiem. Marianka wczoraj większość dnia Marianka spędziła na intymnych rozmowach z dmuchaną świnką. Zresztą nie tylko ona słucha Jej tajemnic. Od kilku dni przed popołudniową drzemką rozmawia sobie z misiami z karuzeli nad łóżeczkiem. O czym rozmawiają? Nie wiem, ale cieszę się, że Marianka próbuje się komunikować nie tylko z nami.

    Oczywiście te „rozmowy” to dopiero wstęp do prawdziwej dyskusji, ale dzieci często mają swych „przyjaciół” (nie-ludzi), którym powierzają swoje sekrety. Czy to będzie maskotka, samochodzik, poduszka czy pamiętnik mali i duzi potrzebują bezpiecznie wyrazić część swoich myśli i emocji. Czy to znaczy, że nie czują się bezpieczni mówiąc to rodzicom? Nie koniecznie. Może czasami się czegoś wstydzą, potrzebują zebrać myśli lub są to sprawy ze świata fantazji, których rodzice i tak nie zrozumieją 😉 Nie warto walczyć z tymi powiernikami dziecięcych sekretów lecz zapewnić dzieci, że wysłuchacie wszystko co zechcą Wam powiedzieć. Nie ma znaczenia czy to wyda im się to ważne lub nie. Warto pamiętać, że jeśli dzieci opowiadają nam coś ze świata fantazji to nie można tego zbyć lub wyśmiać. o jest dla nich ważne, a więc i dla nas. Bo jeśli zbyjemy je teraz, to z „poważnymi” sprawami też do nas nie przyjdą. A ap ropo pamiętników. Nie czytajmy ich, chyba że sądzimy, że dziecku dzieje się krzywda i nie chce nam o tym powiedzieć, a i w tym przypadku niech to będzie ostateczność. I pamiętajmy też, pamiętnik pisze się pod wpływem chwili i emocji, to że się napisało w nim coś złego to nie znaczy, że tak jest tylko dziecko tak to czuło w danej chwili.

    Cieszę się, że Marianka szuka już kontaktu werbalnego z różnymi obiektami. Mam nadzieje, że nigdy nie straci go z nami.

  • Po co komu sen?

    Kiedy byłam nastolatką spędzałam większość nocy w domu na czytaniu książek lub podczas wyjazdów harcerskich na przygotowywaniu programu, grach terenowych, itp. W czasie studiów wystarczało mi 4 – 5 godzin w ciągu nocy aby normalnie funkcjonować w ciągu dnia. Nie powiem, że nie lubiłam spać – wręcz przeciwnie zawsze to było moje hobby, na które nie miałam czasu 🙂 Dzięki wyjazdom harcerskim zdobyłam bardzo przydatną umiejętność – spanie wszędzie i czasami nawet 15 minutowa drzemka pozwalała mi na regenerację sił i kolejne działania.

    Z czasem zmieniło się wiele w moim życiu, choćby to, że oczywiście po 4 – 5 godzinach snu byłam w stanie funkcjonować w miarę normalnie… ale jeśłi mogłam wybierałam spanie dłuższe. Będąc na zwolnieniu lekarskim w ciąży spałam dużo i długo… w końcu miałam do tego możliwości i pretekst. Wiedziałam jednak, że kiedy urodzi się Marianka zmieni się to. Byłam na to gotowa. Taka mi s ie tylko wydawało… Przedwczesne narodziny Mani i jej pobyt w szpitalu wywarły wpływ na mój sen, zarówno na jego jakość jak i długość. Nocne ściąganie pokarmu często i gęsto odbyło się na pół-śpiąco. Prawdziwym sprawdzianem był pobyt z Mania w szpitalu oraz powrót do domu. Mój organizm przyzwyczaił się już do urywanego snu, czuwania w nocy i nasłuchiwania, drzemek w ciągu dnia kiedy Marianka śpi, a ja sobie myślę, że to normalne. Oczywiście gdybym mogła przespać cała noc byłoby fajnie, ale kiedyś znowu mnie to czeka. Po prostu na razie jest jak jest.

    Myślę, że zostając rodzicem dobrze jest być świadomym pewnych rzeczy, ograniczeń, zmian i po prostu je zaakceptować. W końcu miliony kobiet przede mną i po mnie tak samo spędzały noce z małym dzieckiem. A i tak Marianka daje mi w nocy trochę przespać się, a i dzienna drzemka jest fajna. Bo kiedy patrzę na śpiącego brzdąca w łóżeczku, na moich rękach czy w wózku to sobie myślę, że za chwilę będzie duża i ten czas szybko minie… A ja będę tęskniła za chwilami kiedy była malutka i marudziła przed snem. Bo warto dostrzegać w każdym dniu powód do radości z bycia rodzicem właśnie naszych dzieci 🙂

     

    PS: O śnie dzieci przeczytasz „Smacznie spać – marzenie czy rzeczywistość” oraz „Bitwa o sen”

  • Jak w kalejdoskopie

    Dziecięcej uczucia i emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie. Dzieje się tak zwłaszcza u tych najmłodszych dzieci, które nie do końca wiedzą co się z nimi dzieje, ale również starsze – nawet nastolatki miewają zmienne nastroje. Często miałam z tym do czynienia w przedszkolu czy w mojej pracy z zuchami i harcerzami. Niby nic, chwila a nastrój w jednej chwili się zmienia… od śmiechu do płaczu, od radości do złości, itp.

    Dziś odczułam to też bardzo podczas wizyty z Marianką u lekarza na szczepieniu. Kiedy tylko weszliśmy była marudna, bo dopiero co się przebudziła, na badaniu płakała, a chwilę później gugała sobie do pani pielęgniarki, a do mnie się uśmiechała. Kiedy tylko dostała szczepionkę zaniosła się płaczem – zapowietrzyła się, ale jak tylko pomogłyśmy z paniami zaczerpnąć jej powierza momentalnie się uspokoiła i zaczęła oglądać sobie gabinet, rozglądać gdzie też podział się dziadek, nawoływała swoje ulubione „hej”… Istna karuzela.

    Dzieciom bardzo trudno rozpoznać jest uczucia zarówno swoje jak i innych. Oczywiście niemowlaki to w ogóle jeszcze nie wiedzą do końca co, kiedy i gdzie się z nimi dzieje, ale mówię o starszych dzieciach. Jest w nas tyle emocji, że dzieciom trudno je zidentyfikować, określić, a często w związku z tym zaakceptować. A jeśli nie akceptujemy swoich emocji, z czasem mogą pojawić się w tej sferze różne zaburzenia. Każdy ma prawo czuć się tak a nie inaczej. Zarówno dziecko jak i dorosły mogą czuć złość, smutek, radość, gniew i tysiące innych emocji. Pytanie tylko co z nimi zrobią, zwłaszcza z tymi negatywnymi.

    Dlatego tak ważne jest aby od najmłodszych lat rozmawiać z dziećmi o emocjach i uczuciach, pomagać nazywać oraz radzić sobie z nimi. Bo niestety nie tylko z negatywnymi często nie potrafimy sobie poradzić ale też z pozytywnymi. A jeśłi nie nauczymy się tego w dzieciństwie, dorosłym bardzo ciężko to zrobić.

    Ja jeszcze Mariance nie mówię za dużo o emocjach. Ale część z nich próbuję nazywać mówiąc „wiem, że boli…”, „cieszysz się, że babcia przyszła…”, „smutno, że tata musiał iść do pracy…”, „jesteś szczęśliwa, że bawisz się z mamą…” i wiele innych. Być może Mania jeszcze z tego nie wiele rozumie, ale ja ćwiczę na czas kiedy już będzie wiedziała o czym mówię.

  • Zabawa „Radość bycia rodzicem” z nagrodami

    Zapraszam wszystkich rodziców do zabawy „Radość bycia rodzicem”. Zasady są proste:
    1. Zdanie „Czuję radość bycia rodzicem…” dokończ słownie, grafiką, zdjęciem, filmem… lub jak jeszcze inaczej chesz  na swoim profilu i oznacz #radoscbyciarodzicem
    2. Udostępnij to na naszym wydarzeniu
    3. Nominuj do naszej zabawy co najmniej 3 kolejnych rodziców
    4. Zabawa trwa do końca lipca
    5. Wśród uczestników rozlosujemy nagrody książkowe

  • Mrugające światełko w ciemnościach…

    Marianka jest w domu od prawie 2 miesięcy. W tym czasie nie miała problemów oddechowych, czasami tylko zapowietrza się podczas płaczu. A pomimo, kiedy śpi zdarza mi się sprawdzać czy jej klatka się rusza. Dzieje się tak zwłaszcza na spacerze lub kiedy zaśnie poza łóżeczkiem. Ten strach zostaje gdzieś z tyłu głowy i ciężko się go pozbyć. Wiedziałam, że tak będzie dlatego zanim jeszcze Mania wyszła ze szpitala kupiliśmy monitor oddechu. Ktoś może powiedzieć, że to zbędny wydatek, bo przecież żaden lekarz nie wypuściłby jej jeśli miałaby problemy oddechowe. Wiem… ale co innego wiedzieć, a co innego czuć. W nocy nadal czasami budzę się i sprawdzam czy niebieskie światełko monitora mruga. To mnie uspakaja. Mam nadziej, że ten sprzęt nie przyda nam się nigdy, że okaże się zbędny… Bo on tak naprawdę jest dla nas, abyśmy mniej się bali. Bo nadal, przynajmniej ja, mam chwilę kiedy boję się o Mariankę bardzo.

    Ale właśnie taka jest rola rodzica, martwić się. Pytanie tylko co z tym zrobimy, czy będziemy zamęczać dziecko naszym strachem, czy poszukamy jakiegoś sposobu aby bać się mniej. Myślę, że Mania nie byłaby szczęśliwa jakbym co noc tykała ją lub zapalała światło i sprawdzała czy oddycha. A jak sobie poradzić ze strachem kiedy dziecko wychodzi samo, wyjeżdża po raz pierwszy bez nas albo robi coś czego my nigdy nie robiliśmy? No cóż, są różne sposoby… komuś pomoże zgromadzenie wiadomości dotyczącej znajomych czy miejsca, czynności… innemu modlitwa, ale na pewno każdemu zaufanie do dziecka. A jak te zaufanie zyskać? Od małego wyznaczać granice i uczyć poruszania się w ich ramach. Uczyć zasad i wartości. Wtedy z łatwością uwierzymy, że dzieci wiedzą co robić, z czego nie będziemy zadowoleni i co byśmy powiedzieli na ich zachowanie. Zbudują swój system wartości w oparciu o to czego ich nauczymy. Czy to sprawi, że nie będziemy się bać o nasze dzieci? Z pewnością nie, ale strach będzie mniejszy i pozwoli nam normalnie funkcjonować.

    Ja na razie na rezygnuję z monitora oddechu, nie dlatego, że nie ufam umiejętnościom oddechowym Marianki, tylko dlatego, żeby w nocy móc spokojnie spać. A energię skierować na kontakt z Manią i pokazywanie jej świata, który jest taki ciekawy.

  • Łamiemy schematy

    Niektórych to zaskoczy, innych nie ale uwielbiam schematy, procedury, stałości, a z drugiej strony nowości i wyzwania nadają pikanterii i kolorytu w moim życiu. Każdy kto ma dzieci, zwłaszcza małe wie, że one też lubią powtarzalność i schemat dnia. Daje im to poczucie bezpieczeństwa i możliwość zrozumienia świata. Często zachęcam rodziców aby wprowadzali konkretny schemat dnia aby ułatwić swoim dzieciom funkcjonowanie, a sobie dać szansę na zrobienie czegoś więcej niż opieka nad maluchami.
    Od jakiś 2 tygodni udało  mi się w końcu wprowadzić w miarę stały schemat dnia. Wspólnie z Marianką ułożyłyśmy sobie jakoś wspólny czas. I na pewno mi, a mam wrażenie, że Jej również pasuje taki układ. Czasami zakłócony jest on poprzez wizyty u lekarzy specjalistów, ale tylko odrobinkę, bo udało mi się drzemkę tę główna w ciągu dnia ustawić między 14 – 16 kiedy przeważnie jesteśmy już po wizytach. Zresztą czasami odstępstwa od schematu dnia, zwłaszcza kiedy wnoszą coś ciekawego i zaskakującego dla dzieci. Jednak im mniejsze dzieci tym trudniej jest kolokwialnie mówiąc zaszaleć z innowacjami.
    Tak było wczoraj. Pogoda nie była upalna więc zamiast na spacer ok. godz. 18 – 19 wybrałam się z Marianką na zewnątrz już o 15. Pomyślałam, że drzemkę spędzi na powietrzu i będzie ok. Spacerowałyśmy około dwóch godzin, z których Mania w sumie przespała może 30 minut. Ci z Was, którzy mają dzieci już wiedza jak wyglądały następne godziny w domu… marudzenie to mało powiedziane. Tak więc tym razem złamanie schematu nie wyszło nam na dobre.
    Moim zdaniem schemat dnia to podstawa funkcjonowania zwłaszcza małych dzieci, ale odrobina szaleństwa też się przydaje. Trzeba tylko pamiętać, że z pewnymi rzeczami, tak jak np. z drzemką nie należy zbyt szybko eksperymentować. Chyba, że chcemy się przekonać gdzie są granice marudzenia naszych dzieci 😉

  • Bezpieczeństwo

    Od urodzenia każdy z nas ma swoje potrzeby. Jedne z nich są pierwszo-, drugo- czy trzeciorzędne. O ile potrzeby fizjologiczne u dziecka łatwo jest rozpoznać i stosunkowo szybko zrealizować, to już z innymi bywa trudniej. Kiedy dziecko jest głodne, ma mokro, jest mu zimno lub gorąco coś boli daje znać a rodzic stara się szybko zareagować. Ale czasami maluch płacze choć wszystkie potrzeby podstawowe są zrealizowane. Wtedy najczęściej jest problem z jego poczuciem bezpieczeństwa. Nawet dzieci, które już mówią nie są w stanie dokładnie powiedzieć o co chodzi. Po prostu czują się źle, boją się, coś jest nie tak jak powinno być – tak się przynajmniej czują.
    Takie uczucia i potrzeby bardzo trudno rozpoznać, ale pamiętając że ma je każdy warto się o nie zatroszczyć w każdej chwili. A jak? Trzeba się najpierw zastanowić w jakich momentach czujemy się bezpieczni i my i nasze dzieci. Co lub kto sprawia, że to uczucie w środku jest przyjemne a nie przerażające. Z pewnością poczucie bezpieczeństwa wzmacniają osoby znaczące, miejsca lub rzeczy ważne. Ale czasami może to być również smak, zapach lub wspomnienie. Warto więc mieć na podorędziu cały zestaw narzędzi, które wzmocnią w dziecku poczucie bezpieczeństwa.
    Nawet małe dzieci same próbują sobie pomóc aby czuć się bezpiecznie, chcą stworzyć sobie mały świat, ich świat. Jak to robią? Chcą być zawsze z rodzicami lub kimś bliskim, nie lubią nowych miejsc ale przede wszystkim znajdują sobie jakąś „rzecz” z którą się nie rozstają. Jej zapach, struktura lub smak przywołują pozytywne emocje i dają poczucie bezpieczeństwa. Jakie to rzeczy? Maskotka, kocyk, pielucha, poduszka, poszewka, samochodzik czy bluzka mamy 🙂 Rodzicom trudno zrozumieć dlaczego akurat to a nie co innego stało się ulubioną rzeczą dziecka. Nie warto walczyć… bo jeśli pozbawimy dziecko ulubieńca to również ucierpi poczucie bezpieczeństwa.
    Jaką siłę mają „ulubieńcy” przekonałam się wczoraj u lekarza. Marianka leżała u mnie w ramionach, miała smoczek a jednak nie czuła się dobrze. Dopiero kiedy dostała swego Leosia uspokoiła się. Kiedy go dotknęła… to było coś magicznego, od razu widać było ulgę na twarzy.
    Po mimo, że jest to czasami uciążliwe, pamiętajmy o ulubieńcach naszych dzieci, kiedyś na pewno będą na tyle pewne siebie, że przestaną ich potrzebować. Poznają świat na tyle, że nie będzie ich przerażał. A na razie… trzeba pilnować, prać i nie zapominać 🙂 Bo nie oszukujmy się, my też mamy takie swoje sposoby aby w nowych miejscach i sytuacjach czuć się bezpiecznie. Powodzenia