Kategoria: Mania i Ja

  • Fundacja Mali Wojownicy

    Wszystko ma znaczenie… Pojawienie się Marianki w naszym życiu sprawiło, że inaczej zaczęliśmy postrzegać świat oraz problemy innych osób.

     

    Dlatego zdecydowaliśmy się założyć Fundację, która lokalnie będzie wszechstronnie wspierała rodziców wcześniaków i dzieci z problemami okołoporodowymi. Przygotowujemy dokumenty do rejestracji, ale już dziś możecie być na bieżąco z naszymi działaniami oraz dowiedzieć się więcej o radościach i problemach rodziców, których będziemy wspierać.

    Zapraszamy na nasz fanpage 🙂

  • Ale już wszystko dobrze?

    Najczęstszymi pytaniami dotyczącym Marianki jakie słyszę od dalszej rodziny i znajomych jest „Ale co? Już wszystko dobrze?”. To pytania, których nie lubię i na które nie wiem jak odpowiedzieć. No bo co mam powiedzieć?

    Bo jeśli DOBRZE oznacza, że Marianka: żyje i rozwija się – to jest dobrze, nie ma bezdechów… drgawek… mniej już męczy ją refluks… naczyniak się zmniejsza – to jest dobrze, jest uśmiechniętym i ciekawskim dzieckiem – to jest dobrze, daje nam mnóstwo radości – to jest dobrze, jest waleczna i silna – to jest dobrze.

    Wiem, że jak popatrzy się na Manię z boku to wygląda na zdrowe roczne dziecko. Dlatego tak trudno mi odpowiadać na pytanie „Czy już dobrze?”. Bo ja wiem co to DOBRZE oznacza… Rehabilitację i to czasami codzienną, w różnych godzinach, które często przypadają w czasie drzemki… I choć Mania ma już za sobą okres buntu przeciw ćwiczeniom i teraz chętnie współpracuje, to za każdym razem jest coś co sprawi Jej ból lub trudność. Tylko ja wiem jak wtedy wtula się we mnie i szuka pomocy.

    Bo to DOBRZE oznacza nadal wizyty u wielu specjalistów, których badania coraz mnie odpowiadają Mariance. Nie wspomnę już o czekaniu w kolejce w poradniach, które zwłaszcza w takie upały do przyjemnych nie należą. A Marianka dzielnie to wszystko znosi… marudzi jak każde dziecko… Ale naprawdę niewiele.

    Bo to DOBRZE oznacza udział w zajęciach z integracji sensorycznej i wiele ćwiczeń w domu w tym zakresie. I choć są to zabawy, nie zawsze Marianka ma na nie ochotę. A jednak muszą być wykonywane regularnie aby przyniosły efekt. Do masażu różnymi fakturami już się przyzwyczaiła… a mimo to czasami drażnią Ją niektóre z nich.

    Bo to DOBRZEZ oznacza niekiedy rezygnację z spaceru, bo znowu trzeba jechać na rehabilitację, zajęcia lub do lekarza… I naprawdę trudno Mani wytłumaczyć, że plac zabaw musi poczekać… a widzi go za każdym razem jak jesteśmy na parkingu…

    Czasami sama się dziwię, że dziecko jest w stanie tyle znieść i dać z siebie. Może po prostu nie wiem, że to wyczyn. Robi to czego się od niej oczekuje. Może właśnie dzięki temu idąc do przedszkola będzie funkcjonowała mniej więcej jak Jej rówieśnicy. Bo Marianka to bardzo mądra dziewczynka… może nie jak na prawie półtoraroczne dziecko, ale jak na siebie.

    Staram się cieszyć z każdej naszej wspólnej chwili, każdego postępu, każdej nowej umiejętności. Ale czasami nie jest łatwo… i nie potrafię powiedzieć „tak, jest dobrze”

    Tak więc jeśli mnie spotkacie, chętnie odpowiem na pytanie co u nas, ale proszę nie pytajcie czy już dobrze. Bo my jeszcze nie wiemy do końca co to znaczy dobrze. Nie wiemy co to znaczy lenistwo, codzienne długie spacery i rozwój umiejętności, którego nie okupujemy długotrwałymi ćwiczeniami. Wiemy natomiast, że dajemy radę i zrobimy wszystko aby ułatwić Mariance start. Bo jest tego warta.

  • Magia optymizmu

    Często ludzie się pytają, jak to robimy, że Marianka jest non stop uśmiechnięta i radosna. Po pierwsze to nie prawda, bo jak każde dziecko bywa marudna i płaczliwa (kiedy czegoś chce lub jest zmęczona). A po drugie, w sumie to od zawsze taka była. Czy to tylko kwestia genów, charakteru i innych cech wrodzonych? A może to my, rodzice zrobiliśmy czy robimy coś co sprawia, że przez większość czasu nasza córeczka jest uśmiechnięta?

    Myślę, że z pewnością i jedno i drugie. Z jednej strony gdyby miała inne cechy wrodzone (choć to sprawa sporna, bo różni naukowcy mają inne teorie co do cechy wrodzonych) to być może moglibyśmy nawet stawać na głowie, a Marianka i tak nie byłaby chodzącą „radochą”. Uważam jednak, tak jak wielu specjalistów, że to środowisko, w którym wychowuje się dziecko ma duży wpływ na rozwój jego cechy zarówno wrodzonych jak i nabywanych w trakcie procesu wychowania. Co więc się stało, że Mania jest wesołkiem?

    Moim zdaniem jest to siła optymizmu. Od pierwszych chwil Jej życia słyszeliśmy, że do inkubatora mamy podchodzić z nadzieją, radością i optymizmem. Bo dzieci czują nastrój rodziców i ma to wpływ na ich wyniki. I rzeczywiście, widać było, że jeżeli któreś z nas ma słabszy dzień to jakiekolwiek próby zbliżenia się do Marianki powodowały spadki Jej saturacji. Przypadek? Nie sądzę. Tak więc zarówno w te gorsze jak i lepsze dni szukaliśmy w sobie pozytywnych uczuć. Nauczyliśmy się czerpać radość ze wspólnego przebywania, choćby i w warunkach szpitalnych. Tak było przez ponad 4 miesiące. A w domu? Radość z tego, że jesteśmy razem była i jest tak wielka, że przepełnia nas wszystkich. Nawet kiedy jesteśmy zmęczeni lub zdenerwowani staramy się szukać sposobów na optymizm. Dla Marianki… i dla siebie.

    Jeżeli dziecko wychowuje się w atmosferze nie tylko miłości, ale radości i optymizmu, samo się tego uczy. Oczywiście inne uczucia też są ważne i potrzeba je w naturalny sposób poznać. Ale czy na co dzień to nie radość z bycia rodziną… radość z życia… radość, że mamy siebie… czy to nie właśnie to powinno napędzać nas do działania.

    Ktoś mógłby się zapytać z czego tu się cieszyć. Żyjemy w takim a nie innym kraju, w takich a nie innych czasach, zarabiamy tyle a tyle… Uwierzcie mi, jest z czego się cieszyć. I pomimo że od zawsze raczej patrzyłam z nadzieją i optymizmem na świat, to perspektywa inkubatora pokazała mi, prawdziwe powody do radości. Są nimi nasze dzieci, to że je mamy i możemy je wychowywać.

    Taki jest sekret radości Marianki. Ma rodziców, którzy cieszą się i dziękują za każdy dzień spędzony z Nią. Wychowywana jest w atmosferze miłości, bezpieczeństwa i optymizmu. Każdy tak może.

  • Pomysłowa Kredka

    Ostatnio poszukujemy z Marianką miejsc, w których dzieci są mile widziane, rodzina czuje się dobrze. Dodatkowo miejsca te są ciekawe, kreatywne, miłe lub piękne… albo wszystko naraz 😉

    Kilka dni temu odwiedziłyśmy „Pomysłową Kredkę”. Co to za miejsce? Tak naprawdę to trudno do końca określić. Ktoś mógłby powiedzieć, że to sklep. Ale moim zdaniem to coś więcej. To przestrzeń gdzie pasja ma swoje miejsce. W „Kredce” odbywają się turnieje gier planszowych, warsztaty dla nauczycieli z wykorzystania kreatywnych pomocy dydaktycznych, spotkania modelarskie… Oczywiście można też tam kupić gry, zabawki kreatywne, artykuły modelarskie, masy plastyczne i wiele więcej. „Pomysłowa kredka” to również wypożyczalnia planszówek.

    20170529_155911

    Fantastyczne jest to, że wszystkiego tam można, dotknąć zobaczyć. Marianka jeszcze nie przekonała się do piasku i zabaw w piskownicy, ale w „Kredce” miała okazję pobawić się piaskiem kinetycznym… i było lepiej (wcześniej zastanawiałam się czy jest sens go kupować, ale po teście oczywiście mamy ten piasek już w domu).

    piasek

    Każdą grę, która jest na półce obsługa zna bardzo dobrze. Pokaże, opowie jak w nią grać, podpowie dla jakiego wieku jest odpowiednia, dla osób z jakimi zainteresowaniami. My oglądałyśmy „Farmę” i „Króliczka” obie się Mariance podobały, ale to długouchy skradł jej serce 🙂 To prosta gra ucząca dzieci zależności przestrzennych. Myślę, że pojawi się na liście prezentów bożonarodzeniowych lub na 2 urodziny.

    kroliczek

    W „Pomysłowej Kredce” panuje bardzo przyjazna atmosfera… można powiedzieć rodzinna. Właściciele wraz z synami uwielbiają planszówki, mają doświadczenie pedagogiczne. Chętnie też pomagają – podarowali grę „Sushi” na licytację dla Szymona, którą jakiś czas temu prowadziliśmy.

    porzadki

    Jeśli szukacie ciekawego pomysłu na prezent, inspiracji do pracy lub miejsca, które warto odwiedzić z dziećmi to serdecznie polecam „Pomysłową Kredkę”, która ma swoją siedzibę w Białymstoku przy Alei Tysiąclecia Państwa Polskiego 6. Zapraszam do odwiedzenie również ich strony internetowej, FB i Instagram

    A jeśli chcecie się dowiedzieć cit więcej o właścicielach zajrzyjcie do wpisu, który gościnnie jakiś czas temu przygotował tata Leszek 🙂

    My oczywiście nie wyszłyśmy z pustymi rękoma… lubimy zakupy 😉

    zakupy

  • Trzy Kropki

    Dziś odwiedziłyśmy z Marianką nowe, niesamowite miejsce w Białymstoku. Zakochałyśmy się w nim od Pierwszego wejrzenia? Trzy Kropki księgarnia dla Dzieci to coś więcej niż księgarnia… to przestrzeń dedykowana dzieciom, książki które można dotknąć i obejrzeć, miejsce do posiedzenia, klocki, maskotki… Ale przede wszystkim cudowni właściciele – małżeństwo na czele z synem, który był naszym „przewodnikiem”.

    z-jasiemdoradca

    „Trzy Kropki” to pasja i serce do książek, ogromne zaangażowanie i wiedza. Znają każdą książkę, którą mają w ofercie. Doradzą dla jakiego dziecka jaka pozycja. Opowiedzą, podzielą się doświadczeniem. Oni najzwyczajniej w świecie kochają książki ?

    galgankielmo

    To miejsce uzależnia. My z Marianką z pewnością szybko tam wrócimy? Wy również zajrzyjcie koniecznie. Zarezerwujcie sobie sporo czasu, bo do „Trzech Kropek” nie da się zajść na 5 minut ?

    W księgarni oprócz książek dla dzieci znajdziecie też poradniki dla rodziców. A to nie wszystko. Zachęcam do polubienia profilu Trzy Kropki księgarnia dla Dzieci tam na bieżąco możecie śledzić nie tylko nowe pozycje książkowe, ale też co się dzieje w księgarni. Zachęcam do udziału w głośnym czytaniu książek, w planach są również kameralne spotkania z autorami. Oj, będzie się działo

    wystrojwystroj2

    My z Marianką wróciłyśmy do domu z „Śpij, króliczku” oraz „Gałgankowy skarb”. Książeczki wybrała oczywiście Mania. Wiele oglądała, ale te przypadły Jej do gustu najbardziej 😀

    zakupy

    Polecam serdecznie i zapraszam na ul. Grochową 1 <3

  • Dzień dobry i dobranoc

    Kiedy po kolejnej średnio przespanej nocy o 5:30 lub 6:00 słyszysz, że twój ukochany maluch właśnie rozpoczyna dzień to najczęściej masz ochotę schować się pod kołdrę i udawać, że Cię nie ma? Ja tak mam bardzo często. Jest jednak jedna rzecz, która codziennie od kilku miesięcy sprawia, że o tak niemiłosiernej porze chce mi się ruszyć z łóżka i chcąc nie chcąc rozpocząć nowy dzień… Zgadniesz co to takiego?

    To uśmiech mojej Marianki 🙂 Od dłuższego już czasu kiedy tylko się przebudzi, wstaje w łóżeczku i zagląda w stronę naszego łóżka. Kiedy tylko któreś z nas spojrzy w Jej stronę od razu na Jej buzi pojawia się uśmiech od ucha do ucha. Ostatnio mój mąż stwierdził, że to jakby Mani dzień dobry. Jakby wiedziała, że fajnie jest zacząć ranek od pozytywnych emocji. I rzeczywiście ten uśmiech mnie rozbraja. Wieczorem zaś ma swoje „dobranoc”. Kiedy trzymamy Mariankę na rękach podczas rodzinnej modlitwy przed Jej spaniem przytula się raz do mnie raz do męża. To jest niesamowicie przyjemne. I bardzo mądre.

    Jak się tego nauczyła. Niechcąco 😉 Od początku jak wróciliśmy do szpitala, a może jeszcze wcześniej? Zdecydowanie – wcześniej. Odkąd Marianka była w szpitalu zawsze jak przychodziliśmy witaliśmy się z Nią czule, zwłaszcza uśmiechając. A kiedy wychodziliśmy – starliśmy się przytulić, jeśli się dało, ukochać i dać jak najwięcej czułości. Kiedy wróciliśmy do domu te rytuały przeniosły się na wieczór i ranek. Staraliśmy się aby przebudzając się widział uśmiech. Tak jakoś czuliśmy, że tak jest dobrze. I nie wiadomo kiedy Marianka nauczyła się tego od nas.

    No właśnie dobrych manier i czułości uczymy prze przykład i tak niechcąco. Dzieci obserwują nas i jeśli dostają czułość i dobro to starają się odwdzięczyć tym samym. To nie nasze słowa, a czyny sprawiają, że dzieci przyswajają te zachowania. Jeżeli chcemy aby były „dobrze wychowane” to sami musimy na co dzień postępować zgodnie z tymi zasadami. Nie da się wymagać czegoś czego sami nie stosujemy. Nie oczekujmy, że dzieci będą się witać z sąsiadami jeśli my tego nie robimy. Po prostu róbmy to. Sami możemy być zaskoczeni kiedy nasze dzieci zaczną mówić dzień dobry sąsiadom, czy przepraszać kiedy chcą przejść. Tego nie musimy im mówić. Same to zaobserwują i powtórzą. To naturalne jak oddychanie… tylko muszą mieć odpowiedni „tlen”.

    Tak samo jest z okazywaniem uczyć w rodzinie. To jak będziemy się odnosić do współmałżonka/ partnera i do dzieci – to samo otrzymamy od nich. Jeśli dziecko zaczyna na nas krzyczeć lub wyzywać – zastanówmy się najpierw gdzie to usłyszało. Może jednak w domu? Zanim zaczniemy szukać winy w przedszkolu czy piaskownicy – popatrzmy na siebie. Na to jak rozmawiamy przez telefon, czy ze znajomymi. Dzieci to wszystko słyszą i naśladują. PO mimo że nam się wydaje, że tak nie jest.

    Często trudno jest dostrzec swoje postępowanie, bo przecież chcemy dla dzieci jak najlepiej. Ale wystarczy trochę obiektywizmu i rzeczywistego spojrzenia na siebie. Bo dzieci, zwłaszcza te małe, to nasze odbicia. Czasami przerysowane, ale jednak nasze. A czasami mała zmiana w nas powoduje ogromną zmianę w nich.

    Tak więc życzę Wam i sobie wiele takich „niechcących” perełek w zachowaniu naszych dzieci. Które sprawiają zarówno nam i im wielką przyjemność.

  • Wielkie sukcesy małych ludzi

    Czekamy i czekamy na te raczkowanie… Wszystkie dzieci wokół raczkują… zaczynają chodzić. Trzynaście miesięcy rehabilitacji (z 15 i pół miesiąca życia), wiele z nich przepłakanych, wymęczonych… I nadal czekamy. Nie żeby w ogóle nic się nie działo. Tu dwa „raczki” tam trzy… Idą same ręce, nogi jeszcze nie pracują. Ale to ciągle mało. A przecież tak bardzo chcemy aby się rozwijała, aby Jej trud nie poszedł na marne. Bo przecież tak ciężko pracuje, tyle daje z siebie. A sukcesu nadal brak.

    Ale czy na pewno? Czy dla tej małej istotki te parę „raczków” to rzeczywiście nic? Czy to, że za pomocą rączek i w pozycji do raczkowania przemierzyła pół pokoju to nie sukces? A, że jeszcze nóżki nie są w stanie wspomóc rąk? No właśnie jeszcze nie są w stanie. Ale kiedyś będą. Te godziny, tygodnie i miesiące rehabilitacji nie idą na marne. Te łzy i pot wylewane na zajęciach przez Mariankę przynoszą efekty. Może jeszcze nie taki jakie byśmy chcieli, może nie tak szybko, ale przynoszą. To, że taki szkrabik, pomimo trudności i wysiłku chce iść do przodu, ma w sobie nadal ogromną siłę walki… to jest sukces. I z tego właśnie się cieszymy.

    Jak trudno czasami dostrzec malutkie sukcesy naszych dzieci. Może dlatego, że często to co my uważamy za sukces nie zawsze też jest nim z ich punktu widzenia. Bywa tak, że my stawiamy dzieciom jakieś cele, a ich możliwości, chęci, zainteresowania i upodobania są zupełnie inne. I dotyczy to już maluszków. Chcemy aby mówiły, raczkowały, chodziły, same się bawiły, wcześnie zaczęły czytać, były aktywne w sporcie… A one potrzebują zupełnie czegoś innego. I teraz mamy dwa wyjścia. Albo zaakceptujemy, że nasze oczekiwania nie spełnią się w takim aspekcie jakbyśmy chcieli… albo zostaniemy przy swoim.

    W pierwszym przypadku ważne jest aby zrozumieć, że to nie jest nasza porażka. Po prostu cały czas poznajemy nasze dzieci i sukcesem jest, że dostrzegliśmy ich potrzeby i możemy je wspierać. Nawet jeśli postępy są malutkie z naszego punktu widzenia, dla dzieci mogą być ogromne. Bo to one wkładają wysiłek w opanowanie nowych umiejętności i to one są z tego rozliczane. A tylko osoba ucząca się czegoś jest w stanie określić jak coś jest dla niej trudne. Dostrzegajmy te chwile kiedy dziecko jest z siebie zadowolone i te kiedy nawet nie wie, że powinno być zadowolone bo osiągnęło coś co wymagało wysiłku. Takie nasze postępowanie z pewnością może być rudne, bo często wymaga rezygnacji z naszych pragnień i ambicji. Ale za to bardzo pozytywnie wpływa na relacje i więzi z dzieckiem.

    Kiedy jednak nie chcemy rezygnować ze swoich celów może wydarzyć się kilka rzeczy. Dziecko rzeczywiście stanie na wysokości zadania i osiągnie sukces (tyko czy to będzie jego sukces?). Może też się poddać i stwierdzić, że to dla niego za trudne lub jest beznadziejne bo tego nie potrafi (co oczywiście wpływa na negatywną samoocenę). Może zaprotestować i nie chcieć realizować naszych celów (to może z kolei powodować konflikt). Tak czy inaczej taka sytuacja raczej niekorzystnie wpływa na relacje i więź z dzieckiem.

    To od nas zależy jak sukces będą postrzegały nasze dzieci. Czy będzie to dla nich osiągnięcie czegoś poprzez pracę i zaangażowanie czy zadowalanie innych. To my nauczymy je cieszyć się nawet małymi sukcesami aby budować poczucie własnej wartości i próbować swoich sił w trudniejszych dziedzinach. To wszystko od nas zależy. Ale musimy pamiętać, że to mają być sukcesy naszych dzieci, a nie nasze.

    Kiedy Marianka zacznie raczkować? Za tydzień, miesiąc… a może za trzy? Nie wiem. Wiem za to, że nie przyśpieszymy tego procesu tylko dlatego, że już byśmy chcieli aby raczkowała. Tak jak każda z dotychczasowych umiejętności pojawi się wtedy kiedy będzie wystarczająco wyćwiczona… Więc wspólnie będziemy ćwiczyć. Trzymajcie kciuki.

  • Książkowy TOP mojej córeczki

    Wielokrotnie już pisałam na blogu o książkach. Kiedy watro je zacząć czytać dzieciom i jakie. Przychodzi jednak taki czas kiedy maluchy same zaczynają decydować co się im podoba. Chcą aktywnie uczestniczyć w czytaniu. Dziś chciałabym Wam przedstawić książki, które wybrała jako ulubione Marianka. Po mimo swoich ponad15 miesięcy (skorygowany niecały roczek) jest już dość zdecydowana co się Jej podoba a co nie. Dzięki temu też wspólnie zdecydowałyśmy niedawno na Targach Książki jakimi pozycjami uzupełnić Mani biblioteczkę. Na pierwszy rzut oka było widać co się Jej podoba.

    Poniżej przedstawię Wam książki, które już od kilku miesięcy codziennie goszczą w życiu Marianki oraz „świeżynki” sprzed kilku dni. Tak naprawdę wszystkie są Jej ulubionymi. Właściwie sięga po nie równie często, jedynie pierwsza jest obecnie na etapie „nie mogę bez niej żyć, czytajmy ją na okrągło”. Zaczynamy 🙂

    Wszyscy ziewają” Anity Bijstrerboch to książka z okienkami, która opowiada o zwierzątkach i maluszku, które chcą spać i ziewają. Ilość tekstu jest minimalna, co podoba się młodszym dzieciom. A odgłosy ziewania i poruszanie buziami bohaterów sprawia, że nie mogą się od niej oderwać.

    wszyscy-ziewaja-1wszyscy-ziewaja-2

    Kartki są utwardzane, przez co nieco trudniej je zgiąć. Każdy z dziesięciu bohaterów ma ruszającą się buzię. Im bardziej rodzic wczuje się w rolę tym chętniej maluchy włączą się do ziewania 😉

    Marianka średnio 15 razy w ciągu dnia krzyczy „Aaaaaa” wskazując na półkę z książkami abyśmy wspólnie poziewały.

    Wydawcą książki „Wszyscy ziewają” jest Wydawnictwo „AdaMada”.

    Pucio uczy się mówić” Marty Galewskiej – Kustra jest książką bardzo znaną. Jej podtytuł „Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych” mówi najwięcej. Na każdej ze stron znajdziemy inną sytuację dnia codziennego, w której znalazł się Pucio i jego rodzina.

    pucio

    Krótki tekst jest napisany w taki sposób jakby to rodzic opowiadał „co dzieje się na rysunku”. Pojawia się wiele dźwięków – pierwszych wyrazów, które mówią dzieci. Maluchy, które jeszcze nie rozpoczęły mówić, dzięki przygodom Pucia chętniej rozpoczną naśladowanie rodziców.

    Marianka od pierwszego czytania została oczarowana przez tą książeczkę. Zaśmiewała się przy co drugiej kartce. Obecnie każdego dnia inny dźwięk powoduje salwy śmiechu. Chętnie też wskazuje te rzeczy, których dźwięki ja wydaję.

    Książka ma kartonowe kartki, które bardzo ułatwiają wspólne oglądanie. Wydawcą jest „Nasza księgarnia”. Dla dzieci, które już zaczęły mówić więcej autorka proponuje „Pucio mówi pierwsze słowa”. Za jakiś czas z pewnością też po nią sięgniemy 🙂

    Księga dźwięków”, której autorem Soledad Bravi to kolejna pozycja dźwiękonaśladowcza. Zawiera kilkadziesiąt obrazków przedmiotów, zwierząt i osób wydających dźwięki.

    ksiega-dzwiekow-0

    Każdy obrazek jest na innej stronie co pozwala dzieciom skupić się tylko na nim. Rodzic ma za zadanie jak najwierniej przekazać opisany dźwięk. Co oczywiście nie jest trudne 🙂

    ksiega-dzwiekow-1ksiega-dzwiekow-2

    Wiem od rodziców, że każde dziecko ma swoje ulubione obrazki i do nich najczęściej wraca. U Marianki radosny i nieokiełznany śmiech powodują wilk i pistolet, chętnie powtarza dźwięk węża i początek tego „jak robi” katar – czyli „aaa”.

    Kartonowe kartki nadają się do dziecięcych rączek. Sama książka jednak jest ciężka z powodu ilości stron. Wydawcą tego hitu jest Wydawnictwo „Dwie Siostry”.

    A co to?” napisał Hektor Dexet. Marianka wybrała ją spośród kilku innych na Targach Książki i od razu przypadła Jej do gustu. Ile razy dziennie można ją oglądać? Pięć – dziesięć 🙂

    a-co-to-1a-co-to-2

    Zabawna i kolorowa książeczka, która na swoich kartonowych stronach kryje jakąś zagadkę. Dziurki w stronach pomagają rozwiązać zadania i angażują dziecko do wspólnej zabawy. Nie tylko dowiecie się kto się schował za serem, czy gdzie ma swoją kryjówkę królik, ale również kto nie śpi w nocy lub gdzie jest dzidziuś.

    To kreatywna i skłaniająca do działania propozycja Wydawnictwa Mamania. Kartki nie są z grubego kartonu, ale są wystarczająco sztywne dla maluchów.

    Naciśnij mnie”, której autorem jest Herve Tullet, to książka którą odkryłyśmy przez przypadek kilka miesięcy temu. Prosta, wręcz banalna – tak pewnie określiłby ją prawie każdy dorosły. Bo cóż może być zajmującego w kropkach? Trzeba zapytać dzieci, które uwielbiają tę pozycję.

    nacisnij-0

    Książka angażuje dzieci, które muszą naciskać, pocierać, przewracać, potrząsać, dmuchać i klaskać. Dzięki ich zaangażowaniu kropki się zmieniają i sprawiają radość.

     nacisnij-1nacisnij-2nacisnij-3nacisnij-4

    Marianka miała problemy z opanowaniem klaskania. Po parunastu dniach zabawy z „Naciśnij mnie” zaczęła klaskać i to po każdej czynności. Mam nadzieję, że za jakiś czas książeczka pomoże również Jej w opanowaniu dmuchania.

    Dla starszych dzieci autor przygotował podobną propozycję „Kolory”. W jego dorobku znajdziecie też inne ciekawe propozycje, które z pewnością zaskoczą nie tylko dzieci. Wydawcą tej kreatywnej i angażującej książki jest BABARYBA. Jedynym minusem dla maluchów jest to, że książka ma miękkie kartki i maluchy oglądające ją samodzielnie mogą szybką ją zniszczyć.

    Bardzo głodna gąsienica” Erica Carle to książka, którą poznałam pracując jeszcze w żłobku. Prosta historią o gąsienicy, która wyszła z jajeczka i jest bardzo głodna nie tylko angażuje dzieci poprzez dziurki, które przegryza bohaterka w poszczególnych produktach. Dzięki te pozycji dzieci poznają również cykl życia motyla.

    bardzo-glodna-gasienica-miks

    Kolorowe ilustracje, na grubych kartonowych kartkach, zachęcają do oglądania, a dziurki do aktywnego uczestniczenia w historii. Marianka lubi również samodzielnie oglądać tę książeczkę… oczywiście przez dziurki. Zabieramy ją ze sobą kiedy musimy np. czekać u lekarza. Zajmuje na bardzo długi czas.

    Wydawcą jest Wydawnictwo Tatarak, w którego ofercie znajdziecie kilka podobnych pozycji.

    Byłem taki grzeczny” Jen`a Portera to jedna a czterech książeczek z serii „Byłem taki”. Grube, kartonowe kartki sprawiają, że maluchy z łatwością mogą je oglądać samodzielnie.

    bylem-taki-grzeczny-1bylem-taki-grzeczny-2

    Byłem taki grzeczny” przedstawia krótkie opowiadania o dniu bohatera, który pomaga mamie i wykonuje obowiązki domowe. Co mnie najbardziej zdziwiło, Marianka od razu zauważyła, że na jednym obrazku np. mama jest smutna, a na drugim wesoła bo chłopiec jej pomógł. Szybko „wyłapała”, co zrobił aby na koniec dnia czuć się dobrze.

    W serii Wydawnictwo Olesiejuk proponuje również „Byłem taki…” – dzielny, dobry i grzeczny.

    Jest tam kto?” to szwedzki bestseler autorki Anna – Clara Tidholm. W serii kartonowych książeczek znajdziecie również „Gdzie idziemy?”, „A dlaczego?” oraz „Wymyśl coś”.

    jest-tam-kto-1jest-tam-kto-2

    Jest tam kto?” jest tak skonstruowane, że historyjka mówi o wchodzeniu do domku. Należy zapukać w drzwi, na następnej stronie zobaczymy co jest w pokoju oraz kolejne drzwi w innym kolorze, w które trzeba… zapukać. Mała ilość tekstu jest atutem. Dziecko skupia się na pukaniu i kolorach drzwi.

    Wydawnictwo Zakamarki zawsze proponuje nam coś ciekawego. W planach mamy zakup kolejnych części serii.

    Popatrz w niebo” Joanny Gębali i Moniki Zborowskiej to propozycja trzech kartonowych książeczek dostosowanych do wieku dzieci. Wszystkie dotyczą tego co jest nad nami. Ich grafika uwzględnia wiek czytelników i ich możliwości.

    patrz-w-niebo-1-1patrz-w-niebo-1-2

    Pierwsza część przeznaczona jest dla dzieci do pierwszego roku i jest bardzo symboliczna. Nie znajdziecie tam tekstu a jedynie ilustracje, które dorosłym mogą kojarzyć się z kosmosem. Jednak nie szukajcie tam odniesień do konkretnych planet. To raczej swobodna interpretacja przestrzeni kosmicznej. Marianka od pierwszego wejrzenia zauroczyła się tą częścią parę miesięcy temu. Tak Ją zainteresowała, że w trudnych momentach rehabilitacji książeczka pozwoliła odwrócić Jej uwagę od ciężkich ćwiczeń.

    patrz-w-niebo-2-1patrz-w-niebo-2-2

    Druga część zawiera już proste opisy i bardziej konkretne obiekty występujące na niebie. Jest przeznaczona dla dzieci w wieku 1 – 2 lata. Wesołe ilustracje zachęcają do oglądania i dalszego opowiadania. Mariance również się podoba. Chętnie uśmiecha się do planet i pokazuje ich noski 🙂 Nie możemy doczekać trzeciej części, która jest dla dzieci 2 – 3-letnich.

    Wydawcą serii jest Muchomor

    Obracanki”

    To również seria trzech kartonowych książeczek. Każda kartka jest ruchoma i wymaga dopasowania.

    kolory-1kolory-2

    W skład serii wchodzą: Kolory, Liczby, Porównania. Wszystkie są kolorowe i wykonane z twardego kartonu. Z pewnością dla najmłodszych najbardziej odpowiedni będą „Kolory”, ale samo obracanie jest tak zajmujące, że do pozostałych tytułów dzieci szybko dorosną.

    liczby-1liczby-2

    Tę uroczą serię wydała Grupa Wydawnicza Foksal

    Książki dźwiękowe

    My znalazłyśmy akurat takie, ale na rynku można dostać wiele różnych książeczek wydających dźwięki. Marianka miała problem w naciskaniem. A ponieważ lubiła książeczki stwierdziliśmy, że może właśnie one zmotywują ją do zdobycia nowej umiejętności. I tak się stało. Nadal bardzo je lubi. Teraz już samodzielnie ogląda i stara się naciskać w odpowiednich momentach.

    Niestety większość propozycji zawiera bajki i dźwięki z nich pochodzące. Nam zależało najbardziej na tych z dźwiękami naturalnymi. Marianka uwielbia tę z ptaszkami i zwierzętami wiejskimi.

    ksiazeczki-dzwiekowe-miks

    Każda z tych książek jest niesamowita, kreatywna. Wykorzystuje je do terapii i uczenia Mariankę nowych umiejętności. Ale ich największą zaletą jest to, że uwielbia je Mania. Czasami nie do końca wiem dlaczego… Ale tak jest. Wasze dzieci też z pewnością mogą je pokochać.

  • Poczucie winy

    To moja wina… Z pewnością… bo czyja? Dlaczego musiało to spotkać akurat moje dziecko i mnie? Może gdybym inaczej postępowała… była inna… żyła inaczej… A teraz płacimy za to wszyscy… A najbardziej moje dziecko… Czym ja zawiniłam? Co mogłam zrobić inaczej? Dlaczego ja? To moja wina…

    Dziś mogę powiedzieć o tym głośno… Tak właśnie myślałam kiedy Marianka urodziła się za wcześnie, w 25 tygodniu ciąży. I nie tylko tuż po porodzie, nie tylko przez ponad 4 miesiące Jej pobytu w szpitalu, ale jeszcze długo później po powrocie do domu. Chyba czasami nadal mam takie myśli. Zdaję sobie sprawę, że podobnie ma większość mam wcześniaków. I to niezależnie od przyczyn przedwczesnego porodu. Bo co możesz myśleć siedząc przy inkubatorze i widząc swoje dziecko podłączone milionem kabelków do urządzeń? Co innego możesz myśleć widząc jak twoje dziecko cierpi? A do tego masz w głowie, że wszyscy też myślą tak samo. Myślą, że to twoja wina. Kiedy w dobrej wierze rodzina czy znajomi pytają „dlaczego?” a ty nie wiesz co odpowiedzieć. Zwłaszcza kiedy tak jak u mnie do końca nie zdiagnozowano przyczyny. I próbują znaleźć rozwiązanie: może się przedźwignęłaś, może coś zjadłaś i się przytrułaś, a może lekarz był beznadziejny i czegoś nie dopilnował, może nie dbałaś o siebie, może się przeziębiłaś albo brałaś jakieś leki, może… A ty wszystko to i jeszcze więcej bierzesz za pewnik. To moja wina.

    Długo ukrywałam nawet przed mężem, że tak czują. Bałam się powiedzieć tego na głos, aby On nie potwierdził, że też myśli – to twoja wina. Tego chyba bym nie przeżyła. Na szczęście mam cudownego męża, który nie pozwolił mi tak myśleć i mnie wspierał. A ja długo… bardzo długo żyłam z tyłu głowy z myślą – to moja wina.

    Kiedy poczuła się lepiej i przestałam się obwiniać… Nie wiem. Po protu w pewnym momencie przestałam o tym myśleć. Córka i walka o jej zdrowie, rehabilitacja, wizyty u lekarz i codzienna praca z Manią sprawiały, że przestałam się na tym skupiać. A teraz staram się do tego nie wracać. Kiedy to piszę ściska mnie w gardle i łzy same podchodzą do oczu, bo nadal czuję, że to mogła być moja wina. Może kiedyś przestanę tak czuć w ogóle.

    Wydaję mi się, że podobne myśli mogą mieć nie tylko mamy wcześniaków, ale wszyscy rodzice, z których dziećmi coś się dzieje. Czy to mają problemy zdrowotne, z zachowaniem czy innego rodzaju. A przecież nie zawsze wszystko od nas zależy. I choć czasami nieświadomie przyczyniamy się do takich czy innych problemów naszych dzieci nigdy nie chcemy dla nich źle. Prędzej sami byśmy się z nimi zamienili niż pozwolili im cierpieć. I właśnie często przez tę miłość i poświęcenie obwiniamy siebie.

    Jaka jest moja rada. Nie siedzieć i nie rozmyślać. Bo to nic nie da. Działać, próbować pomóc, szukać wsparcia. Nawet jeśli jedynym co możemy zrobić jest ściąganie co 3 godziny mleka, trzymanie ręki w inkubatorze czy śpiewanie kołysanek. Ja podczas tych niemiłosiernie długich dni, tygodni i miesięcy aby nie zwariować dużo z Marianką „rozmawiałam”, o wszystkim Jej opowiadałam, czytałam książki, śpiewałam, modliłam się… Wszystko aby nie płakać przy inkubatorze i nie myśleć, że to moja wina…

    I może kiedyś uwierzę lekarzom, że to nie była moja wina… Tego i Wam życzę

  • Nie będę siedziała i płakała

    Wiele osób dziwi się, że tak dobrze poradziłam sobie z przedwczesnym porodem, pierwszymi ponad 4 miesiącami życia Marianki spędzonymi w szpitalu, wizytami u nastu specjalistów, ciągłymi rehabilitacjami czy codziennymi ćwiczeniami terapeutycznymi w domu. A ja im odpowiadam „A jak mam się zachowywać ?” Mam siedzieć i płakać? To by nie było dziwne? Wtedy byłabym normalna?

    W życiu spotykają nas najróżniejsze trudności i przeciwności losu. To jak sobie z nimi radzimy wynika z wielu rzeczy. Choćby naszego charakteru, ale też w dużej mierze z tego jak nauczyliśmy sobie z trudnościami radzić w dzieciństwie. Są sytuacje, które będą dla nas ważne mniej lub bardziej. O jedne z nich będziemy walczyć, a inne sobie odpuścimy. Czasami przecież nie warto się kopać z koniem. Ale to wszystko przychodzi z czasem, doświadczeniem i mądrością. A do tego wszystkiego jeszcze trzeba dorzucić nasze emocje i jak potrafimy sobie z nimi poradzić. Czy jesteśmy je w stanie opanować czy też biorą nad nami górę. To wszystko nie jest łatwe. A może właśnie jest?

    Istnieje wiele sposobów na radzenie sobie z trudnymi życiowymi sytuacjami. I każdy ma jakiś sposób. Nawet jeśli nie jest tego świadomy. I ten właśnie sposób radzenia sobie z trudnymi sytuacjami jest pierwszym jaki widzą nasze dzieci. Czy one też będą tak postępowały? Nie koniecznie i nie wszystkie. Jest jednak szansa, że jeżeli nie poznają innych sposobów radzenia sobie z trudnymi sytuacjami – zachowają się tak jak my. A jeśli nawet nie pójdą w nasze ślady – to wpłynie to na ich spojrzenie na nas.

    Warto jest się więc zastanowić nad sobą i swoim postępowaniem. Co robimy kiedy spotyka nas coś niemiłego, trudnego bądź przygnębiającego? Załamujemy się, walczymy, potrzebujemy czasu, jesteśmy zdezorientowani, rozczulamy się nad sobą… Myśleliście kiedyś o tym? Jak nas wtedy widzą nasze dzieci? Jak nas oceniają? Czy dajemy im poczucie bezpieczeństwa? Co pokazujemy swoim zachowaniem?

    Ja miałam to szczęście, że odkąd pamiętam zawsze w sytuacjach kryzysowych działałam. To działanie dawało mi poczucie, że nie stoją bezczynnie z założonymi rękami. Dawało mi poczucie sprawstwa. Pozwalało zająć głowę i robić coś aby sytuacja była lepsza. Zadanie, zadanie… działanie… To mój sposób na trudne sytuacje. Czy jest najlepszy? Z pewnością nie. Ale dla mnie dobry. Muszę tylko pamiętać, aby w tych zadaniach nie zgubić swoich emocji i uczuć. Pamiętać, że one też mają swój czas i miejsce… aby nie zwariować. Mam nadzieję, że Marianka będzie zawsze widziała mamę zwartą i gotową do mierzenie się ze wszystkimi trudnościami. Mamę, która pokaże, że warto walczyć o siebie, bliskich i to co dla nas ważne. Chciałabym w Jej oczach być osobą, która się nie załamuje tylko próbuje zmieniać świat. Czy mi się to uda? Nie wiem. Ważne, że jestem świadoma swoich wad i zalet. Czy nie mam chwil załamania? Oczywiście, że tak, ale wiem, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach. A reszta zależy od Mani.

    Mam nadzieję, że każdy z Was jest zadowolony z tego jak radzi sobie z trudnymi sytuacjami oraz tym w jaki sposób postrzegają go wtedy dzieci. Jeżeli nie… to zawsze można to zmienić. Nie jest to łatwe, ale warto. Bo to miłe uczucie czuć się dobrze z samym sobą i tym jak nas postrzegają dzieci.