Autor: administacja

  • Po co i jak zadbać o dziecięce MY

    Od dawna dużo się mówi, że w życiu jest ważne poczucie własnej wartości. Pomaga realizować cele, tworzyć związki, rozwijać się i żyć w zgodzie z sobą. Coraz częściej jednak okazuje się, że tym czego brakuje osobom wchodzącym w dorosłość wcale nie jest niska samoocena. Dziś liczy się coś jeszcze, a z dnia na dzień będzie to coraz cenniejsze. Dziś młody człowiek nie tylko powinien dostrzegać JA ale i MY. Dlaczego? I Jaki ma to związek z naszymi dziećmi?

    Obecnie większość zawodów związana jest w pracą z zespole lub z klientem. Nawet informatycy muszą liczyć się ze współpracą z innymi. Dziś w firmach cenione są nie tylko wykształcenie, inteligencja, doświadczenie ale przede wszystkim umiejętność pracy w zespole. Dziś geniusz, który nie jest wstanie być częścią MY, ma bardzo trudno. Okazuje się, że młodzi ludzie trafiając do pierwszej pracy mają zbudowane poczucie własnej wartości (przecież się mówi o tym od tylu lat), ale trudno im się odnaleźć w pracy na rzecz całości, zespołu. Nie zdają sobie sprawy, że sukcesu zespołu to sukces pojedynczych osób i odwrotnie – pojedyncze osoby nie odniosą sukcesu bez sukcesu zespołu.

    Tak bardzo skupiliśmy się, na rozwoju indywidualnych cech dzieci, zajęciach dodatkowych, budowaniu wysokiej samooceny, że zapomnieliśmy o tym, że nie żyjemy i nie pracujemy w próżni. I chociaż coraz więcej rodziców dostrzega potrzebę rozwoju społecznego, to jednak nadal za mało.

    Bycie częścią społeczeństwa jest dla nas tak naturalne jak oddychanie. Od wieków tworzymy mniejsze i większe grupy. Dziecko powinno potrafić odnaleźć się w rożnych strukturach – rodzinnych, rówieśniczych, związanych z zainteresowaniami, czy nawet przypadkowymi. Ale aby mogły swobodnie w nich funkcjonować, to my rodzice musimy zadbać aby miały możliwość ich poznania, działania w nich i obcowania z innymi. Ważne jest tu nauka szacunku, kompromisu, współpracy, komunikacji oraz innych umiejętności. Tego wszystkiego nie da się nauczyć z książek, w biegu czy na dystans. Dzieci muszą mieć możliwość rozwoju społecznego w grupach formalnych, ale przede wszystkim tych nieformalnych.

    Dziś kiedy nasze życie jest w pełnym biegu czasami nie ma czasu na takie zwykłe zatrzymanie się i bycie. Nasze dzieci nie nauczą się żyć w społeczeństwie samotnie spacerując w wózku, wychodząc z placu zabaw kiedy pojawiają się inne dzieci, uczestnicząc w tysiącu zajęć dodatkowych. Nie możemy czekać aż pójdą do przedszkola czy szkoły. Pomóżmy im już dziś być częścią społecznego MY.

    Jeśli dziś pokażemy naszym dzieciom co to znaczy być częścią MY, pamiętając o wyjątkowym JA, z pewnością będą miały łatwiejszy start nie tylko w dalekiej przyszłości. Przedszkole czy szkoła to też MY – a przecież chcemy aby dzieci się tam dobrze czuły.

  • Wakacje pod namiotem z dzieckiem – koszmar czy przygoda?

    Wakacje z maluchem pod namiotem? O tak! Byliśmy, sprawdziliśmy i polecamy. Warto jednak pamiętać o kilku ważnych sprawach, aby wymarzone wakacje nie zmieniły się w koszmarek. Warto zrobić sobie listę rzeczy do zabrania i podczas pakowania sprawdzić dwa razy czy wszystko zabraliśmy – my o kilku ważnych rzeczach zapomnieliśmy, ale i tak daliśmy radę 🙂

    Zanim w ogóle zabierzemy się za pakowanie warto sprawdzić co oferuje pole namiotowe (lub inne miejsce) gdzie będziemy nocować. Czy jest tam łazienka z ciepła wodą, dostęp do prądu, jakaś gastronomia, czy to zupełna głusza i wszystko trzeba mieć swoje. Tak czy siak oto mała ściągawka, co warto zabrać ze sobą i na co zwrócić uwagę.

    LEKI

    To najważniejsze o czym nie możemy zapomnieć – zwłaszcza jeśli dzieci przyjmują coś na stałe lub nie można dostać tego bez recepty. Nie możemy też zapomnieć o lekach od gorączki (a przy tym o termometrze), czymś od komarów – u nas sprawdziły się plasterki, opatrunkach na drobne otarcia lub rany. To według mnie minimum, które powinniśmy zabrać w każdą podróż, a już zwłaszcza pod namiot. Wart pomyśleć też o wapnie i czymś na biegunkę.

    JEDZENIE

    Jeżeli nasze dziecko je już wszystko to co my, to sprawa jest prosta. Trochę trudniej kiedy jeszcze korzysta z butelki, kasze, itp. Wtedy niezastąpiony okaże się podgrzewacz – najlepiej samochodowy lub jakiś mały podręczny (jeśli będziemy mieli dostęp do prądu). Warto sprawdzić czy wszystkie części butelki zabraliśmy (ja zapomniałam zakrętki i trudno było wymieszać mleko) i odpowiednią ilość kaszek lub słoiczków. Zachęcam aby zawsze mieć w zapasie, na wszelki wypadek. Pomyślmy też o przekąskach, owocach, itp. bo w pobliżu może nie być miejsca aby je kupić.

    Czy zabierać ze sobą krzesełko do karmienia? My karmiliśmy Mariankę na kolanach lub w spacerówce. Oczywiście to ostatnie rozwiązanie może skończyć się koniecznością czyszczenia wózka, ale zawsze więcej miejsca w bagażniku zostaje wolnego.

    ZAKWATEROWANIE

    Jaki namiot wybrać? To już od was zależy. Ile dni w nim spędzicie. Czy wszystkie rzeczy będziecie w nim trzymać, czy tylko najpotrzebniejsze? Ile osób będzie w nim spało? Warto pamiętać, że maluch powinien spać pomiędzy dorosłymi, aby było mu cieplej i czuł się bezpieczny. Jeżeli decydujecie się na dwa materace, ułóżcie dziecko tak aby nie spało na styku, bo tam zawsze będzie mimo wszystko ciągnęło od ziemi. Sprawdźcie też jaką szerokość ma komora sypialni i czy na pewno wasze materace tam się zmieszczą (to, że na namiocie jest oznaczenie „4” jak się okazuje – nie zawsze dwa materace „2” się w nim mieszczą). Nie zapomnijcie też o pompce do tych materacy – jak my to zrobiliśmy. Dmuchanie ustami nie jest fajne. No i oczywiście latarki… Bez tego ani rusz 🙂

    Ustawiając namiot sprawdźcie kto jest waszymi sąsiadami. Wybierzcie rodziny z dziećmi w podobnym wieku. Dzięki czemu w podobnym czasie w namiotach będzie cisza. Wybudzony maluch w nowym miejscu może mieć problemy z ponownym zaśnięciem.

    SPANIE

    Podstawa to dobry śpiwór. Można kupić takie specjalne dla dzieci, albo wykorzystać ten, którego używamy zimą w wózku. Należy jednak pamiętać, że jego długość musi być większa niż nasze dziecko. Powinno ono móc w nim swobodnie zmienić pozycję. Przed wyjazdem wypróbujmy go w domu. Niech maluch wejdzie do niego, pobawi się w nim, oswoi.

    Warto też zadbać o odpowiednie ubranie do snu. Zależy to wszystko oczywiście od temperatury na zewnątrz. My zdecydowaliśmy się na cienki pajacyk oraz spodnie i bluzę dresową (nie przesadnie grube). Stój dopełniliśmy cieplejszymi skarpetkami i cienką czapeczką. Marianka się nie przegrzała, ani nie zmarzła. Trzeba to kontrolować na bieżąco. Pamiętajcie, że zawsze rano jest zimniej i warto mieć pod ręką kocyk, aby w razie czego nakryć dziecko.

    Warto też pamiętać o rytuałach podobnych jak w domu. To pomoże dziecku szybciej zasnąć. Przebywając na świeżym powietrzu z pewnością szybciej się zmęczy i może być tak, że będzie radość i zabawa, a za chwilę płacz – bo znienacka dopadło zmęczenie.

    HIGIENA

    W czym będziemy myć nasze dziecko? To zależy. Wiele pól namiotowych oferuje prysznice i dostęp do ciepłej wody. Wtedy wystarczy zabrać środki higieniczne i ręcznik. Pamiętajmy tylko aby nie sadzać dziecka w ogólnodostępnym brodziku. Możemy wykorzystać większą miskę lub klapki jeżeli dziecko stoi już stabilnie. Jeżeli nie mamy dostępu do prysznica to warto zaopatrzyć się w większą miskę lub zabrać wanienkę, którą uzupełnimy ciepłą wodą. Nie zachęcam do mycia maluchów w jeziorze lub rzece. Może to być trudne a i niebezpieczne za razem.

    ZABAWKI

    Maluch na wyjeździe w zasadzie nie potrzebuje dużej ilości zabawek. To raczej podróż może wymagać kilku „zapychaczy” czasu. Na miejscu z pewnością przyda się ulubiona maskotka lub zabawka, może piłka, wiaderko i zabawki do piasku. Jeśli jest to miejsce nad wodą to coś dmuchanego. Dla maluchów warto pomyśleć o basenie jeśli woda jest zimna i głęboka. A poza tym… to przestrzeń, w której będziemy powinna im dostarczać pomysłów na zabawy.

    PRZEMIESZCZANIE SIĘ

    Jeżeli planujemy wędrówki, zwiedzanie, itp. nieodzowny jest oczywiście wózek. Warto jednak planując takie eskapady zastanowić się nam możliwościami naszego „pojazdu”. Czy jest lekki i da się w niektóry miejsca wnieść, czy ma pompowane koła i bezdroża nie stanowią dla niego przeszkody. Czy rozkłada się na płasko i na dłuższej wędrówce nasz maluch będzie mógł w nim zasnąć. To właśnie te czynniki powinny decydować o miejscach jakie odwiedzimy.

    Oczywiście problem staje się mniejszy jeżeli korzystamy z dobrych nosideł ergonomicznych lub chusty.

    I NAJWAŻNIEJSZE

    Dobre nastawienie. Jeżeli będziemy jechać z nastawieniem, że będzie trudno i beznadziejnie… to tak będzie. Jeżeli zaś będziemy czekali na wspaniałą przygodę z naszym maluchem… to właśnie ją przeżyjemy. Czego Wam bardzo życzę 🙂

    PS: nie pisałam o ubrankach i pieluchach – bo tu już każda mama sama wie jak najlepiej spakować swego malucha

  • Randka z mężem to ważna sprawa

    Spędzamy razem mnóstwo czasu. W domu wspólnie oglądamy filmy, gotujemy, w niedzielę wylegujemy się do południa w łóżku… Wychodzimy do kina, restauracji, na leniwe spacery… Jeździmy w ciekawe miejsca… Możemy planować z wyprzedzaniem albo spontanicznie coś zorganizować… Spotkać się z przyjaciółmi… Szalejemy, ryzykujemy, nudzimy się… Wolność z osobą, którą kochamy. Ta bliskość i dostępność… To wszystko sprawia, że uczucie kwitnie i chcemy być razem… Nie wspomnę już o bliskości fizycznej… kiedy chcemy i jak chcemy… A potem rodzi się pierwsze dziecko… i wszystko się zmienia.

    Często obiecujemy sobie, że narodziny dziecka nic nie zmienią. Ale to nie prawda. W naszym życiu mamy już nie jedną najważniejszą osobę, a dwie. Dziecko jest bezbronne i niesie ze sobą ten rodzaj miłości, której do tej pory nie znaliście. Bo nie da się jej opisać, często mówimy, że dopóki nie urodzi się nam dziecko nie wiemy czym jest czysta i bezwarunkowa miłość. I to jest prawda. A co z nami? Co z kobieta i mężczyzną dzięki którym, to dziecko pojawiło się na świecie… Często zaczynamy się mijać, bo jesteśmy zmęczeni. Rozmawiamy tylko o dziecku. Zapominamy o „dwóch połówkach”.

    Mieliśmy to szczęście z mężem, że trafiliśmy przed ślubem na naprawdę bardzo dobry kurs przedmałżeński. Tematy były ciekawe, prowadzone przez specjalistów, którzy byli otwarci na pytania i bardzo profesjonalnie podchodzili do tematów. Zarówno od księdza odpowiedzialnego za kurs, jak i od pani z poradni małżeńskiej (mamy trójki dzieci) usłyszeliśmy bardzo ważną rzecz „dzieci kiedyś dorosną, a wy możecie zostać albo z bardzo bliską osobą albo z kimś kogo kiedyś znaliście”. Bo miłość jest jak ogień, gorąca i cudowna, ale kiedy jest nie podsycana… gaśnie. Wiadomo, że nie jesteśmy w stanie prowadzić życia tak samo jak przed urodzeniem dziecka ale zostając rodzicami nie możemy przestać być swymi partnerami. Nie możemy zapominać o wzajemnych potrzebach emocjonalnych, psychicznych i fizycznych. Jak to zrobić?

    My z mężem znaleźliśmy sposób. Sprawy związane z Marianką staramy się omawiać na bieżąco, po południu lub rano. Wieczorem kiedy śpi mamy czas dla siebie. Czasami to dwie – trzy godziny, a czasami pół – zależy to od obowiązków domowych. Ale najważniejsze są nasze randki. Raz w miesiącu Marianka zostaje z dziadkami, a my staramy się zorganizować sobie coś fajnego, coś takiego co raczej z Nią byśmy nie zrobili. Byliśmy np. kręgielni, w kinie w „logickrom” do tego oczywiście jakiś obiad czy kawa z ciastkiem. W trakcie naszych wyjść staramy się skupić na nas, naszych emocjach i relacji. Czy w ogóle nie wspominamy o Mani? Oczywiście, że wspominamy 🙂 Ale raczej mimochodem, nie rozstrzygamy ważnych spraw, nie planujemy. Każda taka randka jest dużym ładunkiem na kolejne dni. Wzmacnia naszą relację i związek. A pamiętajmy, że jeśli rodzice są szczęśliwi to i dzieci.

    Ktoś może się śmiać, mówić że to głupota, marnowanie czasu i pieniędzy. A ja twierdzę, że nie. Bo kiedy dzieci będą coraz starsze i coraz więcej czasu będą spędzać poza domem, my nie będziemy mieli problemu ze spędzaniem tego czasu tylko we dwójkę. Nie będziemy musieli uczyć się bycia z sobą od nowa. A syndrom opustoszałego gniazda nie dotknie nas aż tak bardzo. Bo dzieci są tylko wędrowcami pytającymi o drogę, którzy będą tworzyli własne ścieżki. A my? My weszliśmy na wspólną drogę i chcemy nią kroczyć do końca. A bycie razem dziś pomoże nam być razem jutro i pojutrze.

  • Ale już wszystko dobrze?

    Najczęstszymi pytaniami dotyczącym Marianki jakie słyszę od dalszej rodziny i znajomych jest „Ale co? Już wszystko dobrze?”. To pytania, których nie lubię i na które nie wiem jak odpowiedzieć. No bo co mam powiedzieć?

    Bo jeśli DOBRZE oznacza, że Marianka: żyje i rozwija się – to jest dobrze, nie ma bezdechów… drgawek… mniej już męczy ją refluks… naczyniak się zmniejsza – to jest dobrze, jest uśmiechniętym i ciekawskim dzieckiem – to jest dobrze, daje nam mnóstwo radości – to jest dobrze, jest waleczna i silna – to jest dobrze.

    Wiem, że jak popatrzy się na Manię z boku to wygląda na zdrowe roczne dziecko. Dlatego tak trudno mi odpowiadać na pytanie „Czy już dobrze?”. Bo ja wiem co to DOBRZE oznacza… Rehabilitację i to czasami codzienną, w różnych godzinach, które często przypadają w czasie drzemki… I choć Mania ma już za sobą okres buntu przeciw ćwiczeniom i teraz chętnie współpracuje, to za każdym razem jest coś co sprawi Jej ból lub trudność. Tylko ja wiem jak wtedy wtula się we mnie i szuka pomocy.

    Bo to DOBRZE oznacza nadal wizyty u wielu specjalistów, których badania coraz mnie odpowiadają Mariance. Nie wspomnę już o czekaniu w kolejce w poradniach, które zwłaszcza w takie upały do przyjemnych nie należą. A Marianka dzielnie to wszystko znosi… marudzi jak każde dziecko… Ale naprawdę niewiele.

    Bo to DOBRZE oznacza udział w zajęciach z integracji sensorycznej i wiele ćwiczeń w domu w tym zakresie. I choć są to zabawy, nie zawsze Marianka ma na nie ochotę. A jednak muszą być wykonywane regularnie aby przyniosły efekt. Do masażu różnymi fakturami już się przyzwyczaiła… a mimo to czasami drażnią Ją niektóre z nich.

    Bo to DOBRZEZ oznacza niekiedy rezygnację z spaceru, bo znowu trzeba jechać na rehabilitację, zajęcia lub do lekarza… I naprawdę trudno Mani wytłumaczyć, że plac zabaw musi poczekać… a widzi go za każdym razem jak jesteśmy na parkingu…

    Czasami sama się dziwię, że dziecko jest w stanie tyle znieść i dać z siebie. Może po prostu nie wiem, że to wyczyn. Robi to czego się od niej oczekuje. Może właśnie dzięki temu idąc do przedszkola będzie funkcjonowała mniej więcej jak Jej rówieśnicy. Bo Marianka to bardzo mądra dziewczynka… może nie jak na prawie półtoraroczne dziecko, ale jak na siebie.

    Staram się cieszyć z każdej naszej wspólnej chwili, każdego postępu, każdej nowej umiejętności. Ale czasami nie jest łatwo… i nie potrafię powiedzieć „tak, jest dobrze”

    Tak więc jeśli mnie spotkacie, chętnie odpowiem na pytanie co u nas, ale proszę nie pytajcie czy już dobrze. Bo my jeszcze nie wiemy do końca co to znaczy dobrze. Nie wiemy co to znaczy lenistwo, codzienne długie spacery i rozwój umiejętności, którego nie okupujemy długotrwałymi ćwiczeniami. Wiemy natomiast, że dajemy radę i zrobimy wszystko aby ułatwić Mariance start. Bo jest tego warta.

  • Komu są potrzebne plan dnia i rytuały?

    Na forach i grupach „mamowych” co i rusz pojawiają się pytania dotyczące ilości drzemek czy pory kładzenia spać. Wiele młodych mam narzeka, że ich kilku – kilkunasto miesięczne dzieci chodzą spać o 22, 23 a czasami nawet 24. Inne żalą się, że nic nie mogą zaplanować, bo dziecko co i rusz zasypia o różnej porze, jest marudne lub je różne ilości pokarmów w zależności od dnia. I o ile nie są to problemy związane ze zdrowiem dziecka, dla każdej z tych mam mam jedną radę… Wprowadzenie planu dnia i rytuałów.

    Ktoś może powiedzieć, że ja miałam łatwiej, bo przez 4 miesiące w szpitalu Marianka przyzwyczaiła się do stałych pór jedzenie i innych rzeczy. Może i trochę tak, ale nie do końca. Dom i wszystko inne było dla Niej nowością i na początku wcale nie funkcjonowała jak w szpitalu, może poza jedzeniem. Ale przecież to akurat ja kontrolowałam. To wprowadzony przeze mnie plan dani i rytuały z tym związane sprawiły, że już od dłuższego czasu Marianka idzie spać między 19:30, a 20:00.

    Kiedy zacząć wprowadzać plan dnia? Od początku. Oczywiście zaraz po powrocie ze szpitala najpierw trzeba poznać swoje dziecko. Czego potrzebuje, jakie jest. A dopiero później, po kilku dniach wprowadzać stałości. I to niezależnie czy jest karmione piersią czy z butelki, czy śpi w swoim łóżeczku czy rodzicami. Plan jest potrzebny i dla dziecka i dla rodzica.

    Dziecko dzięki planowi i rytuałom czuje się bezpieczne. Wie co po czym następuje. Wie czego może się spodziewać. Porządkuje to jego świat, który wydaje się mu taki obcy i nieprzyjemny. Stałość zawsze wprowadza poczucie bezpieczeństwa. Rodzice dzięki planowi też mają szansę poczuć się bezpiecznie. Wiedzą co po czym mają robić, do czego się przygotować.

    Warto pamiętać, że plan dnia jest stały, ale powinien być dostosowany do potrzeb dziecka i jeśli ono się zmienia, plan też powinien ulec zmianie. My zmienialiśmy plan kilka razy. Jeśli widzieliśmy, że coś nie odpowiada Mariance szukaliśmy rozwiązań. Zamienialiśmy kolejność kąpieli i jedzenia, spacerów i drzemki. Jak miała niespełna rok zauważyliśmy, że pora spania się Jej wydłuża przez co jest markotna i gorzej śpi. Zrezygnowaliśmy z popołudniowej drzemki i wszystko się ułożyło. Kiedy zamiast jeść o 23 (jadła przez sen) zaczęła się wybudzać i marudzić – zrezygnowaliśmy z tego karmienia, przesuwając lekko poranne. I właśnie na tym polega dobry plan dnia – odpowiada potrzebom dziecka.

    Czym są rytuały? To właśnie czynności, które wykonujemy w tej samej kolejności, w taki sam sposób. Zwłaszcza te przed snem, które pozwalają się wyciszyć, pomagają dzieciom spokojnie pójść spać.

    A jeśli do tej pory nie mieliśmy planu dnia? To czas najwyższy zmierzyć się z tym. Z doświadczenia wiem, że trudniej przeżywają to rodzice niż dzieci. A im młodsze tym łatwiej. Przeważnie stawiają opór 3 – 4 dni, starsze do tygodnia. Ale jeżeli czują w tym naszą stanowczość, a jednocześnie miłość i wsparcie, szybko odnajdą się w nowej rzeczywistości.

    Pamiętajmy, że plan dnia powinien zawierać nie tylko pory spania i jedzenia, ale również czas na aktywność, zabawy na świeżym powietrzu czy spacer, nie powinno zabraknąć też momentu na zabawę swobodną (dotyczy to wszystko również maluszków).

    Plan dnia porządkuje nasze życie, ale daje też szansę na dobrą zabawę i spontaniczność. Pozwala nam i naszym dzieciom poczuć się bezpiecznie i nie być zmęczonym. A co za tym idzie cieszyć się z bycia razem.

  • Rodzinka peel

    W poprzednim stuleciu (wiem jak to strasznie brzmi, bo byłam już wtedy dorosła) mówiąc o polskiej rodzinie, z pewnością wiele osób użyłoby takich określeń jak wielopokoleniowa, duża, utrzymująca kontakty, spotykająca się na święta/ wesela/ imieniny i inne uroczystości. Ostatnio na moim profilu na Instagramie zapytałam właśnie o rodzinę. Kim jest dla Was bliska rodzina? Z kim utrzymujecie kontakty? Jak duże są Wasze rodziny. I muszę przyznać, że odpowiedzi raczej mnie nie zaskoczyły. A obraz „Rodzinki peel” nie jest taki oczywisty, a co za tym idzie i wychowanie do życia w rodzinie (nie mylić z przedmiotem nauczania) jest różne. A jakie?

    Nadal jest wiele rodzin, które przy wigilijnym stole czy innych uroczystościach zasiadają w 20 – 30 czy więcej osób. Zdaje się jednak, że w są to rodziny, które od dłuższego czasu – może kilku pokoleń mieszkają w jednej okolicy. Są to duże rodziny, w których jest po kilkoro dzieci lub jako bliską rodzinę traktuje się też kuzynów. W takich rodzinach nawet jeśli ktoś wyjeżdża za pracą czy na studia gdzieś dalej, stara się w ważnych chwilach życia rodziny wracać. Dla takich osób czymś normalnym jest, że każde święta spędzają w rodzinnym domu, nawet jak jest on oddalony o kilka tysięcy kilometrów. Jak taka rozległa rodzina wpływa na wychowanie dziecka? Z pewnością może ono wiele skorzystać. Kontakty z dużą ilością zaufanych, bliskich osób wpływają na otwartość, naukę nawiązywania relacji i bycia w środowisku osób w różnym wieku/ wykształceniu/ poglądach/ itp. Oczywiście mogą wystąpić też minusy. U osób wychowanych w takich rodzinach może występować przeświadczenie, że nie łatwo się przebić, czasami trudno zostać dostrzeżonym w dużej grupie lub czuć się przytłoczonym. W dużych rodzinach w dzisiejszych czasach można też poczuć smutek w powodu braku czasu na codzienny kontakt ze wszystkimi najbliższymi.

    Coraz więcej jest też rodzin, które za najbliższą rodzinę uznają oprócz swoich dzieci, rodziców i rodzeństwo. A nawet z nimi czasami nie mają kontaktu codziennego. Często jest to spowodowane rozrzuceniem rodziny po różnych zakątkach Polski i nie tylko. Ale też wydarzeniami z przeszłości. Oczywiście wychowanie w takiej rodzinie ma również swoje plusy i minusy. Do tych pierwszych możemy zaliczyć skupienie się na relacjach z mniejsza liczbą osób, poczucie że jest się dostrzeganym i ważnym. Co może być jednocześnie minusem – bo czasami chcielibyśmy się gdzieś schować. Minusem może być również zamknięcie się na bliższe kontakty z większą ilością osób, mała ilość kontaktów interpersonalnych niezależnych od pokolenia czy poglądów.

    W którym rodzaju rodziny łatwiej, lepiej wychować dziecko? Nie znam na to pytanie odpowiedzi. Sama pochodzę z rodziny gdzie dzieci ciotecznego rodzeństwa moich rodziców to bardzo bliska rodzina. U nas zawsze było tłoczno, radośnie i głośno. I choć teraz może nie spotykamy się tak często to relacje nasze nadal są bardzo bliskie. Ale dostrzegam też wartość mniejszych rodzin. Z takiej wywodzi się mój mąż. I tu czasami może pojawić się problem. Bo zazwyczaj rodzina kojarzy się nam z naszą i jeśli spotyka się dwójka ludzi wychowanych w innych typach rodzin, to może być trudno. Bo to w czym się wychowaliśmy jest dla nas naturalne i tak chcemy aby wyglądała nasza rodzina. Ważne aby te różnice nie wpłynęły na dzieci. Musimy pewne rzeczy ustalić zanim one przyjdą na świat lub kiedy są bardzo małe. Aby nie miały sprzecznych komunikatów. Bo najlepsza rodzina to jest taka, którą my stworzymy. I nie ważne czy jest obok nas 30 najbliższych jej członków czy tylko 5. Najważniejsze jest abyśmy się kochali i cieszyli z bycia razem, a zwłaszcza z bycia rodzicami swoich dzieci.

  • O jedno słowo za dużo

    Z pewnością nie raz przez rodzicielski umysł przewijają się pytania „Co on/ ona sobie ubzdurał?”, „Skąd mu/ jej się to wzięło?”, „Cóż to znowu za głupoty siedzą w tej głowie?”. Kiedy się pojawiają? Wtedy gdy się okazuje, że w głowie dziecka jest jakieś przeświadczenie, które nie ma racjonalnych podstaw. Na przykład, że jest głupie, grube, zbyt wolne, nierozważne, itp. Lub kiedy dziecko myśli, że coś się wydarzy lub wydarzyło – a tak nie jest. Na przykład, że po kąpieli i założeniu piżamki pępek znika. No więc skąd to się bierze? Przeważnie z naszego „jednego, nieświadomego słowa za dużo”.

    Chcemy czy nie jesteśmy dla naszych dzieci pierwszą wyrocznią. Nawet kiedy dorastają, to nasza opinia jest jedną z najważniejszych w ich życiu. Nawet jeśli się do tego nie przyznają, nasze zdanie o nich, jest dla dzieci bardzo ważne. A ponieważ wielu z nas na co dzień w prost nie mówi dzieciom co o nich myśli, albo nasze opinie są tak formułowane, że dla dzieci są wiarygodne. To słowa rzucone często mimochodem, przy okazji, od niechcenia, w trakcie zdenerwowania trafiają do dziecięcej świadomości bardzo szybko. Nawet jeśli nie są prawdą, a my tak naprawdę nie myślimy w ten sposób.

    Czasami wystarczy choćby raz użyć jakiegoś sformułowania aby wyryć w dziecięcej głowie coś czego nie chcieliśmy. Już klasycznym przykładem są dziewczynki, które nawet stajać się kobietami mają fiksację na temat własnej figury bo usłyszały kiedyś od taty, że wyglądają jak kluseczka czy określane były mianem „pączuszka”. Już nie mówię o bezpośrednim powiedzeniu „wyglądasz grubo”. I dotyczy to dziewczyn, które wcale nie są przy sobie. Kiedy byłyśmy jeszcze z Marianką na reanimacji, jeden z tatusiów zapytał położnej „ile moja córka przytyła” (urodziła się z wagą 680g). Pani powiedziała, że córka to przybrała na wadze i zapytała czy jak będzie starsza tata też będzie mówił, że przytyła.

    Ale takie „słowo za dużo” mówimy w różnych sytuacjach. Kiedy dziecko coś zrobi niechcącą „czy ty głupi jesteś?”. Kiedy chwalimy inne dziecko „Zobacz Tomek to dopiero jest super sportowcem”. Kiedy dziecko nie chce wracać z placu zabaw „To zostań, ja sobie pójdę i nie wrócę po Ciebie”. Kiedy żartujemy „O zaraz pępek zniknie” (sytuacja autentyczna, Marianka od kilku dni płacze zakładając po kąpieli piżamkę, bo tata zażartował, że pępek zniknie).

    Czasami jesteśmy już zmęczeni, zdenerwowani, rozkojarzeni i rzucamy coś od tak. Ale nasze słowa mają moc. Te słowa wpadają do dziecięcych główek i zakorzeniają się w nich na stałe. Niestety często podcinają skrzydła. Dlatego tak ważne jest aby myśleć co i kiedy mówimy do naszych dzieci, o naszych dzieciach i w obecności naszych dzieci. Bo łatwo jest je wpędzić w kompleksy. Na pocieszenie dodam, że również łatwo jest dodać im skrzydeł. Kiedy nasze słowa mają moc pozytywnych emocji i mają osadzenie w realiach życia naszych dzieci. Ale chwalić też trzeba potrafić. Bo nie każda nasza pochwała jest przez dziecko odbierana pozytywnie.

    Warto więc zastanowić się czasami i ugryźć się w język. Bo nasze słowa mają moc, a powiedziane jedno za dużo mogą wyrządzić wiele złego.

  • Magia optymizmu

    Często ludzie się pytają, jak to robimy, że Marianka jest non stop uśmiechnięta i radosna. Po pierwsze to nie prawda, bo jak każde dziecko bywa marudna i płaczliwa (kiedy czegoś chce lub jest zmęczona). A po drugie, w sumie to od zawsze taka była. Czy to tylko kwestia genów, charakteru i innych cech wrodzonych? A może to my, rodzice zrobiliśmy czy robimy coś co sprawia, że przez większość czasu nasza córeczka jest uśmiechnięta?

    Myślę, że z pewnością i jedno i drugie. Z jednej strony gdyby miała inne cechy wrodzone (choć to sprawa sporna, bo różni naukowcy mają inne teorie co do cechy wrodzonych) to być może moglibyśmy nawet stawać na głowie, a Marianka i tak nie byłaby chodzącą „radochą”. Uważam jednak, tak jak wielu specjalistów, że to środowisko, w którym wychowuje się dziecko ma duży wpływ na rozwój jego cechy zarówno wrodzonych jak i nabywanych w trakcie procesu wychowania. Co więc się stało, że Mania jest wesołkiem?

    Moim zdaniem jest to siła optymizmu. Od pierwszych chwil Jej życia słyszeliśmy, że do inkubatora mamy podchodzić z nadzieją, radością i optymizmem. Bo dzieci czują nastrój rodziców i ma to wpływ na ich wyniki. I rzeczywiście, widać było, że jeżeli któreś z nas ma słabszy dzień to jakiekolwiek próby zbliżenia się do Marianki powodowały spadki Jej saturacji. Przypadek? Nie sądzę. Tak więc zarówno w te gorsze jak i lepsze dni szukaliśmy w sobie pozytywnych uczuć. Nauczyliśmy się czerpać radość ze wspólnego przebywania, choćby i w warunkach szpitalnych. Tak było przez ponad 4 miesiące. A w domu? Radość z tego, że jesteśmy razem była i jest tak wielka, że przepełnia nas wszystkich. Nawet kiedy jesteśmy zmęczeni lub zdenerwowani staramy się szukać sposobów na optymizm. Dla Marianki… i dla siebie.

    Jeżeli dziecko wychowuje się w atmosferze nie tylko miłości, ale radości i optymizmu, samo się tego uczy. Oczywiście inne uczucia też są ważne i potrzeba je w naturalny sposób poznać. Ale czy na co dzień to nie radość z bycia rodziną… radość z życia… radość, że mamy siebie… czy to nie właśnie to powinno napędzać nas do działania.

    Ktoś mógłby się zapytać z czego tu się cieszyć. Żyjemy w takim a nie innym kraju, w takich a nie innych czasach, zarabiamy tyle a tyle… Uwierzcie mi, jest z czego się cieszyć. I pomimo że od zawsze raczej patrzyłam z nadzieją i optymizmem na świat, to perspektywa inkubatora pokazała mi, prawdziwe powody do radości. Są nimi nasze dzieci, to że je mamy i możemy je wychowywać.

    Taki jest sekret radości Marianki. Ma rodziców, którzy cieszą się i dziękują za każdy dzień spędzony z Nią. Wychowywana jest w atmosferze miłości, bezpieczeństwa i optymizmu. Każdy tak może.

  • Cud przekupstwa

    Tata przychodzi po córeczkę do przedszkola. Ona wychodzi do niego obrażona, bo przecież to mama miała ją odebrać. W szatni zaczynają się posiskiwanie, marudzenia, a na końcu płacz. Dziecko kategorycznie odmawia założenia ubrań i wyjścia z szatni. Zmęczony, trochę zawstydzony, a na pewno bardzo zdenerwowany tata szepce dziewczynce do ucha „Ubieraj się i nie marudź to pójdziemy na lody”. Koniec sceny… a właściwie scen na dziś… A co z dużym prawdopodobieństwem wydarzy się następnym razem i dlaczego?

    Nie tylko w takich sytuacjach zdarza się każdemu z nas próbować przekupić dziecko. Czasami bo nam się spieszy, innym razem bo robi sceny, a jeszcze kiedy indziej aby dodać mu otuchy (naszym zdaniem). Jak dobrze wiemy często kończy się to tym, że w podobnej sytuacji dziecko już samo oczekuje „nagrody”. Dlaczego tak się dzieje? Czy to złośliwość dziecka? A może chęć pozyskania korzyści? Co sprawia, że nawet najmniejsze dzieci szybko uczą się, że w danych sytuacjach mogą konkretnym zachowaniem zyskać.

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Odpowiadają za to neurony, a właściwie połączenia między nimi. Nasz mózg ciągle się zmienia. Ogromna ilość neuronów tworzy, umacnia lub „zrywa” połączenia między sobą. Każda nowa sytuacja jest porównywana do naszych dotychczasowych doświadczeń i jeśli nie zostaną odnaleziona znaczne podobieństwo tworzone jest nowe połączenie pomiędzy neuronami. Jeżeli zaś podobna sytuacja miała już miejsce połączenie te zostaje jakby umocnione. Co w najprostszych słowach można wytłumaczyć tak:

    1) dziecko zachowuje się w jakiś sposób – robi awanturę bo przyszedł tata, a nie mama

    2) rodzic stosuje przekupstwo – nowa sytuacja – powstaje nowe połączenie po między neuronami

    3) dziecko ponownie znajduje się w takiej samej sytuacji – przyszedł tata

    4) połączenie między neuronami się „uaktywania” – dziecko oczekuje „nagrody” inaczej robi jeszcze większą awanturę

    Oczywiście mamy kilka rozwiązań takiej sytuacji. Najłatwiejsze starać się nie wspierać tworzenia nowych połączeń nerwowych, które będą związane z przekupstwem. Ale jak wiemy czasami przez stras, zmęczenie i zabieganie możemy po prostu o tym nie pomyśleć. Jeżeli jednak już tak się stało ważne abyśmy nie utrwalali tego połączenia. Jeżeli tata znowu przyjdzie po córkę, a ona będzie nie zadowolona, niech przetrwa awanturę. Może wziąć dziecko „pod pachę” i zabrać do domu. Może przeczekać. Może wytłumaczyć… Ważne aby znowu nie zabrał na lody czy inną atrakcję. Bo każde utrwalenie zachowania będzie powodowało coraz to większe oczekiwania.

    Nie wińmy więc dzieci, że oczekują od nas „nagrody”, ponieważ najczęściej to my sami oddziałujemy na ich mózg, a dokładniej neurony, które działają tak jak zostały do tego stworzone. Ale jeśli już wiemy jak działają, to możemy tę wiedzę wykorzystać. Dzięki wiedzy możemy sprawić, że nasze rodzicielstwo będzie łatwiejsze a relacja z dzieckiem bliższa.

  • Proszę nie róbcie tego swoim dzieciom

    Naprawdę bardzo dużo się o tym mówi. Jest wiele wpisów na forach, grupach „mamowych”, artykułów. Ale spacerując ostatnio z Marianką nadal widzę wielu rodziców, którzy robią krzywdę swoim dzieciom. Mam nadzieję, że są nieświadomi, a nie tylko wygodni. Mimo wszystko postanowiłam o tym napisać. Być może choć kila osób przejrzy na oczy i uchroni swoje dzieci przed tragedią.

    Pieluszka na budce wózka

    Nie powiem, że w zeszłym roku sama kilka razy nie użyłam pieluszki do ochrony Marianki przed słońcem. Po prostu nie wiedziałam, że robię Jej wilczą przysługę. Na szczęście nasz wózek nie chciał w tym względzie współpracować, pieluszka się osuwała (może dlatego, że zakrywałam tylko połowę budki?) i po 2 – 3 razach stwierdziłam, że wygodniej będzie kupić parasolkę. Na szczęście. Niedługo potem przeczytałam bardzo mądrą wypowiedź lekarza, który zadał proste pytania „Czy w budce zakrytej pieluszką jest czym oddychać? Czy jest tam chłodno i przewiewnie?”. Odpowiedź na te pytania brzmi oczywiście NIE. Pod pozorem ochrony przed słońcem fundujemy dzieciom przegrzanie – udar cieplny, brak powietrza – podduszenie. I jeśli to czytając myślicie, że przesadzam lub panikuję, to zapewniam Was, że tak nie jest. W sieci możecie przeczytać nie jedną i nie kilka historii maluchów, które trafiły do szpitala z udarem cieplnym lub problemami z oddychaniem po ochronie przed słońcem w upalny dzień. Jeśli myślisz, nas to nie spotka… to zastanów się czy chcesz eksperymentować na swoim dziecku i sprawdzić ile razy Wam się uda.

    Może to co pisze jest brutalne, ale to prawda. Czasem trzeba coś powiedzieć głośno tysiąc albo i więcej razy aby trafiło do zbiorowej wiedzy.

    A jak chronić dziecko w upalne dni przed słońcem? Ubierać odpowiednio do pogody, nie przegrzewać, używać kremu z dużym filtrem oraz zaopatrzyć się w dobrą parasolkę do wózka. A przede wszystkim zastanowić się czy w największy upał wychodzić z dzieckiem z domu.

    Nosidełko zamiast gondoli

    Bardzo modne są od jakiegoś czasu wózki 3w1. Moim osobistym zdaniem powinno się zabronić ich produkcji. Dlaczego? Bo nieświadomi (mam nadzieję, że nie leniwi) rodzice używają nosidełka zamiast gondoli. Z pewnością jest to wygodne, zwłaszcza na zakupach, czy gdzieś na wyjeździe. Nie trzeba targać ze sobą gondoli, wypinasz nosidełko z samochodu, wpinasz w stelaż i gotowe. Gotowe problemy dla naszego malucha.

    Znowu przesadzam? Znowu straszę? Znowu panikuję? NIE

    Bo to nieprawda, że inni tak robią i ich dzieci są zdrowe. Ta moda jest od kilku lat i większość dzieci tak wożonych jeszcze nie „pokazała” wszystkich swoich problemów. A jakie to mogą być problemy? Różne. Od wszelakich skrzywień kręgosłupa, problemem z napięciem mięśniowym, nauka PRAWIDŁOWEGO chodzenia, po wszelkiego rodzaju przykurcze. I większość z tych problemów pojawi się nie dziś nie jutro, a często nawet za kilka lub kilkanaście lat. I niestety nikt nie będzie pamiętał, że dziecko było wożone w nosidełku i to jest przyczyną.

    Zanim zabrałam Mariankę do domu ze szpitala, nasza rehabilitantka udzieliła nam wiele cennych rad. Jedną z nich było „Jak najmniej nosidełka”. Oczywiście, podczas przewożenia dziecka w samochodzie to jedyny sposób, ale potem… U nas nosidełko zostało wypięte z samochodu może kilka razy. Nawet jak szłam do lekarza, zostawiałam je, a Manię brałam na ręce. A dlaczego to wszystko?

    Czy zastanawialiście się kiedyś jak czuje się dziecko w takim nosidełku? Z pewnością nie siedzi w pozycji dla siebie naturalnej. Zwłaszcza najmniejsze dzieciaczki, które tak naprawdę nie są gotowe jeszcze do pozycji siedzącej czy nawet półsiedzącej. Często główka chowa się pomiędzy ramionkami, a bioderka są częściowo zablokowane. Zresztą… nie możemy mówić o jakiejkolwiek swobodzie, która jest tak wskazana dla maluszków. A gondola jak najbardziej sprzyja swobodzie ruchów i naturalnej pozycji.

    Jeśli to wszystko Was nie przekonuje, to po prostu spróbujcie sami usiąść w podobnej pozycji i zastanowić się czy będzie Wam wygodnie. A później pomyślcie o bólach kręgosłupa, skurczach mięśni i godzinach rehabilitacji. Nie dziś to za kilka, kilkanaście lub więcej lat. To dopiero początek życia naszych dzieci… nie nadwyrężajmy ich małych ciałek i nie fundujmy im początków problemów, których możemy uniknąć.

    Mam ogromną prośbę, jeżeli nie jesteście wśród osób, które używają pieluszek do ochrony przed słońcem i nosidełek zamiast gondoli, ale ktoś z Waszej rodziny lub znajomych to robi… spróbujcie go przekonać aby tego nie robił. Może moim tekstem, a może innymi krążącymi w internecie. My z Manią rehabilitujemy się od ponad roku i jeszcze wiele przed nami… nie ma sensu fundować tego dzieciom na własne życzenie. Bardzo Was wszystkich o to proszę… dla tych wszystkich dzieci pod pieluszkami i w nosidełkach.