Kategoria: Przeczytaj

  • Jestem za wychowaniem bezstresowym. Wiesz czym ono jest?

    Kiedy podczas zajęć ze studentami rozmawialiśmy o metodach wychowawczych zdziwili się, że w ogóle wspominam wychowanie bezstresowe. A jeszcze bardziej byli zszokowani kiedy mówiłam im, że to najlepszy co rodzice mogą zaoferować dziecku. Podnieśli larum, że przecież takie wychowanie „wyprodukowało” niegrzeczne dzieci, które nie zważają na nic, egoistów i w ogóle to co ja sobie myślę. Na moje pytanie czym według nich jest wychowanie bezstresowe odpowiadali, że to wtedy kiedy rodzice pozwalają dzieciom na wszystko. I dzieci się wtedy nie stresują, tylko włażą dorosłym na głowy. Tak właśnie postrzegane jest wychowanie bezstresowe w opinii publicznej. Zaczęło być modne jakiś czas temu, było lansowane jako przyjazne dziecku. Problem polega jednak na tym, że nikt rodzicom nie wytłumaczył czym tak naprawdę jest. Przyjęło się potoczne znaczenie tej metody wychowawczej.

    Jednak kiedy się zastanowić nad tym, znając psychologię dzieci, sposób ich myślenia i rozwoju łatwo można dojść do zgoła innych wniosków. Trzeba by się zastanowić kiedy dziecko tak naprawdę unika stresów? Wtedy kiedy czuje się bezpieczne. A kiedy czuje się bezpieczne? Kiedy wie w jakim miejscu się znajduje, ma stałe wartości i osoby znaczące w pobliżu. Pisałam już wielokrotnie o poczuci bezpieczeństwa. I nie ważne czy mowa tu o małym dziecku czy nastolatku. Będą się czuli bezpieczni, kiedy ich zdaniem rodzice będą się nimi interesować, kiedy będą wiedzieli co się stanie jak postąpią tak czy inaczej.

    Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy nastolatek wraca spóźniony do domu. Co będzie powodowało stres? Myśl, że zawsze za takie spóźnienie dostaje tydzień szlabanu, czy niewiadoma? Albo brak reakcji (nie interesują się mną) lub nieadekwatna reakcja (zbyt mała lub duża)? Jeśli wiem czego mogę się spodziewać stres jest mniejszy. Inna sytuacja, kiedy w sumie nie wiem, o której mam wrócić i co się stanie jeśli się spóźnię. Niepewność…

    Nieograniczona swoboda daje możliwość podejmowania różnych działań, których nie potrafi ocenić dziecko. Jeśli nikt nie czuwa w pobliżu i nie podpowiada czy dane działanie jest odpowiednie do umiejętności pojawia się strach.

    Ja wychowanie bezstresowe porównuję zawsze do ram obrazu. To ramy wyznaczają granice, w ramach których dziecko może się poruszać. W tych ramach jest bezpiecznie, rodzic czuwa ale nie interweniuje jeśli nie ma wyraźnej potrzeby. Dziecko wie, że jeśli przekroczy te ramy to zostaną wyciągnięte konsekwencje. Z czasem, kiedy dziecko jest starsze ramy zostają rozszerzone. Za każdym razem ustalając kolejne zasady lub znosząc dotychczasowe. Jeśli ramy będą zbyt szerokie zawsze można znowu je zmniejszyć. Wszystko zależy od wieku, umiejętności, odpowiedzialności dziecka.

    To właśnie przebywanie w tych ramach daje poczucie bezpieczeństwa i nie powoduje stresu. Oczywiście bardzo ważne aby ramy nie były tworzone sztucznie i pozwalały dziecku na rozwój i podejmowanie nowych wyzwań. Rodzice nie mogą ograniczać swoich dzieci w rozwoju i nauce odpowiedzialności. W końcu są one gośćmi, którzy w drodze ku dorosłości szukają schronienia i pytają o drogę.

    I właśnie takie jest wychowanie bezstresowe, które od lat stosowałam w pracy, a teraz zaczynam wcielać w życie Marianki. Będę ograniczała jej stres wyznaczając granice i ucząc konsekwencji oraz odpowiedzialności. Więc jeśli jeszcze ktoś mnie zapyta czy jestem za wychowaniem bezstresowym, bez zastanowienia odpowiem tak, o ile wiesz czym ono naprawdę jest.

  • Wołam o Twoją uwagę! Słyszysz mnie mamo/ tato?

    Nie odkryję Ameryki pisząc, że większość niepojących zachowań dzieci to wołanie o dostrzeżenie przez rodziców. Często spotykałam się z sytuacją kiedy rodzice poświęcali uwagę dziecku a i tak zachowania agresywne czy wycofanie występowały. Po mimo naszych najszczerszych chęci po prostu czasami nie widzimy naszego dziecka takim jakim jest w rzeczywistości lub nie dostrzegamy tego jakim ono chciało by być.

    W przypadku zachowań odstępujących od ogólnie przyszytych za zwyczajne często szukamy rozwiązań na tu i teraz. Nie zastanawiamy się nad przyczyną problemu, ale taką głębszą. Nie szukamy w dziecku głęboko ukrytych motywów i przekonań jakie ma ono w sobie. A sytuacje mogą być najróżniejsze. Bo tez najróżniejsze myśli siedzą w dziecięcych i młodzieżowych głowach i dopóki ich nie poznamy dopóty będziemy walić głową w mur. Często to jak dzieciom wydaje się, że my ich postrzegamy nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. A większość dzieci nie przyjdzie i nie powie „mamo zwróci uwagę na to co zrobiłem, to dla mnie ważne, bardzo się napracowałem i w końcu mi się udało, bądź ze mnie dumna”. Często nie jesteśmy w stanie wychwycić takich momentów, a wtedy w dziecku zaczyna pojawiać się myśl „nie zauważa mnie, nie kocha”.

    Ten dostrzegany przez dziecko brak uwagi może wynikać z wielu sytuacji. Być może jest tym starszym, które musiało sobie poradzić kiedy na świat przyszło rodzeństwo… Albo wydaje mu się, że tylko złym zachowaniem jest w stanie zwrócić naszą uwagę, bo za dobre nie jest chwalone. Innym razem możemy z czystej nieuwagi przegapić jakiś sukces dziecka, który dla nas może nie był zbyt spektakularny ale dziecko włożyło w osiągnięcie celu bardzo wiele. Są dzieci, które wycofaniem chcą zwrócić na siebie uwagę. Myślą sobie „jeśli mnie kocha, powinien zauważyć, że zamykam się w sobie, nie zauważył – nie kocha”. Zdarza się, że wśród rodzeństwa jedno jest „grzeczniejsze”, a drugie „łobuzuje”. To, które stosuje się do zasad jest pomijane, bo dobrze sobie radzi, ale w głowie może pojawić się myśl „jestem grzeczny, nie zauważają mnie, nie kochają, tylko on jest ważny”.

    Takich sytuacji są tysiące i nie przewidzimy wszystkich. Problem jest w tym, że rzeczywiście często w pędzie dzisiejszego świata rodzicom tylko się zdaje, że zwracają uwagę na dzieci. A tak naprawdę to dostrzegają zadaniowość wychowania, a nie skupiają się na przekazaniu informacji, że są z dziecka dumni, że dostrzegają starania i przede wszystkim kochają. Bo nie wystarczy powiedzieć, dziecko (i nie tylko) musi to czuć. Kiedy brak chwili na rozmowę, na pobycie razem w wymiarze duchowym i emocjonalnym w dzieciach rodzi się strach. Strach przed brakiem uwagi, a w konsekwencji brakiem miłości.

    Nie raz pomagając rodzicom w rozwiązaniu sytuacji kryzysowych, oni sami dochodzili do wniosku, że gdzieś się zagubili. Gdzieś w pędzie zapomnieli co jest najważniejsze w byciu rodzicem i byciu z dzieckiem w bliskiej relacji. Musieli odnaleźć drogę pomiędzy obowiązkami domowymi, zawodowymi do skupieniu na relacji z dzieckiem, dostrzeżeniu jakie fantastyczne mają dziecko i przekazaniu mu tego, że widzą, czują i są dumni. A jeśli dziecko czuje, że rodzic nie „ściemnia” tylko rzeczywiście znajduje zawsze czas na dostrzeżenie tego jakim jest naprawdę, inne problemy z czasem znikają.

    Nie jest to łatwe zadanie, bo też nikt nie powiedział, że rodzicielstwo jest łatwe. Ale podjęliśmy się tego zadania, jedni świadomie, inni może mniej. Ważne, aby przez nasze niedopatrzenie nie stracić więzi z dziećmi. Aby doraźne rozwiązanie problemu nie przysłoniło nam potrzeby odnalezienia jego źródła. A najważniejsze, żebyśmy nie bali się powiedzieć „pobłądziłem”… Jesteśmy tylko ludźmi, a nasze dzieci kochają nas bezgranicznie i jeśli dostrzeżemy swój błąd i się przyznamy to tylko urośniemy jeszcze bardziej w ich oczach. Nauczymy ich także, że błądzić jest rzeczą ludzką, najważniejsze aby później spróbować wrócić na szlak.

    Mamo! Tato! Słyszysz moje wołanie?

    Pokaż, że mnie kochasz!

    Nie czekaj, aż będzie za późno!

  • I nagle robi się cicho. Jak pomóc dziecku pożegnać się z kimś ważnym

    Żyjemy sobie spokojnie, raz jest weselej, a raz smutniej. Biegniemy codziennie z domu do pracy – z pracy do domu, zahaczamy o przedszkole lub szkołę, jakiś sklep. Później obiad, zabawa z dziećmi, praca domowa, kąpiel, kładzenie do łóżka, może jakieś prasowanie, chwila dla siebie, sen. Czasami pojawiają się jakieś problemy lub miłe niespodzianki. Urlop, święta, spotkania… ot, życie. Mało kiedy spodziewamy się, że będziemy musieli się z kimś żegnać. Są oczywiście sytuacje kiedy ktoś z naszych najbliższych choruje lub jest już leciwy i gdzieś z tyłu głowy mamy to, że może już za chwilę… Ale nawet wtedy śmierć kiedy przychodzi jest niespodziewana i bardzo bolesna. Przeżywamy to, cierpimy… próbujemy sobie poradzić. Nie rozumiemy dlaczego akurat teraz i akurat my… To jeśli nam jest tak ciężko, to co mogą czuć nasze dzieci w tej sytuacji?

    Śmierć trudno zrozumieć nawet dorosłym. Do pewnego momentu swego rozwoju dzieci w ogóle nie są w stanie pojąć czym ona jest, a przede wszystkim że jest nieodwracalna. Wydaje im się, że ukochany dziadek czy ciocia tylko zasnął i na pewno niedługo wróci. Dla nich niebo to chmury, w których latają samoloty. Niestety czasami koncentrując się na własnym cierpieniu zapominamy, że przede wszystkim to co się wydarzyło jest dla dziecka nowe i nie wie jak sobie z tym poradzić.

    Małym dzieciom często wystarczy powiedzieć, że ktoś umarł i już się nie obudzi. Warto zapewnić, że bardzo ta osoba bardzo kochała dziecko i będziemy ją wspominać. Bardzo pomocne mogą być tu bajki tzw. terapuetyczne. Sporo z nich porusza temat odchodzenia w taki sposób aby dzieci mogły to zrozumieć. Z nieco starszymi dziećmi trzeba rozmawiać, po prostu. Dowiedzieć się czy mają pytania, jak się czują. No właśnie – jak się czują? Nie zakładajmy, że będą czuły smutek… na to może przyjść czas później, kiedy np. na uroczystość Dnia Babci i Dziadka do szkoły nie przyjdzie ukochany dziadek albo w urodziny nie przyjedzie ciocia, która zawsze miała fajne pomysły. Tuz po samej tragedii dzieci mogą mieć różne odczucia i mają do tego prawo, zwłaszcza że często są w takiej sytuacji po raz pierwszy. Mogą czuć złość, znudzenie długimi godzinami modlitw, zmęczenie, poirytowanie – bo zabrania im się bawić oraz wiele innych odczuć. Rozmawiajmy o tym z dziećmi i nie wmawiajmy, że muszą być smutne. Jeszcze to poczują. Czasami wydaje nam się, że dziecko w obliczu śmierci jest obojętne – a ono po prostu ie wie jak się zachować. Dla niego to abstrakcja.

    Wiem, że w obliczu takich przeżyć trudno nam się myśli o innych, ale dla dziecka powinniśmy znaleźć czas. Aby nie pozostało w tej sytuacji samo. Bo jeśli nie będziemy rozmawiać, może nie dowiemy się, że przy ostatniej wizycie u babci dziecko było niegrzeczne i nie przeprosiło jej. A teraz wydaje się mu, że to przez to babcia umarła. Trzeba pytać

    Są rodzice, którzy za wszelką cenę chronią swoje dziecko przed tematem śmierci. Moim zdaniem to błąd, bo to część naszego życia. Trzeba tylko dziecko odpowiednio do tego przygotować i nie bać się rozmawiać. Również o swoich odczuciach.

    Dobrym pomysłem na oswajanie z tematem odchodzenia jest posiadanie zwierzątka. Małe, jak chomiki czy świnki morskie, złote rybki nie żyją długo. Oczywiście dziecku będzie smutno kiedy będzie musiało się pożegnać z ulubieńcem, ale to nauka życia i oswajanie się z trudnymi emocjami.

    Moi rodzice pochodzą ze wsi. Zwłaszcza rodzina mamy jest duża, utrzymujemy kontakty nawet z dalszymi kuzynami. Zawsze byliśmy razem w trudnych sytuacjach. Nie pamiętam pogrzebu dziadka bo miałam dwa latka, ale wiem że na nim byłam i pożegnałam się. Kilka lat później przyszyło mi się żegnać z wujkiem, chrzestnym, prababcią, bliższą i dalszą rodziną. Zawsze odwiedzaliśmy ich na cmentarzu kilka razy w roku. Wiedziałam jak udzielać wsparcia innym i sama je otrzymywałam. Czy czułam smutek na pogrzebach? Tak, ale też chyba jakąś świadomość, że tak jest. To każdego z nas czeka, a smutek choćby największy zawsze przemija. Moi rodzice intuicyjnie postępowali zarówno ze mną jak i moją siostrą. A bliskość z rodziną pozwalała nam czuć się bezpiecznie nawet w najtrudniejszych chwilach pożegnań.

    Nie życzę nikomu aby musiał żegnać się z najbliższymi, ale jeśli się to jednak stanie nie izolujmy od przeżyć rodzinnych naszych dzieci. Rozmawiajmy z nimi i twórzmy więź, która pomoże nie tylko dzieciom.

  • „Jesteś mądry” czy „Starasz się”?

    Amerykańscy naukowcy przebadali już chyba wszystkie aspekty życia i prowadzili badania nad wszystkimi tematami jakie nam przyjdą do głowy. Ale niektóre z tych badań są naprawdę ciekawe i dające dużo do myślenia. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o takim badaniu nad wynikami, którego powinien zastanowić się każdy rodzić i wychowawca.

    W badaniu wzięło udział 400 uczniów, którzy zostali podzieleni na dwie grupy. Jedni byli zapewniani o swojej mądrości, a drugich dopingowano chwaląc za wysiłek wkładany w naukę. Następnie każdy z uczniów otrzymał do wykonania jedno z dwóch zadań. Pierwsze było proste ale mało rozwijające, a drugie trudniejsze – można się było z niego sporo nauczyć, ale również popełnić dużo błędów. Być może się domyślacie jaki był rezultat… Uczniowie zapewniani o swojej mądrości w większości wybrali zadanie łatwiejsze, a 90% chwalonych za wysiłki wybrało to bardziej rozwijające.

    Jakie wnioski płynął z tego badania dla nas? Jest ich na pewno kilka. Po pierwsze jak mówi Carol Dweck, profesor psychologii ze Stanford University – autorka badania, „Sukces to nie kwestia wrodzonego talentu, błyskotliwej inteligencji ani szczęścia. Sukcesy odnoszą ludzie przekonani o tym, że wciąż się mogą wiele nauczyć”. Samo zapewnianie, że dziecko posiada jakąś cechę bez jej rozwijania prowadzi do wpajania błędnych przekonań. Po drugie jeśłi zaszczepimy w dzieciach chęć poznawania, uczenia się i rozwijania będą one w stanie odnaleźć się w każdej sytuacji. Nie będą się bały wyzwań i popełniania błędów. Tomas Edison zanim wynalazł żarówkę wykonał niezliczoną ilość nieudanych prób. Jednak nigdy nie traktował ich jako porażek tylko jako sposoby, które nie prowadzą do rozwiązania jego problemu naukowego.

    Czy zatem nie mówić dzieciom, że są mądre? Oczywiście mówić, tylko musi to mieć pokrycie w konkretnym dążeniu do celu i drodze jaką pokonały. Ja ostatnio chwale Mariankę za to, że nauczyła się chwytać grzechotkę. Próbowała od dłuższego czasu, aż w końcu się udało. Powiedziałam Jej „Jesteś moją kochaną, nadrą dziewczynką bo próbowałaś się nauczyć. Aż w końcu Ci się udało”.  Każde określenie dziecięcej cechy powinno być dookreślone czynnością lub staraniami jakie podjęło dziecko aby coś osiągnąć. Czy to bycie odważnym, czy zręcznym… Jeśli będziemy dzieciom mówić o konkretnych staraniach lub osiągnięciach, będziemy w ten sposób motywować do powtórzeń danego działania i utworzymy pozytywny wzorzec rozwoju. Musimy jednak pamiętać, że taki sposób postępowania nie ma na celu zmuszania dzieci do np. ćwiczeń na skrzypcach lecz do naturalnego pobudzania ro rozwoju w sytuacjach dnia codziennego. Bo to właśnie te najmniejsze czynności codzienne uczą schematów myślowych i przyzwyczajają do ciągłego dążenia do poznawania świata i rozwijania się.

  • Pokemony, tablety i inne atrakcje

    Świat oszalał… tym razem na punkcie Pokemonów, ale co i rusz coś nowego nie pozwala spać milionom. Dlaczego? Bo potrzebujemy nowości, adrenaliny, ekscytacji, oderwania od zwykłych spraw? Pewnie są jest jeszcze tysiące innych powodów. Coraz częściej kontakty na żywo, przeżycia i przygody przenosimy ze świata realnego do wirtualnego. I co gorsza robią to coraz mniejsze dzieci. Dla nich media i nowoczesne technologie to po prosty codzienność i to nie dziwi. Dla nas rodziców (choć też już nie wszystkich) smartfony, tablety, laptopy i inne urządzenia są nadal czymś nowym. I choć obsługujemy je sprawnie to nadal pamiętamy jak radziliśmy sobie bez nich. Mówię tu oczywiście o swoim pokoleniu trzydziestoparolatków i starszych. Bo z pewnością młodsi rodzice już też nie pamiętają czasów sprzed ery Internetu.

    Problem nie stanowią nowe technologie lecz to, że zastępują dzieciom życie codzienne, zabawy na świeżym powietrzu, kontakt na żywo z rówieśnikami. A przede wszystkim, że uzależniają coraz to młodsze dzieci. Nie będę tu pisała o negatywnym wpływie mediów na rozwój małych dzieci, bo takich artykułów powstały tysiące. Chce jednak zwrócić uwagę, że czasami z powodu braku czasu sami podsuwamy dzieciom świat wirtualny zamiast realnego. Zaczyna się niegroźnie… bajka kiedy mama chce ugotować obiad, zamiast czytania na dobranoc kreskówka na tablecie (która ni jak się ma do wyciszania, bo obraz i dźwięk tylko pobudzają dzieci – a później dziwimy się, że nie chcą spać, budzą się, mają koszmary czy wstają zmęczone), gierka na smartfonie w kolejce do lekarza… czy to coś złego? Jeśli zdarzy się to raz na jakiś czas, to nić się dziecku nie stanie. Ale kiedy jedynym argumentem aby wymóc dobre zachowanie 3-latka jest groźba konfiskaty tableta to robi się poważnie.

    Ważne jest abyśmy świadomie dawkowali dzieciom dostęp do urządzeń tego typu oraz abyśmy kontrolowali co tak właściwie dzieci na nich „robią”. Bo to, że uruchomiliśmy jakąś gierkę nie znaczy, że dziecko akurat w nią gra. Jeśłi sami w nią nie graliśmy to nie możemy mieć pewności jakie treści znajdzie w niej nasza pociecha. Maluchy szybko opanowują poruszanie się po sieci, a najciekawsze jest to co zabronione. Zachęcam więc do kontroli treści gier i stron internetowych odwiedzanych przez dzieci.

    Czy będę Mariance zabraniała korzystać z nowoczesnych urządzeń. Z pewnością nie. Już teraz raz na kilka tygodni na chwilkę zagląda na ekran laptopa kiedy rozmawiam z jej ciocią z Hiszpanii. Ale kiedy zauważyłam, ze głowa Mani podczas karmienia wychyla się w kierunku telewizora, zarządziłam całkowite jego wyłączanie w trakcie Jej posiłków. Będę Jej proponowała wersje gier na żywo, zamiast w internecie – myślę, że zbiórki zuchowe i harcerskie w tym pomogą. Dziś złapała Pokemona 🙂 żółty „Pikaczu” maskotka jest mięciutki, uśmiecha się i strasznie się Jej spodobał.

    Nie unikniemy kontaktu dzieci z technologią i przecież nie o to nam chodzi. Ale zanim będą poznawały świat wirtualny, niech dobrze poznają ten na żywo, niech potrafią i chcą się w nim bawić i cenią wartość każdego kontaktu live. Jeśli my i nasze wartości będziemy im towarzyszyć w poznawaniu świata naznaczonego technologią i internetem to maja szansę się w nim nie zagubić. A wręcz przeciwnie, czerpać z niego to co najlepsze i najciekawsze. Bo przecież daje on ogromne możliwości.

  • Dlaczego warto pamiętać

    Dziś jest 1 sierpnia, niby zwyczajny poniedziałek a w pamięci wielu ludzi (choć może nie aż tak wielu jak by się chciało) ta data powoduje jakieś takie wzruszenie czy drżenie serca. Mówię oczywiście o kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Starsi ludzie o pamiętają o tym niesamowitym zrywie w walce o wolność i tym morzu krwi wylanym za tę wolność. Ludzie z mego pokolenia też myślę, że są świadomi wagi tamtych dni. Niestety coraz mniej młodych ludzi wie co wówczas się wydarzyło, a wręcz nie ma ochoty ani potrzeby wiedzieć o tym.

    Wczoraj podczas spotkania Papieża Franciszka z wolontariuszami mówił jak ważna jest pamięć, że trzeba rozmawiać z rodzicami i dziadkami aby przekazali oni historię swoich czasów i swego życia. Bo z tego co już było możemy czerpać dziś i jutro, bez tego co było wczoraj nie było by nas…

    Dlatego tak ważne jest rozmawianie z dziećmi o przeszłości. Historia rodziny i narodu daje nam podstawy – korzenie. Jeśli wiem skąd pochodzimy, łatwiej nam ustalić dokąd zmierzamy. Ta wiedza daje nam podstawy poczucia tożsamości, które jest jedną z podstawowych naszych potrzeb.

    Już dziś wiem, że moja Marianka będzie znała historię naszej rodziny i naszego kraju. Ale przede wszystkim nie z podręczników szkolnych, ale tę żywą historię pisaną prze ludzi wielkich i małych, znanych i zwyczajnych. Jak chcę to zrobić? Na razie mam kilka pomysłów, a z biegiem czasu z pewnością zrodzi się ich więcej. Przede wszystkim mam nadzieję, że Mania będzie miała okazję porozmawiać z moją babcią, która przeżyła wojnę i okupację. A jeśli nie to obejrzy nagrania wspomnień babci, które kiedyś zrobiła moja siostra. Marianka na pewno będzie uczestniczyła z nami we wszystkich uroczystościach rodzinnych – wesołych czy smutnych – tam spotka ludzi, którzy jej wiele opowiedzą o tym skąd się wywodzi. Zaprowadzę Ją na uroczystości patriotyczne, odwiedzimy miejsca pamięci, muzea, w rocznice wydarzeń historycznych będziemy o tym rozmawiać. Kiedy przyjdzie pora będzie sama rozprawiała o historii przy ognisku harcerskim. I będzie znała przeszłość swojej rodziny i narodu, aby mogła w przyszłości dokonywać dobrych wyborów i wiedział jak mocne ma korzenie.

  • Dlaczego się nie wspieramy?

    Myślę, że większość rodziców, a zwłaszcza mam, choć raz w życiu szukało odpowiedzi na nurtujące je pytanie związane z rodzicielstwem w internecie. O tym, co możemy znaleźć na forach i stronach z takimi informacjami napisze kiedy indziej. Dziś chciałabym opowiedzieć o czym, co zauważyłam niedawno, a bardzo mnie zdziwiło. A mianowicie, że jeśli tylko w dyskusji nad problemem jakaś mama ma inne zdanie niż większość… to zaczyna się hejt. Na początku nie mogłam tego zrozumieć, bo zawsze myślałam, że ludzie którzy są rodzicami powinni się wspierać w tej trudnej roli, ale zapomniałam o jednym. To jakim jesteś rodzicem bardzo zależy od tego jakim jesteś człowiekiem i jak komunikujesz się z innymi. Czy to znaczy, ze jeśli ktoś piszę coś z czym się nie zgadzam nie mogę zareagować? Oczywiście mamy takie prawo, chodzi tylko o to w jakim stylu to zrobimy. Czy nasza odpowiedź będzie wyrażeniem swego zdania z poszanowaniem zdania innych czy zwykłym „wsiadaniem na kogoś”.

    Przykładem może być dyskusja o tym jak, co i kiedy wprowadzać do jadłospisu maluszka. Każda z mam miała inny pomysł na to kiedy zacząć wprowadzać stałe pokarmy i oczywiście jakie. Kiedy pojawiła się mam, która opisała jak je jej dziecko (szybko zaczęło jeść mięso) to zaraz wiele innych kobiet zaczęło jej wypominać, że to nie zdrowe, tuczące, rozpycha żołądek dziecka, będzie kiedyś otyłe, itp. Żadna nie zapytała jak to dziecko funkcjonuje, czy rozwija się dobrze, itp. Przecież każde dziecko jest inne, kiedyś każda kobieta wychowywała swoje pociechy wg instynktu i tego co przekazały jej mama, babcia, ciocie.

    Dlaczego wydaje się nam, że jesteśmy najmądrzejsi, najbardziej doświadczeni, nasz sposób jest najlepszy, najwspanialszy? Powtarzam to jak mantrę zawsze jeśłi chodzi o rozwój dziecka – każde jest inne i każdy rodzic najlepiej czuje co jest dla niego najlepsze. Ja też czasami robię coś przy Mariance co może nie jest wprost zrozumiałe ale czuje, że tak trzeba. Mąż czasami pyta: dlaczego tak ją trzymasz, układasz… właśnie tak? Bo tak czuję.

    Wiem, że mój idealizm jest pewnie daleki od codzienności i nie zawsze wszyscy rodzice będą się wspierali. Ale bardzo bym nie tylko sobie życzyła tego abyśmy wszyscy umieli wyrażać swoje opinie w sposób kulturalny i cywilizowany. Nie ważne czy na forum internetowym, w piaskownicy, w sklepie, przedszkolu, szkole… Bo nikt z nas nie jest nieomylny, a skrzywdzić jest kogoś bardzo łatwo. A jeśli już my usłyszymy takie komentarze pod swoim adresem to pamiętajmy, że to my jesteśmy rodzicami naszych dzieci, kochamy  je najbardziej na świecie i wiemy czego im potrzeba. A jeśli chcemy kogoś prosić o radę, niech to będą osoby zaufane, które nam pomogą, a nie będą hejtowały.

  • Bezpieczeństwo

    Od urodzenia każdy z nas ma swoje potrzeby. Jedne z nich są pierwszo-, drugo- czy trzeciorzędne. O ile potrzeby fizjologiczne u dziecka łatwo jest rozpoznać i stosunkowo szybko zrealizować, to już z innymi bywa trudniej. Kiedy dziecko jest głodne, ma mokro, jest mu zimno lub gorąco coś boli daje znać a rodzic stara się szybko zareagować. Ale czasami maluch płacze choć wszystkie potrzeby podstawowe są zrealizowane. Wtedy najczęściej jest problem z jego poczuciem bezpieczeństwa. Nawet dzieci, które już mówią nie są w stanie dokładnie powiedzieć o co chodzi. Po prostu czują się źle, boją się, coś jest nie tak jak powinno być – tak się przynajmniej czują.
    Takie uczucia i potrzeby bardzo trudno rozpoznać, ale pamiętając że ma je każdy warto się o nie zatroszczyć w każdej chwili. A jak? Trzeba się najpierw zastanowić w jakich momentach czujemy się bezpieczni i my i nasze dzieci. Co lub kto sprawia, że to uczucie w środku jest przyjemne a nie przerażające. Z pewnością poczucie bezpieczeństwa wzmacniają osoby znaczące, miejsca lub rzeczy ważne. Ale czasami może to być również smak, zapach lub wspomnienie. Warto więc mieć na podorędziu cały zestaw narzędzi, które wzmocnią w dziecku poczucie bezpieczeństwa.
    Nawet małe dzieci same próbują sobie pomóc aby czuć się bezpiecznie, chcą stworzyć sobie mały świat, ich świat. Jak to robią? Chcą być zawsze z rodzicami lub kimś bliskim, nie lubią nowych miejsc ale przede wszystkim znajdują sobie jakąś „rzecz” z którą się nie rozstają. Jej zapach, struktura lub smak przywołują pozytywne emocje i dają poczucie bezpieczeństwa. Jakie to rzeczy? Maskotka, kocyk, pielucha, poduszka, poszewka, samochodzik czy bluzka mamy 🙂 Rodzicom trudno zrozumieć dlaczego akurat to a nie co innego stało się ulubioną rzeczą dziecka. Nie warto walczyć… bo jeśli pozbawimy dziecko ulubieńca to również ucierpi poczucie bezpieczeństwa.
    Jaką siłę mają „ulubieńcy” przekonałam się wczoraj u lekarza. Marianka leżała u mnie w ramionach, miała smoczek a jednak nie czuła się dobrze. Dopiero kiedy dostała swego Leosia uspokoiła się. Kiedy go dotknęła… to było coś magicznego, od razu widać było ulgę na twarzy.
    Po mimo, że jest to czasami uciążliwe, pamiętajmy o ulubieńcach naszych dzieci, kiedyś na pewno będą na tyle pewne siebie, że przestaną ich potrzebować. Poznają świat na tyle, że nie będzie ich przerażał. A na razie… trzeba pilnować, prać i nie zapominać 🙂 Bo nie oszukujmy się, my też mamy takie swoje sposoby aby w nowych miejscach i sytuacjach czuć się bezpiecznie. Powodzenia

  • Nie bój się! Nie będzie bolało! No, nie płacz!

    Byłam dziś na badaniach w laboratorium. Pojawiła się tam również mama z 3 – 3,5-letnią córeczką. Niby nic nadzwyczajnego, ale miałam okazję obserwować jedną z tych scen, które często można zobaczyć. Już na wstępie mama informowała wszystkich zainteresowanych, stojących w kolejce, że to pierwsze pobieranie krwi córeczce na „żywca”, i trzeba dzieci hartować i przyzwyczajać do wszystkiego. Potem chętnie dodała, że ona w sumie to boi się pobierania krwi, ale cóż dziecko to dziecko i musi doświadczać różnych rzeczy. Dodam, że córeczka cały czas stała obok mamy.
    Już wtedy zastanawiałam się, kiedy mała zacznie płakać, ale była dzielna. W następnym etapie mama przeniosła swoje zainteresowanie na dziewczynkę i rozpoczęła tyradę, że w sumie to się nie ma czego bać, nie będzie bolało, nie ma co płakać, przecież jest dużą dziewczynką i takie tam… Mała była dzielna aż do momentu wejścia do pomieszczenie gdzie pobiera się krew. Tuż przed progiem rozpłakała się, zaparła i nie chciała wchodzić. Nie widziałam, ale domyślam się po odgłosach, że pielęgniarka miała problem z pobraniem próbki, a po wyjściu dziewczynka płakała jeszcze głośniej. Co usłyszała od mamy? ” – nie płacz, przecież nie bolało aż tak, uspokój się”. Dziecko zaczęło się zanosić jeszcze bardziej, aż do momentu kiedy po prostu zwymiotowało….
    Czy można było oszczędzić tego doświadczenia dziewczynce? Moim zdaniem, tak. Jakich rad udzieliłabym tej mamie, przed następnym trudnym dla dziecka – pierwszym razem?
    Po pierwsze warto już w domu, wcześniej rozpocząć rozmowę z dzieckiem na temat tego co się wydarzy. Jeśli jest to dla dziecka coś nowego nie wie czego może się spodziewać. Nie zakłada, że spotka go coś złego. Kiedy rodzić zaczyna wypowiedz od słów „nie bój się” mały człowiek, który do tej pory być może był raczej zaciekawiony,  może pomyśleć, że jeśli mama mówi coś o strachu to może warto zacząć się bać? Warto wytłumaczyć co po kolei będzie się działo i dlaczego trzeba to zrobić (np. żeby sprawdzić, czy jesteś zdrowy). Kiedy dziecko zapyta czy to boli należy porównać ból, którego może się spodziewać do odczuć jakie już zna. Nie okłamujmy dzieci, że coś nie boli jeśli tak nie jest. Bo następnym razem, w ważnej sprawie nam nie uwierzą. Porównajmy ból do ukąszenia komara, ukłucia szpileczką czy igiełką. Powiedzmy też, że pani pielęgniarka zna się na swojej pracy i będzie bardzo delikatna.
    Po drugie pamiętajmy, że dzieci wszystko słyszą, nawet kiedy wydaje się nam, że nie słuchają. Kiedy rozmawiamy z innymi dorosłymi, dzieci wychwytują z takiej rozmowy bardzo wiele. Więc jeśli z innymi omawiamy coś co ma spotkać dziecko, a później zupełnie innych argumentów używamy w rozmowie z dzieckiem, ono szybko wywnioskuje, że coś jest nie tak.
    Po trzecie, każdy z nas ma prawo do własnych odczuć. Dzieci też. Jeśli coś je zabolała, mają prawo popłakać. Kiedy słyszą w takiej sytuacji od rodzica „nie płacz, przecież nie bolało”, dodatkowo robi im się przykro, że mama lub tata nie szanują ich odczuć, nie rozumieją. Przecież mnie to zabolało, więc dlaczego oni mówią, że nie bolało? Co warto wtedy powiedzieć? Uznać prawo dziecka do płaczu – „Rozumiem, że Cię bolało, ale i tak jestem z Ciebie dumny”, „Bolało? Ale może teraz już mniej? Jak myślisz?”. Warto dziecko w takich chwilach przytulić, ale też nie nadmiernie rozczulać się. Nie mówić, ze zła pani pielęgniarka skrzywdziła, albo inne takie. Po prostu być z dzieckiem.
    Właśnie takich rad udzieliłabym tej mamie, która z pewnością bardzo kocha swoją córkę i chciała dla niej jak najlepiej. Chciała dostarczyć jej nowych doświadczeń, budować charakter… Doceniam to, ale znając dziecięcą psychikę, wiem że można to wszystko osiągnąć w sposób łagodniejszy i łatwiejszy dla dziecka.

  • Święta – ale jakie?

    W zeszłym roku mogliście przeczytać mój wpis oraz obejrzeć filmik dotyczący prezentów. Były to odpowiedzi na pytania znajomych. Dla mnie jednak w tych najbliższych tygodniach przez zbliżającymi się Świętami jest zupełnie co innego.
    Bo warto w tym miejscu przypomnieć, że Święta Bożego Narodzenia mają kilka ważnych aspektów. Jeżeli obchodzisz te Święta to znaczy, że kultywujesz tradycje chrześcijańskie. W związku z tym nie obce Ci jest zapewne, że mają one aspekt religijno – duchowy, rodzinny i dopiero na samym końcu dopiero materialny. I tu się rodzi pytanie. Jak chcemy aby nasze dzieci rozumiały i przeżywały Boże Narodzenie? Czy te Święta mają kojarzyć się tylko i wyłącznie z prezentami i dobrym jedzeniem? Czy może chcielibyśmy przekazać im coś więcej?
    Jeśli chcecie dla swoich dzieci czegoś więcej to jest na to kilka sposobów.
    Przede wszystkim warto od najmłodszych lat włączać dzieci do przygotowań świątecznych. Wspólne wykonywanie ozdób na choinkę czy do dekoracji stołu wigilijnego, przygotowywanie własnoręcznie wykonanych upominków dla najbliższych, sprzątanie domu, a przede wszystkim gotowanie. Wiadomo, że często dzieci bardziej przeszkadzają niż pomagają, ale pomyślcie jakie wspomnienia zapewnicie sobie i swoim dzieciom podczas pieczenia i dekorowania pierniczków czy tradycyjnych rodzinnych potraw.
    Opowiadajcie dzieciom i tradycji świątecznej i rodzinnej. Nasze pociechy na pewno zainteresuje dlaczego kładziemy sianko na stole, skąd się wzięła liczba 12 potraw albo co oznacza puste miejsce przy stole. Przekażcie im historie rodzinne dotyczące Świąt. Jednym z pierwszych smaków wigilijnych jakie pamiętam są pierogi mojej babci Anki. Niby nic… mąka, jajko, mleko, mak… to zawsze było na wsi… kiedy babci zabrakło z nami byłam studentką, ale do dziś przygotowuję te pierogi na rodzinną wigilię bo bez nich jakby czegoś zabrakło… Z pewnością Wy też macie takie historie…
    Pokażmy dzieciom, że Noc Bożego Narodzenia niesie ze sobą radość, nadzieję, miłość, dobro, rodzinne ciepło. Nauczmy ich tego od małego. Czy w związku z tym namawiam do rezygnacji z prezentów? Oczywiście, że nie. Sama nawet dziś nie mogę się doczekać co też znajdę pod świątecznym drzewkiem. Więc jak to pogodzić? Najbardziej podoba mi się proste dziecięce rozumowanie. Kilka lat temu kiedy rozmawiałam z przedszkolakami o Świętach jedna z dziewczynek powiedziała, że to najlepszy dzień w roku. Od razu pomyślałam, że chodzi jej o prezenty. Ale ona powiedziała coś, co mnie rozbroiło „Bo wie Pani. Wtedy rodzi się Jezusek i on jest taki dobry, że w swoje urodziny chce żeby wszyscy byli szczęśliwi, dlatego dostajemy prezenty. Ale on nie jest smutny, bo my mu też dajemy prezent – to, że jesteśmy grzeczni i mamy dobre serduszko…” Chciałabym, żeby moje dzieci tak właśnie myślały o prezentach pod choinką. Tego sobie i Wam życzę nie tylko na te Święta…