Kategoria: Gościnnie

  • Czasami trzeba powiedzieć coś na głos… aby pomóc sobie

    Publikujemy na prośbę jednej z mam… bycie mamą dziecka, które przedwcześnie się rodzi ma różne wymiary. Niestety czasami rodzi się o wiele za wcześnie, a czasem… Przeczytajcie sami, a dzielnej mamie dziękujemy za to, że podzieliła się swoją historią. To też forma terapii…

    „Chciałabym zacząć pisać o tym co nas spotkało, co przeżyliśmy ale nie wiem jak zacząć.

    Nie wiem do kogo to trafi, nie wiem kto i jak na to zareaguje. A nie każdy umie zrozumieć rodzica, osobę w takiej sytuacji. Nie jest to proste dla nikogo ani dla osób, które to przeżyły ani dla tych u których my rodzice po stracie szukamy pomocy.

    Jednak chce spróbować. Chce spróbować mówić o tym otwarcie.

    Tak jak osoba, która przeżyła to samo co my a nawet dużo więcej i bardzo nam pomogła mimo ,że nasze spotkanie trwało może 20 minut.

    Mam na imię Aneta mam aktualnie 28 lat. Poroniłam 4 razy. Zawsze wiedziałam, że chce mieć męża, rodzinę i dzieci. Los sprawił, że mamy cudowną, zdrową córeczkę ma już 3 latka. Jednak za nim nam się udało poroniłam 2 razy. Pierwszy raz w około 9 tygodniu ciąży. Przyczyna nie znana. W pierwszych tygodniach było wszystko w porządku jednak pod koniec 7 tygodnia zaczęłam plamić, później krwawić trafiłam do szpitala, dostałam leki na podtrzymanie ciąży. Po około tygodniu wróciłam do domu i za chwilę to się powtórzyło. Plemienia i krwawienie. Niestety już nie udało się uratować Naszego dzieciątka. Pół nocy w szpitalu męczyłam się ze strasznym bólem, fizycznym i psychicznym ,który zabierał nasze dziecko a ja nic nie mogłam zrobić…

    Nie mogłam tego zatrzymać choć bardzo chciałam. Strata bolała bardzo…

    Sporo się staraliśmy zanim nam się udało, dla nas to było sporo ,choć to pojęcie względne. Byliśmy szczęśliwi ale los nie pozwolił nam zatrzymać Naszego Maluszka.

    Powinniśmy odczekać pół roku za nim zaczęliśmy starać się ponownie o dziecko. Jednak dla mnie to było za długo. Chciałam już ,natychmiast kiedy tylko wróciłam do formy znowu zacząć się starać o dziecko. Jakby to miało uleczyć moje-nasze serce. Trzy miesiące później znowu byłam w ciąży -pozytywny test. Jednak kilka dni po spodziewanym okresie zaczęłam krwawic. Lekarz nic nie mógł już na to poradzić. Straciliśmy drugie dziecko.

    Po raz kolejny ból, dlaczego my, dlaczego nas to spotyka do dziś tego nie rozumiemy.

    Przyszedł czas i udało nam się, 5 lub 6 miesięcy od pierwszej straty zaszłam w ciążę, którą donosiłam i szczęśliwie siłami natury urodziłam. Mamy Cudowną Córkę. Kochamy ją nad życie , nasza wyczekana Córeczka. Sens życia.

    Jednak chcieliśmy mieć dwoje dzieci. Zanim zaszłam w ciążę trwało to ponad 2 lata od Mai. Niestety tym razem znowu ,tydzień po spodziewanej miesiączce zaczęłam plamić później krwawić. Straciliśmy trzecie dziecko. Serce krwawiło ale nie poddaliśmy się. Bardzo pragnęliśmy drugiego dziecka.

    W końcu udało się w czerwcu tego roku 2019. Do 9 tygodnia ciąży pracowałam. Jednak zdecydowałam się na zwolnienie lekarskie. Ze strachu, że coś może się stać naszemu dziecku. Nie czułam się z tym dobrze bo kobiety biorące szybko zwolnienie lekarskie są zazwyczaj źle postrzegane. Miałam wyrzuty sumienia,ale wiedziałam, że to jest dla dobra Naszego Dziecka.

    Jednak to nie wystarczyło…

    Wszystko było dobrze, z wizyty na wizytę dziecko rosło tak jak powinno ,serduszko biło. Prenatalne były dobre. Dwa tygodnie po, na wizycie u prowadzącego lekarza wszystko dobrze. Trzy tygodnie później a 5 tygodni po prenatalnych na wizycie u lekarza prowadzącego rozpętał się nasz dramat, tragedia i koszmar…

    Byłam prawie w 19 tygodniu ciąży.

    Wizyta kontrolna u prowadzącego lekarza.

    Pobranie krwi, ciśnienie i właściwie nic poza tym. Standardowe pytania, przedłużenie zwolnienia lekarskiego. Doktor nie planował robić usg ale poprosiłam, bo jestem przewrażliwiona. Nie ma co się dziwić….

    Do tego dnia zawsze robił usg choć na chwilę żeby sprawdzić czy wszystko jest ok. Tego dnia miał zamiar nie robić. Dzięki Bogu zrobił po mojej prośbie. (Kolejne usg dopiero 15 listopada miałam mieć połówkowe ,żyłabym ponad 6 tygodni z martwym dziecku w brzuchu… jeśli wcześniej by coś się nie wydarzyło co mogło zagrażać mojemu życiu…)

    Okazało się, że nasze dziecko jest zbyt małe na ten etap ciąży. Wymiary pokazywały około 16 tydzień ciąży a był już prawie 19. Zapytałam lekarza czy z sercem wszystko dobrze ,powiedział że tak ale polecił żebyśmy zrobili usg w Białymstoku na lepszym sprzęcie, żeby to wyjaśnić.

    Tego samego dnia pojechaliśmy do Białegostoku zrobić prywatnie dokładne usg.

    Lekarz w prywatnym gabinecie tylko przyłożył głowicę usg i od razu po jego minie i reakcji widziałam, że jest źle, że jest bardzo źle… po chwili lekarz powiedział,że dziecko nie żyje… I to dłuższy czas…

    Świat Nam się zawalił… po raz kolejny, tylko teraz parokroć bardziej, mocniej, niewyobrażalnie mocno…

    To już 4 razy ,ale pierwszy w połowie ciąży prawie…

    Przecież to już 2 trymestr…

    Przecież to już ten bezpieczny okres…

    Przecież było wszystko dobrze…

    Przecież….

    Gdyby…

    Dlaczego…

    Jak lekarz prowadzący mógł nie widzieć,że dziecko nie żyje… rozumiem słabszy sprzęt ale jak mógł nie widzieć czegoś takiego…

    Ludzie mówią: będzie dobrze, jesteście młodzi, macie czas…

    Nie to nie prawda …

    Oczywiście cały czas chce mieć drugie dziecko …

    Ale już nie za wszelką cenę…

    Nie wiem czy świadomie będziemy o nie się starać…

    Nie chce, boję się narażać rodzinę, Męża Córkę….samą siebie na kolejne cierpienie..

    Niepewność, ryzyko…

    Nikt nie da nam gwarancji ,że będzie dobrze

    Nie jestem maszyną , mam swoje ograniczenia , psychiczne i fizyczne… mój organizm tego może nie wytrzymać…

    Choć bardzo bym chciała mieć drugie dziecko… ale się boję, bardzo się boję…

    Mama,Tata Mai i Świętej Pamięci Irusia.”

  • Co łączy muzykę i język?

    Już na studiach rozpoczęłam praktykę pedagogiczną. A że na obydwu kierunkach (filologia romańska: język francuski, edukacja artystyczna w zakresie sztuki muzycznej) wybrałam specjalizację nauczycielską, wiedziałam, że chcę to robić z pasją i jak najlepiej.

    Okazało się jednak, że to co z pozoru najłatwiejsze i najbardziej przyjemne, w praktyce musi być niezwykle skrupulatnie przemyślane – praca w grupach przedszkolnych!

    Do poszukiwań odpowiednich metod i narzędzi do nauczania najmłodszych języka francuskiego oraz muzyki skłoniło mnie dodatkowo pojawienie się na świecie moich własnych dzieci. To głównie obserwowanie ich rozwoju uświadomiło mi, że:

    • na nic zdadzą się tu ławeczki i uzupełnianie zeszytów ćwiczeń,

    • nie tyle chodzi o naukę, co o towarzyszenie w samodzielnym odkrywaniu,

    • dynamika, atrakcyjność, kontekst bliski dziecku, szeroka przestrzeń na akceptację pomysłów i improwizacji dziecka – to jedne z najważniejszych cech zajęć edukacyjnych ,

    • bez dobrej zabawy (również nauczyciela!) i emocji nie ma szans na powodzenie.

    W ten sposób myśląc, zdecydowałam się na pozostawienie pracy etatowej, sztywnych programów, oceniania według tabeli, selekcji na egzaminach i z grupą kilkorga dzieci zaczęłam działać dokładnie na odwrót, w myśl autorskiej metody nauczania języka francuskiego Mali Francuzi oraz teorii umuzykalniania niemowląt i małych dzieci prof. Edwina E. Gordona. To co odkryłam na ich przykładzie, a potem z przyjemnością potwierdziłam w zabawach z moimi dziećmi, to fakt że umuzykalnianie można łatwo odnieść do nauki języka. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku przyswajanie nowych umiejętności jest procesem sekwencyjnym, składa się z następujących po sobie etapów, które należy respektować. Przykładowo: trzeba najpierw coś usłyszeć, by móc to powiedzieć i zaśpiewać lub trzeba najpierw wiele razy coś powtórzyć, by następnie „złożyć” z tego własne wypowiedzi. Brzmi logicznie i dla edukacji muzycznej, i językowej, prawda?

    Z czasem znalazło się wokół mnie więcej pedagogów pasjonatów edukacji alternatywnej w najmłodszych grupach wiekowych: nauczyciele angielskiego, plastyki, gry na instrumentach… Ze zbiegu tych wszystkich okoliczności powstało TUTTURU – miejsce, gdzie dzieją się zupełnie niebywałe rzeczy. Dzieci od 2 roku życia rozpoczynają przygodę z językiem francuskim, swoje predyspozycje muzyczne rozwijają już niemowlęta, a starszaki przygotowują się do edukacji muzycznej i gry na instrumentach! A to wszystko w przyjaznej atmosferze i w takim tempie, na jakie są akurat gotowe.

    Emilka – mama trzech chłopców nauczyciel języka francuskiego i muzyki,

    pasjonatka rozwijania dziecięcych talentów 🙂

  • Planszówki to nasza pasja

    Nazywam się Leszek Talipski i jestem mężem i ojcem dwóch synów. Wspólnie z żoną zależy nam, aby jak najwięcej czasu spędzać z naszymi chłopakami, dlatego szukamy różnych pomysłów na wykorzystanie wolnego czasu. Bieganie, piłka nożna, wyjście na mecz, wspólne wyjazdy to niektóre z naszych pomysłów na weekend. W dobie komputerów chcemy pokazać dzieciom ciekawe miejsca, piękno przyrody. Zawsze podczas wyjazdów nie może też zabraknąć gier planszowych.

    Każdy z nas wybiera kilka swoich hitów, jednak wśród nich nie może zabraknąć nowości. Aby je poznać bierzemy m.in. udział w wielu spotkaniach poświęconych grom. Dziesięcioletni syn jest wielbicielem Carcassonne wraz z dodatkami, Munchkina, 7 cudów świata, Wyspa Skye, Wsiąść do pociągu i wszelkiego rodzaju gier logicznych. Pięcioletni syn lubi grać w Dobble, Owocowy zawrót głowy, Halli Galli, Torcik, Pszczółki, Epokę Kamienia Junior. Obaj z przyjemnością grają też w Mistakos, Gobblety, Seta, Speed Cups.

    26 listopada kolejny już raz wybraliśmy się na Warszawski Festiwal Gier „Planszówki na Narodowym”. Po wyczerpującym tygodniu ten dzień był jak święto. Granie, turnieje, stoiska wydawnicze i Stadion Narodowy. Teraz, gdy wieczory są coraz dłuższe lubimy znaleźć choć chwilę, żeby razem spędzić czas przy planszówce. Bo planszówki to nasza pasja, która przerodziła się w pracę…. To właśnie z pasji powstała Pomysłowa Kredka, miejsce, gdzie można kupić, wypożyczyć, pograć w gry planszowe, wziąć udział w turniejach. A jeśli ktoś rozpoczyna przygodę z planszówkami lub potrzebuje pomocy w doborze gry to chętnie pomożemy. Duża ilość otwartych gier pozwala na zapoznanie się z zawartością pudełka i zasadami omówionymi przez nas. Pomocne też może okazać się wypożyczenie gry, aby sprawdzić, czy jest dla nas odpowiednia.

    Planszówki to sposób na pogłębianie naszych relacji, to pretekst do wspólnych spotkań z przyjaciółmi, to też sposób na naukę poprzez zabawę. Podczas gry czasem stajemy na podium jak zwycięzca, a czasem musimy znieść porażkę.

  • Bo na ruch, ruch, ruch jest dzisiaj wielka moda. Czyli jak pomóc własnemu dziecku

    Dziecko musi się ruszać, żeby się rozwijać. Co się za tym kryje? Nie będzie tu naukowych teorii, czy obco brzmiących pojęć. Napiszę najprościej, jak potrafię.

    Nieraz słyszymy od naszych dziadków i rodziców: „Ale te dzieci teraz się szybko rozwijają”. Dlaczego teraz, a wcześniej nie?

    Wszystko zaczyna się już tuż po narodzinach. Kiedyś dzieci zawijane były ciasno w bety/rożki: rączki prosto, nóżki prosto i tak przez tydzień, dwa, trzy…

    Obecnie daje się coraz więcej swobody już w okresie noworodkowym. Czy ja zawijałam moje córki w rożek? Tak, w trakcie pobytu w szpitalu, czyli przez pierwsze 3 dni ich życia. A co potem? A potem luźne ubranie, nie krępujące ruchów i pobyt na podłodze jak najczęściej. I nie żadne kołdry czy materace, jedynie mata edukacyjna bądź cienki kocyk i przestrzeń, ruch.

    Ile dziecko w wieku noworodkowo – niemowlęcym się rusza? Otóż tyle, ile potrzebuje, aby jego organizm prawidłowo się rozwijał. W wieku żłobkowo – przedszkolnym i szkolnym rusza się tyle, ile mu się pozwoli, a nie tyle, ile potrzebuje.

    A ile ruchu trzeba? Niestety nie ma na to odpowiedzi, gdyż każdy organizm potrzebuje innej ilości. Skąd więc masz wiedzieć, ile ruchu potrzebuje Twoje dziecko? Sprawdź to z nim. Daj przestrzeń, daj przyrządy, daj czas. Obserwuj. I najważniejsze – nie zmuszaj, nie przyspieszaj, nie zabraniaj i nie porównuj z dziećmi koleżanek, rodziny czy nawet swoim starszym.

    Niektóre dzieci rozwijają się „książkowo”: w pół roku siedzą, w rok chodzą, w 2 lata rozmawiają, w międzyczasie obracają się, czołgają, raczkują, czworakują, chodzą przy meblach itp. Ale większość naszych pociech nie przejmuje się statystykami. Czy zatem rozwijają się nieprawidłowo? Dopóki nie ma diagnozy o zaburzeniach rozwoju, każde dziecko rozwija się prawidłowo, ale w swoim własnym tempie.

    Czy w takim razie pomagać im, czy też nie? Można pomóc, jednak z głową. Nie wyręczając, a wspierając i umożliwiając. Jednym ze sposobów jest spędzanie z dziećmi jak najwięcej czasu na świeżym powietrzu, na placach zabaw. Inna możliwość to zapisanie pociechy na zajęcia dodatkowe, które będą rozwijać wykorzystując naturalną potrzebę ruchu.

    Rok temu nie byłam w stanie znaleźć w Białymstoku oferty zajęć ruchowych zadowalającej mnie i moją 2,5-letnią córkę. I przyszło natchnienie. Kwalifikacje zawodowe mam – magister fizjoterapii na UMB, kilkuletnia praca zawodowa z dziećmi, dogoterapeuta, wieloletni instruktor ZHP i oczywiście mama znająca potrzeby swojego dziecka. Zaczęłam prowadzić własne zajęcia ruchowe dla dzieci w wieku 2-4 lata, na początku przychodziło kilku zaprzyjaźnionych rodziców ze swoimi pociechami, z czasem zaczęło dołączać coraz więcej znajomych znajomych. Zainteresowanie było tak duże, że postanowiłam zwiększyć liczbę grup oraz prowadzących. Do zespołu dołączył Paweł Koseski, absolwent Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego i Turystyki w Białymstoku. Zmieniliśmy również docelowe grupy wiekowe, aktualnie zajęcia skierowane są do dzieci w wieku 1,5-7 lat.

    W trakcie zajęć wykorzystujemy dostępny sprzęt gimnastyczny – m.in. drabinki, materace, pochylnie, skrzynie, kozły, ławeczki, szarfy, piłki, płotki, równoważnie. Zajęcia odbywają się z podziałem na 3 grupy wiekowe, aby odpowiednio dostosować formę i treść do potrzeb uczestników.

    Dlaczego taka forma zajęć? Wystarczyło dobrze przyjrzeć się córce: wdrapuje się gdzie się da, skacze skąd się da, skacze po czym się da, biega gdzie się da, ciągnie ją do dzieci i dodatkowo (bardzo uogólniając) ma obniżone napięcie mięśniowe. Wszystko to dotyczy większości dzieci w jej wieku (może prócz tego napięcia…).

    Wiosną i latem mamy dostęp do coraz bardziej profesjonalnie przygotowanych placów zabaw, ale jesienią i zimą w kokonie z ubrań jest nie tylko niewygodnie, ale przede wszystkim niebezpiecznie. Z kolei w lesie ciężko o grupę rówieśników.

    Wielu rodziców zastanawia się, czy dziecko da radę. Jeśli mu na to pozwolicie, z czasem poradzi sobie ze wszystkim, ale niezbędne będzie Wasze wsparcie.

    Na naszych zajęciach nie ma wyręczania, wspieramy nasze pociechy.

    Często rodzice pytają, czy są to zajęcia rehabilitacyjne. Zawsze odpowiadam, że tak, ponieważ mają korzystny wpływ na prawidłowy rozwój całego organizmu. Zajęcia ogólnorozwojowe są również świetnym przygotowaniem do uprawiania wybranej dyscypliny sportowej, sztuki walki, tańca.

    Nasze zajęcia umożliwiają naturalną kontynuację sportowego rozwoju, począwszy od maluchów w wieku 1,5-2,5 lat, uczące się m.in. przełamywania granicy wysokości jaką jest podłoga, poprzez 3-5-latki doskonalące m.in. zmysły koordynacji, równowagi, aż do 6-7-latków, które mają możliwość nie tylko poprawy swojej wytrzymałości i wydolności, ale również poznania zasad panujących w różnych sportach i sztukach walki.

    Jednak jakikolwiek rodzaj ruchu wybierzesz dla swojego dziecka, pamiętaj, żeby to Ono czerpało z niego radość, bo wtedy najłatwiej i najszybciej jest coś osiągnąć.

    Monika Szuszkiewicz

    mama dwóch córeczek

    mgr fizjoterapii, technik masażysta, dogoterapeuta, zoofizjoterapeuta

    właścicielka firmy Fizjotrip Monika Szuszkiewicz

    www.fizjotrip.pl

    fb: https://www.facebook.com/fizjotripdzieciom/

  • Przyjaźń, pasja i coś jeszcze. Tego chciałam dla moich dzieci

    Moja przygoda z harcerstwem zaczęła się, gdy miałam 7 lat, a skończyła … – właściwie to się nie skończyła. Aktywną działalność prowadziłam do momentu narodzin syna, a i potem jeszcze przez trzy lata miałam ciągły kontakt z drużyną. Dopiero gdy urodziła się córka, oficjalnie odeszłam z drużyny. Aktywnie już nie działam, ale kontakt z harcerstwem mam cały czas – poprzez młodą, która w poszukiwaniu swojego miejsca przeszła przez różne drużyny, aż w końcu zacumowała w tej, na której i ja skończyłam działalność

    Co mi dało harcerstwo? Męża , a poza nim poczucie własnej wartości, nauczyło odwagi, wyrażania swoich poglądów, samodzielności. Bycie harcerką sprawiło, że ciągle idę do przodu, że ciągle szukam czegoś nowego, nie boję się wyzwań, daję sobie radę z trudnościami, jakie niesie życie. Odkrywam nowe pasje – od dziewięciu lat tańczę hip hop . Teraz rozmyślam nad kolejnymi studiami podyplomowymi, nad jakąś zmianą w swoim życiu. Harcerstwo to też masa wspomnień – jedzenie żabiego udka pieczonego nad ogniskiem podczas nocnego samotnego pobytu w lesie, nocne wędrówki, spanie w październiku pod gołym niebem, przy ognisku, podczas gdy w menażce woda zamarzała, przechodzenie po linie nad rzeką, rąbanie drewna do kuchni, stawianie masztu, całodobowe milczenie, zdobywanie sprawności, stopni, patentów. Zaszczepiona miłość do gór, wędrówek, ciekawość świata i ludzi. No i przyjaciele – mimo odległości, jaka nas często dzieli (liczona w setkach, a nawet tysiącach kilometrów) – wciąż mamy ze sobą kontakt.

    Dzieci, tak jak i ja, od małego miały kontakt z harcerstwem. Syn w gimnazjum zrezygnował z życia harcerskiego na rzecz życia naukowego (wessało go Towarzystwo Astronomiczne Almukantarat – to z nimi zaczął jeździć na biwaki i obozy), córka miała roczną przerwę, a po niej trafiła do mojej drużyny i tu już została. Młody poza szkołą przez całą swoją edukację chodził dodatkowo na kółko informatyczne, by w liceum pomagać w prowadzeniu zajęć, jeździł jako wykładowca na zielone szkoły i obozy naukowe, a teraz jest studentem drugiego roku informatyki w Anglii. Młoda z kolei od 12 lat tańczy, działa w dwóch drużynach harcerskich, jeździ konno – aktualnie jest w drugiej klasie liceum.

    A co dzieciom dało harcerstwo? Syn po raz pierwszy pojechał na obóz w wieku 8 lat. Co roku gdzieś jeździł, zmieniając po drodze towarzystwo (bo stylu życia nie – i harcerze, i Almukantaratowcy śpią w bazach harcerskich, schroniskach, żyją skromnie, acz wesoło ). Z nieśmiałego, lękliwego chłopczyka zamienił się w odważnego młodzieńca, pełnego wiary w swoje możliwości, zawsze chętnego do działania, do podejmowania nowych wyzwań, samodzielnego (ma za sobą rok życia w obcym kraju, bez rodziny i przyjaciół, przeprowadzkę z akademika do domku). Córka zaczęła wcześniej, swoje pierwsze zimowisko zaliczyła w wieku 6,5 lat, też co roku gdzieś jeździ. Nabrała pewności siebie, nauczyła się wielu ciekawych i przydatnych rzeczy, sama budowała łóżko, kopała doły pod latrynę Radzi sobie z wieloma zajęciami naraz, jest zorganizowana, poukładana. Oboje są w stanie funkcjonować bez mamy 😉

    Fajnie jest patrzeć na swoje dzieci, jak mają jakieś pasje, swoje życie. Z jednej strony jest tęsknota za tymi maluszkami ciągle potrzebującymi mamy, a drugiej duma, że udało się wychować mądre i samodzielne dzieci, które bez lęku, za to z wiarą w swoje możliwości wychodzą w świat. Nie było to proste, trzeba było ciągle przełamywać swój lęk o nie, ukrywać swoją troskę i pozwalać na coraz większą samodzielność, podsuwać nowe wyzwania do pokonania. Ale warto było

    Agnieszka Bogacka

    mama dwójki prawie dorosłych dzieci

    harcerka, tancerka hip hop

  • Neurodydaktyka – a właściwie co to takiego?

    Gdybym mogła od nowa wychowywać dziecko,

    Częściej bym używała palca do malowania, a rzadziej do wytykania,

    Mniej bym upominała, a bardziej dbała o bliski kontakt.

    Zamiast patrzeć stale na zegarek, patrzyłabym na to, co robi.

    Wiedziałabym mniej, lecz za to umiałabym okazać troskę.

    Robilibyśmy więcej wycieczek i puszczali więcej latawców.

    Przestałabym odgrywać poważną, a zaczęła poważnie się bawić.

    Przebiegłabym więcej pól i obejrzała więcej gwiazd.

    Rzadziej bym szarpała, a częściej przytulała.

    Rzadziej byłabym nieugięta, a częściej wspierała.

    Budowałabym najpierw poczucie własnej wartości, a dopiero potem dom.

    Nie uczyłabym zamiłowania do władzy, lecz potęgi miłości”

    Słowa Diane Loomans stanowią ważny drogowskaz dla współczesnych rodziców.

    Nasze dzieci w coraz większym stopniu pozbawiane są czynników ochronnych takich jak umiarkowana presja na wyniki, swobodna zabawa, zachęta do poznawania świata i czas na refleksję. Słowo klucz to „sukces” czyli dobre stopnie, nagrody i nauka w najlepszych szkołach. Niestety to zwodnicza definicja, ponieważ tworzy fałszywe wrażenie, że bardzo dobre wyniki w nauce zapewniają umiejętności w wielu sferach, w tym relacjach międzyludzkich. Nie zawsze jednak tak się dzieje. Jeszcze większy niepokój budzi fakt, że nasza zawężona definicja sukcesu nie uznaje tych uczniów, których potencjał trudno jest zmierzyć. Jak zauważa G. Huther w książce „Wszystkie dzieci są zdolne” wiele wyjątkowych postaci jak Henry Ford, Pablo Picasso, Woody Allen, czy Salvador Dali borykało się z wieloma problemami w szkole. „Okazuje się, że żadna z tych osób nie osiągała nadzwyczajnych wyników ani w przedszkolu, ani w szkole, ani na studiach – jeśli w ogóle na takowe uczęszczali. Wręcz przeciwnie – w większości przypadków „wyróżniali się” tym, że we wszystkich placówkach edukacyjnych zdawali się być w niewłaściwym dla siebie miejscu”.

    Dzisiaj dzięki m.in. nowoczesnym metodom neuroobrazowania pracy mózgu poznaliśmy zupełnie nowe fakty dotyczące uczenia się. Marzena Żylińska, autorka publikacji „Neurodydaktyka – nauczanie przyjazne mózgowi” zauważa, że mózg jest bardzo egoistyczny, zawsze rozpatruje sytuacje pod kątem własnego „ja” i najlepiej zapamiętuje te informacje, które były najważniejsze z subiektywnego punktu widzenia. Mózgi uczniów właściwie bez udziału świadomości wyłapują to, co intrygujące, nowe i przydatne. Marzena Żylińska podkreśla również, że efektywna nauka wymaga dobrych relacji i poczucia bezpieczeństwa a strach przed popełnieniem błędu nie sprzyja rozwojowi samodzielnego myślenia. Dlatego tak ważna jest atmosfera panująca w domu i na lekcji, humor, wiara dorosłego w możliwości dziecka.

    Chociaż wszyscy mamy nadzieję, że nasze dzieci będą sobie dobrze radziły w szkole, jeszcze bardziej pragniemy, żeby im się powiodło w dorosłym życiu. Naszym zadaniem jest pomóc im poznać i zaakceptować siebie, podchodzić do świata z radością, znaleźć pracę, która będzie ciekawa i satysfakcjonująca, zdobyć kochających i lojalnych przyjaciół i partnerów, zachować wiarę, że wnoszą do społeczeństwa wiele dobrego. I właśnie w tym momencie życzę swojemu synowi Szymonowi oraz wszystkim rozpoczynającym rok szkolny 2016/2017 kroku w kierunku tak pojmowanego sukcesu.

    Mariola Rybińska

    mama 8-letniego Szymona

    nauczyciel szkoły ponadgimnazjalnej

    propagatorka neurodydaktyki w Białymstoku

    więcej o neurodydaktyce dowiecie się na „Budząca się szkoła”

  • Zdarza się, że dziecko nie słucha… ale zawsze obserwuje

    Bardzo się ucieszyłem, gdy Sylwia zaproponowała mi, abym podzielił się z czytelnikami jej bloga moimi doświadczeniami w wychowaniu dzieci. Jednak po dłuższym przemyśleniu moja radość zmalała, ponieważ uświadomiłem sobie, że moje dzieci to nastoletnia młodzież (17 i 19 lat), a czytelnikami bloga są raczej rodzicie maluchów, stawiających pierwsze kroki i zadających pierwsze pytania.

    Z drugiej jednak strony moje doświadczenie rodzicielskie i zawodowe może okazać się cenne, ponieważ kiedyś Wasze dzieci również będą nastolatkami i z całego serca życzę, aby dawały Wam nie mniej powodów do dumy i satysfakcji niż moi synowie.

    Prawie dla każdego rodzica rozwój jego dziecka jest niezmiernie ważny. Posyłamy swoje pociechy na dodatkowe zajęcia, kursy, szkolenia. Pokładamy w nich nadzieję, że dzięki temu odnajdą swoją drogę i im szybciej zaczną, tym „szansa na sukces” jest większa. Z doświadczenia wiem, że z tego typu rozwojem naszych dzieci są dwa zasadnicze problemy.

    Pierwszy – kiedy nasze dziecko chce wszystkiego, bez problemu zapisuje się na kolejne zajęcia, porzuca je w dowolnym momencie i chce zapisywać się na następne.

    Drugi – sytuacji odmienna, kiedy dziecku nie chce się niczego i trudno je czymkolwiek zainteresować.

    Skąd o tym wiem? Ponieważ właśnie takich mam synów, zupełnie różnych od siebie pod względem zapału do poznawania i doświadczania nowych rzeczy. Wiem to również od moich klientów, którzy zgłaszają się z prośbą o radę: „Jak zmotywować moje dziecko do…? Prośby groźby i zachęty nie skutkują”.

    Moim zdaniem dzieci słabo uczą się tego, co im się mówi wprost i znakomicie – poprzez obserwację. Co to oznacza? Konkretnie to, że od tego co powiesz, ważniejsze jest, jak to zrobisz i jaki dasz swojemu dziecku przykład. Nie wystarczy mówić mu: „Bardzo ważne dla mnie jest to, abyś był konsekwentny i wytrwał w swoim postanowieniu”, w przypadku kiedy dziecko co chwilę chce zmieniać zainteresowania. Nie wystarczy też, że będę przekonywał: „Bardzo mi zależy, abyś przetestował, sprawdził, doświadczył, czy ten kierunek jest dla Ciebie”, w sytuacji kiedy dziecko nie chce niczym się zainteresować.

    Dlatego dbając o stabilny rozwój swoich dzieci, nie zapominajmy o własnym. Niech nasze słowa idą w parze z zachowaniem, wtedy będziemy prawdziwym wsparciem dla naszych dzieci.

    Jak zadbać o swój rozwój?

    1. czytaj książki – to najprostsza droga do poprawienia lub nabycia kompetencji. Wybierasz interesujący Cię temat, kupujesz o tym książkę, czytasz ją i wdrażasz zdobytą wiedzę. W międzyczasie rozmawiasz ze swoim dzieckiem i mówisz mu, czego się nauczyłeś, pokazując tym samym, że warto,

    2. ucz się w domu – jeśli regularnie będziesz się edukował, to prędzej czy później Twoje dziecko zapyta Cię, co robisz. To świetne otwarcie do rozmowy o rozwoju i zapisaniu na kurs, jeśli Twoje dziecko do tej pory nie chciało nigdzie pójść,

    3. uczęszczaj na szkolenia – możesz pójść krok dalej i poszukać szkoleń w okolicy, część z nich prawdopodobnie będzie darmowa, a korzyści z wdrożenia wiedzy – bezcenne,

    4. oglądaj webinary – jeśli wieczory wolisz spędzić w domu lub w okolicy nie ma szkoleń z tematów, które Cię interesują, możesz poszukać webinarów, jest mnóstwo darmowych szkoleń online, które zapewniają dużą dawkę wiedzy,

    5. zapisz się na kurs – chcesz nauczyć swoje dziecko języka hiszpańskiego? Sam się zapisz na zajęcia językowe, a w domu

    6. ćwiczcie i utrwalajcie wiedzę. Dzięki temu nie tylko nauczycie się czegoś nowego, ale także zbudujecie lepsze relacje.

    Najlepsze w tym jest to, że możecie robić to razem. W ten sposób nie tylko nauczycie się czegoś nowego, ale także spędzicie czas razem i zbudujecie jeszcze lepsze relacje między sobą.

    Jeśli zaś miałbyś zapamiętać tylko jedną rzecz z tego artykułu, to pamiętaj o tym, by dbać o swój rozwój, dając w ten sposób dobry przykład swoim dzieciom. Inaczej zapisanie dziecka na kurs może mieć marny skutek, a relacje między wami mogą się pogorszyć, zamiast polepszy.

    Ja dla moich synów byłem ciągłym wzorem w tym zakresie. Myślę, że dzięki temu jestem z nich dzisiaj taki dumny, czego i Wam życzę 🙂

    Lechosław Chalecki

    ojciec dwóch nastoletnich synów

    trener, coach, autor książki „Potęga życia”

    twórca Szkoły Inspiracji

    http://www.lechoslawchalecki.pl/

  • Kiedy zmieniasz punkt widzenia

    Kiedyś było zupełnie inaczej. Podróże były inne. Nie chodzi mi o czasy w których żyliśmy, a o nas. O to na jakim etapie byliśmy, czego oczekiwaliśmy i tak naprawdę co mogliśmy. Teraz wszystko się zmieniło. Mamy dwoje dzieci i inny punkt widzenia.

    Nie gorszy. Oj nie. Inny. Kiedyś mogliśmy spontanicznie, w trzy chwile spakować się i ruszyć w drogę. Może nawet w przypływie większej odwagi, czy zbiegu okoliczności stopem. Imprezy do świtu, spanie pod gwiazdami. Teraz nie ograniczamy się do baz hotelowych i statyczności, ale mamy inne podejście niż kiedyś. Coby nie powiedzieć bezpieczniejsze. A dzieci? Od maleńkości chcieliśmy zarazić ich pasją do zwiedzania, podróżowania, poznawania miejsc i ludzi. Oczywiście wszystko z głową.

    Musieliśmy nauczyć się siebie nawzajem. Swoich humorów, oczekiwań i charakterów. Gdyby maluchy nie chciały współpracować, musielibyśmy radzić sobie w inny sposób. Żadne przymusy! Na szczęście nie było problemów z jazdą pociągiem, samochodem czy innym środkiem transportu. To zostało im do dziś. Dzięki Bogu…

    Wiadomo, potrzebujemy czasem urozmaiceń w czasie jazdy. Niekiedy posiłkujemy się bajkami z telefonu czy tableta. Sposób znany chyba każdemu rodzicowi. U nas nie jest stałym gościem. W schowku leży cala sterta płyt z piosenkami dla dzieci. Ileż to się w głowie człowieka tekstów mieści. No i samochodowe gadżety. Nie mam na myśli jakiś wyszukanych, drogich zabawek. Dla maluchów grające maskotki, wszelkie wydające dźwięki stworzonka. Dla starszaka – genialna sprawa, kierownica. No i pozostaje kreatywność rodzica. Wyliczanki, gry, zabawy, zgadywanki i tak dalej. Fajna sprawa!

    Nasze pociechy spędziły już noce pod namiotem, zaliczyły dlugodystansowe trasy koleją, zadomowiły się w aucie. Samo pakowanie wygląda inaczej – mamy osiem razy więcej rzeczy. Choć i tak z biegiem czasu idzie nam coraz lepiej. Pojęcie brudu się zmienia, nie muszę mieć sterty ubranek na zapas, a zabawki bardzo często robimy sami. Ot taka szybka nauka zwana „coś z niczego”.

    Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z Anna Alboth. Dziennikarką, podróżniczką i autorką książki „Rodzina bez granic w Ameryce Środkowej”. To było dopiero inspirujące! Anna utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie ma rzeczy niemożliwych, że poznawanie świata z dzieckiem to wielka radość, przygoda i nauka. Nie brakuje mi „starych” czasów, kiedy moje podróżowanie było bardziej spontaniczne i beztroskie. Teraz jest mi bardzo dobrze, może zaryzykuje stwierdzenie, że nawet lepiej. Dlaczego? Bo mogę pokazać i przeżywać cudowne chwile z najbliższymi dla mnie osobami. Nauczyłam zachwycać się wszystkim, nawet małym kamyczkiem czy robaczkiem. Bez dwóch zdań polecam spakować plecak i ruszyć w drogę, poszukiwać przygód z dzieckiem!

    Karolina Jaskólska

    mama rocznej Mai i 2,5 rocznego Szymona

    dziennikarka, autorka bloga „Małe i duże dziecięce podróże”

  • Kto i dlaczego tu gości?

    „Gościnnie” to dział, w którym publikowane będą wpisy osób, które są specjalistami w swoich dziedzinach, rodzicami, mają coś ciekawego do przekazania w temacie „Radości bycia rodzicem”.

    Jeżeli ktoś z Was chciałby aby jego tekst znalazł się w tym dziale, zachęcam do kontaktu.