Kategoria: Przeczytaj

  • Wolę kartki niż sms-y

    Święta tuż, tuż… To czas przygotowań, sprzątania, gotowania, kupowania i pakowania prezentów. Boże Narodzenie to czas bardzo rodzinny. I choć czasami rodzina i przyjaciele są daleko od siebie to choćby myślami jesteśmy razem. Zresztą możemy im to okazać…

    Życzenia świąteczne składane sobie przy dzieleniu się opłatkiem to Polski zwyczaj. Kiedyś takim zwyczajem było również wysyłanie sobie kartek świątecznych dla tych, którzy nie mogli być z nami. Dziś ten zwyczaj odchodzi w niepamięć. Zastępują go sms-y, mms-y, e-maile, wiadomości na „messengerze” i „wathsupie” czy nawet snapy. Ja w tym względzie jestem tradycjonalistką. Odkąd pamiętam w domu rodzinnym wysyłaliśmy kartki z życzeniami… i dostawaliśmy je. Były jak ciepły uścisk, od krewnych i przyjaciół oddalonych od nas. Jako dziecko pisząc kartki do dawno nie widzianych cioć czy wujków wkładałam w nie całe swoje dziecięce serce.

    Teraz kiedy jestem dorosła i mam swoją rodzinę, nie wyobrażam sobie nie wysłać świątecznych kartek, ręcznie pisanych do bliskich w różnych częściach Polski. Staram się co roku kupić ręcznie robione kartki (z kiermaszu charytatywnego w Przedszkolu PUCHATEK), starannie wypisuje ręcznie każdą z nich… do większości dołączam zdjęcie córeczki. Zwłaszcza ciocie, które rzadko lub w ogóle nie widziały Marianki bardzo się z tego cieszą.

    Dlaczego jest to tak ważne? Dla mnie taka kartka ma wielką wagę. Poprzez dbałość o szczegóły jak ręczne pismo staram się okazać moim bliskim jak są dla mnie ważni i że choć nie spotkamy się na Święta, to będą zawsze w moich myślach i sercu. Ktoś może powiedzieć, że to starodawne i nieekonomiczne. Pewnie tak. Ale dla mnie nie ma to znaczenia. Bo w tych dniach najważniejsze są emocje. Czy nie można ich przekazać poprzez nowe sposoby komunikacji? Oczywiście, że można. Choć chyba zdajemy sobie sprawę, że 90% życzeń przesyłanych telefonicznie lub internetowo to „kopiuj – wklej”. Oczywiście miło kiedy je dostaję, ale kartka to jednak coś więcej. Nie twierdzę, że nie ma ludzi piszących indywidualne życzenia poprze „nowe media”, ale są oni mniejszością.

    Mam nadzieję, że w przyszłym roku kartki świąteczne zrobimy samodzielnie z Marianką i będą one jeszcze ważniejsze. Chciałbym przez to nauczyć córkę, że nawet przez małe gesty można okazać przywiązanie i emocje. Was również zachęcam do wysyłania kartek świątecznych i okazania w taki sposób uczuć najbliższym choć mieszkającym daleko.

  • Kiedy pada i jest ciemno – co robić z maluchem?

    Jesień i zima to dla maluchów i rodziców nie najłatwiejszy okres. Po lecie, kiedy niemal całe dnie można spędzać na świeżym powietrzu przychodzą zimne, mokre dni, a zaraz po drzemce robi się ciemno. Co wtedy robić? Na pewno nie popadać w zniechęcenie, ale wykorzystać ten czas na zabawę i rozwój naszego dziecka. Ale jak?

    To o czym będę pisała to z pewnością nie jest wiedza tajemna, ale tak właśnie my z Marianką spędzamy czas. To są nasze propozycje dla dzieci w wieku żłobkowym 1 – 3 lata. Oczywiście część z nich będzie dla roczniaków zbyt trudna, ale od czego są ćwiczenia. Trzeba pamiętać, że dzieci same z siebie nie wiedzą jak bawić się w niektóre rzeczy, to my musimy im to pokazać i nauczyć.

    Zapraszamy do wspólnej zabawy 🙂

    Ciastolina i inne masy plastyczne

    To wspaniała zabawa, która rozwija zdolności manualne i ćwiczy koordynację ruchową. Przy maluchach warto bacznie obserwować czy nie będą próbowały jeść ciastoliny. Ma ona specyficzny zapach, a od wąchania do lizania czy gryzienia droga jest już niedaleka 😉

    Ze starszakami warto spróbować innych mas plastycznych, zwłaszcza wykonywanych wspólnie. Przepisy na masę solną czy papierową, kolorowy ryż, jadalną ciastolinę lub piasek księżycowy można znaleźć na wielu portalach internetowych.

    ciastolina

    Wspólne i samodzielne czytanie

    Siły i wartości książek nie można nie doceniać. Obecnie jest tak ogromny wybór książek dla dzieci, że każdy nawet najbardziej wybredny czytelnik znajdzie coś dla siebie. Kampanie takie jak „Cała Polska czyta dzieciom” już od dawna promuje wspólne czytania. Ja zachęcam też do tego aby dzieci miały dostęp do części książeczek – zwłaszcza kartonowych, samodzielnie.

    Rodzice często pytają mnie jak sprawić, żeby maluchy nie niszczyły tych książeczek. U nas Marianka od zawsze była blisko książek. Najpierw tylko słuchała, potem zaczęłyśmy wspólnie oglądać te kartonowe, powtarzaliśmy Jej, że książeczki są do oglądania a nie jedzenia. I kiedy miała około 1,5 roku pozwoliłam Jej samodzielnie je -oglądać. Kilka razy spróbowała je polizać, ze trzy na okładce mają ślady zębów, ale to wszystko. Teraz sama sięga po ulubione pozycje i spędza z nimi sporo czasu.

    ksiazeczki

    Puzzle i układanki

    Rozwijają koordynację wzrokowo – ruchową, ćwiczą skupienie, przygotowują do nauki czytania i pisania. A od czego zacząć? Od tych puzzli, które są drewniane i można je chwycić od góry. Warto wybierać takie, które pod spodem mają taki sam obrazek jak na ruchomym elemencie, to pomoże najmłodszym. Następnie warto sięgnąć po puzzle dwuelementowe. Ciekawe są również układanki typu „uzupełnij element” czy znajdź pary.

    Pamiętajmy, że trzeba dzieciom pokazać jak je powinny składać, bo nie od razu będą wiedziały jak to zrobić.

    puzzledomek-ukladankaukladanka-biedronka

    Klocki

    Ktoś może powiedzieć, że przecież to najprostsza zabawa na świecie. Oczywiście, ale dla maluchów wcale nie takie proste. Zachęcam do tego aby zaczynać od tych klocków z dużymi elementami. Najpierw rodzice budują, a dzieci „rozwalają”, aż w końcu maluchy same spróbują stworzyć np. wieżę. Takie klocki można również wykorzystać do nauki segregowania, kolorów czy sprzątania.

    Kiedy dzieci opanują te najprostsze klocki zachęcam do poszukiwania takich o oryginalnych kształtach kwiatków, kratek, kostek, kół zębatych, itp. Pomogą one rozwijać dziecięcą wyobraźnię – zwłaszcza tę przestrzenną.

    kolckiklocki-wieza

    Wspólne gotowanie

    To niełatwa sztuka, ale zawsze warto spróbować. Oczywiście trudno mówić o gotowaniu z roczniakiem, ale od czegoś trzeba zacząć. Obserwacja to już wiele. Warto wdrażać dzieci do wspólnej pracy, próbowania składników, dawania… Każdy posiłek, choć odrobinę przygotowany przez siebie lepiej smakuje. To tez jeden z pomysłów na „niejadki”. Wiadomo, że zanim zaczniemy gotować trzeba najpierw kupić składniki. Warto w sklepie opowiedzieć dziecku do czego wykorzystamy poszczególne produkty, nazywać je czy wspólnie wybierać.

    dynia

    Zabawy sensoryczne

    Najprościej można nazwać je zabawy rozwijające zmysły: smaku, dotyku, słuchu, węchu, wzroku. Pomysłów zarówno w literaturze jak i internecie jest wiele. Ja zachęcam do samodzielnego tworzenia takich zabaw.

    U nas hitem w zabawach dotykowych jest szukanie kasztanów schowanych w makaronie oraz faktury. Te ostatnie mamy akurat kupne, ale zrobienie ich samodzielnie nie jest trudne. Wystarczy zebrać kilka materiałów o różnych fakturach i przykleić je do kartoników.

    fakturykasztany

    Smak najłatwiej ćwiczyć właśnie podczas zabaw w kuchni.

    Aby rozwijać zmysł słuchy wystarczy kilka prostych instrumentów. Ze starszymi dziećmi można je wykonać samodzielnie. Najprostsze oczywiście będą do wykonania grzechotki, ale pomysłowi rodzice z pewnością mogą pokusić się o wykonanie fletu czy tuby 😉 A potem? Wystarczy wspólny śpiew i muzykowanie. Ze starszakami warto bawić się w próby odtworzenia rytmu lub tworzenia akompaniamentu do znanych piosenek. Można też skorzystać z gotowych dźwięków zwierząt, przedmiotów codziennego użytku czy przyrody i zgadywać „co to?”.

    instrumentyinstrumenty2

    Maluszki czasami nie potrafią „wąchać” na zawołanie. Trzeba pokazać jak to robić. Co możemy wąchać? Co nam wyobraźnia podpowie: przyprawy, kwiatki, potrawy, kosmetyki. Istnieją też gry, w których są gotowe zapachy i trzeba dopasować je do obrazków – Marianka bardzo je lubi.

    nos-w-nos

    Najwięcej zabaw można wymyślić na ćwiczenie wzroku. Bo zaczynamy od książeczek kontrastowych – a może wspólnie stworzyć własną, poprzez szukanie dwóch takich samych rzeczy, segregowanie kolorów czy kształtów, a kończąc na chowaniu rzeczy i zgadywaniu czego brakuje.

    Zabawy plastyczne

    Kredki i farby to coś czego nie powinniśmy unikać. Oczywiście pierwsze prace maluchów nie będę zbyt… podobne do czegokolwiek, ale i tak bardzo ważne. Im szybciej dzieci będą rysowały, malowały i kolorowały, tym szybciej opanują chociażby poprawny chwyt. Nie jest to łatwe i nie należy maluszków od razu do tego zmuszać, ale ważne jest aby dzieci w ogóle chciały rysować i malować. Na początku najczęściej maluchy mają problem ze zbyt delikatnym lub mocnym naciskiem na kredkę. Na szczęście teraz są bardzo fajne, grube kredki, którymi łatwiej rysować.

    Jeżeli chodzi o farby to rodzice często boją się bałaganu i rozlanej wody. Na początku można skorzystać z farb w sztyfcie, kredek wodnych lub farb w pędzlu.

    Im dzieci starsze tym można pokusić się o wydzieranki czy wyklejanki. Tylko wyobraźnia nas ogranicza.

    Pamiętajmy, że mało które dziecko usiądzie do stolika od razu na dłużej. Na początku cieszmy się z minuty czy dwóch. A, że trening czyni mistrza, a dzieci uczą się skupienia to z czasem opanują i tę umiejętność. Pomoże im to również w adaptacji do przedszkola.

    kredki

    Naklejki

    Na początku dzieci nie bardzo potrafią z nich korzystać, warto zacząć jedynie od przyklejania, a to rodzic niech odkleja je. Pomóżmy dziecięcym rączkom nakierować się na odpowiednie miejsce. Można zacząć też jedynie od przyklepywania cała rączką naklejki. Teraz są dostępne książeczki właśnie dla najmłodszych z dużymi elementami do przyklejenia. Dla 2 – 2,5 latków można już zaproponować takie gdzie nie tylko trzeba coś przykleić, ale wykonać do tego jakieś proste zadanie.

    Naklejki rozwijają bardzo koordynację oko – ręka i ćwiczą skupienie oraz dokładność.

    naklejki

    Gry dla najmłodszych

    Niewiele firm proponuje gry dla dzieci poniżej 3 lat, ale nawet te można wykorzystać do zabawy z młodszymi. Wystarczy uprościć zasady lub wymyślić własne. Najbardziej nadadzą się do tego wszelkiego rodzaju loteryjki, dopasowywania par czy memory. Warto na daną grę spojrzeć szerzej i nie skupiać się tylko na tym do czego przeznaczył ją producent. Jakiś czas temu trafiłyśmy na grę z drewnianymi zwierzątkami w różnych kolorach. Trzeba w niej wyrzucić na kostce kolor i zebrać cały zestaw zwierząt. My jednak wykorzystujemy ją do nauki kolorów, segregowania, wyszukiwania „takiego samego”.

    gra-kolorygra-loteryjka

    Bańki mydlane

    Zawsze i wszędzie zajmą maluchy na krótszą lub dłuższą chwilę. My zawsze mamy je pod ręką, choćby po to aby na chwilę odetchnąć przed kolejną zabawą.

    Starszym dzieciom warto zaproponować aby to one puszczały bańki, to wspaniała zabawa logopedyczna.

    banki

    Piasek kinetyczny

    To w sumie jedna z mas plastycznych, ale Marianka go uwielbia. To taki mini substytut piaskownicy i wspomnienie lata. Warto zaopatrzyć się w folię do położenia na miejscu zabawy, łatwiej wtedy sprzątnąć i piasek nie jest wtedy zanieczyszczony niczyim innym.

    Piasek może tez pomóc tym dzieciom, które nie lubią dotykać tego prawdziwego w piaskownicy. W domowych warunkach łatwiej się przełamać i przyzwyczaić do tej specyficznej w dotyku materii.

    piasek-kinetyczny

    I ostatnia ale najważniejsza… zabawa swobodna

    Ktoś mógłby powiedzieć cóż w niej niezwykłego i trudnego zarazem. Ale jest wielu rodziców, którzy wiedzą, że aby dziecko samo się pobawiło musi najpierw być tego nauczone (jak? Przeczytasz tu).

    zabawa-swobodnazabawa-sw

    To tylko kilka pomysłów, które my najczęściej wykorzystujemy. Ale tak naprawdę to wszystko co jest w domu może być inspiracją do wspólnej zabawy. Rodziców, który mają chęć do tworzenia samodzielnego zabawek i to takich rozwijających zachęcam do zajrzenia na Instagramie na profil @zabawy_liliany – tam bardzo kreatywna mama – nauczycielka przedszkola prezentuje swoje pomysły. Bardzo polecam

  • Dlaczego dzieci bywają agresywne?

    Oczywiście na temat agresji u dzieci powstało wiele książek, artykułów i wpisów. Jest wiele teorii, które opierają się na badaniach naukowych z całego świata. Ja jednak chciałabym Wam opowiedzieć o tym dlaczego dzieci bywają agresywne na podstawie nie tylko wiedzy teoretycznej, ale przede wszystkim praktyki – 9 lat pracy w przedszkolu i 19 lat pracy z dziećmi i młodzieżą jako instruktor harcerski.

    Trzeba zaznaczyć, że dzieci nie rodzą się agresywne. Wszystkie instynkty, w które są wyposażone po przyjściu na świat są nastawione bardziej na ochronę siebie niż atak. Co nie znaczy, że już maluchy nie potrafią być agresywne w stosunku do innych lub siebie (autoagresja).

    Pierwszą grupę przyczyn nazwałabym „chorobowe/ zaburzeniowe” – ogólnie neurologiczne i są one w większości związane z większymi lub mniejszymi (a nawet mikro) uszkodzeniami mózgu. Mogą to być powikłania po niedotlenieniu okołoporodowym, wylewach dokomorowych, urazach. Często nie da się ich przewidzieć i może być trudno poradzić sobie z agresją wywołaną właśnie nimi. Na pewno pomogą tu różnego rodzaje terapie, rehabilitacje, zajęcia z integracji sensorycznej. Starsze dzieci mogą korzystać z różnych technik wyciszania się i relaksowania.

    Jeżeli nasze dziecko ma problem z agresją – zwłaszcza autoagresją, warto jest się zastanowić czy nie wchodzą tu w grę przyczyny neurologiczne. Zawsze w chwilach wątpliwości warto jest się udać do specjalisty, nawet tylko po to aby wykluczył nasze podejrzenia. My wiedząc, że Marianka miała wylewy dokomorowe, po rozmowie z neurologiem dziecięcym specjalizującym się we wcześniakach potrafiliśmy zareagować na jej autoagresję. Właśnie zajęcia z integracji sensorycznej, ćwiczenia w raczkowaniu i kołderka obciążeniowa, pomogły nam na tę chwilę zapanować na tym.

    Inną przyczyną tego, że dzieci bywają agresywne jest ich nieumiejętność radzenia sobie z emocjami. Niektórym przychodzi to łatwiej innym trudniej. Może to wynikać z braku wiedzy na ten temat. Nikt nigdy im nie pokazał jak to się robi, nie były w stanie zaobserwować w swoim najbliższym otoczeniu tego. U małych dzieci wynika to również z tego, że ich mózg jeszcze nie jest na tyle zintegrowany, że trudno im pojąć tę naukę. Z tą przyczyną agresji też nie jest aż tak łatwo sobie poradzić, jednak zdeterminowani rodzice są w stanie to zrobić. Oczywiście pomoc psychologa jest wskazana, ale praca w domu, nad sobą też przynosi bardzo duże efekty. Jeżeli to my pokażemy dzieciom jak radzić sobie z emocjami, dodamy do tego umiejętność wyciszania się i techniki relaksacyjne… to wspólnie możemy sobie z tym poradzić. Polecam również lekturę książki „Zintegrowany mózg – zintegrowane dziecko”, która dokładnie tłumaczy tę sferę.

    Najbardziej jednak popularną przyczyną agresywności dzieci jest to…, że nauczyły się tego od nas dorosłych (czasami również od rówieśników). Dziecko, które doświadczyło agresji najprawdopodobniej samo też będzie jej w przyszłości używało. Ktoś może powiedzieć „ale moja rodzina nie jest patologiczna, to sąd agresja u mego dziecka”. Pamiętajmy, że agresja to nie tylko podniesienie ręki czy klaps, to też wszystko co ma związek z agresją słowną czy emocjonalną. Dzieci rodząc się nie wiedzą, że można kogoś uderzyć, zwyzywać czy poniżyć. Tego uczą się. Gdzie? Wszędzie… w domu, u dziadków, opiekunki, w żłobku, przedszkolu, w piaskownicy, szkole. Bardzo pomaga im w tym telewizja, internet, media społecznościowe… To, że powiemy na dziecko „głupi jesteś czy jak?” to też agresja. Jeżeli dziecko znajduje się w trudnej dla siebie sytuacji reaguje na nią tak jak zostało „nauczone”. A, że uczy się przez obserwację. To, że nigdy rodzic nie podniósł ręki na dziecko, ale już na partnera tak… to też modelowanie zachowania.

    Aby poradzić sobie z tą przyczyną agresji należy zidentyfikować osobę/ miejsce gdzie się takiego sposobu reakcji na problem dziecko nauczyło. Warto się tu zastanowić zawsze nad samym sobą. A potem pokazać prawidłowe wzorce zachowania. Nie tylko wytłumaczyć jak sobie poradzić z tym , ze ktoś Ci zabrał zabawkę, ale też na co dzień, w działaniu i swoim postępowaniu utwierdzać, że można inaczej. Z pewnością nie „wypędzimy” z dziecka agresji naszą złością i agresją. Bo agresja zawsze rodzi agresję. Ktoś kto dziś jest zastraszony, w przyszłości może znaleźć kogoś słabszego i również stosować agresję lub mieć bardzo niskie poczucie własnej wartości i stosować autoagresję.

    Kiedy zauważamy lub ktoś nam mówi, że nasze dziecko bywa agresywne zawsze należy z nim porozmawiać i wspólnie znaleźć przyczynę takiego zachowania. Pamiętajmy, że to nie dziecko jest agresywne, tylko jego zachowania są takie. Zachowanie dużo prościej zmienić niż człowieka. A jeżeli dziecko uwierzy, że jest agresywne będzie mu trudniej sobie z tym poradzić (czytaj tu).

    Należy tu wspomnieć też o agresji, która pojawia się przy testowaniu granic rodzicielskich. Maluchy około 2 – 3 roku życia często sprawdzają czy mogą kogoś uderzyć, jak ktoś zareaguje. Może to się wydawać na początku urocze lub śmieszne, ale od razu trzeba to ukrócić. To tylko test. Nie należy oddawać, czy uderzać po rączkach. Warto z dzieckiem porozmawiać, wytłumaczyć i za każdym razem stanowczo mówić, że tak nie wolno i my się na to nie godzimy. Dziecko musi wiedzieć dlaczego nie wolno, ale odstępstw nie może być.

    Zachęcam do szukania prawdziwych przyczyn dziecięcej agresji. Nie bójmy się spojrzeć także na siebie, nasze relacje w domu, z rodziną i znajomymi. Na to wszystko co widzi (choć często sobie z tego nie zdajemy sprawy) dziecko. Ono się uczy… I zawsze i wszędzie pamiętajmy, że klaps to tuż agresja… a agresja zawsze rodzi jakiś rodzaj innej agresji.

  • Czy istnieją nieśmiałe dzieci?

    Kiedy słyszę „moje dziecko jest nieśmiałe” od razu zapala się we mnie czerwona lampka i zastanawiam się skąd się bierze u tak wielu rodziców przekonanie, że ich dziecko jest nieśmiałe. Bo jak się okazuje wśród „nieśmiałych” dzieci tych, które można by tak nazwać w 100% jest naprawdę mało. Większość z nich ma nieśmiałość, która nazwałabym „nabytą”. Dlaczego tak się dzieje?

    To całkowicie normalne, że kiedy znajdujemy się w nowym miejscu czujemy się onieśmieleni, niepewni czy wręcz zagubieni. Niewielu z nas w takiej sytuacji od razu „błyszczy”. A przecież my jesteśmy dorośli i potrafimy sobie racjonalnie wytłumaczyć wiele rzeczy, wiemy lub domyślamy się co nas może czekać. A co dopiero dzieci, zwłaszcza te mniejsze.

    Kiedy dziecko się rozwija, następuje moment kiedy uświadamia sobie, że jest… i jest wiele rzeczy, które chciałoby poznać. Czuje jednak, że świat nie jest do końca taki przyjazny. Najczęściej więc chciałoby poznawać ten świat z rąk mamy czy taty lub w bliskim ich towarzystwie. To całkowicie normalne, bo rodzice dają poczucie bezpieczeństwa. A jak czegoś nie znamy to mamy prawo się obawiać „jakie to jest”. I kiedy pojawia się ktoś nowy, dzieci często szukają wsparcia u rodziców. I choć do tej pory było „cygańskim dzieckiem” teraz to się zmienia. Właśnie wtedy najczęściej rodzice zaczynają określać swoje dziecko mianem „nieśmiałe”. A przecież one nie jest nieśmiałe tylko ostrożne w nowych sytuacjach, co wynika z natury i rozsądku.

    Tak jak z każdą etykietką, jeżeli określamy nią dziecko, nawet nie werbalnie ale mentalnie – ona przylega. Kiedy myślimy o naszym dziecku „nieśmiałe” to tak je traktujemy, a ono często przyjmuje taką rolę. A ponieważ to rodzice w pierwszej kolejności „określają” dziecko – ono przyjmuje to jako coś naturalnego. Dzieje się to tak jak z określeniem „jesteś niegrzeczny” czy jakimkolwiek innym. Skoro rodzice tak mówią, to na pewno tak jest.

    Wiadomo, że nie jest naszym zamiarem nadawanie jakichkolwiek etykiet naszym dzieciom. Dzieje się to często pozna naszą świadomością i wynika z dotychczasowych doświadczeń.

    Są jednak dzieci, które można nazwać nieśmiałymi z natury. Nie jest ich bardzo dużo, ale się zdarzają. Trudno jednoznacznie stwierdzić przyczyny, a może nawet nie trzeba. Z pewnością jedną z nich jest osłabiona integracja mózgu. Nie oznacza to żadnej choroby czy zaburzenia. Raczej tylko tyle, że dziecko nie potrafi zintegrować „pięter” swego mózgu (więcej na ten temat przeczytasz w „Zintegrowany mózg – zintegrowane dziecko” Daniel J. Siegel, Tina Payne Bryson). Dobrą wiadomością jest to, że takim dzieciom można pomóc. Wymaga to delikatności, wyczucia i znajomości kilku sposobów, które wynikają z funkcjonowania naszego mózgu. Bo to normalne, że dzieciom na początku trudno jest zapanować nad swoim najważniejszym rozwojowo organem. Jednym jest łatwiej, innym trudniej, ważne, ze z nasza pomocą wiele mogą osiągnąć.

    Często mówi się, że aby pokonać nieśmiałość trzeba „przełamywać się”. O ile mówimy o nieśmiałości „nabytej” ten sposób może być skuteczny, choć z pewnością może okazać się dla niektórych nie łatwy. Przy nieśmiałości „wrodzonej” jest to o wiele trudniejsze. Popychanie dziecka do „przełamywania się” może sprawić, że dziecko zamknie się w sobie, a zamiast do przodu – pójdzie do tyłu. Tu trzeba działać drobnymi kroczkami, wspierać, zachęcać, wspólnie próbować, nie zmuszać i nie naciskać. Wymaga to wielkiego taktu i cierpliwości.

    Jeżeli wydaje Ci się, że masz nieśmiała dziecko zastanów się czy przypadkiem to nie jest tylko ostrożność w nowych miejscach lub etykietka. To naprawdę nieśmiałe często paraliżuje strach jeszcze zanim pojawi się nowość, występują nawet symptomy somatyczne…

    Nie bądźmy jak pewna mama, która przyszła z niespełna 3-letnią córeczką pierwszy raz do przedszkola. Dziewczynka widząc jakieś panie, kilkanaścioro dzieci, nowe miejsce pełne kolorów, energii i hałasu… najzwyczajniej w świecie cofnęła się za mamę, która od razu głośno zapowiedziała „Ona jest nieśmiała”… Lub jak rodzice 2,5 – letniego chłopca, który zanim podszedł do wykonania jakiegokolwiek zadania, sepleniąc zapowiadała „ale ja jeśtem nieśmialy”, nie wiedząc co to właściwie oznacza.

  • Ania, Amelka czy Amanda

    W Stanach Zjednoczonych (tam wszystko jest możliwe) pewni rodzice stwierdzili, że ich córka powinna sama sobie wybrać imię, aby się jej podobało i się z nim identyfikowała. Kiedy dziewczynka zaczęła już mówić, rodzice zapytali jakie chciałaby mieć imię, a ona wybrała Peek-a-boo (A kuku).

    Każdy z nas je posiada. Jedni je lubią, inni woleliby je zmienić, jeszcze inni zaakceptowali swój los i już nie mają pretensji do rodziców. Otrzymujemy je zaraz po urodzeniu, a czasami nawet dużo wcześniej. Nie zależy od nas, a w naszym kraju możemy je zmienić dopiero w wieku 18 lat… IMIĘ… Jak na nas wpływa? I czy tak naprawdę ma znaczenia jakie jest?

    Kiedy na FB i Instagramie zapytałam o imiona dzieci i powody ich wyboru to pomimo różnych imion, powody wyboru powtarzały się:

    • tradycyjne imię w rodzinie

    • to imię podobało mi się od dawna

    • imię dla dziecka wybrało starsze rodzeństwo

    • szukaliśmy oryginalnego

    • wybraliśmy je, bo można je zdrabniać i pasuje zarówno do malucha jak i dla dorosłego

    • szukaliśmy twardego męskiego imienia

    • bo żaden z moich wychowanków/ uczniów nie miał takiego imienia

    • wszystkie osoby, jakie znam o tym imieniu to dobrzy i fajni ludzie

    • po prostu mi się spodobało.

    Tak naprawdę każdy z tych powodów jest ważny i dobry aby wybrać imię dla naszego dziecka. Należy jednak pamiętać również o tym, że to imię nasze dziecko będzie nosiło przez całe życie. Będzie się nim przedstawiało poznając inne osoby, czy to w przedszkolu czy kiedyś w pracy zawodowej.

    Czy zatem imię może być problematyczne? Oczywiście, że tak. Niezależnie czy będzie tradycyjne czy oryginale zawsze może się znaleźć czy dorosły czy dziecko, który będzie się z tego imienia naigrawał i sprawi przykrość naszemu dziecku. Ale to od nas zależy jak nasze dziecko na taką sytuację zareaguje. Czy będzie na tyle silne i pewne siebie, że nie obejdzie go to, czy wręcz przeciwnie podda się i stanie się ofiarą żartów.

    Ważne jest również nasze i naszego partnera nastawienie do tego imienia, a czasami nawet rodziny. Imię Sylwia nie jest super popularne i kiedy się urodziłam było rzadkością. Moja prababcia, która mieszkała na wsi kiedy ją pytano o to jak nazywa się najmłodsza prawnuczka przez dłuższy czas mówiła, że „jakoś tak nie po naszemu”. Z kolei kiedy rozmawialiśmy na początku ciąży o potencjalnych imionach dla chłopca lub dziewczynki ja bardzo chciałam nazwać syna Czesław – po moim ukochanym dziadku, mąż zaś kategorycznie się nie zgodził… nie chciała by dzieciom imię syna kojarzyło się z „Władcami much”, choć dzisiejsze dzieci już nie kojarzą tego serialu.

    Wybór imienia jest niezwykle ważny. Niesie za sobą duży nakład energetyczny. Często przypisujemy imionom znaczenie i zakładamy, że wszystkie osoby noszące te imię mają pewne cechy wspólne. Nauka tego nie potwierdza, ale jasne jest, że jeśli mamy takie przekonanie, wychowujemy dziecko w takim przekonaniu, utożsamiamy najmniejszy przejaw jakiejś cechy w imieniu… to istnieje duże prawdopodobieństwo, że w jakiś sposób rozwiniemy te cechy u naszego dziecka. Nawet poprzez sugestie i programowanie. My wybraliśmy imię Marianna (jeszcze w trakcie ciąży), między innymi dlatego, że wszystkie kobiety, które w mojej rodzinie nosiły takie imię były bardzo silne i dobrze radziły sobie z przeciwnościami losu. Ale czy to nie czasy, w których żyły sprawiły, że musiały sobie poradzić… czy to nie pokrewieństwo sprawiło, że były do siebie podobne? Nie wiem? Ale kiedy Marianka urodziła się w 25 tc, chciałam bardzo mocno wierzyć, że tak jak Jej imienniczki poradzi sobie ze wszystkim.

    Tak naprawdę to nie samo imię ma znaczenie, ale to my nadajemy mu te znaczenie. Podświadomie staramy się przecież wybrać takie, które kojarzy nam się pozytywnie czy z ludźmi, którzy to imię nosili czy z postaciami fikcyjnymi, znanymi osobami.

    A krytykowanie kogoś za taki lub inny wybór nie ma sensu. Bo czy ktoś nazwie dziecko Ania czy Amanda to przecież nie sprawia, że jest dobrym lub złym rodzicem… bardziej lub mniej kocha swoje dziecko. Przecież mamy różne powody wyboru imienia… jedno jest wspólne… kochamy nasze dzieci niezależnie od tego jak je nazywamy, czy po imieniu czy „dziubku”, „kochanie”, „skarbie”, „myszko”. Dlatego nie warto oceniać innych… a nasze dzieci warto za to uczyć, że imię to nie wszystko… najważniejsze jakim jesteś człowiekiem.

  • Jak wychowuje mózg męski, a jak kobiecy

    Jak to szło? „Mężczyźni są z Marsa, kobietą są z Wenus”? Chyba każdy z nas słyszą to określenie i ma na ten temat własne zdanie. Dobrze wiemy, że kobiety i mężczyźni różnią się od siebie nie tylko pod względem fizycznym ale tez psychicznym. Naukowcy od dawna mówią o tym, że mózg mężczyzny i mózg kobiety różnią się od siebie. Jeśli tylko poszukacie, w internecie znajdziecie bardzo dużo artykułów, wpisów czy filmików na ten temat. Ale czy te różnice mają wpływ na wychowanie dzieci?

    Najbardziej obrazowo i w skrócie można powiedzieć, że mózg mężczyzny to wiele szuflad, z których otwarta jest przeważnie jedna, na której się skupia. Wśród nich znajdziecie: rodzinę, pracę, znajomych, zainteresowania, odpoczynek, itp. Mózg kobiety podobny jest do jej torebki – wszystko razem wymieszane, na wszelki wypadek bo może się przydać. Kilka rzeczy jest tak samo ważnych, kilka niepotrzebnych, wszystko razem stanowi wielki miszmasz. I właśnie to „zorganizowanie” mózgu wpływa na nasze działanie, a co za tym idzie wychowanie dzieci.

    Mężczyźni traktują wszystko bardzo zadaniowo, wielu z nich właśnie tak podchodzi do wychowania i codziennej opieki. Skupiają się często na efektach i one są ważne, a nie wszystko co jest po drodze. Ważne są rozwiązania danego problemu, a nie roztrząsanie się nad przyczynami i analizowanie wszystkiego dookoła. Mężczyźni działają. Z racji ich „szufladek” jak są skupieni na pracy to nie na rodzinie, jak na rodzinie to nie na pasji, itd. Kobiety często zarzucają mężczyznom, że one to w czasie opieki nad dzieckiem zrobią pranie, ugotują obiad i przygotują plany na wakacje, a oni… tylko dziecko. To właśnie wynika z „szufladek”. Mężczyźni angażują się w opiekę nad dzieckiem i na tym skupiają, a reszta w tym czasie jest „zamknięta”. Twierdzą, że aby zrobić coś dobrze trzeba się na tym skupić i temu poświecić.

    Mężczyźni częściej są opanowani, są w stanie zapanować nad swymi emocjami i odczuciami. Oczywiście ma to swoje dobre i złe strony. Wiadomo, że dzieci uczą się przez naśladownictwo, a kiedy widzą ukrywanie uczuć, im samy może być trudno nad nimi zapanować i poradzić sobie. Z drugiej strony, tatuś który prowadzi w pierwszych dniach dziecko do żłobka czy przedszkola bez widocznej paniki i łez w oczach to skarb.

    Kobiety zazwyczaj są bardziej emocjonalne. Analizują wszystko co dzieje wokoło. Ważne jest to w jaki sposób dochodzą do celu, potrafią godzinami rozważać różne warianty rozwiązań lub decyzje podejmować intuicyjne. Ich „bałagan w głowie” to z jednej strony multizadaniowość, która może prowadzić do pobieżnego wykonywania zadań lub najzwyczajniej w świecie do wypalenia. Wykonywanie kilku rzeczy naraz sprawia, że coś zawsze ucierpi, bo nie skupują się na konkretach. Wiele razy słyszałam „Jak to moje dziecko domaga się więcej uwagi? Przecież spędzam z nim cały dzień?” Pytanie ile z tego czasu naprawdę jest w 100% skupione na relacji i uwagę. Przysłowiowy „bałagan w głowie” sprawia, że kobiety czasami, pomimo swego perfekcyjnego zorganizowanie, są chaotyczne w komunikatach. Często wysyłają dzieciom za dużo komunikatach naraz, których one nie są w stanie od razu wykonać. To może powodować stres i konflikty.

    Emocjonalność kobiet ma również swoje plusy i minusy. Pokazują dzieciom emocje „na talerzu”, ich wszystkie odcienie. A jednocześnie mogą blokować rozwój dzieci i moment „odcięcia pępowiny”.

    Te różnice oczywiście wpływają na rodzaje kontaktów tata – dziecko i mama – dziecko. Ale właśnie o to chodzi. Najważniejsze jest aby rodzice mieli podobną wizję wychowania, a sam sposób jej realizowania nie musi być identyczny. Dobrze, aby dziecko miała różne – pozytywne relacje z rodzicami, bo to sprawia, że potrafi nawiązywać kontakty z różnymi ludźmi. Problem pojawia się kiedy rodzice nie rozumieją siebie wzajemnie, swego postrzegania świata i spojrzenia na wychowanie. Brak rozmów na temat naszych wątpliwości i odczuć zawsze będzie powodował niezrozumienie i wzajemne wyrzuty.

    Warto dostrzec plusy w funkcjonowaniu mózgu i kobiety i mężczyzny i wykorzystać je na korzyść całej rodziny. A minusy… po prostu zrozumieć i przekuć w zalety. Bo choć czasami kiedy kobieta wraca do domu i widzi wszystkie zabawki na podłodze to może zamiast się denerwować i skupiać na tym, że znowu sprzątanie na jej głowie… ucieszyć się, że tata i dzieci cudownie spędzili czas, zbliżyli się do siebie… i zaproponować kolejne zadanie, otworzyć kolejną „szufladkę – sprzątanie” 😉

    PS: oczywiście zaraz usłyszę głosy, że nie wszyscy mężczyźni czy kobiety tak myślą i funkcjonują… i ja się z tym zgadzam. Pisze jak zawsze o tendencjach i skłonnościach. I jak zawsze mam nadzieję, że nie skupicie się na szczegółach, tylko na myśli przewodniej całego tekstu i podsumowaniu

  • Dwie walizki i jedno łóżko

    Spotykamy na swojej drodze kogoś bardzo wyjątkowego… okazuje się, że to ten jedyny/ ta jedyna. Być może mamy wspólne pasje, zainteresowania, znajomych… a może jesteśmy tak różni, że właśnie to nas do siebie przyciąga. Jedno jest pewne… chcemy być razem… zaczynamy wspólne życie. Jakie będzie? Pragniemy aby było szczęśliwe… ale jedno czego możemy być pewni, to to, że na nasze wspólne życie będzie miało wpływ to, co każde z nas „wniosło w walizce” do związku.

    Co znajduje się w tej walizce? Czy tego chcemy czy nie – cała nasza przeszłości. Wszystkie uświadomione i nieuświadomione przeżycia, relacje, uczucia i emocje. To jak wyglądało nasze dzieciństwo, dorastanie i dotychczasowa dorosłość. Wszystkie wartości, zarówno te które wpajano nam w dzieciństwie jak i te, które stały się dla nas ważne w procesie dorastania i dorosłości. Metody wychowawcze naszych rodziców. To wszystko co nam się nie podobało i to co dawało nam poczucie bezpieczeństwa. Każde święta, uroczystości i tradycje… to wszystko „wnosimy” do naszego wspólnego życia.

    Jakie to ma znaczenia dla związku i naszych dzieci? Bardzo duże. Bo w zależności od tego co jest w naszych walizkach i jak bardzo są do siebie podobne lub różnią się, jak wiele jest w nich rzeczy nieuświadomionych… tak będziemy budowali nasze rodzinne relacje. A wszystko zaczyna być widoczne znacznie później niż pierwsze westchnienia i pocałunki.

    Bo o ile sprawa rozrzuconych skarpetek lub nie pozmywanych naczyń może być drażliwa… to już spojrzenie na wychowanie dzieci i relacje rodzinne może stanowić dość duży problem. Bo jeżeli jedno z nas było wychowywane liberalnie i ceni sobie taki rodzaj wychowania, a drugie jest zadowolone z rządów twardej ręki to trudno już mówić o wspólnej myśli wychowawczej. Ma to ogromne znaczenie bo jeżeli dzieci nie mają jasnych i sprecyzowanych przekazów co do granic i oczekiwań rodziców lub komunikaty wysyłane przez dorosłych różnią się to:

    • dzieci tracą poczucie bezpieczeństwa

    • rodzicie tracą wiarygodność

    • dzieci zaczynają wykorzystywać rozbieżności pomiędzy rodzicami

    • wieź zarówno pomiędzy dziećmi i rodzicami jak i samymi dorosłymi słabnie, a wraz z nią rozpadają się relacje rodzinne.

    Jak można temu zapobiec? Jest kilka sposób. Po pierwsze dość wcześnie „rozpakować” walizkę i zacząć rozmawiać o ważnych rzeczach. Jak chcemy wychowywać nasze dzieci. Jak my byliśmy wychowani. Co nam odpowiadało w wychowaniu naszych rodziców, a co nie. Jakie relacje z pozostałymi członkami rodziny mamy i chcielibyśmy utrzymywać. Jak sobie wyobrażamy relacje pomiędzy nami. Jak będziemy rozwiązywać trudne sprawy i konflikty. Z czego możemy zrezygnować, a co jest dla nas bardzo ważne. Co możemy zaakceptować, a co jest dla nas trudne. Te tematy powinny się pojawić w naszych rozmowach zanim podejmiemy decyzję o założeniu rodziny. Bo nawet największa miłość kiedy stanie naprzeciw trudności związanych z naszymi „walizkami” może nie przetrwać.

    No dobrze, a co zrobić jeśli nasze „walizki” zaczęliśmy rozpakowywać dopiero teraz. Albo nawet nie wiedzieliśmy, że mamy „takie rzeczy” w ich środku. Bo nagle może się okazać, że nasze deklaracje to jedno a kiedy pojawiają się dzieci okazuje się, że jednak metoda mamy lub taty siedzi w nas tak głęboko, że dopiero teraz widzimy, że coś jest dla nas ważne?

    Odpowiedź jest prosta i zawsze ta sama… spokojna i rzeczowa rozmowa. Wiem, że te tematy są bardzo emocjonujące i dotykające naszych najbardziej wewnętrznych spraw. Ale warto się zastanowić nad konsekwencjami pozostawienia spraw samym sobie… zamiecenia wszystkiego pod dywan… i czekania aż wszystko samo się ułoży… lub ignorowania problemu. To wszystko samo się nie ułoży. A jeżeli zależy nam na rodzinie, zaufaniu dzieci i relacjach z partnerem… to sprawa jest prosta. Trzeba usiąść i ustalić wspólne zasady panujące w naszej rodzinie. Tak aby zarówno dorośli jak i dzieci wiedzieli czego się od nich wymaga a czego mogą sami oczekiwać. To nie są łatwe rozmowy. Zwłaszcza jeśli coś jest dla nas bardzo ważne. Ale od tego jest umiejętność kompromisów, odpuszczenia mnie ważnych spraw na rzecz tych najważniejszych.

    Bo nie ma nic ważniejszego co wesprze naszą miłość jak iść w jednym kierunku… a żeby było lżej stwórzmy swoją wspólną walizkę.

  • Przedszkolanka – taki zawód nie istnieje

    Ogólnie jestem spokojnym człowiekiem, który z każdy stara się znaleźć wspólny język i dojść do jakiegoś kompromisu. Jednak koleżanki, z którymi pracowałam oraz studenci pedagogiki, z którymi prowadziłam zajęcia wiedzą, że jest jeden temat, który doprowadza mnie na skraj opanowania… a jest nim „przedszkolanka”

    Kiedyś byłyśmy z dziećmi z przedszkola na jakiś zajęciach w siedzibie osiedlowej jakiegoś banku. Dzieci robiły różne prace plastyczne, były jakieś zagadki, itp. W pewnym momencie podeszła do mnie młoda pracownica tej placówki i patrząc na nasze dzieci, pokręciła głową i powiedziała „Ja to bym nigdy nie mogła być przedszkolanką”, na co ja odpowiedziałam „Ja też, dobrze że nią nie jestem”. Kiedy zaś dziewczyny w trakcie studiów lub tuż po nich przynosiły CV i mówiły, że szukają pracy jako „przedszkolanki” stwierdzałam, że my takiego stanowiska nie mamy i pytałam po co studiowały.

    Byłam niegrzeczna? Z pewnością tak. Ale bardzo mnie boli to, że jeżeli ktoś pracuje w szkole to jest nauczycielem, a jak w przedszkolu… to już mało kto pomyśli o nas – nauczyciel. A kończymy te same studia, odbywamy te same praktyki i mamy takie same uprawnienia… moglibyśmy uczyć w klasach I – III. Więc dlaczego traktuj się nas jak osoby do przysłowiowego „wycierania nosa i tyłka”?

    Kiedy dyskutowano nad zmianami w Karcie Nauczyciela i rezygnacji z możliwości wcześniejszego przechodzenia na emeryturę, jeden z polityków (nie pamiętam jakiej opcji – to zresztą nie ważne) stwierdził, że jeżeli nauczyciel nie da rady uczyć w wieku 55 – 60 lat w liceum… to niech idzie do pracy do przedszkola. Zastanawiałyśmy się wtedy z koleżankami czy w przedszkolach będzie się wtedy zatrudniało pomoce do opieki nad dziećmi czy nauczycielami.

    Kim więc właściwie jest przysłowiowa „przedszkolanka” czyli nauczyciel wychowania przedszkolnego?

    To osoba, która ma pod swoją opieką najmłodszych, czasami nawet 2,5 – latki. W grupach często jest po ponad 20-cioro takich dzieci. I choć coraz częściej są zatrudniane pomoc do opieki nad dziećmi to i tak odpowiedzialność spoczywa na nauczycielu. To on odpowiada za adaptację maluchów, realizację podstawy programowej, prowadzenie dokumentacji (dziennik, plany tygodniowe/ miesięczne, obserwacje, diagnozy, programy autorskie, itp.), opiekę nad dziećmi, organizację uroczystości i imprez przedszkolnych, codzienny kontakt z rodzicami (przekazywanie informacji, wyjaśnianie wątpliwości, współpraca przy rozwiązywaniu problemów). A to tylko cześć z jego obowiązków, bo można wyliczać dalej, choćby realizację awansu zawodowego czy nieustanne szkolenia, kursy, itp.

    Na każde zajęcia do grupy przedszkolnej nauczyciel musi być przygotowany i wyposażony w ilustracje, pomoce i inne ciekawostki, które zainteresują dzieci. Przygotowuje dekorację sali na każdą porę roku. Musi zarówno być specjalistą od muzyki, logopedii, zajęć ruchowych, językowych, matematycznych, plastycznych.

    A podstawa programowa? Cóż to było nauczyć dzieci liczyć… Ale tak naprawdę czy ktoś z Was spróbował wytłumaczyć dziecku dlaczego dwa i dwa jest cztery? Albo kolejności pór roku, nie tak jak wyliczankę tylko z ich oznakami. A wierszyka lub piosenki, takiego z choreografią? A może ktoś miał okazję przekonać wstydliwego 4-latka do występu na Dzień Babci?

    Nie będę wspominała o codziennym przekonywaniu całej grupy do zjedzenia wszystkich posiłków i samodzielnego ubrania się na spacer. Bo przecież to wszystko jest łatwizna.

    Mało kto myśli, że te wszystkie „zabawy” przygotowują do nauki czytania, pisania i rozumienia matematyki. A przecież każde dziecko przed opuszczeniem przedszkola jest badane pod względem „gotowości szkolnej”.

    Właśnie tym się zajmują nauczyciele wychowania przedszkolnego. Kompetentne osoby, które skończyły studia pedagogiczne (już niewiele jest osób tylko po liceum lub studium pedagogicznym). Są przygotowane do pracy pod względem merytorycznym, psychologicznym, pedagogicznym i opiekuńczym.

    Dlatego zawsze i wszędzie będę walczyła o to aby traktować nas z szacunkiem na jaki zasługujemy. Bo to co my wypracujemy z przedszkolakami to właśnie rodzice i dzieci zbierają tego owoce w szkole. To my jako pierwsi po rodzicach dostarczamy ustrukturyzowaną wiedzę i czuwamy nad rozwojem osobowości i społecznym. I choć jak w każdym zawodzie zdarzają się osoby bardziej lub mniej zaangażowane, to nie pozwolę nas sprowadzać do roli opiekunki. Bo nasza rola jest ogromna i mam nadzieję, że dzieci i rodzice to czują.

  • Ale lipa… z tymi chorobami

    Przywozicie niemowlaka do domu ze szpitala… Jesteście tacy szczęśliwi… potem dochodzi do tego jeszcze zmęczenie, jakiś niepokój od czasu do czasu… ale prawdziwy strach przychodzi przy pierwszej chorobie, którą często zwiastuje gorączka… i wtedy się zaczyna…

    My też bardzo mocno przeżyliśmy pierwszą gorączkę Marianki, choć była to tylko typowa trzydniówka. Ktoś może powiedzieć, że to nic dziwnego po takich naszych początkach, ale ja zdaję sobie sprawę, że każdy rodzic, nie tylko wcześniaka przeżywa to bardzo mocno. Bo niby wiesz co powinieneś zrobić, masz do dyspozycji leki. Ale problem się zaczyna kiedy gorączka nie chce spaść lub szybko znowu rośnie. No i przede wszystkim podstawowe pytanie, kiedy zaczynamy mówić o gorączce u dziecka? Jak często robić pomiar? Jakim sprzętem? I w ogóle jak to przeżyć?

    My mamy już za sobą kilka takich sytuacji, jedną choćby wczoraj. Czy jest nam już łatwiej? Czy mniej się przejmujemy? Z pewnością przejmujemy się tak samo jak za pierwszym razem, teraz tylko jesteśmy chyba bardziej opanowani. Bo tak naprawdę to tylko opanowanie i zdrowy rozsądek mogą nam pomóc „przeżyć to”. No i kilka zasad, o których ja staram się pamiętać

    Kiedy to już temperatura?

    Trzeba znać swoje dziecko i wiedzieć jaka jest naturalna jego temperatura. U naszej Marianki 37,2 to standard. Więc jeżeli temperatura wzrasta do 37,5 czy 6 to najpierw sprawdzamy czy nie jest przegrzana lub po prostu wymęczona. U każdego dziecko będzie to wyglądało inaczej. Jedne przy 38,5 będzie się normalnie bawiło, a inne przy 38 będzie „leciało przez ręce”. Ma u oczywiście znaczenie też przyczyna gorączki. Warto więc wcześniej znać swoje dziecko i je obserwować. Nie należy zbyt wcześnie podawać leków przeciw gorączkowych przede wszystkim dlatego, że to nie gorączka jest problemem – to walka organizmu, samoobrona lecz jej przyczyna.

    Jakie leki?

    Na rynku są dostępne różne i w syropie i w czopkach. Trzeba zdecydować się na jakiś zanim jeszcze dziecko gorączkuje, powinien u pomóc zaufany lekarz pediatra. Leki bazują na ibuprofenie lub paracetamolu. Większość lekarzy proponuje je podawać naprzemiennie. Zawsze warto się zapoznać z ulotką i sposobem dawkowania. Pamiętajcie lek podajemy w dawce dostosowanej do wagi a nie wieku dziecka.

    Co oprócz leków?

    Warto pamiętać też o domowych sposobach na gorączkę. My często używaliśmy ich kiedy gorączka wracała zbyt szybko aby podać następną dawkę leku.

    Jednym z nich są zimne okłady lub kąpiel. Pamiętajcie, że to tylko nazwa. Nie wyobrażam sobie włożenia rozgorączkowanego dziecka do zimnej wody. Jakbyście się wy poczuli w takiej sytuacji? Woda powinna być ok 2 stopni chłodniejsza niż ciało dziecka, tak samo z okładami. Nie serwujmy maluchowi szoku termicznego.

    Kolejny ważna rzecz to woda. Podczas gorączki dziecko często się poci i traci wodę. Aby nie doszło do niebezpiecznego odwodnienia należy pamiętać o jej podawaniu. Nie zastąpi jej żadna herbata ani sok.

    A propo herbat… dla nieco starszych dzieci polecam na gorączkę herbatkę z kwiatu lipy i odrobiny miodu. Może smak nie podejść każdemu dziecku (zwłaszcza tym przyzwyczajonym do samej wody), ale naprawdę działa cuda. Polecam również ją kobietom w ciążku, mi bardzo pomogła.

    Lekarz to podstawa

    Każdą, zwłaszcza trwającą kilka dni gorączkę należy skonsultować z pediatrą. Nawet jeśli myślimy, że to zęby lub trzydniówka. Przyczyny mogą być różne, np. zapalenie pęcherza. A my sami tego nie stwierdzimy. Grunt to niczego nie przegapić

    Nie tracić głowy

    Choć patrzenie na cierpiące dziecko, które czasami jest wprost nie do poznania… nie traćmy głowy. Pomyślmy jak sami się czujemy podczas gorączki. Pamiętajmy, że nasz strach ma nam pomóc rozpoznać niebezpieczeństwo, ale nie paraliżować. Mamy pomóc naszemu dziecku, a nie panikować. Pierwsza gorączka przyjdzie prędzej czy później. Warto się do niej przygotować i nie tracić głowy. Powodzenia.

  • Robisz źle, a nie jesteś zły

    Na mojej liście tematów, ten zapisany był już bardzo dawno temu. Po części nawiązywałam do niego już w kilku tekstach. Ale dopiero teraz, kiedy ten problem pojawił się w mojej rodzinie trafił na pierwsze miejsce. Może dlatego, że tak wiele osób już o tym pisało – nawet całe książki, wydawało mi się, że już wszyscy o tym wiedzą i są w stanie stosować to w wychowaniu dzieci… ale jakże się myliłam.

    Kiedy dziecko zrobi coś źle lub nas nie słucha, co w pierwszej chwili nasuwa się nam na język? „Nie bądź niegrzeczny” lub „Ale jesteś niegrzeczny”. I tu pojawia się problem… i to taki, który łatwo przeoczyć. Bo tak naprawdę powinniśmy powiedzieć „Nierób tak”, „Nie postępuj niegrzecznie”. Inny przykład, który ostatnio pojawił się u nas w domu… „Kto jest łobuzem?”, a powinno być „Kto łobuzuje?”. Widzicie różnice? Dla wszystkiego już tłumaczę.

    Pierwsze zdania w przykładach są określeniami osoby, a te poprawne to określenia zachowania. Czym to się różni? Jeżeli w jakiś sposób, zwłaszcza negatywny, określamy dziecko – nadajemy mu etykietkę. Jeżeli słyszy to często, zaczyna w tę etykietkę wierzyć, samo się z nią identyfikuje. Jeżeli np. dziecko słyszy cały czas, że jest niegrzeczne, jest łobuzem, jest nieposłuszne, itp. zaczyna w to wierzyć… tak się zachowuje aby potwierdzić tę etykietkę. I tu pojawia się błędne koło. Jeżeli zaś określamy jego zachowanie, to nie musi ono być stałe, zachowanie zawsze można zmienić, zachowanie jest w danej chwili takie, a zaraz może być inne. Nadanej etykietki nie da się tak łatwo zmienić. To wszystko tkwi w głowie, nie tylko dziecka, ale też naszej.

    Kiedy ktoś dla nas ważny mówi coś o nas, określa nas to wierzymy w to. A przecież my – rodzice jesteśmy dla naszych dzieci najważniejsi na świecie. Dlatego tak ważne jest to jak je określamy. Jeżeli dziecko słyszy od rodziców, że jest głupie, bezmyślne i beznadziejne… to nawet jeśli za 10 minut zaproponujemy wspólne spędzenie czasu to w głowie dziecka pozostanie „Jestem głupi, bezmyślny i beznadziejny” i to niezależnie czy ma 3 czy 13 lat. Tak działa nasz umysł.

    Jak więc strofować dzieci? Po porostu określać ich zachowanie „robisz, postępujesz, zachowujesz się” i pokazać, ze można to zachowanie zmienić i jak. Nie nadawać etykietek, nie uzależniać dziecka od swoich oczekiwań prawdziwych czy wyimaginowanych przez dziecko.

    A jeżeli babcia, ciocia czy koleżanka nawet w żartach powiedzą do waszego dziecka „Kto jest łobuzem?” odpowiedzieć, że chyba babcia, ciocia lub koleżanka, bo wasze dziecko to ewentualnie „łobuzuje” 😉