Kategoria: Mania i Ja

  • Inkubator to nie brzuch

    Teraz już mogę to powiedzieć głośno i wyraźnie: INKUBATOR TO NIE BRZUCH!

    Dlaczego teraz? Bo już mogę jakoś spokojnie wracać myślami do pierwszych tygodni życia Marianki. Wiem, że wielu znajomych i rodzina chcieli nas pocieszyć, nie bardzo wiedzieli co powiedzieć, więc najczęściej padało stwierdzenie, że Mania poleży w inkubatorze, podrośnie i wszystko będzie dobrze, że to tak jakby była w brzuchu. Niestety to nie prawda. Inkubator spełnia ważne ale tak naprawdę tylko dwie funkcje: reguluje temperaturę i wilgotność ciała. Oczywiście bez tego wcześniaki nie mogą sobie poradzić, ale tak naprawdę w większości przypadków jeśłi dziecko trafia do inkubatora to z pewnością ma o wiele więcej problemów niż tylko termoregulacja.

    Wcześniaki – zwłaszcza urodzone przed 32 tygodniem – mogę mieć najróżniejsze problemy, w których inkubator sam w sobie nie pomoże. Potrzebują respiratora lub „cepapu”, pomp dawkujących leki i jedzenie, regularnych prześwietleń, USG całego ciała, kontroli pracy serca, pracy układu pokarmowego, rozwoju wzroku… Często potrzebują zabiegu związanego z retinopatią lub przewodu botalla. Mają naczyniaki, wzmożone lub obniżone napięcie mięśniowe… przetaczanie krwi, podawanie osocza…

    Wiedząc o tym wszystkim (a raczej dowiadując się w trakcie) stwierdzenie inkubator = brzuch jest jednym ze zdań, których rodzice wcześniaków nie mogą przetrawić. Wiemy, że tak naprawdę trudno zrozumieć co to znaczy mieć wcześniaka jeśli się tego nie przeżyło. Najłatwiej jest nam rozmawiać miedzy sobą, ale też każdy z nas przeżywa tę sytuację po swojemu. Jedni z nas mają ochotę opowiadać o stanie swego dziecka, inni wolą zachować wszystko dla siebie. Ktoś woli odpowiadać na pytania osobiście, ktoś inny woli informować wszystkich za jednym zamachem (tak jak np. ja poprzez bloga). Czy to znaczy, ze nie warto rozmawiać z rodzicami wcześniaków, które są w szpitalu? Warto zapytać jak można pomóc, czy potrzebuje rozmowy. Z mojej perspektywy (i kilku innych rodziców) nie trafionym pytaniem jest: „Jak się czujesz?”. Bo przynajmniej ja starałam się nad tym nie zastanawiać, bo wiedziałam, że jest szansa na rozsypanie się na kawałki.

    Zanim urodziła się Marianka nie miałam o tym wszystkim pojęcia. Wiedziałam, że rodzą się wcześniaki, że nie jest to proste, ale tak naprawdę było to daleko ode mnie. A ponieważ rodzi się coraz więcej wcześniaków, może warto aby mówić o tym więcej i aby jeśli komuś się to przydarzy (czego nikomu nie życzę) miał podstawową wiedzę i mógł się jakoś łatwiej odnaleźć w nowej sytuacji. Bo trzeba powiedzieć głośno, że wcześniaki to niesamowicie waleczna dzieciaczki, a ich rodzice choć nie wiadomo do końca jak, są w stanie znieść wszystko dla swoich maluszków. Ale niestety wsparcia mogą szukać jedynie wśród rodziny, innych rodziców i personelu na oddziale, bo niestety nasze państwo nie dostrzega specyficznej sytuacji w jakiej się znaleźli. Nie mówię już, o tym że większość tatusiów ma organiczny kontakt z dziećmi nawet w ciężkim stanie, bo muszą wracać do pracy. Ale przede wszystkim o mamach, które spędzają często kilka miesięcy kursując między domem, a szpitalem – zabierają do domu dzieci, które rozwojowo są jak noworodki, a muszą wracać do pracy po roku kiedy maluchy jeszcze maja przed sobą długą drogę. Dlatego sporo z nich nie wraca do pracy i jest pozbawione dochodu. Bo, który pracodawca jest w stanie zaakceptować wizyty u lekarza z dzieckiem nawet kilkanaście razy w miesiącu.

    Ale mimo tego wszystkiego być rodzicem wcześniaka to nie tylko wyzwanie, ale coś pięknego… Bo widzisz jak ta kruszynka, która nie ważyła nawet kilograma zmienia się w cudownego dzieciaczka, który walczy o swój rozwój… Walczy i jeśłi jest wspierany to zwycięża… Moja Marianka zwycięża codziennie…

  • MY czy Ja i Ty

    Kiedy dziecko zaczyna swój proces opuszczania rodzinnego gniazda? Niestety w chwili kiedy zaczyna rozumieć, że „jest”… Może nie każdy się ze mną zgodzi, ale w momencie kiedy maluch zrozumie, że mama i on to dwie oddzielne osoby stawia pierwszy krok w kierunku niezależności i samodzielności, w kierunku dorosłości. Kiedy dziecko po raz pierwszy stwierdzi, że ma sprawczość nad swoim działaniem możemy zacząć się przyzwyczajać do myśli, że kiedyś opuści rodzinny dom. Bo taka jest kolej rzeczy, a jak cytowałam już wiele razy „Dzieci są gośćmi, którzy pytają o drogę”.

    Te pierwsze miesiące kiedy maluch utożsamia się z mamą są niesamowite. Moja Marianka jeszcze jest w tym etapie choć czuję, że już lada chwila zacznie z niego wchodzić. Myślę, że większość mam potwierdzi, że tak jak maluch jest związany z mamą tak jeszcze mocniej mama jest związana z niemowlakiem. I czasem trudno się przyznać nawet przed samą sobą, że chętnie widziałoby się swoje dziecko jako takie maleństwo dużo dłużej niż to możliwe. Wczoraj nie było mnie w domu całe przedpołudnie. Do tej pory zostawiałam Manię z tatą jedynie na 2 godzinki. I kiedy te właśnie zaczęły mijać wczoraj zadziało się ze mną coś niesamowitego, coś co ciągnęło mnie do Marianki jak ogromny magnez. Nie chodzi o to, że nie ufam mężowi, że coś się Jej stanie. Ja po prostu lubię jak jest blisko. Po powrocie do domu musiałam Manię wyściskać i wycałować, tak się stęskniłam. A Ona… chyba nawet nie zauważyła, że mnie nie było. Tak fajnie się bawiła z tatą. I wiecie co? Było mi smutno… To głupie, ale właśnie tak się poczułam… I wtedy zrozumiałam, że zaczął się ten czas kiedy Marianka będzie potrzebowała mnie już coraz mniej. Oczywiście nie dziś czy nie jutro, ale kiedyś stanie się samodzielną dziewczyną, a później kobietą… Bardzo tego pragnę, ale cząstka mnie chyba na zawsze chciałaby aby Mania pozostała niemowlakiem. Na szczęście jestem tego świadoma i wiem, że moje pragnienia w tym względzie są mniej ważne niż naturalne potrzeby Marianki.

    Z czasem Marianka będzie coraz częściej mówiła i myślała „Ja” i bardzo chcę Ją w tym wspierać. Pragnę Ją nauczyć jak w tym „Ja” być sobą i nie zagubić siebie w tym skomplikowanym świcie. Ale mam też dużą nadzieję, że jednak w tym wszystkim pozostanie też odrobina „My”, a wieź którą stworzyłyśmy i nadal będziemy tworzyć będzie bardzo silna i będzie wspierała „Ja” Marianki. Jakoś sobie z tym poradzę, bo bardzo Manię kocham <3

  • Te nieszczęsne swobodne zabawy

    Co dnia Marianka jest coraz bardziej komunikatywna i chętna do kontaktu z otoczeniem. A ranek upływa nam na wspólnych zabawach. Część z nich wynika wprost z zaleceń rehabilitantki lub okulistki ale nie wszystkie. Niektóre są po prostu „nasze”… Kiedy siedzi się cały dzień z dzieckiem w domu (nie licząc spaceru) to choćby z nudów próbuje się różnych rzeczy. Śpiewałam Mani kilka piosenek ale najbardziej podobają się jej te z pokazywaniem. Lubi kiedy używam jej rączek i swoich rąk do obrazowania słów. Lubi też nasze pogaduszki i śmiesznostki. Ale też wiem, że co za dużo to nie zdrowo i zawsze znajduję czas aby Marianka sama spróbowała znaleźć sobie sposób na ciekawe spędzenie czasu. Ona też potrzebuje czasu dla siebie – jak każdy.

    Pewnie niektórzy każą mi się puknąć w głowę, bo przecież jest tak malutka. Ale często o tym pisałam, że dzieci już od urodzenia pragną uzyskać niezależność we wszystkich sferach życia – nawet jeśli nie robią tego świadomie. Chcą też panować nad czasem i tym jak o spędzają. Poza tym najmłodsze dzieci mają ogromną wyobraźnię i nie rozróżniają jeszcze co jest prawdziwe, a co nie (stąd pasjonujące rozmowy Mani z balonikiem lub misiami z karuzeli). Z czasem zaczynają to rozróżniać dzięki dorosłym, ale też dzięki nim tracą to co najpiękniejsze. A jednocześnie to czego się od nich później wymaga w dorosłości – kreatywność, pomysłowość i wyobraźnię. Sami własnoręcznie zabijamy to w naszych dzieciach ograniczając im swobodne zabawy. Czym one są? To czas kiedy dzieci są kreatorami, reżyserami wydarzeń. Czas kiedy nie są skrępowane nadzorem dorosłych i mogą swobodnie rozwijać skrzydła wyobraźni. Oczywiście nie namawiam do pozostawiania dzieci bez opieki, ale do tego aby dać im szansę na naukę samodzielności. Zabawy swobodne jak najbardziej powinny odbywać się na widoku dorosłych (zwłaszcza kiedy dzieci są małe) ale bez ich bezpośredniego kierownictwa, które mogłoby narzucać rozwiązania. Czy dorosły może uczestniczyć w takiej zabawie? Oczywiście, że tak ale to dzieci „piszą” scenariusz zabawy, a dorosły tylko odgrywa rolę. „Interwencja” może dopiero pojawić się jeśli zabawa stanie się niebezpieczna lub będzie sprawiała komuś przykrość. Wtedy trzeba dzieciom wytłumaczyć w czym tkwi problem i pozwolić zastosować nową wiedzę w praktyce.

    Pamiętam nasze zabawy swobodne z dzieciństwa, kiedy liście były pieniędzmi, a patyk raz koniem a raz mieczem. Kiedy nasza wyobraźnia miała pełne pole do popisu. O dziwo kiedy dzieci dostaną możliwość zabawy i ponoszenia odpowiedzialności za siebie starają się zapracować na zaufanie, którego udzielili mu dorośli. Ale tylko wtedy kiedy ma możliwość takiej swobodnej zabawy często, a nie raz na jakiś czas.

    Nie od dziś wiadomo, że dzieci najlepiej uczą się podczas zabawy. Jest to wykorzystywane na przeróżnych zajęciach dodatkowych, na które chodzą nasze dzieci. Ale nawet najfajniejsze zajęcia nie zastąpią zabawy swobodnej i tego jakie wartości wnosi do życia. Jeśli nasze dziecko przez większość czasu przebywa w szkole lub na jakiejś zorganizowanej formie to w końcu jest w stanie zagubić swoją pomysłowość – bo przecież ktoś inny wymyśli mu zabawę. A później rodzice narzekają, że dziecko nie potrafi samo pobawić się choćby kilka minut. Co gorsza takie dziecko kiedy dorośnie, a w pracy będą oczekiwać inicjatywy i kreatywność. I może nie dać rady…

    Tak więc zamierzam Mariance umożliwiać jak najwięcej czasu na zabawę swobodną. Pokażę, że można bawić się bez ograniczeń szablonami… A jedynymi ograniczeniami jest bezpieczeństwo i nasza wyobraźnia, która może ponieść daleko. Mam nadzieję, że kiedyś Marianka zabierze mnie na którąś ze swoich dalekich wypraw w głąb swojej dziecięcej wyraźni i będę mogła bawić się z Nią w Jej wymyślone zabawy. Ale największą przyjemność sprawi mi widok Mani bawiącej się z innymi dziećmi lub samej… i świadomość, że jeśli ma wyobraźnię na pewno nie będzie się nudzić.

  • Pierwsza łyżeczka

    Już od kilku tygodni przybieraliśmy się do konfrontacji ze stałymi pokarmami. Pierwsze weekendowe próby z gotowaną marchewką były raczej nieudane. Długie przygotowania… i marny efekt. Więcej było naszego gotowania niż Marianki jedzenie. Największa trudnością nie było przełykanie ale raczej kontakt z łyżeczką. Bo przecież z butelki je się inaczej, wystarczy zassać i leci, szybko napełnia się brzuch. A tu coś wkładają do buzi, dziwne to i jeszcze jedzenie nie leci jak się possa tylko zlatuje samo na język 🙁

    Na chwilę odpuściliśmy i w ostatni weekend spróbowaliśmy z jedzeniem ze słoiczka. Zawsze chciałam karmić Manię swoimi wyrobami, ale tyle było z tym nerwów, że i na Nią też to wypływało. Postanowiliśmy, że do póki nie będą to posiłki większe niż łyżka stołowa będziemy korzystać z gotowców. Czasami potrzeba zrewidować swoje postanowienia dla dobra dziecka i własnych nerwów. Teraz na spokojnie mogliśmy podejść do kolejnych prób. I może właśnie dlatego, że byliśmy mniej zestresowani Marianka chyba „załapała”. Pierwszego dnia zjadła równowartość łyżeczki, a trzeciego już dwóch. Przede wszystkim zasmakowała w marchewce i widać była zadowolenie na buzi kiedy przyzwyczajała się do nowego sposobu jedzenie. Nie traktujemy tego jak prawdziwy posiłek lecz bardziej jak trening umiejętności jedzenie łyżeczką. Ale za jakiś czas… kto wie co będzie, Marianka już nie raz nas zaskoczyła.

    Ktoś mógłby powiedzieć „Czym się tu tak ekscytować?”. Niby niczym. dziecko, które ma 6,5 miesiąca już powinno jeść stałe pokarmy, ale Marianka ma tyle i nie ma tyle miesięcy. Nie wiedzieliśmy czy już jest gotowa na próby (3 miesiące skorygowane) i czy nie zaczynamy zbyt wcześnie. My tylko spróbowaliśmy, a Mania sama dała nam znak kiedy możemy działać. Właśnie tak jest z dziećmi, że często same dadzą nam znać, że są gotowe na następny krok. Oczywiście zawsze warto próbować i motywować je do nowości i rozwoju, ale nie zmuszać. Pokazać możliwości i dać szansę na podjęcie decyzji. Umożliwić aby instynkt sam zadziałał. Bo czy bym nie chciała aby Marianka przewracała się z pleców na brzuch? Chciałabym. Czy nie czekam aż sama będzie sprawnie sięgała po zabawki? Chciałabym. Ale nie zmuszę Jej do tego, a moje nerwy wcale nie pomogą. A co mogę? Pomagać jej, bawić się z nią, pokazywać jak to zrobić, czekać. I cieszyć się z małych sukcesów, że próbuje się przewracać – choć do jeszcze nie wie do końca jak to zrobić, że już trzyma przez chwilę grzechotkę i sięga do swoich ulubionych przytulanek. Bo tylko Mania i Jej organizm ostateczni zadecydują o postępach, a ja mogę tylko i aż pomóc.

  • Przez trening do doskonałości

    Marianka już ponad 2 miesiące jest w domu i w tym czasie bardzo się zmieniła, podrosła i nauczyła się wielu nowych umiejętności. Nadal ciężko jest nam stwierdzić czy bliżej jej do sześciu i pół miesiąca (wiek urodzeniowy) czy trzech miesięcy (wiek skorygowany).

    Dużo przez ten okres poświęciliśmy czasu na wizyty u lekarzy i rehabilitację (choć jeszcze nie na Fundusz). Ta ostatni pomalutku zaczęła przynosić rezultaty. Nawet wczoraj kiedy Mania rozpoczęła ćwiczenia uśmiechała się dużo i głośno. Dopiero kiedy trzeba było zmienić boczek i ćwiczyć na prawy zaczęła popłakiwać. Po prostu ta strona jest u niej słabsza. I choć jeszcze bardzo wiele z jej mięśniami jest do zrobienia to już kilka rzeczy udało się osiągnąć. Od jakiegoś miesiąca wkłada rączki do buzi, tydzień temu zaczęła podnosić wyprostowane ręce ponad głowę, przeciąga się, trzyma mocno główkę (choć raczej wykorzystuje do nie te mięśnie, które potrzeba). Za każdym razem kiedy widzę efekt ćwiczeń z rehabilitantką i naszych zabaw łatwiej mi uwierzyć, że wszystko nam się uda. Wiem, że będziemy musieli poczekać pewnie dłużej na raczkowanie czy chodzenie ale doczekamy się 🙂

    Każde z dzieci ma na pewnym etapie życia jakieś problemy. Część z nich można rozwiązać poprzez wspólne zaangażowanie dziecka i rodziców. Ćwiczenie umiejętności to podstawa nauczenia się jej. Bo nie wszystko od razu umiemy, nie wszystko jest dla nas naturalne i łatwe. Ważne aby to ćwiczenie nie odstraszyło dziecka od nauki lecz było ciekawe i inspirujące. Jeśli dziecko widzi, że rodzic jest zaangażowany to łatwiej samo też to zrobi. Oczywiście mówię tu o umiejętnościach potrzebnych do funkcjonowania w społeczeństwie, a nie np. granie na skrzypcach. Jeśli dziecko nie czuje, że to jest coś dla niego to nawet najbardziej zaangażowany rodzic nie sprawi, że skrzypce staną się pasją i będą sprawiały przyjemność.

    Ja staram się aby każde ćwiczenie na mięśnie mojej Marianki było dla nas zabawą. Chciałabym aby Mania czerpała radość ze wspólnie spędzanego czasu, a nie skupiała się na tym, że akurat teraz podnosimy rączki do góry. Być może mnie jest łatwiej, ze względu na doświadczenie zawodowe i instruktorskie. Staram się wykorzystywać wierszyki i piosenki, ich rytm i uśmiech, który sprawia, że Mania też się uśmiecha. Ale przecież każdy rodzic, który zna swoje dziecko może znaleźć ciekawy sposób na naukę nowych umiejętności.

  • Porozmawiajmy sobie

    Kupiliśmy Mariance w sobotę w parku balonik. Różowo – niebieska świnka w dniu zakupu zrobiła takie sobie wrażenie, może dlatego, że na spacerze byli również dziadkowie i ciągle zabawiali Manię. Ale wczoraj coś zaiskrzyło i braciszek świnki Pepy zawojował jej świat, może nie przyćmił Leosia, ale… stał się powiernikiem. Marianka wczoraj większość dnia Marianka spędziła na intymnych rozmowach z dmuchaną świnką. Zresztą nie tylko ona słucha Jej tajemnic. Od kilku dni przed popołudniową drzemką rozmawia sobie z misiami z karuzeli nad łóżeczkiem. O czym rozmawiają? Nie wiem, ale cieszę się, że Marianka próbuje się komunikować nie tylko z nami.

    Oczywiście te „rozmowy” to dopiero wstęp do prawdziwej dyskusji, ale dzieci często mają swych „przyjaciół” (nie-ludzi), którym powierzają swoje sekrety. Czy to będzie maskotka, samochodzik, poduszka czy pamiętnik mali i duzi potrzebują bezpiecznie wyrazić część swoich myśli i emocji. Czy to znaczy, że nie czują się bezpieczni mówiąc to rodzicom? Nie koniecznie. Może czasami się czegoś wstydzą, potrzebują zebrać myśli lub są to sprawy ze świata fantazji, których rodzice i tak nie zrozumieją 😉 Nie warto walczyć z tymi powiernikami dziecięcych sekretów lecz zapewnić dzieci, że wysłuchacie wszystko co zechcą Wam powiedzieć. Nie ma znaczenia czy to wyda im się to ważne lub nie. Warto pamiętać, że jeśli dzieci opowiadają nam coś ze świata fantazji to nie można tego zbyć lub wyśmiać. o jest dla nich ważne, a więc i dla nas. Bo jeśli zbyjemy je teraz, to z „poważnymi” sprawami też do nas nie przyjdą. A ap ropo pamiętników. Nie czytajmy ich, chyba że sądzimy, że dziecku dzieje się krzywda i nie chce nam o tym powiedzieć, a i w tym przypadku niech to będzie ostateczność. I pamiętajmy też, pamiętnik pisze się pod wpływem chwili i emocji, to że się napisało w nim coś złego to nie znaczy, że tak jest tylko dziecko tak to czuło w danej chwili.

    Cieszę się, że Marianka szuka już kontaktu werbalnego z różnymi obiektami. Mam nadzieje, że nigdy nie straci go z nami.

  • Po co komu sen?

    Kiedy byłam nastolatką spędzałam większość nocy w domu na czytaniu książek lub podczas wyjazdów harcerskich na przygotowywaniu programu, grach terenowych, itp. W czasie studiów wystarczało mi 4 – 5 godzin w ciągu nocy aby normalnie funkcjonować w ciągu dnia. Nie powiem, że nie lubiłam spać – wręcz przeciwnie zawsze to było moje hobby, na które nie miałam czasu 🙂 Dzięki wyjazdom harcerskim zdobyłam bardzo przydatną umiejętność – spanie wszędzie i czasami nawet 15 minutowa drzemka pozwalała mi na regenerację sił i kolejne działania.

    Z czasem zmieniło się wiele w moim życiu, choćby to, że oczywiście po 4 – 5 godzinach snu byłam w stanie funkcjonować w miarę normalnie… ale jeśłi mogłam wybierałam spanie dłuższe. Będąc na zwolnieniu lekarskim w ciąży spałam dużo i długo… w końcu miałam do tego możliwości i pretekst. Wiedziałam jednak, że kiedy urodzi się Marianka zmieni się to. Byłam na to gotowa. Taka mi s ie tylko wydawało… Przedwczesne narodziny Mani i jej pobyt w szpitalu wywarły wpływ na mój sen, zarówno na jego jakość jak i długość. Nocne ściąganie pokarmu często i gęsto odbyło się na pół-śpiąco. Prawdziwym sprawdzianem był pobyt z Mania w szpitalu oraz powrót do domu. Mój organizm przyzwyczaił się już do urywanego snu, czuwania w nocy i nasłuchiwania, drzemek w ciągu dnia kiedy Marianka śpi, a ja sobie myślę, że to normalne. Oczywiście gdybym mogła przespać cała noc byłoby fajnie, ale kiedyś znowu mnie to czeka. Po prostu na razie jest jak jest.

    Myślę, że zostając rodzicem dobrze jest być świadomym pewnych rzeczy, ograniczeń, zmian i po prostu je zaakceptować. W końcu miliony kobiet przede mną i po mnie tak samo spędzały noce z małym dzieckiem. A i tak Marianka daje mi w nocy trochę przespać się, a i dzienna drzemka jest fajna. Bo kiedy patrzę na śpiącego brzdąca w łóżeczku, na moich rękach czy w wózku to sobie myślę, że za chwilę będzie duża i ten czas szybko minie… A ja będę tęskniła za chwilami kiedy była malutka i marudziła przed snem. Bo warto dostrzegać w każdym dniu powód do radości z bycia rodzicem właśnie naszych dzieci 🙂

     

    PS: O śnie dzieci przeczytasz „Smacznie spać – marzenie czy rzeczywistość” oraz „Bitwa o sen”

  • Jak w kalejdoskopie

    Dziecięcej uczucia i emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie. Dzieje się tak zwłaszcza u tych najmłodszych dzieci, które nie do końca wiedzą co się z nimi dzieje, ale również starsze – nawet nastolatki miewają zmienne nastroje. Często miałam z tym do czynienia w przedszkolu czy w mojej pracy z zuchami i harcerzami. Niby nic, chwila a nastrój w jednej chwili się zmienia… od śmiechu do płaczu, od radości do złości, itp.

    Dziś odczułam to też bardzo podczas wizyty z Marianką u lekarza na szczepieniu. Kiedy tylko weszliśmy była marudna, bo dopiero co się przebudziła, na badaniu płakała, a chwilę później gugała sobie do pani pielęgniarki, a do mnie się uśmiechała. Kiedy tylko dostała szczepionkę zaniosła się płaczem – zapowietrzyła się, ale jak tylko pomogłyśmy z paniami zaczerpnąć jej powierza momentalnie się uspokoiła i zaczęła oglądać sobie gabinet, rozglądać gdzie też podział się dziadek, nawoływała swoje ulubione „hej”… Istna karuzela.

    Dzieciom bardzo trudno rozpoznać jest uczucia zarówno swoje jak i innych. Oczywiście niemowlaki to w ogóle jeszcze nie wiedzą do końca co, kiedy i gdzie się z nimi dzieje, ale mówię o starszych dzieciach. Jest w nas tyle emocji, że dzieciom trudno je zidentyfikować, określić, a często w związku z tym zaakceptować. A jeśli nie akceptujemy swoich emocji, z czasem mogą pojawić się w tej sferze różne zaburzenia. Każdy ma prawo czuć się tak a nie inaczej. Zarówno dziecko jak i dorosły mogą czuć złość, smutek, radość, gniew i tysiące innych emocji. Pytanie tylko co z nimi zrobią, zwłaszcza z tymi negatywnymi.

    Dlatego tak ważne jest aby od najmłodszych lat rozmawiać z dziećmi o emocjach i uczuciach, pomagać nazywać oraz radzić sobie z nimi. Bo niestety nie tylko z negatywnymi często nie potrafimy sobie poradzić ale też z pozytywnymi. A jeśłi nie nauczymy się tego w dzieciństwie, dorosłym bardzo ciężko to zrobić.

    Ja jeszcze Mariance nie mówię za dużo o emocjach. Ale część z nich próbuję nazywać mówiąc „wiem, że boli…”, „cieszysz się, że babcia przyszła…”, „smutno, że tata musiał iść do pracy…”, „jesteś szczęśliwa, że bawisz się z mamą…” i wiele innych. Być może Mania jeszcze z tego nie wiele rozumie, ale ja ćwiczę na czas kiedy już będzie wiedziała o czym mówię.

  • Mrugające światełko w ciemnościach…

    Marianka jest w domu od prawie 2 miesięcy. W tym czasie nie miała problemów oddechowych, czasami tylko zapowietrza się podczas płaczu. A pomimo, kiedy śpi zdarza mi się sprawdzać czy jej klatka się rusza. Dzieje się tak zwłaszcza na spacerze lub kiedy zaśnie poza łóżeczkiem. Ten strach zostaje gdzieś z tyłu głowy i ciężko się go pozbyć. Wiedziałam, że tak będzie dlatego zanim jeszcze Mania wyszła ze szpitala kupiliśmy monitor oddechu. Ktoś może powiedzieć, że to zbędny wydatek, bo przecież żaden lekarz nie wypuściłby jej jeśli miałaby problemy oddechowe. Wiem… ale co innego wiedzieć, a co innego czuć. W nocy nadal czasami budzę się i sprawdzam czy niebieskie światełko monitora mruga. To mnie uspakaja. Mam nadziej, że ten sprzęt nie przyda nam się nigdy, że okaże się zbędny… Bo on tak naprawdę jest dla nas, abyśmy mniej się bali. Bo nadal, przynajmniej ja, mam chwilę kiedy boję się o Mariankę bardzo.

    Ale właśnie taka jest rola rodzica, martwić się. Pytanie tylko co z tym zrobimy, czy będziemy zamęczać dziecko naszym strachem, czy poszukamy jakiegoś sposobu aby bać się mniej. Myślę, że Mania nie byłaby szczęśliwa jakbym co noc tykała ją lub zapalała światło i sprawdzała czy oddycha. A jak sobie poradzić ze strachem kiedy dziecko wychodzi samo, wyjeżdża po raz pierwszy bez nas albo robi coś czego my nigdy nie robiliśmy? No cóż, są różne sposoby… komuś pomoże zgromadzenie wiadomości dotyczącej znajomych czy miejsca, czynności… innemu modlitwa, ale na pewno każdemu zaufanie do dziecka. A jak te zaufanie zyskać? Od małego wyznaczać granice i uczyć poruszania się w ich ramach. Uczyć zasad i wartości. Wtedy z łatwością uwierzymy, że dzieci wiedzą co robić, z czego nie będziemy zadowoleni i co byśmy powiedzieli na ich zachowanie. Zbudują swój system wartości w oparciu o to czego ich nauczymy. Czy to sprawi, że nie będziemy się bać o nasze dzieci? Z pewnością nie, ale strach będzie mniejszy i pozwoli nam normalnie funkcjonować.

    Ja na razie na rezygnuję z monitora oddechu, nie dlatego, że nie ufam umiejętnościom oddechowym Marianki, tylko dlatego, żeby w nocy móc spokojnie spać. A energię skierować na kontakt z Manią i pokazywanie jej świata, który jest taki ciekawy.

  • Łamiemy schematy

    Niektórych to zaskoczy, innych nie ale uwielbiam schematy, procedury, stałości, a z drugiej strony nowości i wyzwania nadają pikanterii i kolorytu w moim życiu. Każdy kto ma dzieci, zwłaszcza małe wie, że one też lubią powtarzalność i schemat dnia. Daje im to poczucie bezpieczeństwa i możliwość zrozumienia świata. Często zachęcam rodziców aby wprowadzali konkretny schemat dnia aby ułatwić swoim dzieciom funkcjonowanie, a sobie dać szansę na zrobienie czegoś więcej niż opieka nad maluchami.
    Od jakiś 2 tygodni udało  mi się w końcu wprowadzić w miarę stały schemat dnia. Wspólnie z Marianką ułożyłyśmy sobie jakoś wspólny czas. I na pewno mi, a mam wrażenie, że Jej również pasuje taki układ. Czasami zakłócony jest on poprzez wizyty u lekarzy specjalistów, ale tylko odrobinkę, bo udało mi się drzemkę tę główna w ciągu dnia ustawić między 14 – 16 kiedy przeważnie jesteśmy już po wizytach. Zresztą czasami odstępstwa od schematu dnia, zwłaszcza kiedy wnoszą coś ciekawego i zaskakującego dla dzieci. Jednak im mniejsze dzieci tym trudniej jest kolokwialnie mówiąc zaszaleć z innowacjami.
    Tak było wczoraj. Pogoda nie była upalna więc zamiast na spacer ok. godz. 18 – 19 wybrałam się z Marianką na zewnątrz już o 15. Pomyślałam, że drzemkę spędzi na powietrzu i będzie ok. Spacerowałyśmy około dwóch godzin, z których Mania w sumie przespała może 30 minut. Ci z Was, którzy mają dzieci już wiedza jak wyglądały następne godziny w domu… marudzenie to mało powiedziane. Tak więc tym razem złamanie schematu nie wyszło nam na dobre.
    Moim zdaniem schemat dnia to podstawa funkcjonowania zwłaszcza małych dzieci, ale odrobina szaleństwa też się przydaje. Trzeba tylko pamiętać, że z pewnymi rzeczami, tak jak np. z drzemką nie należy zbyt szybko eksperymentować. Chyba, że chcemy się przekonać gdzie są granice marudzenia naszych dzieci 😉