Kategoria: Mania i Ja

  • Jestem złą matką…

    Mama, ma, mama, mam, ma, ma, mama… Do tego łzy jak groch, siąpiący nos, drżące ręce, buzia w podkówkę… Ostatnich kilka tygodni tak wyglądają nie tylko rehabilitacje, ale też chwile w domu kiedy muszę wyjść z pomieszczenia. Niby wiem, że to jest etap rozwoju mojej słodkiej Marianki, ale gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się myśl „popełniłam gdzieś błąd, jestem złą mamą…” I jak z taką myślą cieszyć się się z bycia rodzicem? Jak samej nie usiąść i nie zacząć płakać?

    Myślę, że nie jestem jedyną mamą na świecie, której takie myśli pojawiają się w głowie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że każdej z nas choć raz w życiu coś takiego przeszło przez głowę. I nic w tym dziwnego, przecież kochamy nasze dzieci najbardziej na świecie, chcemy aby były szczęśliwe. Kiedy więc pojawia się jakiś problem, którego racjonalnie niby nie możemy rozwiązać, szukamy winy w sobie. Nie powiem, że nigdy nie popełniam błędów. Jestem tylko człowiekiem. Ale i ja i Wy nie jesteśmy winni wszystkim problemom, które mają nasze dzieci. A jeśli nawet czasem zrobimy coś źle, to zawsze można naprawić błąd. Trzeba tylko mieć do siebie dystans i dużą samoświadomość.

    Ale jak tu mieć do siebie dystans kiedy dziecko płacze i ty masz ochotę na to samo? Nie jest to łatwe. Trzeba się na chwilę zatrzymać. Odetchnąć głęboko kilka razy, może wyjść na świeże powietrze… Ale najważniejsze to spojrzeć na siebie w lustrze i powiedzieć „Kocham swoje dziecko najbardziej na świecie. Chce dla niego jak najlepiej i nawet jak coś nie poszło po mojej myśli damy radę. Bo jak nie my to kto!”. A następnie… wziąć się w garść i poszukać rozwiązania problemu. Bo nie ma sytuacji bez wyjścia. Jeśli nie potrafimy poradzić sobie sami to poszukajmy wsparcia. A czasami powiedzmy sobie, trzeba to przeczekać i dać szansę naszemu dziecku dojrzeć.

    Czy mam ochotę czasami płakać razem z Manią? Mam. Czy chcę na rehabilitacji wziąć ją na ręce i utulić? Oczywiście, że tak. A czy to robię? Nie. Bo choć serce mnie boli, a myśl o byciu złą mamą jest z tyłu głowy, staram się myśleć o tym co dla Marianki jest najlepsze. I iść za tą myślą, a Manię kochać jak najbardziej potrafię.

  • Lubię być mamą 🙂

    Są takie dni kiedy trzeba sobie przypomnieć dlaczego tak bardzo lubi się być rodzicem. A przynajmniej ja lubię być mamą 🙂 I choć bywa ciężko ogarnąć wszystkie obowiązki, a jednocześnie odstawić na chwilę na boczny tor swoje dotychczasowe życie, to są takie momenty w życiu rodzica kiedy wszystko zostaje wynagrodzone. Nie ważne ile pieluszek zmieniłeś, ile razy się przebierałaś dziennie bo dziecku się ulało czy ile spotkań ze znajomymi Cię ominęło. To są chwilę dla, których warto żyć. Miewasz takie?

    Marianka ma teraz okres „bez mamy ani rusz”. Z jednej strony jest to piękne, że jest do mnie tak przywiązana, a z drugiej lekko uciążliwe. To teraz trochę taki rzep, który płacze jak go odczepisz. I ja Manię odczepiam co jakiś czas i zostawiam z tatą aby mogli pobyć trochę razem, ja żebym mogła odetchnąć, ale przede wszystkim aby Marianka nauczyła się, że ja zawsze wrócę. No i te powroty są najpiękniejsze. Kiedy widzę rozpromienioną na mój widok córeczkę, kiedy czuję biorąc Ją na ręce jak cała podskakuje ze szczęścia… tego nie da się opisać.

    Są czasami chwile trudne nie związane z rodzicielstwem. Jakieś zmartwienie, smutek. Moja córeczka zagląda mi wtedy w oczy i potrafi się tak przytulić, że od razu jest lepiej. Dziecko to taki termoforek, który ogrzewa ciało, ale przede wszystkim też duszę.

    Marianka o każdą umiejętność motoryczną musi walczyć. Wszystko to co już umie w sferze ruchowej zawdzięcza ciężkiej pracy i pomocy rehabilitantów. I kiedy po wielu próbach w końcu uda Jej się samodzielnie coś wykonać… ja za każdym razem płacze ze szczęścia. I niezależnie czy jest to samodzielne wstanie w łóżeczku czy zrobienie „pa pa”. A moja reakcja sprawia, że Mania chce robić to jeszcze raz i jeszcze i jeszcze… Czuje, widzi i słyszy, że ją kocham, wspieram. Każdy taki moment to miód na moje serce. Zbliża Mariankę do samodzielności, o którą tak na początku Jej życia się baliśmy.

    Mówi się, że pierwsze „mama” to radość, a jak „mama” słyszysz kilkanaście razy na minutę to już zdenerwowanie. Może i tak bywa. Kiedy ja słyszę cały czas „mama, mamo, ma…” to wiem, że jestem Jej potrzebna. Czuję, że jest ktoś kogo kocham miłością bezwarunkową i kto tę miłość odwzajemnia. I choć „mama” słyszane za drzwi łazienki już tak nie rozczula to nadal cieszy.

    Jest jeszcze jeden moment, który sprawia, że uwielbiam być mamą. Kiedy kładziemy się z Marianką na drzemkę, Ona patrzy mi w oczy… ja mówię Jej „kocham Cię”… a Marianka spod smoczka uśmiecha się najszerzej jak potrafi, a Jej oczy błyszczą. Tego nie trzeba komentować.

    Jest jeszcze wiele chwil, które uwielbiam. A jeszcze więcej przede mną. Zawsze o nich myślę, kiedy jest trochę ciężej… Bo ja naprawdę lubię być MAMĄ Marianki <3

  • Śpiew leczący duszę

    Od zawsze lubiłam śpiewać, ale niestety nie wszyscy lubili tego słuchać. Przynajmniej tak utrzymywała moja siostra i niektórzy znajomi. No dobrze, przyznaję się raczej kariery wokalnej bym nie zrobiła. Trochę lepiej zaczęłam myśleć o moim głosie po zajęciach na studiach z emisji głosem. Nauczyłam się nad nim panować, utrwaliłam czytanie z nut i ogólnie dostałam na zaliczenie 4+. Nawet poprosiłam panią magister o zaświadczenie, że mogę śpiewać w domu 🙂 Choć tak naprawdę nigdy nie krępowałam się śpiewać zwłaszcza z gitara przy ognisku, wtedy wystarczą chęci i emocje.

    Zawsze marzyłam o tym aby śpiewać moim dzieciom kołysanki. Ja do dziś pamiętam jak mama niezależnie od pory roku musiała mi śpiewać jako kołysankę kolędę „Nie było miejsca dla Ciebie”. Dzięki niej czułam się wyjątkowo i jakoś tak cieplej było mi na sercu. I chciałam tego dla moich dzieci. Wierzyłam, że tak jak dla mnie głos mamy był najpiękniejszy tak i one będą się wsłuchiwały w mój głos. Wiedziałam, że 4+ nie pójdzie na marne.

    Kiedy Marianka była w inkubatorze powiedziano mi, że mój głos będzie dla Niej ważny, bo go już zna. Tak więc nie patrzyłam czy ktoś słucha czy nie… śpiewałam Mani wszystko co przyszło mi na głowy. Kolędy, piosenki harcerskie, turystyczne, stary rock… wszystko. I kiedy tak siedziałam przy inkubatorze lub kangurowałam Mania się wyciszała, saturacja stabilizowała. Mój głos Jej pomagał czuła, że z Nią jestem. Nawet dziś kiedy jest zdenerwowana lub zestresowana jest kilka piosenek, które Ją uspakajają. Śpiewam Jej wtedy i wiem, że to Mani pomaga.

    Tak właśnie działa głos mamy. Dla dziecka jest jak balsam na duszę. Uspakaja, wycisza, pozwala poczuć się bezpiecznie. Wiele mam obawia się śpiewać swoim dzieciom, bo nie ma „dobrego głosu”. Dla naszych dzieci nasz głos jest najlepszym czym może być i najpiękniejszym zarazem. Znają go od okresu prenatalnego. To nasz głos pozwala im po porodzie odnaleźć się w świecie, który jest jest wielki i nieprzyjemny. Dlatego zamiast krępować się śpiewajmy naszym dzieciom, pomóżmy im, dajmy poczucie bezpieczeństwa, podtrzymajmy więź, która powstała jeszcze jak były w brzuchu. Nasz śpiew „utkwi” im w głowie, w pamięci, a przede wszystkim w sercu. Pomoże wtedy kiedy będzie źle i smutno. Nie odbierajmy im tego wspaniałego lekarstwa duszy 🙂

  • Śmiech przedłuża życie

    Być może słyszeliście, że 15 minut szczerego i radosnego śmiechu przedłuża życie o 1 dzień. Czy to nie jest fascynujące i pociągające? Takie zapewnienie sobie dłuższego życia. A naszym dzieciom?

    Nawet jeśli nie wierzyć badaniom to perspektywa jest ciekawa. I niby to takie łatwe. Ale zastanówcie się, ile lub czy codziennie się śmiejecie. Ale tak szczerze i od serca. I czy złożyło by się tego śmiechu całodniowego na 15 minut? Różnie prawda?

    Jakiś czas temu odkryłam, że ostatnio mało się śmieję. Zima, beznadziejna pogoda i brak kontaktu z dorosłymi miał na ten fakt bardzo duży wpływ. Jak to się mówi „łapałam lekkiego doła”. Ale tu na pomoc przyszła mi moja cudowna roczna córeczka Marianka, która jest coraz bardziej świadoma i kontaktowa. Ona potrafi śmiać się z małych głupstewek. Czasami sama nawet nie wiem do końca co Ją bawi. Ale postanowiłam się poddać Jej nastrojowi i zaczęłam się śmiać razem z Manią. To oczywiście napędza Ją jeszcze bardziej i są momenty kiedy wspólnie śmiejemy się, aż mnie policzki bolą, a ona staje się zmęczona 🙂

    Czy to sprawi, że obie będziemy żyły dłużej? Fajnie by było, ale nawet jeśli nie, to żyjemy na pewno radośniej. Dzięki temu, że bawimy się, wygłupiamy i śmiejemy wspólnie wzmacniamy nasza więź i relację. Chcemy razem przebywać, bo jest nam dobrze. I naprawdę nie trzeba dużo abyśmy czuły radość i szczęście. Bo choć Marianka nie mówi jeszcze, to widzę w Jej oczach to wszystko. Poza tym pod wieczór kiedy mamy czas na te wygłupy Mania sama garnie się do mnie i prowokuje te wybuchy śmiechu. Widać, że tak jak ja czeka na te nasze wspólne chwile. Widzę też, że kiedy mąż jest w domu i się do nas przyłącza córeczka jest jeszcze bardziej radosna. Choć nie wiem czy to możliwe 🙂 Szuka z nami kontaktu, takiego radosnego bycia razem.

    Wiadomo, że są dni kiedy jesteśmy zmęczeni i kiedy już nie ma sił. Ja też takie mam. Chętnie bym zrobiła „co trzeba” i poszła spać. Ale kiedy widzę te oczekujące oczka, roześmiane i pełne nadziei na wspólny czas… no cóż… siły się znajdują. A po wszystkim kiedy Mania już śpi, ja mam dużo lepszy humor, a zmęczenie nie jest już takie uciążliwe.

    Może i śmiech nie przedłuża życia, ale warto znaleźć powody i czas do wspólnej radości z dziećmi i partnerem. Nasz rodzinny świat staje się wtedy cieplejszy, a my bliżsi sobie. Problemy dnia codziennego nie przytłaczają już tak bardzo. Więc cieszmy się i radujmy codziennie, a nasze życie z pewnością będzie przyjemniejsze

  • Mrugnęłam i minął rok

    Zaskoczenie i paniczny strach… To dwa uczucia, które rozpoczęły tak naprawdę moje macierzyństwo. Nie spodziewałam się, że urodzę po skończonym 25 tygodniu ciąży. Wszystko było ok, aż tu naglę „Pani rodzi”. Ale, że ja? To niemożliwe. A jednak 18 stycznia 2016 roku pół godziny po północy na świat przyszła moja córeczka Marianka. Ważyła 780 g, mierzyła 34 cm i jak się niedawno dowiedziałam – nie dawano Jej większych szans na przeżycie.

    Ta pierwsza noc na sali poporodowej, kiedy słyszałam za ścianą płaczące noworodki, a nie miałam jeszcze wieści z Oddziału Reanimacji… nawet nie chcę wspominać. Mój świat rozleciał się na kawałeczki. I choć pierwsze dni i tygodnie były ciężkie (choć właściwie to mało powiedziane), to wszystko pomału zaciera się w mojej pamięci. Z tego czasu chcę pamiętać te dobre rzeczy. Każde dodatkowe 100 g, każdy dzień kiedy mogłam Mariankę „kangurować”, pierwszy dzień poza inkubatorem, pierwsze karmienie butelką. Uśmiechy, przytulania, czułości. I to, że od pierwszego dnia Mania uczyła mnie jak żyć na nowo. Dzięki Niej codziennie pokonywałam siebie, zwątpienie, negatywne myślenie i strach. Ponownie nauczyła mnie czerpać radość z małych rzeczy i stawiać na pozytywne myślenie. Codziennie starałam się dla Niej dostrzegać pozytywy, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. To Wy mnie o tym uświadomiliście, komentując moje teksty.

    Dzięki Mariance zdecydowałam się na nową drogę rozwoju, nową ścieżkę zawodową. Dała mi siłę do walki o siebie dla Niej. Bo chcę aby miała mamę, która jest dumna z tego co robi i dobre się w tym czuje.

    Mania pokazała mi jakie są moje słabości i zmotywowała do pracy nad nimi. Codziennie ćwiczę się i doskonalę przy Niej. Zatrzymała mój świat, po to abym mogła go poruszyć na nowo.

    Czy teraz jak jest w domu jest łatwiej niż kiedy była w szpitalu? Z pewnością. A kiedy jest ciężko (a jeśli jesteście rodzicami, a zwłaszcza mamą to wiecie, że czasami jest bardzo ciężko) – zawsze myślę, że nie jest tak źle, przecież jesteśmy razem. Ta myśl daje mi siłę, kiedy Mania ma gorszą noc lub jest marudna w ciągu dnia. Ta myśl pozwala mi stać w kolejce do kolejnego lekarza i słuchać kolejnych diagnoz. Ta myśl pozwala mi z ciężkim sercem patrzeć jak czasami Marianka płacze na rehabilitacji, bo jest jej ciężko coś opanować. Ta myśl pozwala mi przetrwać dni kiedy nie wychodzimy na zewnątrz z powodu pogody i te kiedy nie rozmawiam z żadnym dorosłym poza mężem.

    Marianka pozwoliła mi nabrać dystansu do życia i planów, które układałam tak skrupulatnie. Pomogła mi odnaleźć Sylwię, a nie panią dyrektor czy druhnę harcmistrz.

    Jestem Sylwia i mama cudownej dzielnej wojowniczki Marianki. A ten rok był najtrudniejszym w moim życiu ale z pewnością też najpiękniejszy. Zobaczymy co przyniesie kolejny. Wiem, że z pewnością będzie nadal pełen walki o rozwój Marianki. Ale też wiem, że razem damy radę 🙂

  • Kiedy sowy mają dzieci

    Jestem SOWĄ. Nie wiem czy od zawsze, ale z pewnością odkąd pamiętam. Mój żywioł o noc. Wtedy najlepiej mi się myśli, pracuje, tworzy. Ranek to jakaś katastrofa. Jako studentka całymi nocami zaczytywałam się książkami lub od czasu do czasu przygotowywałam się do kolokwium czy egzaminu 😉 Tata krzyczał, że nie tylko wzrok marnuję (tu chyba miał rację), ale prąd zużywam. Teraz też sprzątam czy prasuję wieczorem, a rano… Wstawanie na szóstą do pracy było koszmarem. A jak miałam jeszcze dojechać do miejscowości oddalonej o 25 km 🙁 Ale wstawałam. Praca jako zobowiązanie było jedynym motywatorem do zwleczenia się z łóżka. A i tak kilka razy w ciągu 9 lat zdarzyło mi się zaspać.

    Aż tu nagle… pojawiła się w naszym życiu mała istotka o imieniu Marianka <3 Przez pierwsze 4 miesiące kiedy była w szpitalu musiałam wstać do 9:30 (oczywiście w nocy ze dwa razy na ściąganie pokarmu) aby użyć laktatora, zjeść, umyć się i wyjść do szpitala na 11:15. Nie było źle. Zresztą kiedy wróciliśmy z Manią do domu też w sumie dużo spała. Nawet teraz kiedy ma roczek nie bardzo mam na co narzekać, bo śpi nieźle. Ale Ci z Was, którzy mają dzieci wiedzą, że z nimi to różnie bywa. A budzą się przeważnie około szóstej, bo są głodne. Dla mnie to środek nocy, a Marianka właśnie wtedy zaczyna dzień. Jak większość dzieci jest SŁOWIKIEM.

    Miałam dwa wyjścia. Być idealną mamą i zrywać się ledwo widząc na oczy… albo dojść z Manią do jakiegoś kompromisu. Ponieważ daleko mi do ideału jakoś tak wyszło, że znalazłyśmy z Marianką złoty środek, z którego chyba obydwie jesteśmy zadowolone. A przynajmniej na to wygląda.

    Jak to wygląda? Mamy swój rytuał (a wiecie, że jestem fanką schematów i rytuałów, które porządkują dziecięcy świat i dają poczucie bezpieczeństwa). Marianka je rano mleko zagęszczone kleikiem i kaszką ok. 6:00 – 6:30. Jeśli się za bardzo nie rozbudzi (trzymam codziennie kciuki) to wraca do swego łóżeczka, a ja jeszcze mogę się spokojnie zdrzemnąć. Jeśli jednak oczka już są otwarte to zapraszam Manię do naszego łóżka. Tam prze około 40 min. gaworzy sobie, zaczepia nas (zapomniałam wspomnieć, że mąż jest też typową SOWĄ), turla się. Około godziny 7:30 przytula się do mnie lub do męża (jeśli nie jest akurat w pracy) i przysypia na drzemkę do godz. 8:20. I choć jest to najmniej wygodna na świecie pozycja do spania uwielbiam ten moment. Marianka jest taka cieplutka i taka moja <3 A jak już się obudzi to nie jest już taka głęboka noc i jestem się w stanie ruszyć 😉

    Czy zawsze się to nam sprawdza? Oczywiście nie. Tak jak każde dziecko Mania ma lepsze i gorsze dni. Ostatnio parę nocy budziła się o 2 czy 3 na zabawę i zasypiała po dwóch godzinach. Oczy na zapałki i cierpliwość na skraju wyczerpania. Ale z dziećmi to norma. Ważne, że na co dzień udaje się nam pogodzić potrzeby Mani i nasze. Bo jeśli nawet wstałabym o tej szóstej, to jestem pewna, że mało zabawna byłaby ze mnie mama. Wiem próbowałam, tylko nikomu nie mówcie 😉

    Jeśli też jesteś SOWĄ pamiętaj, że zawsze masz dwa wyjścia. A wyspany, no może przesadzam, trochę wyspany rodzic jest lepszy niż taki, który zamiast bawić się z dzieckiem marzy tylko o poduszce 🙂

  • Jeśli ja dałam radę to i ty dasz

    Wielu ludzi dziwiło się dlaczego po urodzeniu Marianki zaczęłam wszystko co przeżywałam opisywać na blogu. Niektórzy widzieli w tym tanią sensację. Ale wielu mnie zrozumiało i dostrzegło COŚ więcej.

    Tak naprawdę to nie myślałam dużo o tym po prostu zaczęłam pisać. W głowie miałam mętlik, nie wiedziałam co się dzieje z moim życiem. A kiedy w głowie jest bałagan trzeba go posprzątać. A moim sposobem na to zawsze było pisanie. Kiedyś krótkich opowiadań inspirowanych moim życiem i marzeniami, a później wierszy (oczywiście o niespełnionej miłości). Aż w końcu odkryłam formułę bloga. Gdzie mogę pisać do Was bezpośrednio.

    Kiedy tak porządkowałam swój bałagan okazało się, że w każdym momencie szukam pozytywów w tym wszystkim co nas spotkało. Nie zdawałam sobie z tego sprawy pisząc. Dopiero kiedy kilka osób z rzędu powiedziało, że podziwia moją pozytywność sama też zaczęłam to dostrzegać. Poczułam, że jeśli z każdej trudnej sytuacji będę szukała dobrych stron to będzie mi łatwiej. Chciałam pokazać innym rodzicom, że nie piszę aby się użalać, ale aby po prostu powiedzieć jak jest. Zapragnęłam pokazać, że zawsze można szukać choćby małych promieni słońca w najgorszą burzę. Próbowałam pokazać, że skoro ja daję radę w dość trudnej sytuacji, to może nie ma takiej w której rodzic sobie nie poradzi. Skoro ja potrafię dostrzec ten promyk słońca to i Ty możesz. Czy mi to wyszło? Nie wiem. To musicie ocenić sami.

    Ktoś może powiedzieć, że mędrkuje, ale ja po prostu piszę co czuję, co wiem i jak postępuję. Wierzę, że rodzicielstwo daje siłę, zmienia świat i spojrzenie na niego. Pozwala znieść więcej niż można sobie wyobrazić i kiedykolwiek o tym pomyśleć. Pozwala znaleźć w sobie niezmierzone pokłady miłości i wiary.

    Jeśli ja dała sobie radę z przedwczesnym porodem i walką o życie mojej córeczki. Jeśli znalazłam w sobie siłę przez ponad 4 miesiące codziennie chodzić do szpitala, a właściwie wychodzić z niego bez Marianki. Jeśli tylko raz załamałam się i na głos powiedziałam, że się boję, że Mania nie przeżyje. Jeśli moje małżeństwo wzmocniło się przez tą traumę. Jeśli moja wieź z Marianką jest bardzo silna pomimo codziennej rozłąki… to czy Ty nie poradzisz sobie z problemami codziennymi rodzica? Czy nie zechcesz spróbować zawalczyć i dać sobie szansę na pozytywne myślenie?

    Wiem, że czasami jest bardzo ciężko. Wtedy zapraszam… przeczytaj jeden z moich tekstów, z czasów kiedy walczyliśmy o Mariankę. I czerp siłę i myśl pozytywnie. Bo zawsze warto walczyć i szukać promyków słońca nawet podczas burzy.

  • Wspieram WOŚP na 1 urodziny Mani – ruszamy!

    Ruszamy pełną parą!

    Przypominamy aby wziąć udział w naszej akcji wystarczy:

    1. wesprzeć finansowo WOŚP – puszka, sms, licytacja – te już się rozpoczęły
    2. zamieścić zdjęcie z nazwą naszej akcji na portalach społecznościowych – oznaczyć #wosp i #maniaija

    Do dzieła!

    Bieżące informacje na wydarzeniu

  • 1 urodzinki Marianki

    Tak jak zapowiadałam w ostatnim tekście, zapraszamy na wydarzenie

    „Wspieram WOŚP na 1 urodziny Marianki”

  • Dziękuję panie Jurku, czyli wiedza i umiejętności nie zawsze wystarczają aby czynić cuda

    Kiedy kilka dni temu byliśmy na wizycie kontrolnej u neonatologa, pani doktor była zachwycona postępami Marianki. Wie, o czym mówi, ponieważ była jedną z lekarek zajmujących się Manią od pierwszego dnia życia. Jedno zdanie, które usłyszałam podczas tej wizyty zostanie mi w pamięci na zawsze: „Popatrzcie państwo, jak wspaniała dziewczynka. A mało kto dawał Jej szanse.” Nie wiedziałam o tym… Zdawałam sobie sprawę, że Jej stan był poważny zaraz po urodzeniu. Ale, nie wiedziałam, że nie dawano Mariance szans na przeżycie. A jednak żyje, ma się dobrze i za chwilę kończy 11 miesięcy. Może jeszcze nie wszystko potrafi, może potrzebuje więcej czasu niż Jej rówieśnicy na opanowanie pewnych umiejętności, ale radzi sobie wspaniale. Wiem, że oprócz tego, że Mania jest silną dziewczynką, że Pan Bóg nad Nią czuwał i wysłuchała naszych modlitw… to gdyby nie cudowni lekarze, pielęgniarki, położne… nie byłoby Jej z nami. Jest jeszcze coś, bez czego nie udałoby się uratować życia Marianki. To sprzęt medyczny z czerwonym serduszkiem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

    Nawet najlepszy specjalista, najbardziej zaangażowany i wyedukowany często nie jest w stanie pomóc bez narzędzi. A w naszych szpitalach serduszka WOŚP pojawiają się bardzo często. Czy nie ma innego sprzętu, może ktoś zapytać? Jest, ale często nie jest on nowoczesny lub jest go za mało. Na przykład urządzenie „n-cepap”, które umożliwia, pomaga dziecku oddychanie bez potrzeby intubowania. Na naszym oddziale były tylko takie z serduszkami. Pozwalają monitorować oddech dziecka, ustawiać odpowiednie parametry, zwiększać lub zmniejszać ilość podawanego tlenu. Dzięki nim dzieci szybciej uczą się samodzielnie oddychać, a samo urządzenie nie uszkadza pęcherzyków płucnych (jak np. respirator). Takich przykładów mogłabym mnożyć. Choćby program badania słuchu u noworodków, który umożliwia wczesne wykrycie wad słuchu.

    Ja od zawsze wspierałam WOŚP finansowo. Co roku wrzucałam pieniądze do puszki, wysyłałam sms. Kiedyś z drużyną byliśmy wolontariuszami, a nawet raz pokusiłam się i zorganizowałam harcerski sztab WOŚP w moim mieście. Zawsze też z sympatią myślałam o panu Jurku Owsiaku, który jest sprawcą całego takiego zamieszania. W zeszłym roku oglądałam Finał, głaszcząc przez brzuch Manię i modląc się aby nie musiała korzystać ze sprzętu Fundacji WOŚP (oprócz badania słuchu). Całą rodzinę namawiałam do wsparcia akcji. A tydzień później… Marianka już korzystała ze sprzętu z serduszkami.

    Nie chcę wdawać się w polemikę z przeciwnikami pana Jurka. Wiem jedno, że gdyby nie On i ludzie pracujący w Fundacji, lekarzom najprawdopodobniej mogłoby się nie udać uratować Marianki lub mogłaby by wyjść ze szpitala o wiele później i dużo gorszym stanie. Nikt mnie nie przekona, że aby działało tak wielkie przedsięwzięcie wystarczą tylko wolontariusze. A jestem instruktorką największej organizacji młodzieżowej w Polsce, pracującej głównie w oparciu o wolontariuszy. To całoroczna, codzienna praca związana z rozliczaniem akcji, przeprowadzaniem przetargów, zbieraniem zapotrzebowania, organizacją kolejnych finałów, kontaktem z lekarzami, pacjentami. Gdyby tak wielkimi przedsięwzięciami mieli się zajmować tylko Ci, którzy nie muszą pracować, myślę, że dobroczynność w Polsce wyglądałaby zupełnie inaczej.

    Nie będę namawiała przeciwników pana Jurka i Fundacji do tego aby podpisywali deklarację, że ani oni ani ich rodziny nie będą korzystali ze sprzętu zakupionego z funduszy zebranych w ramach kolejnych Finałów. Bo nikomu nie życzę źle. Zwłaszcza jeśli chodzi o sprzęt neonatologiczny. Ale uwierzcie mi, że sposób patrzenia na świat rzeczywiście zmienia się z perspektywy wpatrywania się w inkubator…

    Ale dość smutnych rzeczy. Za miesiąc Mariaka kończy roczek. I w związku z tym chcemy to uczcić i jednocześnie podziękować panu Jurkowi, Fundacji i tysiącom wolontariuszy. Zaczynamy akcję „Wspieram WOŚP na 1 urodziny Mani”. Chcemy zachęcić aby nasi znajomi i nieznajomi zamiast składać życzenia Mariance w Jej imieniu wsparli finansowo Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Akcja zaczyna się 18 grudnia (miesiąc przed urodzinami), a kończy się 31 stycznia. Będziemy prosili aby jej uczestnicy: 1) wrzucili pieniądze do puszki na Finale, wysłali sms, dokonali wpłaty na konto, wzięli udział w licytacjach… wsparli finansowo WOŚP, 2) wstawili na portalach społecznościowych swoje zdjęcie z wypisaną na kartce nazwą akcji oraz oznaczeniem #WOSP i #maniaija

    To taki nasz pomysł na uczczenie pierwszych urodzin Marianki. Zachęcamy również Ciebie do udziału. Wydarzenie jest już na naszym FB