Autor: administacja

  • Niezależność

    Życie jest niesamowite. A dzieci to niezgłębione pokłady niespodzianek… Trzy dni temu nasza Marianka doczekała się zamiany inkubatora na łóżeczko i pierwszy raz w życiu miała na sobie ubranko. I Ona i ja przeżyłyśmy to na swój sposób. Mania bardziej organoleptycznie, a oczywiście emocjonalnie. Kiedy zobaczyłam mojego szkrabika w błękitnym pajacyku, w moich oczach urosła co najmniej o kilka centymetrów i wyglądała z pewnością na więcej niż 1620 g 🙂 Po pierwszych moich zachwytach przyszedł czas na wyjęcie jej z łóżeczka… i co się okazało? Że moja córeczka, która co prawda ma 11 tygodni, ale jeszcze przez najbliższy miesiąc powinna sobie spokojnie siedzieć w brzuchy, poczuła wolność i niezależność. Jeszcze dzień wcześniej w miarę spokojnie „kangurowałyśmy”, a tu… Mariance już nie odpowiada pozycja na brzuszku na mojej klatce, na pleckach też poleży sobie chwilkę… a może na boczku? a może mama na stojąco będzie bujała? Choć na początku byłam zaskoczona, a może nawet lekko przestraszona nową sytuacją, to szybko zdałam sobie sprawę, że to naturalne. Tak naprawdę od urodzenia dzieci w pewien sposób dążą do samodzielności i niezależności. Oczywiście robią to instynktownie. Na początku są to małe rzeczy i sprawy dotyczące ich samych, a z czasem chcą panować nad rzeczami, sytuacjami. To proces stawania się, kim? Kim tylko będą chciały. To od rodziców zależy czy dzieci będą czuły się wspierane, motywowane i chętne do działania, a w rezultacie niezależne. Najpierw w małej skali, ale kiedyś w całym swoim życiu.
    Czy marudzenie co do pozycji i ułożenia jest przyjemne? Oczywiście, że nie. Ale wiem, że ma do tego prawo, szanuję to, staram się ją wspierać. Ale wiem też, że czasami po prostu musi sobie po marudzić i po piszczeć. To też cześć życia i stawania się samodzielnym.
    Dziś też po praz pierwszy karmiłam ją z butelki. Dla mnie było to cudowne przeżycie, a i na Marianki twarzy malowały się uczucia zaskoczenia, przyjemności i jeszcze kilku, których nie mogłam zidentyfikować. Jej niezależność przejawiła się również w tym, że po kilkunastu mililitrach po prostu zaczęła się bawić smoczkiem. No cóż, czasem po prostu trzeba dostać coś bezpośrednio do brzuszka 🙂 Ale wierzę, że za jakiś czas nie tylko będzie zjadała całą porcję z butelki, ale też zasmakuje w pokarmie ze źródła. Ale niech Mania i jej organizm sami o tym zdecydują kiedy to będzie…

  • Nasz wspólny czas

    Ciężko znaleźć co pozytywnego w sytuacji, którą przeżywają rodzice wcześniaka. A jednak jest to możliwe. W tym wszystkim najcudowniejsze jest „kangurowanie”. Pisałam już o naszym pierwszym razie oraz o tym jak po chwilach  kryzysu wracaliśmy do „kangurowania”. Teraz kiedy Marianka jest coraz starsza, boryka się z coraz mniejszą ilością rurek odkryłam dodatkowy wymiar tych naszych wspólnych chwil. Od początku wiedziałam jakie korzyści „kangurowanie” daje dziecku i rodzicom (zwłaszcza mamom) – czytałam o tym między innymi w poradniku przygotowanym przez Fundację Wcześniak. Ale dziś uświadomiłam sobie, że doświadczam z Mania czegoś czego wielu rodziców dzieci urodzonych w terminie nie ma możliwości przeżyć. Codziennie przez prawie 5 godzin jesteśmy do siebie przytulone, skupiam się tylko na Niej. Nie myślę o praniu, sprzątaniu, odsypianiu nocy (ściąganie pokarmu), obiedzie… Po prostu mam czas tylko i wyłącznie dla Marianki. Możemy sobie patrzeć w oczy, mogę obserwować jej minki, poznajemy się poprzez dotyk, opowiadam jej o różnych osobach i rzeczach… Nic mnie nie goni, nikt mnie nie popędza. Te chwile są niesamowite dla mnie, ale również widzę, że Mania czeka na nie. Kiedy tylko przychodzę, witam się z nią i kładę na plecy (bo przeważnie leży na brzuszku) od razu podnosi rączki nad głowę w pozycji do „kangurowania”.
    To bardzo ważne aby spędzać czas z dziećmi, taki czas kiedy jesteśmy rzeczywiście dla nich, skupiamy się na nich, poznajemy je. Jest to potrzebne niezależnie od tego ile dziecko ma lat. Dzięki temu nasze pociechy wiedzą, że są dla nas ważne, że nie tylko to co się dzieje wokół zaprząta naszą uwagę. Nasza uwaga tworzy więź, daje poczucie bezpieczeństwa oraz wpływa na poczucie własnej wartości. Bo skoro jestem „wart” uwagi mamy lub taty, to znaczy że mam w sobie to „coś”.
    Mam nadzieję, że kiedy wrócimy do domu, nie zagubię się w obowiązkach i nadal będziemy miały z Marianką swoje chwile, że będziemy wzmacniać naszą relację. A kiedyś kiedy będzie już duża, nie będą miała żadnych wątpliwości, że znam swoją córkę, a nie tylko tak mi się wydaje.

  • Rodzinne święta w szpitalu

    Tegoroczne Święta Wielkanocne to pierwsze nasze rodzinne Święta Wielkanocne (w zeszłym roku podczas świąt odliczaliśmy dni do naszego ślubu). Nie spodziewaliśmy się, że tak będą wyglądały. Mieliśmy być we dwoje, a nie troje i na pewno nie myśleliśmy, że będziemy je spędzać w szpitalu. Ale muszę przyznać, że były to nadzwyczaj wyjątkowe Święta, ponieważ mogliśmy się cieszyć nie tylko z tego, że Chrystus zmartwychwstał, ale również dlatego że spędziliśmy je z naszą Marianką.
    Jestem osobą bardzo wierzącą i zawsze duchowo przeżywam święta, zwłaszcza Wielkanocne. W tym roku miały one dla mnie dodatkowy wymiar. W Wielki Piątek nasza Mania miała zabieg na oczka w związku z postępującą retinopatią. Te godziny spędzone przed blokiem operacyjnym były niezmiernie trudne. Nie chwiałam ani na chwilę odejść spod drzwi aby nie przegapić kogoś kto przyniesie mi jakiekolwiek informacje. Kiedy po ponad 3 godzinach jedna z pań z personelu medycznego wyszła i powiedziała, że Mania jest po zabiegu i to rozintubowana, miałam ochotę ją uściskać. Kiedy wróciła na oddział jeszcze nie do końca się wybudziła i mała problemy ze spadającym tętnem. Przez 2,5 godziny nieustannie stymulowaliśmy ją aby nie zapominała oddychać. Liczyliśmy się z tym, że po naszym wyjściu może trafić znowu na „cepap”. Wielka Sobota to zarówno pozytywne zaskoczenie, że jednak sama oddycha ale również niepokój, bo były dalsze spadki tętna. Ale za to Wielkanoc to wieści, że Marianka  „załapała” i radzi sobie z oddychaniem nawet znacznie lepiej niż przed zabiegiem. Dla nas to ogromna radość i wdzięczność, bo nasza córcia jedynie sporadycznie potrzebuje odrobinę dodatkowego tlenu.
    Nie ważne gdzie spędzamy święta, nie ważne że nie zawsze jest suto zastawiony stół, pięknie ubrani goście. Ważne, że możemy ten czas spędzić z rodziną. Cieszyć się, że mamy siebie, że żyjemy… Dla nas największą radość w te święta sprawiła oczywiście uśmiechnięta buzia Mani i próg szpitala, który może jeszcze nie jest bardzo blisko, ale już go widzimy gdzieś w oddali.
    Także pamiętajmy o radowaniu się wspólnymi chwilami i uczmy nasze dzieci, że to właśnie są rodzinne święta.

  • Moje oczko w głowie

    Tuż po urodzeniu Mani uczuciem, które dominowało we mnie był strach. Jednak z dnia na dzień, kiedy borykaliśmy się z kolejnymi problemami zdrowotnymi pojawiały się kolejne uczucia. Najpierw zmęczenie, później nadzieja, aż w końcu radość. Czy strach minął? Ależ skąd, pewnie będzie towarzyszył mi przez całe życie. Ale wiem, że jeśli się na nim skupię umknie mi wiele pięknych chwil. Oczywiście kiedy lekarz mówi mi o kolejnych schorzeniach, które pojawiają się u Mani przeżywam chwilę trwogi, ale staram się jak najszybciej sprawdzić czy z tym można żyć. I wtedy oddycham z ulgą.
    Kiedy byłam w ciąży i jeszcze dużo wcześniej wyobrażałam sobie moje dziecko, jakie będzie, jakie możliwości w życiu będę starała się mu stworzyć, jak będę pomagała odkrywać świat, spełniać marzenia, jak będę kochać. W chwili gdy Mania pojawiła się na świecie, większość z tych rzeczy przestała mieć znaczenie. Bo już nie było ważne co ja mogę, ale to aby ona żyła i mogła tego wszystkiego doświadczyć. Jakieś 3 tygodnie po urodzeniu okazało się, że mała miała wylewy dokomorowe 3 i 4 stopnia. Co to oznacza? A no tyle, że żyje ale nie wiemy do końca jak to wpłynęło na jej mózg. Może okazać się, że inne części mózgu przejmą funkcję tych uszkodzonych, a może tez tak się zdarzyć, że nie. Skutki możemy odczuć w momencie nauki raczkowania, chodzenia, mówienia, adaptacji w przedszkolu czy nauki w szkole. Ale mimo to wiem, że będzie miała szczęśliwe życie, bo jest naszym oczkiem w głowie i zrobimy dla niej wszystko. Jeśli będzie trzeba (a będzie) podejmiemy rehabilitację, będziemy pracować w domu, udamy się do specjalistów. Bo najważniejsze, że Mania żyje i ją kochamy.
    Wielu rodziców skupia się na planowaniu przyszłości swoich dzieci, a zapomina o tym, że są one cudem ofiarowanym przez Boga. Że większość z nich zrodziła się z miłości i tej miłości potrzebują. Że ważniejsze jest jakimi ludźmi będą, a nie jaki zawód będą wykonywali. Czasami warto zatrzymać się na chwilę nad śpiącym dzieckiem (niezależnie ile ma lat) i pomyśleć, że jest cudem. Bo po prostu jest… A jakie jest to od najmłodszych lat my mamy na to wpływ.
    Przed nami kolejne wyzwanie – retinopatia. Wierzymy, że te cudowne oczy, które coraz częściej parzą na nas rozumnie, a czasami zaczepnie będą zdrowe. Wierzymy, że Mani uda się uniknąć po raz kolejny zabiegu. Bo właścicielka tych wielkich oczu jest naszym oczkiem w głowie i największym cudem i skarbem na świecie dla mnie i męża.

    PS: Niestety moje oczko w głowie będzie miało zabieg na swoje cudne oczka. Ale to też wspólnie przetwamy

  • Dumny rodzic

    Dumny rodzic… tak to ja. Przede wszystkim jestem dumna z mojej córci, bo dziś skończyła dwa miesiące (choć tak naprawdę nie można jej porównać rozwojowo do 2 miesięcznego donoszonego dziecka). A to nie takie łatwe kiedy rodzisz się pod koniec 26 tygodnia ciąży. A tak na bieżąco to jestem z niej dumna bo od trzech dni znowu jest bez „cepapu”. Oddycha samodzielnie, ma tylko w okolice twarzy podawany pod namiotem tlen, aby ułatwić jej tą trudną czynność. To niesamowite zobaczyć w końcu swoje dziecko bez „tysiąca” rurek i przewodów (choć ma jeszcze sondę do jedzenia i czujnik do pomiaru tętna i saturacji). Okazało się, że jest już fajnym, okrągłym na buzi i pyzatym dzieciaczkiem. Jestem dumna z Mani bo kiedy ją „kanguruję” i ma 100% saturacji, tak jak zaleciły pielęgniarki oddalam jej rurkę z tlenem, nawet ok 2 min. utrzymuje ją. I choć czasami zmęczona na chwilę zapomina zrobić kilka oddechów to samodzielnie sobie o tym przypomina bardzo szybko. Dla kogoś może to niewielkie rzeczy, ale dla mnie, a właściwie dla Mani to ogromne sukcesy. I choć pewnie jeszcze nie rozumie to codziennie jej o tym mówię. Jeśli nawet nie trafia do niej sens moich słów, ton głosu z pewnością przekazuje jej pozytywną energię.
    Wiem, że to bardzo ważne aby rodzice nie tylko byli dumni ze swoich dzieci, ale również im o tym mówili. Ja dowiedziałam się o tym, że mój tata jest ze mnie dumny, kiedy mówił to innym nie wiedząc, że słyszę. I niby wiedziałam gdzieś podskórnie, że tak jest, to miło było to usłyszeć. Niektórym z rodziców trudu jest wyrażać słownie dumę i chwalić swoje dzieci w ich obecności, ale to bardzo ważne aby budować ich poczucie wartości. Inni z kolei chwalą za „byle co” co niestety powoduje, że dzieci albo przestają wierzyć w słowa rodziców, albo wychowują się w nierealnym obrazie własnej osoby.
    Bądźmy więc dumni z naszych dzieci, mówmy im o tym. Pamiętajmy aby nie przesadzać z nierealnymi pochwałami, ale znajdować w naszym dziecku niezwykłe cechy, zachowania, które warto nagrodzić naszą dumą. Dzieci będą rosły w poczuciu własnej wartości, będą znały własne zalety i wady, co da im siłę nie tylko w dorosłym życiu.
    Jestem dumna jeszcze z jednej rzeczy. Moja Mania od jakiegoś czasu zawzięcie ćwiczy minki i coraz częściej się uśmiecha. I choć zarówno literatura fachowa, moja własna wiedza i pielęgniarki mówią, ze jest to nieświadome i odruchowe… to fantastyczne uczucie kiedy rano zaglądasz do inkubatora a tam wita cię uśmiech córki, albo kiedy „kangurując” tata mówi do niej a ona wprost „strzela” uśmiechami na prawo i lewo.

  • Dać dziecku szansę…

    Nie powiem, że nie miałam przeczucia lub chociaż wierzyłam, że lada dzień stanie się to… Dziś rano personel medyczny dała szansę naszej Mani sprawdzić się w samodzielnym oddychaniu. Od kilku dni bardzo ładnie radziła sobie na „cepapie”, a ja bardzo czekałam na kolejny mały kroczek w drodze do domu. I dziś stało się… odłączona Mani „cepap” i dostała namiot tlenowy. Co to oznacza? Że żaden sprzęt za nią nie oddycha, jest „okryta” jedynie namiotem, pod który wtłaczany jest tlen. Dzięki osłonie nie rozprasza się tylko kumuluje wokół jej górnej połowy ciała. Ale to Mania musi zaciągać tlen to płuc i wydychać go. Wiem, że to dla niej jeszcze trudne ale radzi cobie nieźle.
    Kiedy ją rano zobaczyłam pojawiło się we mnie masę uczuć. Radość – bo to kolejny krok w stronę domu, duma – bo potrafi już tak wiele, ulga – bo już na to czekałam od kilku dni i strach…. Wiem, że w razie problemów bezboleśnie mogą jej założyć „cepap” i nic się nie stanie. Wiem, że jest stale monitorowana i pod opieką wspaniałych specjalistów. Wiem, że jest już na to gotowa. Wiem…. A jednak się boję. Strach to towarzysz codzienny życia rodziców. Boimy się o nasze dzieci, bo je kochamy. Ważne, aby ten strach nie przesłonił nam tego co najważniejsze. Nasze dzieci uczą się nowych rzeczy, odkrywają świat, swoje możliwości, marzenia. Jeśli nie damy im szansy spróbować swoich sił, to nie pozwolimy im się rozwijać i dorosnąć. A bez tego nie będą się mogły stać szczęśliwymi, odpowiedzialnymi za siebie i innych dorosłymi. Bo my, nie możemy przeżyć życia za nich, nie możemy zrobić wszystkiego za nich… Możemy za to być blisko i wspierać. Danie szansy to pokazanie, ze mamy do dziecka zaufanie, przez co wzmacniamy z nim więź i nasz autorytet. Danie szansy to pozytywne wzmocnienie poczucia własnej wartości u dziecka i budowanie jego pewności siebie. Danie szansy to wreszcie okazanie miłości.
    Czy Mania skorzysta w pełni z szansy jaką dziś dostała? Mam nadzieję, że tak. A jeśli nawet jutro zobaczę znowu na jej pięknej twarzyczce maseczkę „cepapu” to pewnie na chwilę powiem szkoda, ale z pewnością ucieszę się, że spróbowaliśmy. A następny raz się na pewno uda. Bo życie jest jak nauka chodzenia, nie od razu się udaje ale jak już zaskoczy to satysfakcja jest niesamowita.

    PS: Mania używała namiotu tlenowego przed ok. 26 godzin. Choć tym razem się nie udało, wiem że potrafi sama oddychać. Po prostu tym razem się szybko zmęczyła. Jestem z niej dumna, a następnym razem na pewno się uda.

  • Dzieci nauczycielami rodziców

    Dwa dni temu spotkałam podczas zakupów znajomego, który pytała o Manię. Mówił, że czyta na bieżąco bloga i bardzo do niego trafia to, że ja wiele się uczę od córeczki. I dziś podczas „kangurowania” tak sobie myślałam, że rzeczywiście tak jest. Moje kilkunastoletnie doświadczenie w pracy z dziećmi i rodzicami dało mi solidne podstawy do kontaktów z Manią, ale to o na codziennie uczy mnie czegoś nowego lub utwierdza w tym, że nie liczy się wiek dziecka a jedynie zaangażowanie rodzica.
    A czego nauczyła mnie moja córcia konkretnie? Wielu rzeczy. Chociażby tego, że nawet jeśłi się ma najlepiej przygotowany plan to i tak może się wydarzyć coś co zupełnie wywróci wszystko do góry nogami. Tak właśnie było z jej przyjściem na świat. Uczy mnie, że jeśli w małym człowieku jest taka ogromna wola życia i walki o nie to ja jako dorosła muszę też być silna. W końcu uczy mnie, że wiara i miłość czynią cuda… Wiem jednak, że to dopiero początek i Mania nauczy mnie jeszcze wielu rzeczy.
    Czasami ciężko jest rodzicom się przyznać do tego, że ich dzieci wiedzą czy umieją coś lepiej, są w czymś sprawniejsze. Ale to dziś codzienność. Powinniśmy się pogodzić z tym, że nasze pociechy nie tylko w sferze emocjonalnej uczą nas, ale też w czynnościach związanych z nowymi technologiami czy dzisiejszym światem mediów. Zmiany, które zachodzą w otaczającym świecie są tak szybkie, że my nie zawsze za nimi nadążamy, a dla naszych dzieci są normalnością. Już od dawna kiedy opowiadam moim zuchom lub harcerzom, że kiedyś jak na obozie była budka telefoniczna to był luksus to nie wierzą. Rzeczywistość, która dla nas jest nowinka, dla nich jest codziennością. Nie bójmy się korzystać z ich wiedzy i umiejętności. Dzięki temu dzieci otworzą się też na to co my chcemy im przekazać. Niech to będzie barter.
    A ja? Czerpię z tego co dziś uczy mnie Mania i z niecierpliwością czekam na to czego dowiem się od niej w przyszłości. W zamian zaoferują jej wartości, pokażę czym jest miłość i wiara, pokażę jaki świat jest piękny i jak ja go widzę. Czekam na to jak ona będzie go widziała… Jeszcze tylko musimy trochę na to poczekać 🙂

  • 50-cio dniowe rodzicielstwo

    To już 50 dni jak Mania jest na tym świecie. Niby to mało, a jednak dużo. Przez ten czas przeżyliśmy, a właściwie Mania przetrwała bardzo wiele: 3 razy respirator, dziurkę w jelicie, dren, wylewy dokomorowe 3/4 stopnia, bezdechy, infekcje, drgawki, transfuzje krwi, podawanie osocza, żywienie pozajelitowe… ale też pierwsze kangurowanie czy trzymanie na rękach, chwile kiedy rusza językiem w buzi i na kilka sekund jej twarz wygląda jakby się uśmiechała, dotyk jej małych rączek na mojej twarzy kiedy się wyciąga podczas kangurowania, wspólne zmianie nie pieluch… Chwile niespodzianek, strachu, radości, bólu, niepokoju, błogości, a przede wszystkim bezgraniczną miłość.
    Wiele osób pyta mnie kiedy będziemy mogli wrócić do domu? Nie wiem i nikt poza Panem Bogiem tego nie wie. Bo chociaż tak wiele już przeżyliśmy to jeszcze więcej przed nami, a właściwie przed Manią. Po pierwsze musi nauczyć się samodzielnie oddychać oraz łączyć tą czynność z innymi, np. z jedzeniem (co jest jeszcze nawet mimo „cepapu” i sondy bardzo dla niej trudne) oraz nie mieć bezdechów. Po drugie musi przybrać na wadze do co najmniej 2,1 kg (w tej chwili jest to prawie 1200 g i 39 cm). Po trzecie musi utrzymywać temperaturę swego ciała na 36,6 – 37 stopni (a to nie takie łatwe jak się nie ma jeszcze tłuszczyku). I oczywiście nie mogą pojawić cię nam inne problemy zdrowotne. Wydaje się to tylko kila punktów, a dla takiego malucha to jak zdobycie najwyższej góry, a dla rodziców? Tak właściwie w tej chwili najważniejsze jest po prostu być z Manią, nawiązywać z nią więzi, uczyć się czynności opiekuńczych, mówić jak ją kochamy i wierzyć. Wierzyć, że być może za kolejne 50 dni będziemy już razem w domu. I będziemy się uczyć żyć wspólnie w danej nam rzeczywistości wcześniaczej.
    Czy po mimo, że moja córka jest od urodzenia w szpitalu i mogę z nią spędzić jedynie 5 godzin dziennie mogę nazywać się prawdziwą mama? Myślę, że właśnie dlatego mogę. Bo muszę włożyć w całe swoje rodzicielstwo i kontakt z Manią nie 100% zaangażowania i sił, ale 500% a może i więcej, bo nam wszystko przychodzi dużo trudniej. Ale wiem, że to wszystko zaowocuje, bo i badania i doświadczenie innych rodziców dowodzą, że dzieci których rodzice są z nimi w tych trudnych chwilach szybciej osiągają odpowiedni poziom rozwoju i szybciej wracają do domu. Czego Mani, mojemu mężowi i całej rodzinie oraz sobie życzę w 50 dniu życia mojej córeczki.

  • Nie ma tylko jednej drogi

    Podczas mojej wieloletniej pracy z dziećmi, czy to w harcerstwie, przedszkolu czy w żłobku nauczyłam się że, nic nigdy nie działa zawsze. Coś co dziś działa na dane dziecko, jutro a nawet za kilka godzin może być całkiem nieskuteczne. Nie chodzi mi tylko o przywoływanie do porządku, ale też wyciszanie, pocieszanie, słuchanie czy przekonywanie. A ostatnich dniach przekonałam się na własnej skórze, że ta zasada działa  już u najmłodszych.
    Pisałam już, że tydzień temu Mania wróciła po raz kolejny na „cepap” i jest ogromnie ruchliwa, tak że próbuje zdjąć z siebie zarówno urządzenie jak i wyciąga sondę. Próbowaliśmy różnych sposobów aby poczuła się bezpieczniej i bardziej się wyciszyła. W pierwszym dniu propozycja personalu medycznego to był smoczek. I rzeczywiście przez półtora dnia było nieźle, pod warunkiem że pomagałam jej go trzymać bo inaczej po kilku pociągnięciach wypadał i denerwowała się jeszcze bardziej.  Później panie pielęgniarki zaproponowały aby jej nie kangurować tylko trzymać na rękach zawiniętą w kocyk. Córcia zawinięta jak naleśnik bardzo się wyciszała, wolała leżeć na pleckach. Spałą spokojnie przez całe odwiedziny. I choć 1100 g to niewiele to po 2,5 godzinie ręki nie czułam. Ale jeśli jej to pomagało… Sami zresztą wiecie. Dwa dni temu Mani się odwidziało i leżenie na plecach, zawiniętej w kocyk już nie było tak atrakcyjne. Znowu szalała. Szukając rozwiązania wróciliśmy na próbę do kangurowania i…. Mania jest wniebowzięta.
    Czasem po prostu warto mieć pełen wachlarz pomysłów na różne potrzeby naszych dzieci. Raz to będzie kompromis, innym razem odpowiedź żartobliwa, kiedy indziej odmowa lub inteligentne przeniesieni uwagi na inny temat. Ważne aby pokazać dzieciom, że jeden problem można rozwiązać na różne sposoby i warto ich szukać. Bo świat jest różnorodny i nie zawsze pierwsze rozwiązanie, które przyjdzie nam do głowy jest skuteczne. A że dzieci uczą się z obserwacji, warto pokazywać im dobre wzorce.
    A my z Manią? No cóż przed nami pewnie jeszcze wiele prób znalezienie porozumienie i wiem, że kiedy mała zacznie mówić wcale nie będzie łatwiej 😉

  • Tworzenie więzi

    Kidy zostaje się rodzicem wcześniaka staje się przed wieloma wyzwaniami… niepewność przy każdym wejściu na oddział, mierzenie się z powikłaniami o których nawet się nie słyszało, wychodzenie do domu kiedy dziecko płacze w inkubatorze (bo kończy się pora odwiedzin) i wiele innych. Dla mnie trudnym było również to, że zobaczyłam moją Manię po raz pierwszy dopiero ponad 10 godzin po porodzie, bo została zabrana bardzo szybko. Nasz pierwszy kontakt to delikatne dotknięcie nogi i główki. Brak możliwości bycia z dzieckiem przez cały czas jest frustrujący. Ale wśród tych chwil pojawiają się malutkie promyczki, które rozświetlają te ciemne chmury. To momenty, w których tworzymy z moją córeczką więzi. Te pierwsze dotknięcia, moment kiedy Mania próbowała wcisnąć w moją dłoń jednocześnie swoją stopę, kolano, rączkę i jej się to udaje – choć ja sama nie wiem jak. Chwila pierwszego kangurowania i kontaktu skóra do skóry, przewijanie, podnoszenie, układanie… Po mimo, że jest to bardzo trudne przez ostatnie sześć tygodni zręby tych więzi zacieśniają się. Skąd to wiem? Od soboty dostaję moją córeczkę do trzymania zawiniętą w kocyk i kiedy patrzę w te ogromne oczy, które na moich rękach przymykają się i składają do snu… po prostu wiem, że to co nas łączy jest prawdziwe. Prawdziwe choć tworzone w tak trudnych warunkach. Wystarczą po prostu ogromne chęci i determinacja.
    I tak sobie myślę, że jeżeli mi, po mimo ogromnych ograniczeń, udaje się dzięki determinacji nawiązać więź z moją córeczką to jest to możliwe też w innych okolicznościach. Wielu rodziców podczas spotkań skarży się, że nawiązanie więzi z dziećmi w różnym wieku jest trudne. Oczywiście jest to prawda, ale mim zdaniem jeżeli naprawdę nam na tym zależy, to nie ma znaczenia w jakim wieku jest nasze dziecko, jakie problemy mamy to jeśłi tylko bardzo tego chcemy to znajdziemy sposób aby się do niego zbliżyć. Czasami jeśli sami nie damy rady, warto poszukać pomocy. Ale najważniejsze aby się nie poddawać, bo wierzę, że miłość rodzicielska nadludzkiej siły. I właśnie dlatego codziennie staję przed drzwiami oddziału, robię kilka głębokich wdechów, wchodzę, zaglądamy do córeczki i zastanawiam się co dziś możemy zrobić razem. I czy to będzie czytanie książki lub śpiewanie przez drzwiczki od inkubatora, trzymanie na rękach, przewijanie, czy po prostu trzymanie za nóżkę to wierzę, że się uda i zaowocuje na przyszłość. Tę, która zacznie się kiedy tylko wrócimy do domu…