Kategoria: Mania i Ja

  • Matka wariatka, czyli każdy ma jakiegoś bzika

    Chyba w życiu nie spotkałam żadnej mamy, która nie miałaby fioła na jakim aspekcie wychowania czy opieki nad swoim dzieckiem. A miałam do czynienia z dużą ilością rodzicielek. I nawet jeśli mama jest najbardziej wyluzowana na świecie z pewnością ma jakiegoś bzika. W sumie to dobrze, bo gdybyśmy wszystkie były idealne to co to byłby za świat 😉

    A tak na serio to rzeczywiście jest tak, że każdy z rodziców zwraca szczególną uwagę na jakiś szczegół dotyczący wychowania dziecka. Niezależnie czy to jest mama czy tata. Dobrze jest jak się ze sobą zgadzają, albo przynajmniej akceptują swoje „bziki”. Ważne też aby samemu sobie uświadomić co jest takim aspektem mego rodzicielstwa. Jaka sprawa kontrolowana jest niegroźna, a kiedy wymknie się nam to może być niebezpieczna dla dziecka lub naszych relacji z nim.

    Teraz pewnie część z Was myśli sobie, że „to mnie nie dotyczy, ja tak nie mam”. Ale jest to raczej mało prawdopodobne. Jakie mogą być „bziki”? Najróżniejsze. Od ilości czy jakości jedzenia, przez ciepłe bądź lekkie ubieranie, zajęcia dodatkowe, naukę języków, karmienie piersią, wdrażanie do samodzielności, wyznaczanie granic lub nie, swobodę myśli i poglądów, edukację, zdobycie dobrego zawodu… mogłabym wymieniać i wymieniać. Jeszcze raz stanowczo powiem, że jeśli jest coś dla nas ważne to bardzo dobrze, ale nie pozwólmy zapanować temu nad naszym życiem i relacjami z dzieckiem. Przykład? Bardzo proszę.

    Marianka jako wcześniak ważyła zawsze mało (zaczynała od 780 g, a nawet 680 g). W szpitalu każde 50 czy 100 g witaliśmy z uśmiechem. Pierwszy kilogram to było święto. Raz przybierała lepiej, raz gorzej. Kiedy wychodziła ze szpitala była mała w porównaniu z dziećmi w podobnym stanie – 3,4 kg. Ale w domu zaczęła szybko nadrabiać. Nie wiem kiedy wskoczyła na 6 kg, później zaczęła trochę zwalniać. Zawsze lubiła jeść. Wiadomo jak wprowadzaliśmy stałe pokarmy raz zjadła więcej, raz mniej ale jakoś szło. Była dumna. Wyprzedziła, nie nawet zostawiła daleko w tyle swoje rówieśniczki ze szpitala. I przyszedł listopad… przybierała coraz wolniej (co oczywiście jest normalne), ale przede wszystkim zbuntowała się na jedzenie. Tak naprawdę byłam w stanie nakarmić ją normalnie tylko późnym wieczorem przez butelkę. W dzień ani butelka, ani kasza, ani owoce, o zupie czy obiadku już nie wspomnę. A kilka dni wcześniej zaczęła zjadać już całe porcje. A tu strajk. Dwa tygodnie… każde karmienie to koszmar i próba podania choćby połowy porcji, szukanie pomysłów i sposobów. Wiedziałam, że pierwszy raz po wyjściu ze szpitala waga zaczęła spadać. Wiedziałam to, choć nie ważyłam Marianki. Pomału zaczęła wracać do jedzenia kaszy, owoców. Ale zupa to nadal była trauma. I dla Niej i dla mnie. Zdążało się, że po godzinie karmienie gdzie zjadała mniej niż połowę siadałam i płakałam. Myślicie sobie, trzeba było odpuścić, niech się przegłodzi to by zjadła. Też bym to radziła rodzicom. Ale tu uruchomił się mój „bzik” – spadek wagi. Dziś Mania od jakiegoś tygodnia znowu je wszystko. Jak to się stało? Proste. Ja. To ja stanowiłam problem. Ja i mój „bzik”. Marianka miała po prosu na początku jakiegoś focha, każde dziecko ma. Ale ja tego nie zauważyłam. Może dawałam Jej za dużo na łyżeczce, może za szybko? W każdym razie coś było nie tak i mała się zacięła. Musiała zatrzymać się i powiedzieć stop. Nie stresuj się. Niech zjada tę połowę zupy, nadrobi kaszą. Kiedy ja trochę odpuściłam, wyluzowałam, Marianka wyszła mi naprzeciw i zaczęła pięknie otwierać buzię i zjadać. Czasami jeszcze się buntuje przez chwilę, ale wtedy ja odczekuje i jemy dalej. Nadal w głowie mam jeszcze tego maluszka, który urodził się ważąc mniej niż torebka cukru. I pewnie długo tak mi zostanie. Ale teraz wiem, że muszę wyluzować i czasami zadowalać się pewnym minimum. Ważne żeby rosła i była zdrowa, a waga to rzecz wtórna.

    No właśnie, czasami problem, który mają nasze dzieci tak naprawdę jest naszym problemem. Uświadomionym lub nie. To nasze „bziki” sprawiają, że relacje stają się napięte. Ja nie chcę wspominać tych poprzednich trzech tygodni. Było okropnie, nie lubiłyśmy z Manią tych momentów, źle się czułyśmy w swoim towarzystwie. Na szczęście jest mała, trwało to stosunkowo krótko i nie będzie tego pamiętać.

    Zastanówmy się czasem w trudnych sytuacjach nad sobą. Czy naprawdę dziecko musi założyć na siebie tę dodatkową warstwę? My siedzimy na ławce, on biega i odczuwa temperaturę inaczej. Czy musi ćwiczyć tyle na instrumencie? Może wcale tego nie chce. Czy do tej bluzki muszą być założone te spodenki, bo innych kolor jest zły? To nie są ważne rzeczy, a wpływają na nasze relacje.

    Czasem te nasze „bziki” wynikają ze strachu, kiedy indziej z doświadczeń życiowych – zwłaszcza z dzieciństwa. Zmierzmy się z nimi, bo są nasze. A nasze dzieci i relacje z nimi, niech będą od nich wolne. Zostawmy sobie „bziki” w formie malutkiej i nieszkodliwej. Bo jeśli są malutkie, to świat jest bardziej kolorowy, bo my jesteśmy różni.

  • Mamo, nie bój się…

    Mamo, nie bój się… bo ja boję się jeszcze bardziej. Mamo, nie płacz…. bo to ja powinnam płakać, a nie mogę… Jeszcze chwilę temu było mi ciepło i bezpiecznie. Słyszałam bicie twego serca i mogłam się swobodnie poruszać…

    Teraz jest mi zimno, obco i samotnie. A Ty, nie bój się… dotknij mnie… mów do mnie… wierz, że będzie dobrze. Obiecuję, że zrobię wszystko aby być z Wami, z Tobą i z tatą. Będę walczyć, chcę żyć. Ale potrzebuję Waszej pomocy. Muszę Was słyszeć, muszę Was czuć. Jeśli będę czuła, że jesteście ze mną łatwiej będzie mi walczyć. Bo ja chcę walczyć. Chociaż jestem jeszcze mała i nie ważę więcej niż kilogram cukru, to czuję. Czuję kiedy jesteście ze mną i kiedy myślicie pozytywnie. Jeśli przychodzicie do mnie smutni i pogrążeni w beznadziejności nie będę się dobrze czuła. Nie będę chciała walczyć, bo jeśli Wy nie uwierzycie, że będzie dobrze to jak ja mogę dać rady.

    Mamo, dotknij mego malutkiego ciałka. Potrzebuje poczuć twoje ciepło. Tato, mów do mnie tak jak wtedy kiedy jeszcze byłam w brzuchu u mamy. Pomóżcie mi walczyć. Każdy Wasz dotyk daje mi siły, każde Wasze słowo sprawia, że jestem silniejsza, każda Wasza pozytywna myśl, sprawia że moje życie staje się realniejsze. Potrzebuje Was słyszeć i czuć, potrzebuje Waszej obecności. Nie chce się czuć samotna i opuszczona.

    Mamo, nie bój się… uwierz, że dam radę. Tato, bądź dzielny… uwierz, że będzie dobrze. Kocham Was i potrzebuje, bo z Wami będzie mi łatwiej. Są tu lekarze, którzy czynią cuda. Jest tu sprzęt, który może uratować mi życie. Ale bez Was ani lekarze, ani sprzęt zdadzą się na nic, bo ja muszę mieć wolę życia. A to od Was ją czerpię.

    Mamo, nie bój się… udowodnię, że jestem silna. Tato, uwierz… mam wolę walki. Tylko muszę wiedzieć, że mnie kochacie i jesteście ze mną. Nie myślcie, co będzie jutro czy za tydzień. Dziś jestem z Wami i na razie nigdzie się nie wybieram. Cieszcie się z tego, że po prostu jestem. Korzystajcie z czasu, który mamy dla siebie. Żyjmy tu i teraz. A ja będę walczyła, aby przyszłość była… Chcę być, dla Was, dla siebie.

    A jeśli się nie uda? Nie myślcie o tym. Bo ja jestem i walczę. Tak jak tylko potrafię najmocniej. Dla Was, dla siebie. Walczcie ze mną. Nie bójcie się. Po prostu mnie kochajcie. Tu i teraz.

  • Być w formie. Zadbać o siebie nie tylko dla dzieci

    Od zawsze byłam gruba. No może jako niemowlę byłam w normie, ale nie wyrosłam z dziecięcego tłuszczyku. Wręcz przeciwnie z czasem było mnie coraz więcej. Od kiedy zaczęło mi to przeszkadzać? Chyba od momentu kiedy zorientować się, że jestem inna. To znaczy od kiedy pierwszy raz usłyszałam, że inne dziecko nazwało mnie „grubaską” – było to w podstawówce. Oczywiście przeszłam różne diety, jako nastolatka ćwiczyłam w „Klubie Kwadransowych Grubasów” (ktoś jeszcze pamięta, że coś takiego było?). Bardziej niż przezwiska przeszkadzało mi, że nie mogłam założyć tego co koleżanki, że z każdych zakupów wracałam z płaczem. Moja mama była gotowa zapłacić każde pieniądze, żebym tylko coś wybrała. A w moim rozmiarze można było kupić albo dresy albo coś dla starszych pań. Najbardziej chyba jednak przeszkadzało mi, że nie jestem tak sprawna jak rówieśnicy. Miałam kłopoty ze stawami, nie mogłam jeździć na łyżwach czy rolkach, z czasem również na nartach. Nie biegałam na dłuższych dystansach, szybko się męczyłam. Na pierwszych wdówkach harcerskich było mi tak ciężko, że szłam i płakałam.

    Z czasem zaczęłam sobie radzić. Miałam w podstawówce cudowną panią od WF-u, która wymagała ode mnie abym dała z siebie jak najwięcej, ale nie porównywała z innymi. W szkole średniej miałam po prostu zwolnienie. Nauczyłam się chodzić… na wędrówkach i pomimo, że było trudno pokochałam zwłaszcza te górskie i po Puszczy Białowieskiej.

    Co jakiś czas próbowałam się odchudzać, ale kończyło się na jo-jo. I to pomimo rezygnacji ze słodyczy, smażonych rzeczy i chodzenia trzy razy w tygodniu na basen. Moje zdrowie znacznie się pogorszyło, zwłaszcza kiedy zaczęłam zbliżać się do 30-tki. Kiedy 3 i pół roku temu trzech lekarzy powiedziało, że za kilka lat grożą mi leki na ciśnienie, cukrzycę i stabilizatory na stawy… sięgnęłam dna. Byłam sama, gruba i tylko… no właśnie tylko co?

    Postanowiłam sobie pomóc. Dzięki koleżance znalazłam dietetyczkę, zapisałam się na kurs zdrowego odżywiania. To zmotywowało mnie do zmian w życiu. Wyznaczyłam sobie cel, dostałam dużo wiedzy, miałam wsparcie. Dzięki ruchowi i zdrowemu, mądremu odżywianiu w ciągu kursowych trzech miesięcy schudłam 13 kg (efekt na zdjęciu), a przez kolejne pół roku w sumie 27 kg. Ale nie to było najważniejsze. Dzięki zdrowemu odżywianiu moje ciało odzyskało wigor, nie potrzebowałam już drzemek w ciągu dnia, głowa mnie nie bolała, kwitłam. I jakoś tak życie, które do tej pory było intensywne ale czegoś w nim brakowało zaczęło się układać. Poznałam mego męża, trafiłam na pierwsze zajęcia dotyczące coachingu, odnalazłam mentora, który pomógł mi uporządkować życie zawodowe. Nagle wszystko zaczęło się układać, bo zadałam o moje ciało. O wszystkie jego aspekty, wszystkie mięśnie się wzmocniły. A jednym z nich jest też mózg 🙂

    Ciąża, a zwłaszcza przedwczesny poród Marianki sprawiły, że moje ciało znowu nie jest takie jakie powinno być. Prawdziwa Sylwia siedzi gdzieś w środku. I teraz kiedy już nasze życie troszeczkę się unormowało postanowiłam znowu zadbać o swoją formę. Nie tylko dla siebie. Wiem, że jeśli moje ciała będzie bardziej sprawne łatwiej mi będzie się zająć Mania. Zwłaszcza kiedy zacznie raczkować i chodzić. Kiedy moje mięśnie będą mocniejsze łatwiej będzie mi ją nosić. Kiedy mój mózg będzie odpowiednio nawodniony i dotleniony łatwiej mi będzie sprostać jej potrzebom intelektualnym i łatwiej mi będzie poradzić sobie z tymi gorszymi dniami.

    Wróciłam na basen, porządkuje swoje zwyczaje żywieniowe… Bo chcę być zdrowa dla Marianki, chcę dożyć jej dorosłości. Nie chcę być schorowaną mamą, którą będzie musiała się zajmować już jako nastolatka. Chcę za jakiś czas znowu spróbować zajść w ciążę. Chcę być zdrowa dla mojej rodziny. Ale nie zrobię tego bez dbania o siebie. Muszę zawalczyć o swoją formę, żeby pokazać Mariance cały piękny świat. Wyprawić się wspólnie na górski szlak, przewędrować Puszczę Białowieską, popływać w morzu, pokazać lasy, pola, jeziora czy odwiedzić Jej ciocię na Costa Brava.

    Mamusie i tatusiowie dbajmy o siebie dla swoich dzieci, abyśmy mogli je wychować, cieszyć się ich szczęściem, wspierać przy niepowodzeniach i dożyć ich dorosłości. A dzieciaki obserwując nas też chętnie będą żyć zdrowo i z radością. A raz na jakiś czas pozwólmy sobie na małe grzeszki jak lody czy pizza (może własnej wspólnej roboty) aby życie było jeszcze przyjemniejsze 🙂

  • Panaceum na wszystkie smutki. Czyli rodzic na dopingu

    Życie rodzica nigdy nie było, nie jest i nie będzie łatwe. Wiedziałam to na długo zanim sama zostałam mamą czy zanim zaczęłam pracę jako wychowawca. Kiedy widziała moją mamę wracającą zmęczoną z pracy, „ciągnącą” ze sobą zakupy, od razu zabierająca się za robienie obiadu, nie mówiąc już o praniu czy sprzątaniu, wiedziałam, że nie jest łatwo. Ale też patrząc na Nią wiedziałam podświadomie, że warto. Jakoś tak od zawsze wiedziałam, że bardzo chcę być mamą. Nie wyobrażałam sobie innego życia.

    Jednak los przed długi czas w tym względzie nie był dla mnie łaskawy. Zanim spotkałam mego męża i mogliśmy myśleć o dzieciach byłam już po trzydziestce. Ale odkąd byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej moje życie było pełne. Tak to chyba najwłaściwsze słowo – pełne. Czas oprócz szkoły, studiów, a później pracy wypełniało mi harcerstwo. Z czasem zbiórki, szkolenia, spotkania, wyjazdy, pełnienie funkcji na szczeblach powiatowych, wojewódzkich czy centralnych pozwoliło mi zagospodarować czas. Potem doszły też inne rzeczy: praca na uczelni, szkolenia zewnętrzne, współpraca z wieloma podmiotami, prowadzenie warsztatów i szkoleń… To był cały mój świat. Świat, który czekał na rodzinę.

    Prawdę mówiąc tylko trochę to się zmieniło kiedy poznałam mego męża. Nie wiem jakim cudem jak to się mówi „nie pogonił mnie”, tylko zrozumiał. Może dlatego, ze sam był kiedyś harcerzem? Zwalniać zaczęłam dopiero będąc w ciąży. Chciałam cieszyć się tymczasem, odpocząć. Zrezygnowałam z wielu obowiązków, wybierając tylko to co było najważniejsze. Wydawało mi się, że wszystko zmieniło się kiedy urodziła się Marianka. Jednak teraz już wiem, że to nie prawda. Po prostu przekierowałam całą swoją energię i zaangażowanie z dotychczasowego życia w walkę o Jej życie. Te cztery miesiące w szpitalu to nadal była ogromna aktywność z mojej strony.

    Teraz wiem, że wszystko się zmieniło kiedy już ułożyłyśmy sobie z Manią życie w domu. Kiedyś miałam kontakt z wieloma ludźmi codziennie. Teraz bywają dni, że jedynym dorosłym z jakim rozmawiam jest mój mąż. Kocham moją córeczkę i mówię do niej cały czas, bo wiem, że mnie rozumie. Ale po prostu brak mi grupy rówieśniczej.

    To bardzo trudne zwłaszcza dla bardzo aktywnych kobiet zmienić życie na domowe pielesze. Oczywiście wychodzimy na spacery, jeździmy na rehabilitacje i wizyty u specjalistów. Wychodzę też na aqua aerobik i do sklepu… Ale czasami po prostu brakuje mi wyzwań intelektualnych. Bo choć czasami wiele sprytu i wykorzystania wielu metody wychowawczych potrzeba aby zachęcić Mariankę do zjedzenia lub spania, to jednak to coś innego. I choć może to dziwne, bo Mania za chwilę skończy 9 miesięcy, to może przez tę pogodę, zmęczenie i jeszcze coś niezidentyfikowanego, czasami czuję się jakbym miała w tzw. baby blus. Są dni lub chwile kiedy miałabym ochotę usiąść i płakać. Czasami nawet z Marianką. Myślę, że wiele mam ma takie chwile. I wydaje mi się, że nie wynikają one nawet z bezradności tylko tak po prostu. Ostatnio właśnie miałam kilka takich dni. Nawet trudno mi się pisało, choć przeważnie to właśnie blog i jego poradzenie motywowały mnie do wysiłku intelektualnego. Do „rozmowy” z innymi dorosłymi.

    Dziś rano jednak pomyślałam, że jednak zawsze wiedziałam co jest moim lekarstwem na wszystkie smutki. Nawet przyszedł mi do łowy tekst na bloga „Kiedy kocham najbardziej”. Ale nie oszukujmy się kocham Ją zawsze bardziej niż chwilę wcześniej. W każdej sekundzie, w każdej sytuacji. Najwięcej siły dają mi jednak momenty. Takie mojej i Marianki. Ona rano budzi się pierwsza, leży w łóżeczku i bawi się pieluszką lub rączkami. Kiedy do Niej zajrzę, a Ona zobaczy moją twarz od razu się uśmiecha. Rozpływam się wtedy. Kiedy wtula się we mnie bo się zawstydziła kogoś. Kiedy je, marudzi, pluje, aż tu nagle z buzią pełną zupki uśmiecha się tym bezzębnymi usteczkami. Kiedy się czegoś przestraszy i szuka u mnie wsparcia. Lub kiedy jestem smutna lub płaczę (czasami nawet ze szczęścia) a Marianka z troską zagląda mi w oczy chcąc sprawdzić czy wszystko jest dobrze. Kiedy rano wylegujemy się jeszcze razem w łóżku, a Ona dotyka mojej twarzy… Te wszystkie momenty sprawiają, ze moje serce zaczyna bić szybciej. A smutki same gdzieś odpływają.

    Wiem, że za kilka miesięcy kiedy Marianka będzie już bardziej odporna będziemy mogły robić wiele rzeczy wspólnie. Będzie mi mogła towarzyszyć w wielu miejscach i spotkaniach. Wiem, że będzie łatwiej. Aby tylko przetrwać tę jesienną słotę i zimę… A później przyjdzie wiosna i da nam nowe możliwości. Bo z naszą miłością do siebie żaden smutek nie zostanie na dłużej.

  • Hop do lodówki. To jedyne co mogłam dla Niej zrobić

    Kiedy urodziła się Marianka czułam ogromną bezsilność. Chciałam ją przytulić i ochronić przed wszystkim złem świata. Ale nie potrafiłam, nie wiedziałam jak… Kiedy stałam przy inkubatorze i po raz pierwszy patrzyłam na moją córkę, po prostu czułam się bezsilna. Nic nie mogłam zrobić, musiała zaufać lekarzom i personelowi medycznemu. Kiedy położone zapytały czy już ściągałam pokarm, zapaliła się dla mnie lampka nadziei. Jednak mogę coś dla Mani zrobić tu i teraz. Pani doktor powiedziała, że nawet tych kilka kropel siary zostanie wtarte Mariance w podniebienie. To był dar najcenniejszy jaki mogłam jej dać. Drogocenne przeciwciała, których wtedy potrzebowała jak nikt inny. Jej 780 g ciałko przyjęło tych kilka kropel jak coś cenniejszego niż złoto.

    Mleko, mleko, mleko… ta myśl pozwalała mi jako tako funkcjonować w domu. Moje, życie poza szpitalem skupiało się na ściąganiu pokarmu. A muszę przyznać, że nie było to ani łatwe, ani przyjemne. Nie mówię już o wstawaniu w nocy co kilka godzin, ale o fizycznym bólu związanym z użyciem laktatora. Zwłaszcza na początku, kiedy mleka było mało. Po tygodniu okazało się, że Marianka ma dziurkę w jelicie i nie będzie miała podawanego mego pokarmu. Ale położne mówiły, żeby dbać o laktację, bo po wszystkim wrócimy do karmienia. Raz jeden wylałam ściągnięte mleko do zlewu… i płakałam… Zaczęłam więc mrozić na potęgę. Bałam się, że ze stresu mogę stracić mleko, jak to się przydarzało innym mamom, a tak przynajmniej będę miała zapas (który jeszcze do dziś leży w lodówce). Ale i tak miałam nieźle. Koleżanka, która po porodzie musiała przyjmować silny antybiotyk i mleko nie nadawało się do podawania córeczce mówiła, że wylewanie bardzo ją bolała i jak to się mówi „rzucało się” na głowę.

    Odetchnęłam z ulgą kiedy po kolejnych trzech tygodniach Marianka wróciła do przyjmowania mego pokarmu. Najpierw był to 1 ml co 3 godziny. Ale później coraz więcej i więcej. Po mimo, że nie karmiłam jej piersią to był mój łącznik z Manią. Wiedziałam, że daję Jej to co najlepsze. Wychodząc, ze szpitala podjęłyśmy próby karmienia piersią i było cudownie, jednak miałam niewystarczającą ilość mleka na jeden posiłek, więc wróciłam do ściągania. Z czasem kiedy jadła coraz więcej okazało się, że np. 4 ściągnięcia wystarczają na 3 lub 2 posiłki. Ale ciągle walczyłam z laktatorem. Cały czas czując, że to jest to co tylko ja mogę dać Mani.

    W sobotę Marianka zjadła po raz ostatni moje mleko. Przede wszystkim dlatego, że bardzo po nim ulewała, a trudno je było zagęścić. I choć od jakiegoś tygodnia – dwóch dostawała je tylko raz dziennie to ja byłam szczęśliwa. Mania lubiła je jeść, a ja nadal czułam, że daję z siebie wszystko. Ale trzeba było postawić sprawę jasno, przez ostatnie dni więcej było z tego karmienia szkody niż pożytku. Podjęłam więc decyzje, że tak trzeba. Ponoć i tak długo wytrzymałam.

    Po 8 i pół miesiąca bez żalu pożegnam się z laktatorem (z zwłaszcza moje sutki, które przeszły przez masakryczne problemy – kto miał ten wie, a kto nie – niech dziękuje Bogu). Chętnie znowu zacznę jeść rzeczy, których unikałam. Ale kiedy ściągałam mleko już nie dla Marianki ale do wyciszenia laktacji… płakałam. Bo wiem, że skończył się pewien etap. Mania jest już coraz większa, coraz lepiej sobie radzi. I z każdym dniem będzie potrzebowała mnie trochę mniej. Po mimo że moje mleko podawałam przez większość czasu z butelki, to było to dla mnie ważne. Ważne, bo zaraz na samym początku uratowało mnie przed załamaniem. Pozwoliło się skupić na zadaniu, które mogło pomóc Mani. Dało poczucie, że mam wpływ na Jej walkę. Dało nadzieję, że wspólnie tę walkę wygramy… I tak się stało. A teraz czas na nowy etap… Kolejny z bardzo wielu, które nas jeszcze razem czekają. I wiem, że będzie ciekawie i dobrze… bo jesteśmy razem. A miejsce mleka w lodówce zajmą inne pyszne rzeczy, które za jakiś czas będziemy przygotowywały wspólnie z Marianką.

  • Łzy same płynął czyli jestem tylko słabym człowiekiem

    Myślę, że każda mama przeżyła kiedyś taki dzień czy ranek kiedy miała ochotę usiąść i płakać… albo rzeczywiście usiadła i płakała. To bezsilność sprawia, że łzy same napływają do oczu.

    Tak właśnie wyglądał mój dzisiejszy ranek. Marianka od kilku dni jest w trakcie przestawiana swego dotychczasowego planu dnia. Przesunęły się nam pory posiłków i spania. Coraz niechętnie je w nocy co 4 godziny. Ale dzisiejsza noc była bardzo ciężka dla nas obu. Problem z jedzeniem, marudzenie, zmęczenie i bezsilność. I wielka złość… moja na samą siebie. Bo nie mogę się złościć na Manię, przecież jest dzieckiem i słucha potrzeb swego organizmu, które ja próbuję zrozumieć a nie zawsze potrafię. To nie Ona zawodzi w takich sytuacjach, bo przecież nie wie co się z Nią tak naprawdę dzieje. To ja jestem dorosła i muszę to wszystko rozumieć, a jednocześnie akceptować swojej i Jej uczucia. To ja jestem w stanie ogarnąć rozumem to wszystko co się dzieje i jak. Zrozumieć, że jest coraz starsza i Jej potrzeby się zmieniają, zarówno te psychiczne, jak i te fizyczne. I nawet jak się skupisz na rozwoju empatii to czasami po prostu jest ciężko.

    W takich trudnych dla rodzica i dziecka sytuacjach może zadziać się kilka rzeczy. Zwłaszcza kiedy cierpliwość jest wystawiona na próbę. To właśnie takie sytuacje są najczęstszym powodem kiedy po raz pierwszy wymierza się klapsa. To nasza bezsilność powoduje, że podnosimy rękę na dziecko, któremu w niczym to nie pomoże. To ta bezsilność pcha ludzi do kroku z którego później bardzo trudno się wycofać, kroku który może zaprowadzić jedynie w ślepy zaułek.

    Jest jednak inny sposób na to aby pokonać bezsilność, potrzebujemy jednak wtedy pomocy. I ja dziś właśnie skorzystałam z tego drugiego wyjścia. Kiedy moje emocje sięgnęły zenitu. Kiedy czułam się złą matką, której brak cierpliwości… kiedy czułam, że w tej chwili bije ode mnie negatywny przekaz… ucałowałam moją Mariankę, powiedziałam, że wychodzę na basen a ona zostanie z tatą i jak przyjdę wyściskamy się, wykochamy i będzie znowu dobrze. I rzeczywiście jeszcze na zajęciach z aqua aerobiku buzowały we mnie emocje, jeszcze wracając do domu kłębiły się we mnie, jeszcze gdzieś te łzy tkwiły w kącikach oczu, ale przeszło mi. Odpuściłam sobie i powiedziałam, że jestem tylko człowiekiem i mam prawo czasami do takich chwil. I w momencie kiedy weszłam do domu i zobaczyłam Mariankę w łóżeczku myślałam już tylko o tym aby Ją przytulić. Już miałam siły na wszystko. Powiedziałam Jej, że ją bardzo kocham i będzie już dobrze, a kiedy na jej poważnej buzi pojawił się uśmiech i chwyciła mnie za palce… zrozumiałam, że ona też chce mi przekazać, że „Mamo, jest ok”.

    Każdy rodzić przechodzi trudne momenty, kiedy jest zmęczony, zdenerwowany, czuje bezsilność i złość. Jesteśmy tylko ludźmi. Ważne jest to co zrobimy i jak te emocje rozładujemy. Czy pozwolimy aby poniosły nas i wymierzymy klapsa, którzy nigdy nie powie naszemu dziecku, że je kochamy. Czy damy sobie chwilę na wstrzymanie. Pozwolimy aby emocje się rozładowały w inny sposób. Czasami wystarczy powiedzieć dziecku, że muszę mieć 10 minut dla siebie i w tym czasie odetchnąć. Jeśli mamy możliwość zostawienia dziecka pod opieką lub jest na tyle duże, że może zostać samo wyjdźmy i się przewietrzmy, pójdźmy do innego pokoju. Dajmy sobie czas na rozładowanie emocji. Emocji do których mamy prawo. Emocji, które mogą nas popchnąć zarówno w dobrą jak i złą stronę.

    Bo jestem tylko słabym człowiekiem… ale to moje czyny świadczą o tym czy się poddaję czy walczę.

  • Małe głupotki. O chwilach, które są tylko nasze

    Większość dnia spędzamy z Marianką tylko we dwie. Jesteśmy do tego przyzwyczajone i czasami kiedy przychodzi weekend to bardzo się cieszymy, że tata jest z nami, ale w poniedziałek znowu czerpiemy radość ze swojej obecności. To naturalne… taka więź matki z dzieckiem.

    Im Mania jest większa tym ten wspólny czas staje się coraz bardziej wartościowy. Mamy swój własny rytm, gesty, których nie trzeba tłumaczyć. To chwile, z których staram się czerpać jak najwięcej, bo wiem, że szybko przeminął. Im Marianka będzie starsza ty bardziej będzie ją interesował świat. Będzie go poznawała i zdobywała, a ja będę szła tuż obok, a z czasem o krok za Nią. Będzie coraz bardziej samodzielna, choć mam nadzieję, że zawsze będzie wiedziała, że może na mnie liczyć. Szybko przestanę być jej całym światem, później wyrocznią, ale mam nadzieję, że nigdy nie przestanę być dla nie autorytetem. Osobą, w której oczach będzie widziała miłość, wsparcie i wiarę.

    Ale zanim to wszystko się wydarzy mamy te nasze wspólne chwile. Chwile, które czasami nawet trudno ująć w słowa. To czasami jedno spojrzenie, które powoduje uśmiech na twarzy. Moment kiedy zdarza jej się przysnąć mi na ręku. Chwila gdy poznając coś nowego trzyma mnie za palec. Długie minuty kiedy leżymy sobie wspólnie po prostu się na siebie patrząc i ucząc się siebie nawzajem. Jest też taki specjalny sposób wzięcia Mani na ręce, Kiedy mogę jednocześnie mocno Ja tulić i patrzeć w Jej piękne oczy. Marianka od razu się wtedy uśmiecha i zaczyna „gadać” po swojemu i aż piszczeć z radości. Jeśli kto inny by Ja próbował wziąć w taki sposób w najlepszym wypadku popatrzyłaby się na niego.

    To wszystko powoduje, że każdy dzień pomimo że podobny do poprzedniego staje się niesamowity. Wiem z całą pewnością, że to co dziś przezywamy wpłynie na jakość naszych relacji w przyszłości. Czułość i miłość, które okazujemy sobie wzajemnie nie wyparują. Ale to przede wszystkim ode mnie zależy jak nasza relacja będzie się rozwijała. Czy nadal będę uczyła Mariankę jak okazywać sobie uczucia, jak ważna jest bliskość i relacje w rodzinie. Patrząc na mnie i męża będzie się uczyła jak budować kontakty z drugą płcią, jak okazywać sobie szacunek, wsparcie i przede wszystkim miłość. To co dziś dostaje ode mnie i męża, zwielokrotni się w przyszłości. I choć nie będzie sobie tego uświadamiała, to właśnie to czego doświadczy w pierwszych miesiącach i latach swego życia wpłynie na Jej rozwój wewnętrzny, ukształtuje wartości i nauczy tworzenia relacji. Dzisiejsze małe głupotki, pieszczoty i czułostki dadzą Jej w przyszłości motywację i siłę do działania.

    Wierzę, że dzisiejsze chwile, które dzielimy między sobą znacząco wpłynął na jej przyszłości. To co daje dziś radość mnie i Mariance, kiedyś pomoże Jej cieszyć się życiem pełnym miłości.

  • To nie chłopiec!

    Odkąd tylko zaczęłyśmy z Marianką wychodzić na spacery, częściej wyjmować ją z wózka w miejscach publicznych pytałam to pytanie co najmniej 100 razy: „Czy to chłopczyk?” A dlaczego? Tylko dlatego, że nie była ubrana na różowo i nie miała na swoich czarnych włoskach opaski z kokardką. Podobają mi się ubranka w różnych kolorach, nie tylko różowe. I często zdarza się, że Mania ma na sobie np. niebieskie spodenki lub inną część garderoby. Czapeczkę też ma niebieską (tu akurat nie było wyboru przy kupnie). Staram się ją ubierać w takie rzeczy, które są przede wszystkim wygodne, a przy okazji przyjemnie się na nie patrzy. A muszę przyznać, że jak jest cała ubrana na różowo to mam lekką „cofkę”. Oczywiście w Mariankowej komodzie są też i rzeczy różowe, ale staram się je tonować innymi kolorami.

    Ale wróćmy do tego, co mnie irytuje. Po pierwsze kupienie dziewczynce ładnych rzeczy nie różowych graniczy z cudem. W sklepach na dziale dziewczęcym wprost bije on po oczach. Zastanawiam się dlaczego? Czy dlatego, że firmy ubzdurały sobie, że to kolor dla dziewczynek, a one skoro nie mają innego wyboru to się po prostu w nim zakochują. A może jest odwrotnie. Różowy jest tak mocnym kolorem i przykuwającym uwagę, że dziewczynki rzeczywiście go wybierają? Być może tak jest. Kiedy ostatnio byłam z Manią na zakupach, chciałam wybrać kilka cieplejszych sukienek bawełnianych. Zawsze wszystko Mariance opisuję i pokazuję. Tym razem w oko wpadła mi fajna sukienka w dwóch wersjach kolorystycznych: szara w różowe róże i różowa w szare róże. Najpierw pokazałam jej tę szarą i co usłyszałam? Głośne „Nie!” (ulubione słowo Mani). A kiedy dla żartu pokazałam jej drugą – zaśmiała się i gaworzyła. Więc kupiłyśmy tę, którą wybrała.

    A co mnie jeszcze irytuje a pro po różowego? Że wkładamy w schematy nasze dzieci już od najwcześniejszych dni ich życia. Społeczeństwo narzuca jakie kolory są dla chłopca, a jakie dla dziewczynki. I choć z pewnością wynika to z wielu czynników, powinniśmy mieć możliwość ubierania nie tylko dzieci w takie kolory jak nam pasuje. Bo skoro dorośli wybierają czy pasują im bardziej pastelowe, zimne, ciepłe… kolory to dlaczego dzieci mają być „gorsze”. Mojej Mariance po prostu wspaniale jest w błękicie, takim jasnym pastelowym. Pasuje jej do karnacji i jakoś tak weselej w nim wygląda. Nie powiem, w różowym też nie wygląda źle – może dlatego, że ładnemu we wszystkim ładnie ;). Jednak ja jako matka chciałbym nie czuć presji związanej ze strojem mego dziecka, zwłaszcza jeśli ma dopiero kilka miesięcy. Dziś to presja na mnie, za kilka lat przejdzie na Manię. Bo już dzieci w przedszkolu zwracają uwagę jak ubrani są inni.

    Tak więc nie narzucajmy ani rodzicom ani dzieciom w jakie kolory czy fasony mają wybierać, bo jest tyle ważniejszych rzeczy na tym świecie. Przecież w błękitnym ubranku może być ukryta prawdziwa mała dama 🙂

  • Matka Polka… nie, dziękuję!

    Jak ma być dzisiejsza kobieta? Silna, zdeterminowana, opiekuńcza, wielofunkcyjna, atrakcyjna, obowiązkowa, pracowita… Ma pracować, wychowywać dzieci, robić przetwory na zimę, dbać o siebie, jeść zdrowo, ćwiczyć, być seksowną dla męża/ partnera, gotować, prać, sprzątać, realizować się w pracy, mieć pasję, znać się na wszystkim. Czy to źle? Nie wiem. Wiem jednak, że to w większości my same – kobiety, stawiamy sobie tak wygórowane wymagania. Często napędzając się tym, że skoro inna dała radę to czemu ja mam nie dać.

    Chcemy być nowoczesnymi Matkami Polkami, która są w stanie ogarnąć pracę, dom, dzieci, męża i jeszcze się rozwijać. Bo dlaczego nie? Ja też zawsze chciałam być jedną z tych kobiet, które godzą różne role życiowe z najważniejszą – rola matki. Chciałam szybko wrócić do pracy i wykorzystać to czego przez lata się uczyłam i w czym byłam perfekcjonistka – wielofunkcyjność. Nauczyło mnie tego harcerstwo i bardzo się z tego cieszę. Miałam wielkie plany… Wiecie jak to mówią, powiedz Panu Bogu jakie masz plany, a cię wyśmieje. Kiedy urodziła się Mania czas jakby zwolnił. Zrozumiałam, że to jest czas dla nas. W ciągu tych 4 pierwszych miesięcy byłam tylko mamą. Nie było już Sylwii, tylko mama Mani.

    Po pewnym czasie wiedziałam już, że nasze życie nie będzie takie jak zaplanowałam, ale to nie ważne. Wiedziałam, że nie mam na razie szans na powrót do pracy zawodowej. Wiedział, że Marianka będzie w domu wymagała mojej opieki i zaangażowania w dużo większym stopniu niż gdyby urodziła się w terminie. I wiedziałam, że aby nie być tylko mamą Mani (ci samo w sobie nie jest takie złe) będę musiała pokonać w sobie wile rzeczy i wiele spraw uporządkować, niektóre odpuścić. Czy mój dom codziennie świeci czystością? Nie. Czy codziennie mamy coś innego i fit na obiad? Nie. Czy szybko i sprawnie wróciłam do wagi sprzed ciąży? Nieeeeee. Czy Marianka je ugotowane przeze mnie własnoręcznie zupki? Niestety nie. Czy wszystko robię tak jakbym chciała super i wspaniale? Nie. Ale na to wszystko dałam sobie przyzwolenie (oraz oczywiście mój mąż, który bardzo mi pomaga).

    Wyznaczyłam sobie co jest najważniejsze. Co ma tę chwilę mogę odpuścić, aby czerpać radość z bycia mamą Marianki, a jednocześnie nie zwariować. Nie jestem idealną matką polką w pełni tego słowa znaczeniu. Ale uważam, że znalazłam, a przynajmniej próbuję znaleźć złoty środek i nowy sposób na życie. Życie, które tak niespodziewanie się zmieniło. Marianka jest na pierwszym miejscu. Wizyty u lekarzy, stymulowanie jej do rozwoju, a przede wszystkim miłość i czułość, które jej daje. Nie mniej ważny jest mój mąż, który nie tylko angażuje się w pomoc przy Mani, ale też w dzielenie się obowiązkami w kuchni czy przy sprzątaniu. Ważne jest dla mnie też abym nie zgubiła siebie – Sylwii, która byłam. Kobiety, która uwielbiała kontakty z ludźmi, przekazywanie swojej wiedzy i doświadczenia. Kobiety z pasją, nawet więcej niż jedną. Niedawno ktoś mi powiedział, że życie po narodzinach dziecka zmienia się. Oczywiście ale nie można w tym wszystkim zagubić siebie. Bo dzieci kiedyś dorosną, a jak zagubię siebie to za 20 lat już nie odnajdę tej Sylwii, którą bardzo lubiłam ja i chyba sporo innych osób.

    Kiedy okazało się, że na razie nie wracam do pracy zawodowej, zaczęłam zastanawiać się co dalej… Dla kogoś, kto przez ostatnie kilkanaście lat nie spędzał zbyt dużo czasu w domu to dość trudna sprawa. Ale wystarczy tylko się rozejrzeć, a zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. Takie, które jest tuż przed czubkiem nosa 🙂 Od teraz moim rozwojem zawodowym i czymś w rodzaju pracy będzie blog. Dzięki niemu mogę się realizować i robić to co zawsze chciałam… pisać, dzielić się wiedzą, opiniami, mieć kontakt z wieloma ciekawymi ludźmi.

    Tak więc, może nigdy nie będę matką polką. Ale na pewno będę kobieta, która jest spełniona i cieszy się, że jest mamą. A przy okazji realizuje siebie i swoje marzenia… Jeszcze Wam o nich kiedyś opowiem 🙂

  • Taka przyjaźń się nie zdarza

    To było spotkanie… dla nich z pewnością jakby po latach. Oliwka jest starsza o 3 dni od Marianki, wspólnie spędziły prawie 3 i pół miesiąca najpierw na reanimacji, a następnie na wcześniakach. Walczyły o swoje życie, a później uczyły się żyć jak normalne dzieci. „Cepap”, namiot tlenowy, rurka z tlenem, samodzielne oddychanie, dom… Wczoraj spotkały się. Czy pamiętały jak wspólnie płakały kiedy rodzice odchodzili do domu? Czy pamiętają jak się cieszyły kiedy mamy trzymały je na rękach? Czy pamiętają chwilę kiedy się żegnały? Raczej nie. Spotkanie było zwyczajne… dwa niemowlaki leżą obok siebie na kocu, raz jedna śpi – potem druga, raz jedna marudzi – później druga. Ale w pewnym momencie skupiły się na jednej zabawce, a kiedy czas było się żegnać, jakby siebie zobaczyły na nowo. Podskoki na rękach mamy, radosne dźwięki, trzymanie się za rączki i chęć polizania tej drugiej… Ale to dopiero początek…

    Dziecięce przyjaźnie są zupełnie inne niż te dorosłych. Pamiętacie swoich przyjaciół z przedszkola, szkoły podstawowej? Ile z nich przetrwało? Jak się tworzyły i ile trwały?

    Są dwa rodzaje takich przyjaźni. Jedne wynikają z chęci wspólnej zabawy, dołączenia do tych dzieci, które mają najfajniejsze zabawki lub pomysły. Szybko przychodzą, szybko się kończą. Zmiany bywają tak szybkie, że często rodzice nie są w stanie nadążyć za tymi zmianami. Dzieci kłócą się o byle co, obrażają, nudzą się. Ale jest też inny rodzaj przyjaźni dziecięcej. Ta wynika tak właściwie nie wiadomo skąd… Czasem dlatego, że dzieci spędzają dużo czasu razem (rodzice się przyjaźnią, są sąsiadami, kuzynami), a czasami dlatego, że po prostu doskonale czują się we własnym towarzystwie. I nawet kłótnie są jakieś takie mniej ważne, zabawy rzadko się nudzą, a pomysły same wymyślają. Takie przyjaźnie czasami trwają latami, a czasami kończą się z różnych powodów w wieku nastu lat. Ale pozostawiają w dzieciach coś ważnego… pewność, że można mieć kogoś bliskiego i zaufanego.

    To ważne aby dzieci na każdym etapie rozwoju miały możliwość zawierania przyjaźni, tych dłuższy i krótszych. Bo kontakt z innymi uczy współpracy, współistnienia, szacunku i dodaje pewności siebie. Pomaga odnaleźć się w wielkim świecie. Wspierajmy więc dzieci, w tych przyjaźniach, ale nie narzucajmy. Bo jak nie ma chemii, to zamiast przyjaźni będą wrogowie.

    Czy Marianka i Oliwka zostaną przyjaciółkami lub chociaż koleżankami? Nie wiem, choć bardzo bym tego chciała i z pewnością jako rodzice dziewczynek będziemy im umożliwiać kontakt. Bo nie tylko ich życie rozpoczęło się w podobnych okolicznościach i czasie, ale również zmagają się teraz z podobnymi trudnościami. Jeśli jako starsze będą się mogły w tym wspierać, tak jak ich rodzice przez ostatnie siedem miesięcy – to wspaniale. A jeśli nie, to pozostaną chociaż wspomnienia.