Dziś Dzień Ojca nie mogłam się więc powstrzymać, żeby o tym nie wspomnieć. O roli ojca napisano już bardzo wiele, zarówno w wychowaniu dziewczynek jak i chłopców. Nie można przecenić tego czego dzieci mogą się nauczyć od taty. A ponieważ robią to przez naśladownictwo i obserwację to „biorą” od nich zarówno dobre jak i złe rzeczy. Nie tylko poznają wartości, ale też wzorzec męski, który będą miały z tyłu łowy przez całe życie.
Ja miałam to szczęście, że moim tatą jest właśnie mój tata. Po mimo, że kiedy byłam mała praca nie pozwalał mu w pełni uczestniczyć w moim wychowaniu… po mimo tego, że jak wielu mężczyzn z jego pokolenia nie łatwo wyrażać mu emocje… to kocham Go niesamowicie. Nie powiem, że nie kłóciliśmy się nigdy – raczej bardzo często, bo obydwoje jesteśmy uparci. Nie powiem, że zawsze słuchałam jego rad… raczej chciałam żyć po swojemu. Ale zawsze szanowałam mego Tatę i zawsze mogłam na niego liczyć. Kiedy działo się coś trudnego dla mnie (okradziono moich harcerzy podczas burzy na biwaku) najpierw nakrzyczał, że powinniśmy być bardziej uważni, a potem…. wsiadał w samochód i jechał kilkadziesiąt kilometrów aby po prostu być przy mnie. Kiedy człowiek dorasta i sam zostaje rodzicem jeszcze bardziej docenia troskę swoich rodziców. Ja odkąd jest Marianka jeszcze bardziej mogę polegać na Tacie, a Manię po prostu uwielbia 🙂
Marianka też ma wielkie szczęście, ponieważ ma cudownego i zaangażowanego tatę. Mój mąż od początku ciąży próbował nawiązać z Nią kontakt. Bardzo przeżywał przedwczesne narodziny i to, że nie może się Nią zaopiekować i ochronić tak jak by chciał. Cały czas mnie wspierał… Odkąd Marianka jest w domu ich więź jest coraz mocniejsza. Mąż nauczył się ją karmić i pielęgnować, chętnie z Nią rozmawia i bawi się. Marianka uwielbia na niego patrzyć kiedy się wygłupia. Rozczulam się kiedy widzę z jaką czułością trzyma Manię i mówi, że Ją kocha. I nie ważne, czy wstaje w nocy aby podgrzać jej mleko, czy niesie nosidełko, czy odnosi pełną pieluszkę robi to z uczuciem do Maniulki.
Ja i Mania miałyśmy szczęście. Ale niestety nie wszyscy. Bo tak jak się mówi „Każdy może być ojcem, ale nie każdy może być tatą”. Dziś życzę aby każde dziecko miało kochającego i zaangażowanego tatę, a każdy tata cieszył się, że jest rodzicem swojego dziecka.
Kategoria: Mania i Ja
-
Tata najlepszy na świecie
-
Nie mogę dać więcej
Marianka jest niezwykle radosnym i ruchliwym dzieckiem. Często się uśmiecha i „zagaduje” do nas. Pisałam już, że ma dobry apetyt i uwielbia jedzenie. Problem pojawia się tuż po tym, jak skończy się mleko. Mania ma refluks III stopnia i duże problemy z ulewaniem oraz podchodzeniem jedzenia. Kiedy tylko skończy jeść z jej twarzy znika błogi spokój, a pojawia się grymas. Przede wszystkim chciałaby dostać dużo więcej jedzenia, a później to co przed chwila zjadła podchodzi do góry. Maniulka denerwuje się, spina i często kończy się to ulewaniem. Najtrudniejszym momentem jest dla mnie chwila kiedy zaczyna popłakiwać, bo chciałaby jeszcze zjeść. Ciężko mi, że nie mogę dać jej więcej, bo wiem, że za chwilę to się wyleje. Zwiększamy jej ilość podawanego jedzenia ale niestety musimy pamiętać o refluksie. Jednak za każdym razem kiedy córcia piszczy czy popłakuje po jedzeniu serce mi pęka. Czuję się, jakbym nie zaspakajała jej podstawowej potrzeby, a wręcz pozbawiała Jej jedzenia. Wiem, że lepiej aby zjadła mniej a częściej i nie ulewała, wtedy żołądek pomału przyzwyczaja się do danej ilości jedzenia i szybciej mogę te ilości zwiększać. Ale… no właśnie serce matki płacze razem z Marianką.
To bardzo trudne kiedy trzeba czegoś dziecku odmówić, bo wiesz, że mu to zaszkodzi. Nigdy nie twierdziłam, że to jest łatwe. Wręcz przeciwnie każdemu z rodziców mówiłam, że to wyczyn. Ale taki, o który warto zawalczyć. Bo kiedy jest taki dzień kiedy ilość jedzenia jest u Mani zwiększona i choć przez kilka karmień nie popłakuje z tego powodu to czuję radość. Wierzę, że dzięki odpowiedniemu dawkowaniu, przyjmowaniu leków, odpowiedniej butelce i sposobowi karmienia uda nam się szybko uporać z refluksem. I będzie taki dzień, że Mania będzie mogła się delektować jedzeniem bez późniejszych cierpień. A wspólnie będziemy poznawać różne smaki i się tym cieszyć. -
Spotkanie pokoleń na pięć miesięcy
Wczoraj nasza Marianka skończyła pięć miesięcy. Ale czy tak na prawdę? Bo Jej wiek skorygowany to jakieś siedem tygodni. Czasami utrudnia nam to choćby rozmowę z lekarzami. Niestety niektórzy jakoś nie chcą dostrzec, że jednak Mania ani nie wygląda ani nie rozwija się jak pięciomiesięczne dziecko. Ale najważniejsze, że jest z nami już tak długo i jeszcze dłużej będzie…
W dniu swoich małych „urodzinek” Marianka poznała wczoraj swoją prababcię. Bardzo mi zależało na tym abyśmy pojechali do babci Adeli jak najszybciej będzie to możliwe, bo ma 91 lat i bardzo chciała zobaczyć Maniulkę. Było to bardzo wzruszające spotkanie. Marianka jest 10 z 11 prawnucząt, a babcia powitała ją czułym pocałunkiem w główkę. To takie spotkanie pokoleń. I pomimo, że najstarsza prawnuczka babci ma już 23 lata to Mariankę powitała z taką radością i miłością jakby była pierwsza. Bardzo chciałabym aby Mania miała jak największy kontakt ze swoją prababcią. Ja miałam to szczęście, że znałam również jedną moją prababcię – Mariannę i wspominam to z rozrzewnieniem. Kontakt z nią dał mi bardzo wiele. Dowiedziałam się o tym, że życie kiedyś było inne, doceniłam jak ważna jest chęć życia i działania. A przede wszystkim zdałam sobie sprawę, że kobiety są bardzo silne i potrafią znieść bardzo wiele aby rodzina był razem. Czy to wszystko wiedziałam jako 9 latka? Nie, ale z czasem kiedy dorastałam już bez prababci, wspominając i analizując docierało do mnie pomalutku co zostawiła we mnie babcia Marysia.
Moim zdaniem bardzo ważne aby dzieci miały kontakt z dziadkami i innymi starszymi osobami z naszych rodzin. Bo ważne aby wiedziały jakie są nasze korzenie, skąd pochodzimy, dlaczego warto być członkami naszej rodziny. Taki kontakt kiedyś dał mi bardzo wiele i będę się starała aby Mariance tego nie zabrakło. Bo nie ma przyszłości bez przeszłości… -
Pragnienia się spełniają… choć w części
Jeszcze zanim Marianka przyszła na świat rozmawialiśmy z mężem o karmieniu piersią. Wiedziałam, że jest to bardzo ważne dla dziecka, jego zdrowia i rozwoju. Kiedy Mania pojawiła się tak niespodziewanie okazało się, że mój pokarm może być dla niej jak najlepsze lekarstwo. Pierwsze krople siary były jak najcenniejszy skarb, który pielęgniarki wtarły w podniebienie Maniusi. Nie powiem, że było łatwo ściągać pokarm co 3 godziny. Powiem tylko tyle, że laktator nie jest delikatny… Nie obyło się bez ran i zatorów, ale wiedziałam, że jest to jedna z nielicznych rzeczy jakie mogę zrobić dla mojej córeczki. Kiedy przez pierwszy prawie miesiąc przez dziurkę w jelicie była żywiona pozajelitowo zabierałam każdą kroplę pokarmu wierząc, że kiedyś Marianka będzie jadła i jeśłi zabraknie mi wtedy pokarmu będę miała zamrożony. Bałam się, że stracę pokarm z powodu stresu lub czegoś innego. Dbałam aby się tak nie stało. Cieszyłam się jak dziecko kiedy córcia w końcu dostawała moje mleko – najpierw po pół ml. A pierwsze karmienie butelką? Wydała mi się wtedy taka duża i samodzielna. Ale po cichu marzyłam o karmieniu piersią. Podskórnie czułam, że to coś więcej niż tylko przystawianie dziecka. Próbowałyśmy pod czujnym okiem położnych w szpitalu dwa razy… nie były to zbyt udane próby. Marianka nie wiedziała co to pierś, nie umiała jej złapać, była przyzwyczajona do butelki i lekko leniwa przez to. Wiedziałam, że nie mogę się poddawać. Próbowałam co raz. Mania trochę ssała, trochę lizała, a więcej się denerwowała. Ale kilka dni temu w końcu się przełamała. Przystawiłam ją bo mleko w butelce jeszcze nie było nagrzane i chciałam odwrócić Jej uwagę, a Mania… jak się przyssała do piersi… byłam w szoku. Kiedy pierwsze zdziwienie minęło, poczułam się cudownie. Tak właściwie to nie da się tego opisać… ta bliskość, to połączenie i przeswiadczenie, że daję memu dziecku coś czego nikt inny nie może dać…. To po prostu trzeba poczuć… i zobaczyć te oczy wpatrzone we mnie, pełne miłości i zaufania…
Niestety nie jestem w stanie karmić Marianki cały czas. Z powodu refluksu jest karmiona naprzemiennie moim mlekiem i Nutramigenem, do mojego pokarmu muszę trzy razy dziennie dosypywać dodatki i żelazo. Ale staram się abyśmy mogły przeżywać te wspólne niesamowite chwile bliskości kiedy tylko jest taka możliwość… Polecam, choć nie ukrywam, że ból fizyczny też jest. Ale po 5 miesiącach używania laktatora to naprawdę pikuś 🙂 -
Nowy rozmiar
Od kilku dni przeprowadzam „przemeblowanie” w Maniusiowej komodzie. Ponieważ zaczęło się okazywać, że kiedy sięgam po jakieś ubranko… jest za małe lub na styk. Po prostu Marianka wyrosła już ze swoich pierwszych ubranek. Troszkę mnie to zaskoczyło, że tak szybko. Ale przecież widzę ją cały czas i trudno mi dostrzec, że po prostu rośnie. Choć w sumie przecież wczoraj u lekarza waga wskazała 4 kg!
Strasznie mnie to wszystko cieszy, ale też daje do myślenia. Marianka tak szybko się zmienia. Jest w domu dopiero 3 tygodnie, a już tak dużo się zmieniła. Już nawet nie chodzi o to, aby dogoniła rówieśników (choćby w wieku skorygowanym) ale, żeby po prostu się zdrowo rozwijała. Teraz jesteśmy na etapie odwiedzania masy specjalistów. Większość pierwszych wizyt jest taka sama: czytanie kart informacyjnych ze szpitali, upewnianie się, że rzeczywiście urodziła się pod koniec 26 tygodnia i badanie. A później „No wie pani, to wcześniak”. No raczej się zorientowałam. Większość lekarzy nie wie jak Mariankę zakwalifikować, bo jej wiek skorygowany jest tak różny od urodzeniowego. Więc improwizują i każdy inaczej. Ale mam do tego dystans i próbuje wszystko brać na zdrowy rozsądek. Bo w końcu sama wiem najlepiej ka Mania zmienia się na co dzień.
W całej sytuacji dobre jest nie tylko to, że Mania rośnie jak na drożdżach. Ale też to, że mogę jej wybrać kolejne ładne ubranka, a im większy rozmiar tym wybór większy 😉 Wiem, że to takie babskie, ale w końcu obie jesteśmy babeczkami 🙂 -
Pierwszy – niespodziewany, ale na pewno nie ostatni
Nasza Marianka to duża dziewczynka i udowadnia nam to każdego dnia. Czasami nas to przeraża i zaskakuje jednocześnie. Tak było i tym razem. Już od dłuższego czasu Mania niemiłosiernie się śliniła, ale cóż dzieci tak mają. Gdzieś z tyłu głowy miałam co to może oznaczać, ale przecież Ona ma dopiero 6 tygodni wieku korygowanego. A poza tym jak się patrzy na niespełna 4 kg dziecko to można się spodziewać czegoś takiego? Kilka nieprzespanych nocy, marudzenie – cóż takie życie rodzica. I nasza pani pediatra, która po szczepionce zapytała czy mamy coś od gorączki, bo wprawdzie po tej szczepionce gorączkować nie powinna ale przy ząbkowaniu się przyda. I w sobotę mnie w końcu tknęło… Bo choć w ziewającej buzi Marianki nie dostrzegłam żadnych zmian postanowiłam sprawdzić to organoleptycznie za pomocą palcai. I znalazłam… Górna, prawa „3” wyrywała się przed szereg. W Maniusiowej buźce rozgaszcza się maleńki ząbek.
Jak Marianka to znosi, chciałabym napisać, że z godnością, ale oczywiście kiedy ją boli to tylko to się liczy. Na razie nie jest jednak źle. Zaopatrzyliśmy się w żel i gryzaczek. Co nie było takie łatwe zważywszy na rozmiar usteczek Marianki, ale dziadkowie stanęli na wysokości zadania. Ktoś może powiedzieć, że wszystkie dzieci zaczynają kiedyś ząbkować, więc po cóż się nad tym roztrząsać. Jednak dla nas było to zaskoczenie, bo u wcześniaków wszystko może zacząć się z opóźnieniem lub wyprzedzeniem. Jedne cechy będą się rozwijały zgodnie z wiekiem metrykalnym inne ze skorygowanym. Ale tak jak już kiedyś pisałam, każde dziecko rozwija się inaczej, a najważniejsze że się rozwija i idzie do przodu.
Tak więc czekamy na kolejnych białych gości w Mariankowej buzi i na kolejne etapy Jej rozwoju. Jest to bardzo fascynujące, a jednocześnie przerażające, że nigdy nic nie wiadomo.PS: Po wizycie u pediatry okazało się, że to kostniak, który wygląda jak ząbek i jest dość częsty u wcześniaków, ma takie same objawy i powinien za jakiś czas się wchłonąć. Ale dziąsełka dolne już są rozpulchnione i czekamy…
-
Między dżemem a smoczkiem
Dzisiejszy dzień upłynął mi pod znakiem wielozadaniowości. Przez wiele lat zarówno pracy zawodowej jak i harcerskiej wykonywałam kilka rzeczy jednocześnie. Taka była potrzeba i do tego się przyzwyczaiłam. Jednocześnie realizowałam zawsze kilka projektów, pisałam, przygotowywałam, podsumowywałam. Takie życie. Wszystko na najwyższych obrotach. Zmieniło się to trochę jak zaszłam w ciążę, a zupełnie kiedy urodziła się Marianka.
Dziś postanowiłam sprawdzić moją multizadaniowość w życiu rodzicielskim. Postawiłam sobie za zadanie przygotowania dżemów truskawkowych. Było to o tyle ciekawe, że rozpoczęłam ich przygotowanie będąc sama w domu, kiedy Marianka nie spała. Do tej pory starałam się w momentach kiedy nie śpi skupiać się, jeśli test tak możliwość, na Niej. Cały czas jeszcze pracujemy nad więzią i poczuciem bezpieczeństwa. A dziś… no cóż… truskawki nie mogą czekać… Przyznam szczerze dżem truskawkowy robiłam po raz pierwszy i chyba wyszedł niezły – może ciut za słodki. Czy zabawianie Marianki (w tym podawanie jej smoczka) i krojenie truskawek były trudne? Powiem szczerze… nie. Czy w tym czasie robiłam jeszcze listę zakupów dla męża? Tak
Ja wykorzystałam (zresztą nie tylko dziś) swoje doświadczenie zawodowo – harcerskie w życiu domowym. Ale to też nasunęło mi myśl, że rodzice tak naprawdę od zawsze byli i są wielozadaniowi. Muszą przecież ogarnąć tyle rzeczy na raz i choć czasem coś, gdzieś umknie, w znakomitej większości radzą sobie całkiem nieźle. Dlatego zgadzam się ze zdaniem, że rodzić ma szansę być bardzo dobrym pracownikiem, potrafiącym zaplanować sobie pracę, która wymaga wielu zadań. Pracodawcy często o tym myślą w zupełnie innych kategoriach. Jeśli ktoś ma dzieci, to będą one chorowały, itp. A tak naprawdę to powinni myśleć, że jeśli ktoś ma dzieci potrafi ogarnąć wiele spraw jednocześnie. Zawsze podziwiałam moją koleżankę z pracy, która mając dwójkę dzieci, męża na delegacjach, przygotowania do zajęć w przedszkolu, a zawsze wiedział co i kiedy ma zrobić oraz znajduje czas dla siebie. I nigdy nie narzekała. Dzisiejsi rodzice to mistrzowie planowania i realizacji planu. Może tylko czasami brak w tym planie miejsca na spontaniczną przyjemność i odrobinę szaleństwa 🙂
Ja coraz odważniej zaczynam ufać, że z Manią jest już ok i zostawienie jej samej w pokoju – w łóżeczku jest bezpieczne. Dla mnie normalne jest to, że jednocześnie robię pranie, sprzątam, planuje zakupy, przygotowuje pranie. A teraz to wszystko chce łączyć z opieką nad Marianką i brakiem strachu o Nią. Bo od wielu tygodni oddycha samodzielnie i tak już będzie… Choć czasami jeszcze sprawdzam czy Jej klatka się rusza i pewnie jeszcze jakiś czas to będę robiła. A jak będzie starsza to posmakuje mojego dżemu 🙂 -
Codziennie Inna
Dziś uświadomiłam sobie, że moja Marianka codziennie jest inną „nową” osobą, którą chce poznać. Byłyśmy na szczepieniu i Mania przy badaniu trochę płakała. Była wybudzona (w samochodzie oczywiście zasnęła) i już trochę głodna. Jedna z pielęgniarek stwierdziła, że zabawi Ją grzechotką. Pomyślałam sobie „próbuj, próbuj”, bo do tej pory nie reagowała jeszcze na zabawki. A tu moja córcia jak zaczarowana zerkała na grzechotkę i przestała płakać. Ja oczywiście zrobiłam wielkie oczy, bo jeszcze wczoraj to by Ją nie zainteresowało.
To zdarzenie tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że każdy dzień to ponowne odkrywanie kim jest Marianka i tak będzie do końca życia. Bo przecież co dzień będzie uczyła się czegoś nowego, będzie miała nowe pomysły, przemyślenia, doświadczenia. Najpierw maleńkie tak jak Ona, z czasem będą coraz większe, głębsze i bardziej złożone. To niesamowite, że rodzice mają tą możliwość aby obserwować swoje dzieci jak co dzień się zmieniają, dojrzewają i poznają świat. Jak kroczą droga ku dorosłości. I choć czasami tego nie dostrzegamy, nie doceniamy tego daru, to są chwile kiedy dociera do nas, że ten kręcący się na łóżku berbeć, biegający po pokoju maluch czy ślęczący przed komputerem nastolatek to zupełnie inna osoba niż wczoraj czy przedwczoraj. Fascynujące jest również to, ze my rodzice mamy ogromny wpływ na to kim nasze dziecko było wczoraj, jest dziś, czy będzie jutro. To jednocześnie ogromny zaszczyt i odpowiedzialność. Warto się czasem zatrzymać w naszym szalonym życiu aby „popatrzeć” na to dorastanie jak na cudowny proces. Żeby tego nie przegapić.
Marianka właśnie próbuje się „turlać” po naszym łóżku, a ja próbuję zgadnąć kim będzie jutro, za tydzień czy za rok… To wspaniałe, że mogę to obserwować z tak bliska 🙂 -
Boli… a kogo bardziej?
Część z Was może pamięta, że Marianka ma z tyłu na szyjce naczyniaka. Przez dłuższy czas powiększał się. Kiedy ten proces się zakończył (jeszcze na oddziale wcześniaków) lekarze po konsultacji z chirurgiem postanowili rozpocząć podawanie laków. Plan jest taki, że naczyniak ma się wchłonąć aby nie trzeba było go usuwać zabiegowo. Wszystko pięknie, ładnie. Marianka dobrze reaguje na lek, badania kontrolne są pozytywne, pani chirurg po dzisiejszej wizycie zadowolona z postępów.
Jednak dodatkowy problem rozpoczął się kilka dni po rozpoczęciu podawania leku – kiedy naczyniak zaczął na niego reagować i zaczął stawać się bardziej miękki. Do tej pory był „naprężony”. Już w UDSK okazało się, że zmiany, które w nim zaszły spowodowały, że zaczął się obcierać o szyjkę i główkę Mani. Przez to, że jest teraz „flakowaty” powstały na nim otarcia wręcz ranki. Po konsultacji na oddziale z panią chirurg dostaliśmy maść do smarowania, a przemiłe panie pielęgniarki wymyśliły jak zakładać opatrunek aby zabezpieczyć ranki. Nie będę już opisywała jak problematyczne po wyjściu kazało się znalezienie odpowiednich w kształcie gazików (ale od czego są wspaniali ludzie, którzy bezinteresownie pomagają w potrzebie – Dziękuję!). Maść była wspaniała i szybko pomogła, ale też jej termin przydatności skończył się 7 dni po wyjściu. Lekarz pierwszego kontaktu nie mógł wypisać nowej, bo na tej nie było składu. Więc musieliśmy czekać do dzisiejszej wizyty u chirurga.
To wszystko jest jednak betką. Nasza Marianka jest niezmiernie ruchliwa i to co udało się zagoić po wyjściu ze szpitala, szybko się odnowiło. Już od kilku dni marudziła kiedy kładłam ją na plecki w łóżeczku czy w wózku. Przedwczorajsza noc była straszna, bo Mania płakał gdy tylko przyjmowała pozycję leżącą inną niż na brzuchu. Zaś wczoraj w dzień po prostu wychodziła z siebie z bólu. Myślałam, że usiądę i będą płakała razem z Nią. Bo tak naprawdę nie wiedziałam jak jej pomóc. To chyba jedne z najgorszych odczuć jakich doświadczyłam odkąd się Mania urodziła – bezsilność i niemożność odebrania bólu (a towarzyszyły mi one nieustannie w szpitalu). W tej chwili oddałabym wszystko aby Ją nie bolało. Wolałabym aby to ja cierpiała… W końcu po telefonie do męża zdecydowałam, że użyję maści ze szpitala, która nam jeszcze została. Na moje oko nie zmieniła konsystencji, koloru czy zapachu. Wiedziałam, że efekt może być różny, albo pomogę Mariance, albo będzie jeszcze gorzej. Ale przeczucie miałam, że będzie dobrze. Jak się okazało maść chwilę później uśmierzyła ból Mani. A dziś pani chirurg powiedziała mi, że jeśli jest przechowywana w odpowiednich warunkach to jest zdatna do użycia o wiele dłużej niż 7 dni.
Ryzykowałam wile podając Mariance maść, ale Jej ból i cierpienie było tak dotkliwe, a przecież przeżyła już tak wiele. Czy zrobiłam to bardziej dla Niej czy dla siebie? Nie wiem. Wiem tylko, że moment, w którym dziecko cierpi jest straszny dla rodzica. A ja po wyjściu Marianki ze szpitala obiecałam Jej i sobie, że zrobię wszystko co w mojej mocy aby unikała cierpienia fizycznego. Przecież przez te 4,5 miesiąca Jej małe ciałko i tak już zniosła bardzo wiele, a Marianka jest najdzielniejszą dziewczyną jaką znam. -
„Sama”
Moja Marianka jeszcze nie mówi, choć zaczyna już gu-gać, ale od kilku dni mam przemożne wrażenie, że chce mi czasami powiedzieć „Zostaw, sama!”. Już pisałam o Jej smoczku… że częściej jest obok niej niż w buzi. Do tej pory Mania chętnie korzystała z mojej lub męża pomocy przy przytrzymywaniu smoczka aby nie wypadał. Wystarczyło kilka mocniejszych pociągnięć i „Monio” lądował w różnych dziwnych miejscach, a nasze ręce wsuwały go z powrotem do małych usteczek Marianki. Jednak coś się zmieniło… Córcia coraz sprawniej utrzymuje smoczek w buzi, a jak chcemy jej pomóc to odpycha nasze ręce. Daje znak, że już sporo potrafi i nie musimy jej wyręczać.
Tak jest z wieloma umiejętnościami, które w swoim życiu nabywają dzieci. Najpierw potrzebują pomocy, później tylko od czasu do czas, aż wreszcie nabywają już tę umiejętność i… no właśnie może zadziać się kilka różnych rzeczy. 1) Rodzic dostrzega, że dziecko potrafi coś nowego, cieszy się i chwali pociechę 2) Rodzic nie dostrzega, że dziecko już to potrafi i nadal wyręcza 3) Rodzic dostrzega nową umiejętność, ale nadal wyręcza bo wie, że robi to lepiej 4)….. Scenariusze są różne, ale jak się przegapi ten moment kiedy dziecko potrafi już coś samo to można zrobić mu niechcąco krzywdę. Nasz latorośl traci w ten sposób poczucie własnej wartości, czuje się przez rodzica niedocenione, rezygnuje korzystania z nowej umiejętności, nie chce uczyć się nowych rzeczy. A potem mówimy, że musimy robić wszystko za nasze dzieci…
Marianka nie chce już naszej pomocy przy smoczku i choć często jeszcze nie radzi sobie z nim tak jak by chciała, to ja pozwalam Jej na to. Po mimo, że zdaję sobie sprawę, że jest szansa iż za chwilę się zdenerwuje, że Jej nie wychodzi i uspokojenie Jej trwać będzie dłużej niż włożenie smoczka do buzi. Ktoś może powiedzieć mała rzecz – smoczek, a takie przemyślenia powoduje. Ale moja Marianka jest mała, a dla mnie Jej najmniejsze osiągnięcia to sukces, bo zapowiadają dużo większe „rzeczy”.