Kategoria: Przeczytaj

  • Szanuj potomka swego, jak siebie samego

    „Dzisiejsza młodzież to nikogo nie szanuje” – takie stwierdzenie można usłyszeć często podczas rozmów o młodym pokoleniu. Kiedyś zastanawiam się dlaczego tak jest. Im dłużej pracowałam z dziećmi i młodzieżą tym częściej spotykałam się z tym, że rodzice mają problem z tym aby ich szanowano. Przez ostatnie 18 lat wiele rzeczy się zmieniło w podejściu do wychowania w rodzinach. I stąd m. in. wynikają takie problemy z szacunkiem i autorytetem.

    Po mimo iż ja w kontaktach z moimi podopiecznymi nie miałam takich problemów, zaczęłam się jakiś czas temu intensywnie zastanawiać gdzie tak naprawdę jest pies pogrzebany. Obserwując dorosłych i ich kontakt z dziećmi oraz analizując swoje metody wychowawcze doszłam do kilku wniosków. Najważniejszym był ten, że my jako dorośli często nie traktujemy dzieci jak ludzi, a jak przyszłych ludzi… dorosłych. A dokładnie? Nie rozmawiamy z dziećmi, a jedynie komunikujemy to co mamy do powiedzenie. Dokonujemy przy nich czynności higieniczno – opiekuńczych nie informując co tak właściwie i po co robimy. Podejmujemy decyzje. Omawiamy sprawy dzieci z innymi dorosłymi, kiedy one to słyszą. Mogłabym wymieniać dalej. A wyobraźmy sobie, że ktoś nas tak traktuje. Czy czulibyśmy się dobrze? Czy odpowiadałoby to nam? Czy szanowalibyśmy tę osobę? Czy wiedzielibyśmy czym w ogóle jest szacunek? A dzieci muszą to znosić. A wierzcie mi, nie jest im to obojętne i bardzo dużo rozumieją.

    O tym pisze również Tracy Hogg w swojej książce „Język niemowląt”. Podstawą każdego kontaktu z dzieckiem, nie ważne w jakim jest wieku powinien być szacunek. Kiedy czytałam o tym wydało mi się to tak banalne, że nie warte aby o tym pisać. Ale za chwilę uświadomiłam sobie, że dla mnie jest to naturalne ale nie dla wszystkich dorosłych. Nie każdy chce rozmawiać z dzieckiem mniejszym czy większym jak z rozumnym człowiekiem. Nie każdy informuje dlaczego coś teraz będziemy robili i po co. Nie każdy włącza dziecko w proces decyzyjny dotyczący jego osoby i spraw rodzinnych. Nie każdy… Nie zrozumcie mnie źle, jestem daleka od „dziecikracji”, ja tylko uważam, że każdemu człowiekowi od urodzenia należy się szacunek. A jeśli pozna te uczucie od małego, to będzie w stanie szanować osoby zarówno te, które go tego nauczyły, jak i inne tego warte. Jeśli wytłumaczymy dlaczego coś będziemy robili, łatwiej to dziecko zaakceptuje. Jeśli będzie mogło podejmować najpierw małe decyzje dotyczące np. swego ubioru (z dwóch czy trzech propozycji przygotowanych przez rodzica), czy zabawki zabieranej do przedszkola, jeśli będzie mogło się wypowiedzieć w sprawach rodzinnych. To nie tylko okażemy dziecku szacunek, ale również pokażemy jak ważne jest samodzielne i odpowiedzialne decydowanie o sobie.

    Jeśli czytaliście o okresie kiedy urodziła się Marianka i była w inkubatorze to pewnie wiecie, że od początku z Nią rozmawiałam. Tłumaczyłam, opowiadałam, kiedy trzeba przepraszałam. Ona z pewnością nie rozumiała sensu moich słów, ale już intonacje i intencję jak najbardziej. A poza tym, ja przyzwyczajałam się aby właśnie w taki sposób się do niej zwracać. Kiedy ją przewijam mówię co będę robiła, kiedy gdzieś się wybieramy opowiadam Jej o tym. Chcę aby wiedział co się dzieje. Często zadaję Jej pytania, dając szansę na odpowiedź. I choć na razie są to dźwięki, to za chwilę nasze rozmowy staną się bardziej zrozumiałe. Wiecie też, że jestem zwolenniczką wyznaczania granic, w ramach których dziecko się porusza. To też wyraz szacunku, bo jasno określam co i dlaczego. Granice i ich rozszerzanie w procesie dorastania, rozmowa o nich to też wyraz szacunku zarówno do dziecka jak i do rodzica.

    Po między wychowaniem dyrektywnym, a uległym jest złoty środek. Wychowanie demokratyczne – naznaczone szacunkiem do dziecka. Wychowanie, które poprzez granice daje poczucie bezpieczeństwa i wolności. Uczy samodzielności i szacunku. To jest wychowanie, które sprawi, że dziecko będzie szczęśliwe a rodzice będą odczuwali radość i satysfakcję.

    Jeśli my nie będziemy traktować od urodzenia dzieci z szacunkiem, to nie możemy wymagać aby one nas szanowały. Bo niby skąd mają wiedzieć czym jest szacunek. Z tą wiedzą się nie rodzą, muszą ją posiąść w trakcie dorastania. Nie można powiedzieć szanuj mnie, ni można opowiedzieć czy jest szacunek. Trzeba go pokazać, dziecko musi go poczuć. A wtedy żadne dodatkowe tłumaczenie nie będzie potrzebne.

    To jest mój przepis na sukces, choć nie jest on prosty… a może właśnie jest?

  • Czego i po co uczymy?

    Czy zastanawialiście się kiedykolwiek czego tak naprawdę dzieci uczą się w szkole i po co? I teraz pewnie pomyślicie sobie, że co najmniej uderzyłam się czymś ciężkim w głowę. Przecież każdy z nas chodził do szkoły i wie, czego się w niej uczy. A po co? To do końca nie wiadomo. Bo któż z nas w codziennym życiu używa całek czy oblicza pojemność dziesięciościanu. Nie mówiąc już o znajomości cyklu życia rozrodczego żaby. Z pewnością każdy rodzic, który ma dziecko w szkole potrafiłby wskazać multum rzeczy, których ich latorośl uczy się tylko na pamięć, a później z tego nie korzysta. Więc po co właściwie posyłamy nasze dzieci do szkoły? Po co uczą się tych wszystkich sinusów i partykuł? Po co je tak obciążać?

    Są tacy rodzice, którzy odpowiadając sobie na te pytania wybrali alternatywę dla swoich dzieci czy to naukę w domu, czy np. szkołę demokratyczną (o której więcej, mam nadzieję niedługo przeczytacie w dziale „gościnnie”) czy inne nowatorskie rozwiązania. Ale większość z nas, może i narzeka, ale w gruncie rzeczy akceptuje stan, który jest obecnie.

    Chciałabym abyśmy na naukę w szkole spojrzeli trochę z szerszej perspektywy, bardziej celowo i perspektywicznie. Spróbujmy spojrzeć na nią nie przez pryzmat tylko i wyłącznie informacji, jakie otrzymują nasze dzieci, ale tego co wynoszą ze szkoły jako wartość dodaną.

    Trochę zagmatwane? Już tłumaczę o co mi chodzi na przykładzie. Prowadząc szkolenia dla instruktorów harcerskich mówiłam im, że podczas nauki terenoznawstwa uczą tak naprawdę czego innego. Bo jakie jest dziś prawdopodobieństwo, że dziecko ze szkoły podstawowej zgubi się samo w lesie bez komórki? No raczej niewielkie. Ale, że młody człowiek w wieku licealnym pojedzie samo do nowego miasta… już większe. Więc ucząc sposobów wyznaczania północy bez kompasu, uczymy tak naprawdę pewności, że skoro poradziłbym sobie w lesie sam, to w mieście tym bardziej. Mogę skorzystać z planu miasta (w formie tradycyjnej – papierowej lub internetowej), mogę zapytać o drogę. Wiem, że dam rady.

    I tak jest ze wszystkim czego uczymy się również w szkole. Pośredniość (które jest jedną z cech metody harcerskiej) jest nierozerwalnie złączona z nauką sformalizowaną. Niestety wielu moich kolegów nauczycieli zapomina o tym, że nie najważniejsza jest treść, ale coś więcej. Muszę tu dodać na ich usprawiedliwienie, że sam system edukacji narzuca ramy poza, które ciężko wyjść. Ale chcieć to znaczy móc.

    I tak podczas nauki gramatyki języka polskiego ważne jest np. poczucie, że potrafię się porozumiewać w sposób jasny i klarowny z innymi. Nauka tabliczki mnożenia to nie tylko „tłuczenie” na pamięć ale bardzo dobre ćwiczenie pamięciowe, które pozwala nam rozwijać swój umysł i otwierać na nowe informacje. Zajęcia z plastyki to nie tylko malowanie czy wyklejanie, ale przede wszystkim uwrażliwianie na piękno i dobro. Zadania z matematyki czy innych przedmiotów ścisłych to przede wszystkim szukanie rozwiązań problemów. Rozpatrywanie rożnych rozwiązań i dochodzenie do sedna problemu. Takie przykłady mogłabym mnożyć. Szkoda tylko, że tak mało się o tym mówi. Bo chodzi przede wszystkim o celowość (kolejna cecha metody harcerskiej) działań edukacyjnych. Uczeń nie musi w nauce widzieć czegoś więcej, ale z pewnością nauczyciel tak. I nie ma to być nauczenie treści czy zrealizowanie podstawy programowej. Ale głębokie wewnętrzne przekonanie, że poprzez proste czynności czy informacje rozwijamy w dzieciach i młodzieży coś więcej. Coś co pozwoli im w przyszłości znaleźć swoje miejsce na ziemi. Wybrać drogę, którą chcą podążać. I niezależnie jaka to będzie droga, każda treść jaką poznali w całej swej edukacji będzie wspierała a nie wadziła. Będzie otwierała na świat, poszerzały światopogląd, pokazywała więcej i dalej…

    To nie są moje marzenia. To jest realne. Ale w tym aby tak wyglądała nauka naszych dzieci muszą pomóc dorośli. Zarówno nauczyciele jak i rodzice.

    Patrzymy dalej i szerzej, chciejmy od edukacji więcej… dla naszych dzieci i dla nas samych.

  • Wesołe jest życie staruszka?

    Jeszcze tylko parę wiosen, jeszcze parę przygód z losem

    Jeszcze tylko parę zim i refrenem zabrzmisz tym:

    Wesołe jest życie staruszka, wesołe jak piosnka jest ta

    Gdzie stąpnie zakwita mu dróżka i świat doń śmieje się: ha, ha”

    Tak starość w swojej piosence opisywał Jerami Przybora. Jednak dziś zarówno starość definiujemy inaczej, jak i samo życie wielu seniorów raczej nie przypomina ukwieconej łąki.

    Kiedyś pięćdziesięciolatek był dziadkiem zarówno w zawiązku z wiekiem jak i posiadanymi wnukami. Dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie to aktywni zawodowo ludzie, ciekawi świata, którzy często jeszcze nie mają wnuków. Bo albo sami mieli dzieci po 30-tce, albo ich potomkowie jeszcze się nie ustatkowali. Mają przed sobą perspektywę wielu lat pracy, ale również możliwości dostępu do rozwoju osobistego, mediów społecznościowych, podróży. Żyć nie umierać? Może i tak. Mają odchowane dzieci, a jeszcze wystarczająco sił aby „podbijać” świat.

    Z drugiej strony mamy emerytów, którzy pamiętają czasy innego ustroju, kiedy może i na półkach nie było nic prócz octu, ale zawsze można było jakoś przeżyć. Coś zdobyć, wystać w kolejce, załatwić… Dziś mają kilkaset złotych emerytury lub renty, a stojąc przy okienku w aptece muszą decydować, które leki wykupić a które nie. Oczywiście są i tacy seniorzy, którzy radzą sobie dobrze, mają dobre emerytury albo pomagają im dzieci czy wnuki.

    I tu dochodzimy do klu problemu. Wsparcie dzieci lub wnuków… Pisze o tym w perspektywie bycia rodzicem bo po pierwsze, my też jeśli dobrze pójdzie kiedyś będziemy seniorami, a po drugie nasi rodzice czy dziadkowie już nimi są. I to od nas zależy zarówno nasz los, jak i ich.

    Wielu seniorów nie oczekuje strikte pomocy finansowej. Często brakuje im towarzystwa, osób z którymi mogliby porozmawiać (stąd np. częste wizyty w przychodniach lekarskich), poczucia że są potrzebni. Wielu starszym osobom brakuje sensu życia. Ale problemem jest również brak szacunku od młodych.

    Czy chcemy takiej starości dla naszych rodziców, dziadków? Dla nas? Ja na pewno nie. Dlatego już dziś warto zastanowić się zarówno nad swoim zachowaniem i postępowaniem oraz zadbać aby nasze dzieci szanowały osoby starsze. Oczywiście nie osiągniemy tego jeśli nam samym szacunek dla seniorów jest obcy. Jeśli nie widzimy potrzeby i sensu kontaktów z nimi. Jeśli nie dostrzegamy jaką wartością jest dla dzieci kontakt ze starszymi osobami.

    Już kiedyś pisałam co ja zawdzięczam mojej babci. Nie będę rozdrabniała się nad tym, że gdyby nie seniorzy nie byłoby nas. Warto jednak wspomnieć, że bardzo często są oni żywymi „nośnikami” wartości jakie chcielibyśmy przekazać naszym dzieciom. Kontakt z nimi może w namacalny sposób pokazać zarówno starszym jak i młodszym dzieciom czym jest życie i jak warto, a jak nie warto go przeżyć. Mówię tu zarówno o kontakcie ze starszymi osobami z naszej rodziny jak i w zasadzie obcymi. Parę dni temu zakończyła się wspaniała akcja „Pamiętamy” – wysyłanie pocztówek do Powstańców Warszawskich. Udział w niej nie tylko sprawił bohaterom przyjemność, ale uczył dzieci, że był ktoś przed nami. Nasz świat nie powstał wczoraj, aktywnie tworzyli go ludzie, którzy dzisiaj często już tylko obserwują co my z nim robimy. Warto uzmysłowić to dzieciom.

    To jak dziś ukażemy seniorów i ich los naszym dzieciom będzie miało bezpośredni wpływ na to jak one potraktują kiedyś nas. Może warto czasami zastanowić się co mówimy o starszych ludziach, jak z nimi postępujemy, czy ich szanujemy. Bo może okazać się, że wcale nie będziemy:

    Trzęsiesz się z niecierpliwości żeby dożyć tych radości

    Guzik rwiesz i wdzianko mniesz tak już być staruszkiem chcesz”

  • Intonacja czy intencja?

    Kiedy pracowałam w przedszkolu rodzice często pytali mnie jak to robię, że dzieci słuchają moich poleceń. Oni czasami muszą nagadać się i namęczyć, żeby dziecko odłożyło coś na miejsce, a u mnie raz i jest zrobione. Prosili o zdradzenie sekretu, jak ja to robię 🙂

    Problem z wykonywaniem prostych poleceń rodziców ma wiele dzieci. Może wynikać to z wielu przyczyn, ale zasadniczo jest związane z kilkoma prostymi sprawami, które uciekają rodzicom. Zaś w nowym środowisku, takim jak żłobek, przedszkole czy szkoła – dziecko wchodzi w relację z nowymi dorosłymi, którzy ustalają nowe reguły i zasady. Dzieci często funkcjonują w taki sposób, że zachowują się tak w danym miejscu jak są do tego przyzwyczajone i jakie im są tam narzucone reguły. Czyli w domu według relacji z rodzicami, a w przedszkolu tak jak pani wymaga. Dlatego mogą występować różnice w zachowaniu w różnych miejscach i pod opieką różnych osób.

    Ale wróćmy do tego co można zrobić, aby dziecko przy rodzicach wykonywało proste czynności o jakie jest proszone. Kiedyś jedna mama dziwiła się, że dziewczynka w przedszkolu bez problemu odstawiła buciki do szafki. W domu nigdy nie mogła się o to doprosić. A w czym tkwiła tajemnica? Pani w przedszkolu wyraziła krótki komunikat „Proszę odstaw buty do szafki”. Mama w domu zawsze gadała, gadał, gadał…. wpadała w słowotok, nie dając chwili na wykonanie zadania. A jak już trwała tyrada, córka po prostu się gubiła i nie wiedziała czego mama od niej oczekuje, wyłączała się, jej myśli uciekała, zajmowała się czym innym. A mamie wydawało się, ze córką ją ignoruje. Często zagadujemy nasze dzieci zamiast wydać proste poleceni, które nie zrobi im krzywdy, a pokaże czego oczekujemy. Używamy słów, których nie rozumieją. Oczywiście jeśli do tej pory postępowaliśmy jak wspomniana mama to nasze dziecko tak od razu może nie zacząć zachowywać się tak jak tego oczekujemy. Wystarczy ten prosty komunikat powtarzać kilka razy, aż dziecko wykona zadanie. Pamiętajmy, że musi się ono przyzwyczaić do nowej komunikacji.

    Innym problemem z jakim borykają się rodzice, to intonacja głosu. Już najmniejsze dzieci są w stanie rozróżnić dzięki intonacji głosu nasz nastrój lub oczekiwanie. Moja Marianka jeszcze nie do końca rozumie co do niej mówię, ale kiedy komunikuję się z nią uśmiechając – odpowiada tym samym. Kiedy mówię wysokim i lekko piskliwym głosem jest to dla niej znak, że jest radość i chęć do zabawy. Ostatnio nauczyła się robić ustami bąbelki i wypróbowuje nowa umiejętność przy każdej czynności. Zwłaszcza przy jedzeniu jest to uciążliwe. Kiedy zaspokoi pierwszy głód zaczyna się zabawa językiem. Oczywiście jest to bardzo dobre ćwiczenie logopedyczne, ale raczej nie jestem z tego zadowolona kiedy zawartość buzi ląduje na śliniaku a przy okazji na ubraniu Jej i moim i wszystkim co jest dookoła. Zauważyłam jednak, że kiedy zmieniam intonację głosu, obniżam ją, mówię poważnie to Mania zawraca uwagę, że coś jest nie tak. Kiedy miałyśmy pierwszą taką „sprzeczkę” przy jedzeniu po kilku moich uwagach (choć nie podnosiłam głosu, czy nie krzyczałam) Marianka zrozumiała, że to nie jest zabawa i przestała. Oczywiście przy każdym posiłku próbuje czy tym razem już można „bąbelkować” ale wystarczy zmiana intonacji głosu a już sobie przypomina, że jednak mamie się to nie podoba. I może niechętnie, ale zazwyczaj wraca do w miarę spokojnego jedzenia.

    Często rodzice zarówno pochwały jak i reprymendy mówią tym samym głosem. Dzieci nie rozumieją wtedy czy zrobiły dobrze czy źle. Nie wiedzą czy to o co proszą rodzice jest ważne czy można sobie pofolgować. Wystarczy niedługi czas aby dzieci nauczyły się to rozpoznawać. Zarówno z moimi zuchami, harcerzami czy wychowankami w przedszkolu potrafiłam się wygłupiać, turlać po dywanie, obsypywać śnieżkami czy chlapać w wodzie. Ale wystarczyło, że powiedziałam poważnym głosem „Wystarczy” i już wiedzieli, że na teraz koniec zabawy. Nie obrażali się, bo wiedzieli, że czas na coś innego.

    Czasami trudno nam zapanować nad głosem. Wtedy nasze intencje nie są jasne dla dzieci i często nie wykonują poleceń. Pomyślcie sami, nawet jeśli nie znacie jakiegoś języka, jesteście w stanie ocenić czy dana osoba, która do was mówi jest nastawiona pozytywnie czy negatywnie. Jej głos, postawa, miny… to wszystko podpowiada i uruchamia pewne schematy myślowe. Zakładacie pozytywne lub negatywne nastawienie tej osoby. Tak jest z dziećmi, najpierw odbierają intonację głosu, nasze miny, postawę a dopiero później dociera do nich komunikat treściowy. Dlatego tak ważne jest aby wtedy kiedy się wspólnie bawimy, okazywać radość, mówić z uśmiechem, lekko cieńszym głosem. Kiedy zaś chcemy aby dziecko potraktowało poważnie to co mówimy, obniżmy lekko głos, nabierze on poważnego tonu. No i oczywiście zamiast owijać w bawełnę i „zagadywać na śmierć” mówmy prostymi zdaniami, konkretnie i na temat. Pozwólmy naszym dzieciom zrozumieć czego od nich oczekujemy.

    Chcemy aby nasza komunikacja z dziećmi była jak najlepsza, ale bezwiednie sami często ją utrudniamy. Pomyślmy jakie są nasze komunikaty, jak je formułujemy i w jaki sposób wypowiadamy. Jeśli trzeba poćwiczmy. A może się okazać, że niewielkie zmiany w sposobie mówienia sprawią wielkie zmiany w naszych relacjach.

  • Co baba siała? Kto prowadził audycje w ptasim radiu? Czyli wspomnienia z dzieciństwa

    Pucu, puc, chlastu, chlastu, nie mam rączek jedenastu.

    Tylko dwie mam rączki małe, lecz do pracy doskonałe (…)”

    Stoi na stacji lokomotywa, ciężka, ogromna,

    aż pot z niej spływa, tłusta oliwa (…)”

    Na straganie w dzień targowy, takie słyszy się rozmowy:

    – Może pan się o mnie oprze, pan tak więdnie, panie koprze (…)”

    To tylko niektóre z wierszyków z dzieciństwa jakie kłębią się w mojej głowie. I z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że z małymi błędami jestem je w stanie odtworzyć w znacznej całości wyrwana nawet w nocy ze snu. Te wierszyki kojarzą mi się z moją mamą, która czytała mi je po tysiąckroć, która musiała znosić moje prośby o jeszcze jeden raz. Doszło do tego, że znałam je nie tylko na pamięć, ale wiedziałam kiedy należy przełożyć kartkę w książeczce aby móc czytać dalej. Kiedyś jadać do babci autobusem PKS zażarcie „czytałam” właśnie w taki sposób jedną z książeczek i pewien pan dziwił się jak można 3 czy 4 – letnie dziecko nauczyć czytać. Nie zorientował się na czym polegał mój talent.

    Dlaczego o tym piszę? Bo chciałbym zachęcić wszystkich rodziców nie tylko w ogóle do czytania dzieciom. Ale właśnie aby tym najmłodszym wybierać polskich klasyków takich jak Brzechwa, Kownacka, Konopnicka, Kern, Bełza, Tuwim czy wieli innych. Te rymowane wierszyki bardzo łatwo zapadają dzieciom w pamięć, która się dzięki temu rozwija. Ale też bardzo często traktują o dobrym zachowaniu, przyrodzie, przywarach ludzkich czyli treściach, które dzieci łatwiej zrozumieją dzięki humorystycznym wierszykom.

    Niektórzy z Was mogą stwierdzić, że takie wierszyki dzieci poznają w przedszkolu i szkole. Tam będą omawiane i analizowane. I oczywiście macie rację. Ale z doświadczenia wiem, jaką radość sprawia dzieciom kiedy nauczyciel czyta wiersz, a one go znają. Chętnie wtedy opowiadają, kto je nauczył tego wierszyka, kiedy, jak to się stało. Emocje, które towarzyszą wspólnemu recytowaniu utworów dziecięcych są dla najmłodszych ogromne. Uczą się w ten sposób śmiałości i pokonywania tremy.

    Bardzo ważnym aspektem jest również świadomość u dziecka, że ten wiersz znam nie tylko ja ale i mama czy tata. To wzmacnia więź i tworzy nowe połączenia emocji z pozytywnymi wspomnieniami.

    To samo tyczy się wszelkiego typu rymowanek dziecięcych, które najczęściej maluchy uczą się od starszego rodzeństwa, kuzynów czy innych dzieci na podwórku. Ale czemu nie mielibyśmy ich nauczyć tych rymowanek z naszego dzieciństwa. Niech to nasze dzieci będą na podwórku „lanserami” nowych rymowanek. Niech też czymś zabłysnął i poczują się tymi, które tworzą nową modę 😉

    Moja Marianka jest jeszcze zbyt mała aby powtarzać wierszyki czy rymowanki. Jej słownik ogranicza się do słowa „nie” oraz kilku zbitek sylabowych. Ale zauważyłam, że kiedy czytam jej rymowanki bardzo się skupia. Jest to z pewnością związane z przyjemnym dla ucha rytmem ale też

    z pozytywnymi emocjami jakie we mnie budzą te znane i lubiane przeze mnie wierszyki. One w pewien sposób łączą moją mamę, mnie i Mariankę. A kto wie, może i jej dzieci.

    Zachęcam do przypomnienia sobie swoich ulubionych wierszyków z dzieciństwa i wracanie do nich wspólnie z dziećmi. Niech te pozytywne emocje będą teraz pracowały na nasze więzi.

    Nad rzeczką, opodal krzaczka, mieszkała kaczka dziwaczka.

    Lecz zamiast trzymać się rzeczki, robiła piesze wycieczki (…)”

    Kuku-ryku, kuku-ryku, nie pozwolę rozbójniku,

    Ryku choć do jutra skrzecz, ale kuku moja rzecz (..)”

    PS: Fragmenty wierszyków zapisane są tak jak je zapamiętałam z dzieciństwa, co może różnić się nieznacznie od oryginału 😉

  • Gdzie jestem? Czyli jak nie uczyć o czymś czego się nie potrafi

    Do napisania dzisiejszego tekstu zainspirował mnie wczoraj ksiądz z naszej parafii, który na mszy dla dzieci postanowił zwrócić się tym razem do rodziców. Oczywiście przyczynkiem były rozważania nad Pismem Świętym. Najważniejszym przesłaniem jakie do mnie trafiło, było iż bez rodziców, wychowawców, katechetów i każdego dorosłego człowieka mówiącego o swojej wierze, przekazującego dzieciom informacje o niej – tej wiary by nie było. Świadectwo jest najważniejsze. Ne byłoby wiary bez jej wyznawców i tych, którzy przekazują ją swoim dzieciom. I właściwie tak jest z każdą sferą życia. Trudno jest się czegoś nauczyć, poznać jeśli się nie wie, że coś istnieje.

    Bardzo często rodzice pytają mnie jak pomóc odnaleźć swemu dziecku drogę? Jak sprawić, aby w przyszłości był szczęśliwym człowiekiem? Co zrobić aby wykonywał pracę, która daje mu stratyfikację i pozwala żyć godnie? Myślę, że te pytania pojawiają się w głowie wszystkich rodziców już od początku życia ich dzieci, a czasami nawet wcześniej. Przynajmniej ja się nad tym zastanawiałam wiele razy. I doszłam do kilku wniosków.

    Przede wszystkim trudno jest pokazać komuś drogę do szczęścia i spełnienia jeśli samemu się tej drogi nie odnalazło. Warto się zastanowić, jak ja żyję? Czy jestem szczęśliwy z tym co i jak robię? Czy miejsce, w którym obecnie jestem to jest to czego pragnąłem? Jeśli tak, to sprawa jest prosta. Poprowadzę dziecko moimi śladami, zrobię to co moi rodzice zrobili. Nie znaczy, że dziecko ma robić to co ja, ale idąc przetartym szlakiem może łatwiej odnaleźć swoją drogę.

    A jeśli okaże się, że nie. Nie czuję się szczęśliwy w tym miejscu gdzie jestem. Moja praca lub sytuacja zawodowa nie satysfakcjonuje mnie, zgubiłem gdzieś swoje pasje, odłożyłem życie na później. Jak mam pokazać dziecku, że to nie jest dobre? Mogę albo zmienić najpierw swoje życie i udowodnić, że się da. Albo siedzieć i płakać, że to trudne. Mogę dać przykład dziecku, że zawsze jest czas na walkę o siebie i swoje marzenia. Mogę pokazać, że nie ma rzeczy niemożliwych. Mogę poczuć się szczęśliwy. Mogę przetrzeć szlaku ku szczęściu i spełnieniu aby poprowadzić nim swoje dziecko.

    Zapewniam, że nie jest to łatwe. Często okupione strachem i łzami. Trudno podjąć decyzję o zmianie w życiu, np. zawodowym. Bo może nie jest najlepiej, ale jest. Może moja praca nie jest wymarzona, ale jest. Bo może moje zarobki nie są takie jak bym chciał, ale są. Bo może… Ale czasami wystarczy trochę odwagi, wsparcie męża/ żony/ partnera… i decyzja… zrobię to dziś. A jak już się tę decyzję podejmie, to trzeba się tego trzymać i po prostu spróbować coś zmienić. To bardzo trudne, bo czasami wymaga przewrócenia całego życia do góry nogami. Ale przynajmniej ja wychodzę z założenia, że warto spróbować, aby nie żałować. Ja właśnie próbuję… i na razie… po prostu trzymajcie kciuki 🙂

    Czy można zrobić to inaczej? Oczywiście, że tak. Bo każdy ma swój sposób na życie i odnalezienie swego miejsca na ziemi. Ale to mój pomysł na to ja pomóc mojej córeczce być w przyszłości spełnionym człowiekiem i cieszyć się życiem. Chce jej pokazać na swoim przykładzie, że można. Chcę Ją nauczyć, że droga jest też ważna, a jeśli nawet spuścimy z oczu swój cel podróży, to zawsze można go odnaleźć. Chcę być szczęśliwa dla siebie i dla Niej i dla mego męża. Chcę walczyć aby nie uczyć Jej o czymś, o czym nie mam zupełnie pojęcia. Chcę przekazać Jej to, co wiem o świecie i wskazać co może z tą wiedzą zrobić. Chcę być dla niej świadectwem.

  • Bądź grzeczny! Zachowuj się! Czyli jakie banały mówimy naszym dzieciom

    Każdemu z rodziców lub wychowawców choć raz w życiu zdarzyło się w ten sposób zwrócić uwagę dziecku. Mówimy im o grzeczności, dobrym zachowaniu. A później okazuje się, że dzieci nas nie słuchają. Dlaczego?

    Sprawa jest bardzo prosta. Nie wiedzą czego od nich oczekujemy. Bo to co dla nas znaczy słowo „grzeczność” to już nie koniecznie jest zrozumiała dla dzieci. Jeśli mówimy „zachowuj się” to przecież niezależnie od tego co robi dziecko – jakoś się zachowuje. Przecież zawsze jakoś się zachowujemy. Dodanie słowa „dobrze się zachowuje” nie specjalnie tu pomoże. Dla nas dorosłych za słowami „grzeczność” i „zachowanie” stoi wiele czynności, które naszym zadanie dzieci powinny lub nie powinny wykonywać. I co w tym wszystkim jest najlepsze – nasze dzieci potrafią to zrobić, tyle, że nie wiedzą, iż właśnie w tej chwili tego od nich oczekujemy. Bo często jest tak, że mówimy o grzeczności w różnych sytuacjach i różnych zachowań oczekujemy wtedy od dzieci. Czasami chcemy aby były cicho, kiedy indziej aby aktywnie uczestniczyły w zajęciu. Raz mamy takie oczekiwania a innym razem zupełnie nowe.

    Dzieje się tak dlatego, że chcemy aby dzieci zachowywały się naszym zdaniem adekwatnie do sytuacji. A one do pewnego momentu swego rozwoju nie są w stanie ocenić obiektywnie, jak powinny się w danej chwili zachować. Jak odpowiedzieć na nasze oczekiwania. Dopiero w procesie socjalizacji uczą się zachowań adekwatnych do powtarzalnych sytuacji, a następnie do sytuacji nowych. Nikt z nas, a co dopiero dzieci, nie czyta nikomu w myślach.

    Najskuteczniejszym sposobem na jasny i klarowny przekaz naszych intencji co do zachowania dziecka jest konkret. I to najlepiej taki, z którym jest ono zapoznane wcześniej. Kiedy wiemy, że jakaś sytuacja zaistnieje (np., wizyta cioci, wyjście do parku, wyjazd na święta, spotkanie z nową osobą). Ustalmy jasne zasady i nasze oczekiwania względem zachowania dziecka. Najlepszym sposobem jest zadanie pytań „Jak myślisz, jak powinieneś się zachowywać kiedy będzie ciocia”, „A czego nie powinieneś robić podczas jej odwiedzin”. Dziecko, zwłaszcza takie które na co dzień zna zasady dobrego wychowania szybko upora się z tym zadaniem. Jeśli coś mu umknie warto uzupełnić te listy. Kiedy dziecko samo przywoła pożądane i niechciane zachowania zrozumie czego się od niego oczekuje i będzie mogło to zrobić. A do tego będzie z siebie zadowolone, że tak wiele wie o dobrym zachowaniu. Jeśli chcemy coś jeszcze dodać od siebie to warto wytłumaczyć dziecku dlaczego chcemy to zrobić – „Ciocia ostatnio chorowała i tym razem nie będzie mogła bawić się z tobą na dywanie. Jeśli chcesz możecie w coś pograć przy stole”. Jeśli coś jest dla dziecka jasne bardzo chętnie spełni nasze oczekiwania. Większość dzieci woli być „grzecznymi” zwłaszcza jeśli właśnie wtedy skupiają na sobie uwagę rodziców.

    Podobnie ma się rzecz z wszelkiego rodzaju wyjściami i kupnem masy rzeczy, których nie chcemy kupić. Jeśli idziemy do parku również zapytajmy o to co można, a czego nie. Dodatkowo ustalmy nasze wydatki, np. „Dzisiaj nie zabieram z sobą portfela. Więc pamiętaj o tym i nie proś mnie o kupienie czegokolwiek” lub „Dziś idziemy tylko na lody, nie proś mnie o balona czy coś innego”. Dla niektórych dzieci nie będzie od razu to łatwe i przyjemne. Ale jeśli ustalamy zasady to się ich trzymajmy. Bo inaczej stracimy w oczach dziecka (nawet jeśli w danym momencie będzie się cieszyć z balonu).

    A kiedy coś się dzieje nagle. Wtedy zróbmy stop klatkę i wyjaśnijmy dziecku czego oczekujemy i jak ma się zachować. Zawsze konkretnie, jeśli trzeba z przykładem lub wyjaśnieniem powodu naszych oczekiwań.

    Nie utrudniajmy dzieciom poznawania zasad rządzących światem dobrego zachowania, podawajmy im konkretne przykłady a nie rzucajmy banały, których sami czasami nie rozumiemy. A wtedy wiele rzeczy i sytuacji stanie się przyjemniejszych 🙂 A jeśli teraz pomożemy dzieciom opanować trudną sztukę zachowania adekwatnego do sytuacji, będzie im odnaleźć się w wielu sytuacjach w dorosłym życiu.

  • Klapsy i inne obowiązki rodziców. Czyli jestem filozofem polityki i będę pisał o wychowaniu

    Czasami trzeba napisać coś kontrowersyjnego aby wszyscy o tobie mówili. I chyba tak właśnie było w przypadku pana Stawroskiego, a przynajmniej mam taką nadzieję. Bo nie chce mi się wierzyć, że ktoś kto tytułuje się profesorem nauk humanistycznych jest w stanie napisać taki artykuł wierząc święcie w to co pisze.

    W artykule, który podejrzewam dziś i jutro pobije rekordy czytelności przytacza wiele przykładów, które same sobie przeczą. Z jednej strony mówi o tym, że obowiązkiem rodziców jest dbanie o rozwój psychiczny i fizyczny dziecka poprzez dawanie mu dobrych przykładów. A chwilę później skupia się na tym, że klaps w określonych sytuacjach jest konieczny, np. kiedy dziecko bije inne w piaskownicy. Czyżbyśmy wtedy nie uczyli przez przykład? Biłeś – dam Ci klapsa… czego Cię nauczę?

    Rozumiem, że może pan Zbigniew uważać za absurd karanie w sądzie rodzica, który kilka razy wymierzył dziecku klapsa. Bo ważna jest jego zdaniem intencja i cel w jakim wymierzany jest klaps. Tylko czy jesteśmy pewni, że jeśli następnym razem klaps nie podziała to rodzić nie sięgnie po pasa?

    Jestem ciekawa czy pan profesor zdawał sobie sprawę, że klaps uczy niewiele. Dziecko boi się dostać klapsa, a nie uczy się dobrych zachowań, które rodzic chciałby wprowadzić. Klaps to okazanie przez rodzica słabości, bo nie potrafi zastosować innej formy wychowawczej. Uczy dziecko, że jeśli jestem bezradny i nie wiem co zrobić to można używać przemocy.

    Autor przywołuje przykład, że kiedy odciągamy dziecko od kontaktu to też jest forma przemocy. Bo dbamy o jego bezpieczeństwo. Z pewnością brak mu podstawowej wiedzy z dziedziny psychologii dziecięcej.

    Inny przykład to spoliczkowanie 50-latka przez jego matkę, kiedy mówi jej, że wymienił żonę na młodszy model. Pomija tylko fakt, że w tym przypadku to osoba dorosła, która już ma ukształtowany charakter i kodeks wartości. Zresztą przykładów dotyczących dorosłych jest znacznie więcej. A przecież dzieci i dorośli znacznie się od siebie różnią rozwojowo. Przede wszystkim dzieci dopiero poznają świat i taki jaki poznają będą kształtowali jako przyszli dorośli.

    Porównywanie klapsa do wyciągania igły z palca dziecka czy przywoływanie Kanta uważam za nie warte komentowania. A krytykowanie „Emil” Jana Jakuba Rousseau oraz jego echa modelu wychowania bezstresowego (oczywiście błędnie rozumianego – przeczytaj o tym) jest w ogóle poniżej jakiejkolwiek krytyki.

    Przy wszystkich dobrych intencjach autora w to aby państwo nie ingerowało przesadnie w wychowanie dziecka, które powinno odbywać się w rodzinie zastanawia mnie jedno. Gdzie w tym wszystkim jest rzeczywiście DZIECKO. Jego potrzeby rozwojowe, wnętrze. Gdzie jest spojrzenie z jego punktu widzenia. Gdzie zastanowienie się jakim dorosłym będzie kiedy klaps będzie obowiązkiem rodzica.

    Czas poświęcony na przeczytanie artykułu uważam za stracony. Na pewno będzie się dobrze „klikał”, ale moim zdaniem nie warto. Profesor Zbigniew Stawroski nie wypowiada się z punktu widzenia eksperta, rodzica czy wychowawcy. Jest filozofem polityki i jego zadaniem jest bazując na teoriach starych lub nowych wysnuwanie pewnych tez, które nijak się mają do życia codziennego. Wierzę, że żaden rodzic nie potraktuje tego jak przyzwolenie do klapsów.

    A co do autora. Gratuluję dużej poczytności artykułu. Kontrowersja dobrze się sprzedaje.

  • Miłość i konsekwencja – dwie siostry

    Ostatnio na kilku forach przyglądałam się dyskusjom na temat metod wychowawczych polecanych przez specjalistów. Mamy preferujące rodzicielstwo bliskości starły się z tym, które są za konsekwencją. Przywoływane są tam porady różnych bardziej lub mniej znanych „super Niań” oraz literatura z najprzeróżniejszych źródeł. Ogólne to cieszę się, że mamy prowadzą dyskusje dotyczące tak ważnego aspekty życia dziecka jak wychowanie, bo to znaczy, że im zależy. Mam jednak kilka wątpliwości.

    Po pierwsze wydaje mi się, że wiele mam „idzie” za modą w wychowaniu, którą teraz jest rodzicielstwo bliskości. Nie do końca rozumieją czym ono jest, czasami posiłkują się jakąś literaturą, częściej szczątkowymi informacjami z Internetu. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie krytykuje tej metody wychowawczej. Mam tylko wrażenie, że niektóre z mam czują presję jej stosowania, choć podskórnie czują, że czegoś im w niej brakuje. Zapominają, że każde dziecko jest inne, rodzina jest inna oraz doświadczenia. I nie w każdej sytuacji, zawsze to samo się sprawdza. Idea bliskości z dzieckiem jest czymś fantastycznym moim jednak zdaniem czasami to trochę za mało.

    Po drugie negowanie metod wychowawczych, które się sprawdzają u innych jest moim zdaniem bardzo nie fair. Zresztą już o tym pisałam.

    Wydaje mi się, że części z tych mam umyka bardzo ważna rzecz. Nie ma miłości bez konsekwencji i odwrotnie. Inaczej nie miałoby to sensu i nie nazwałabym tego skuteczną metodą wychowawczą. Bo sama bezgraniczna miłość może prowadzić do rozpieszczania (ale oczywiście nie musi), a z kolei konsekwencja bez wsparcia i codziennego okazywania pozytywnych uczuć to prosta droga do despotyzmu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żebym stawiała granice mojej Mariance, a jednocześnie nie okazywała jej wsparcia i miłości. Abyśmy w wyznaczonych ramach nie miały wspólnie czuć się bezpiecznie i radośnie. To, że ustalam zasady nie znaczy, że nie tulę dziecka, nie całuję i nie jestem czuła. Konsekwencją pokazujemy dzieciom, że nam na nich zależy i są dla nas ważne. Dla mnie to najwyższe możliwe okazanie miłości – wyznaczenie granic, w których dziecko może bezpiecznie się poruszać. Granic, w których okazuję mu zaufanie i uczę odpowiedzialności.

    Dla maluchów takimi granicami może być plan dnia. Ja też taki mam. Wyznacza on pory posiłków i pomaga nam wyznaczyć czas na zabawę i drzemki. Planując wizyty u lekarza czy jakiekolwiek wyjście uwzględniam go i staram się przestrzegać. Pokazuje w ten sposób, że potrzeby mojego dziecka są ważne i dbam o jego komfort. Każde większe zaburzenie w planie sprawia, że Mania jest rozdrażniona i poddenerwowana. Nie chcę aby tak się czuła. Czy w tym planie nie ma miejsca na odrobinę szaleństwa? Oczywiście, że jest. Są dni kiedy biorę rano Mariankę do swojego łóżka i wspólnie trochę dłużej leniuchujemy, okazując sobie czułość. Bo plan to ramy, które delikatnie można przesuwać tak aby było miejsce na uczucie między dzieckiem a rodzicem.

    Uważam, że najlepszym sposobem na to aby dziecko czuło się dobrze na każdym etapie swojego rozwoju, aby miało wspaniały kontakt z rodzicami jest dać mu bezpieczną i wyznaczoną przestrzeń do funkcjonowania i okazywać czułość oraz miłość. Dzięki temu jesteśmy w stanie nauczyć najpotrzebniejszych rzeczy w życiu. To właśnie mój sekret na wychowanie, z którego będą zadowolone dzieci i rodzice.

  • Kim będziesz jak dorośniesz? A kim chcesz żebym był?

    Kim będziesz jak dorośnie? Czy ktokolwiek z nas nie usłyszał tego pytania choć raz w życiu? Jak myślicie jak na nie odpowiadają dzieci?

    • strażakiem, policjantem, piosenkarką, aktorką, weterynarzem, księżniczką…

    Coraz częściej słychać jednak takie odpowiedzi:

    • programistą, finansistą, specjalistą od firm internetowych, lekarzem, prawnikiem, biznesmenem… człowiekiem bogatym.

    Ktoś może zapytać czy to źle, że dzieci marzą o realnej pracy, która przyniesie realne korzyści? Oczywiście, że nie. Ale kiedy słyszy się, że 5 latek planuje karierę w świecie finansów to już trochę przeraża. Nie dlatego, że kiedyś nie będzie pracował na giełdzie, ale dlatego, że wyszedł już ze świata fantazji i marzeń. Swoich marzeń. Marzeń, które pozwalają rozwijać się, bawić się, poszukiwać, błądzić i znajdywać drogę na nowo. Marzeń, które pozwolą realizować siebie, a nie swoich rodziców.

    To zrozumiałe, że rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Każde pokolenie chciałoby aby następne żyło w lepszych warunkach dobrobytowych lub co najmniej takich jak dotychczas. To co było nieosiągalne rozwojowo dla naszych dziadków – rodzice mieli na wyciągnięcie ręki. To o czym marzyli nasi rodzice dla nas jest czymś normalnym. To o czym nawet nie śnimy – będzie codziennością naszych dzieci. Nie znaczy to jednak, ze już dziś mamy je wkładać w trybiki „mieć” a nie „być”. Dzieciństwo to czas beztroski, który i tak coraz szybciej zostaje nam zabrany. Nie mówię tu o szkołę, bo daleka jestem od stwierdzeń typu, że szkołą zabiera dzieciństwo. To dorośli i ich wymagania zabierają je, czasami bezpowrotnie.

    Może część z Was oglądała film „Mały książę”, w którym główny bohater książki zapomina kim był, bo dorósł. Jednym z przesłań filmu jest to, że nie samo dorastanie jest złe, ale zapominanie o dzieciństwie i wszystkich jego radościach. Część z nas z pewnością zapomniała jak to jest być dzieckiem i cieszyć się z drobnostek, przeżywać wszystko po raz pierwszy, poznawać świat i kochać tych, którzy są dla nas dobrzy. Tego właśnie brakuje niektórym dorosłym do tego aby być szczęśliwym. A my przecież chcemy, żeby nasze dzieci były szczęśliwe.

    Czy to oznacza, że nie powinniśmy próbować nadać kierunek rozwoju naszym dzieciom jak najwcześniej? Tak. Czy nie mamy im pomóc odnaleźć własną drogę ku dorosłości? Ależ oczywiście, to właśnie jest zadanie rodziców. Pokazać różne możliwości, pozwolić spróbować, dać możliwość wyboru, wspierać w dążeniu do celu, cieszyć się z sukcesów, pomagać podnieść się przy porażkach.

    Dzieci mają prawo sto razy zmieniać zdanie, a decyzje podjąć kiedy będą gotowe. Moi rodzice może nie byli najszczęśliwsi kiedy w trzeciej klasie ekonomika zmieniłam plany i zamiast zostać radcą prawnym wybrałam zawód nauczycielki. Ale wspierali mnie, z pewnością bali się o moja przyszłość, ale byli przy mnie. Zresztą podobnie było kiedy moja siostra zapragnęła uczyć się w plastyku, a później zostać krytykiem sztuki. To, że zaplanujemy dzieciom przyszły zawód wcale nie znaczy, że będą żyły dostatnio i szczęśliwie. Dziś jeszcze nie ma zawodów które będą na topie kiedy one będą dorosłe. Już przekwalifikowanie jest czymś normalnym i to nie z przymusu, ale z chęci realizacji siebie i swoich pasji.

    Pozwólmy dzieciom marzyć o zostaniu księżniczką i astronautą. Pokażmy im różne możliwości. Bądźmy przy nich, wspierajmy. I najważniejsze… nie chciejmy przeżyć ich życia za nie.