Kategoria: Przeczytaj

  • Wrzuć na luz 😉

    Szybko, szybciej… Załatwić, zaprowadzić, odebrać… zakupy, pranie, sprzątanie, obiad… Zajęcia, spacer, plac zabaw… Teraz, zaraz, natychmiast… Biegiem, biegiem, biegiem… A gdyby tak wyluzować… odpuścić? Co by się stało? Czy wszystko by się rozleciało?

    Dzisiejszy świat nastawiony jest na efekt. Wszyscy gdzieś pędzimy. Ja też. Tydzień biegnie za tygodniem, nasze dzieci z niemowlaków stają się niemowlakami, przedszkolakami, uczniami, nastolatkami, dorosłymi… A przecież czasu nie można zawrócić. To co było już nie wrócić. W tym biegu i szaleństwie można zagubić siebie i rodzinę. Wiadomo, że trzeba jeść, w coś się ubrać, dać dzieciom jak najlepszy start w przyszłość. Nie kwestionuję tego. Ale warto też znaleźć chwilę na oddech nie tylko dla siebie ale i dla całej rodziny. A właśnie wakacje są najlepszym czasem na to. I cóż, że już ponad połowa za nami?

    Ale jak sprawić, żeby urlop był rzeczywiście czasem odpoczynku i bycia razem, a nie kolejnym odhaczonym punktem w planie? Po pierwsze trzeba zastanowić się nad tym jak lubicie odpoczywać. Jedni wolą lenistwo na plaży, inni wędrówki w górach, zwiedzanie czy zaszycie się w leśnej chacie. Pamiętajcie jednak o wszystkich członkach rodziny. Znajdźcie taki kompromis, aby każdy znalazł coś dla siebie. Jeśli macie małe dzieci to niestety całodzienne wylegiwanie się jest raczej mało realne. Ale na to tez się znajdzie sposób… można się wymieniać. Raz odpoczywa tata, a raz mama. Zabierzcie ulubione zabawki czy pomyślcie od atrakcjach, które Wam i dzieciom sprawią przyjemność. Przygotujcie kilka propozycji już w domu, aby na miejscu się nie denerwować.

    Jeśli macie starsze dzieci, to zastanówcie się też nad ich samodzielnym wyjazdem na kolonie, obóz, odwiedziny u babci czy krewnych. W ten sposób możecie wygospodarować też kilka dni tylko dla siebie. Ale nawet jeśli macie maluchy, planujcie tak czas abyście mogli choć odrobinę spędzić go razem. Może wieczory, kiedy dzieci już śpią… Jakieś romantyczne oglądanie gwiazd czy posiadówka przy ognisku… To już od Was zależy. Wykorzystajcie ten czas aby wzmocnić swój związek, a tym samym całą rodzinę.

    Niezależnie czy urlop spędzacie podczas długiego lub krótkiego wyjazdu czy w domu to od Was zależy czy nadal będziecie pędzić czy nabierzecie wiatru w żagle. Czasami warto wrzucić na luz, aby potem można było znowu przyspieszyć. Na to nigdy nie jest za późno. I co? Wrzucamy na luz 😉

  • Sprzątać czy nie? Oto jest pytanie…

    Przez wiele lat pracując w przedszkolu obserwowałam różne dzieci, które zaczynały swoją przygodę z edukacją. Były w różnym wieku (2,5 – 5 lat), posiadały różne umiejętności, wiedziały mnie czy więcej. W wielu sprawach były do siebie podobne, ale też w wielu inne. Nigdy nie spotkałam dwójki takich samych, nawet jeśli chodzi o bliźniaki. Jednak rodzice zazwyczaj byli do siebie podobni. Zdenerwowani pierwszymi krokami w samodzielność swoich dzieci, często zaskoczeni jak sobie dobrze radzą. Ale przede wszystkim często zdziwieni tym co ich dzieci potrafią i robią w przedszkolu… a w domu nie. Jedną z takich umiejętności jest sprzątanie po sobie.

    Nawet jeśli placówka przedszkolna jest mała i grupy są małoliczne to i tak nauczyciel nie byłby w stanie sprzątać zabawek po każdym dziecku. Dlatego od pierwszego dnia mówi się przedszkolakom aby odkładały zabawki na miejsce zanim wezmą następne. I o dziwo, większość dzieci robi to od razu (niektóre są nauczone tego w domu), a innym trzeba czasami o tym przypominać. Jest wielu rodziców, którzy widząc takie pozytywne zachowanie swego dziecka są zaskoczeni. Wiele razy słyszałam „Jak to pani zrobiła? Przecież w domu to nawet ręką nie ruszy”. Jest na to prosta odpowiedź – w przedszkolu nie ma wyboru. Nawet 2,5 roczne dziecko jest w stanie odłożyć zabawkę na miejsce, a jeśli nawet na początku nie pamięta gdzie ona leżała to po przypomnieniu nie jest to już problem. Czasami jest gorzej z chęciami, ale o tym zaraz.

    Jak więc nauczyć dzieci sprzątać? Kiedy to robić? I właściwie po co?

    No właśnie, po co? Niektórzy rodzice (zwłaszcza mamy) twierdzą, że same najlepiej posprzątają, zrobią to szybciej i dokładniej. „Żałują” swoich maleństw, które po zabawie są zmęczone. A potem maleństwa mają kilkanaście lat i mamy się dziwią, że sprzątanie ich nie interesuje… Można i tak.

    Od kiedy uczyć dzieci sprzątać? Ja zaczęłam kiedy Marianka już stabilnie siedziała i zaczynała zabawę już dość świadomie. Za wcześnie? Moim zdaniem nie. Ale można to zrobić i później.

    Jak to zrobić? Kiedy maluch kończy zabawę po prostu wspólnie sprzątamy. Niech to też będzie zabawa. Ważne aby używać słowa SPRZĄTAMY. Dziecko wie wówczas czym jest ta czynność. Oczywiście najpierw Marianka głównie obserwowała, wrzucając np. jedną zabawkę do pudełka, ale z czasem to się zwiększało. Warto skorzystać z tego, że maluchy lubią rzucać i może to być dla nich zajmujące. Jest to dla nich jednocześnie bardzo dobre ćwiczenie rozwojowe, ponieważ doskonalą manipulowanie przedmiotami, poznają znaczenie słów „podaj mi”, „proszę”, „dziękuję”. Oczywiście u tak małych dzieci sprzątanie musi być wspólne. Zanim stanie się nawykiem potrafi minąć i rok albo dłużej, ale warto zaczynać jak najwcześniej. Niech będzie dla nich czymś normalnym, że najpierw sprzątamy a potem bierzemy do zabawy coś nowego. Będą to rozumiały i łatwiej będzie im to uznać za regułę.

    A kiedy dzieciom się „nie chce”? Oczywiście najlepiej zaproponować wspólne sprzątanie. Ważne aby nie skończyło się na tym, że dziecko siedzi a my sprzątamy. Możemy też ustalić, że odpoczywamy 10 – 15 minut i wtedy zaczniemy sprzątać. Ale w tym czasie nie bierzemy nic nowego.

    Oczywiście to my decydujemy kiedy wprowadzać dziecko w tajniki sprzątania po sobie. I czy jest to nam potrzebne. Z pewnością naszym dzieciom tak. Nie tylko w przedszkolu, ale też w przyszłości… zwłaszcza kiedy będą mieszkały już same. Warto o tym pomyśleć „żałując” naszego maleństwa 😉

  • Już za chwilę, za momencik przedszkole nas powita 🙂

    Miesiąc wakacji za nami. A już niektórzy rodzice z niepewnością spoglądają na kalendarz i widniejącą na nim datę 1 września. Patrzą na swoje „malutkie” dzieciaczki, które jeszcze przed chwilą ledwo co raczkowały, a już za miesiąc zostaną przedszkolakami. I nie ważne czy mają 2,5 roku, 3 czy 4 lata. Ten niepokój przeplata się z radością i oczekiwaniem. I to wcale nie u dzieci 😉 Jak sprawić aby przeżyć w miarę bezproblemowo pierwsze dni w przedszkolu?

    Przez 9 lat pracy z przedszkolu co roku oglądałam te same sceny. Co roku rozmawiając z rodzicami rozwiewałam te same wątpliwości… to samo zresztą robiły, robią i będą robiły moje koleżanki i koledzy po fachu nie tylko w Polsce. To normalne, że rodzice denerwują się kiedy ich ukochane dziecko ma zostać na sporą część dnia pod opieka kokoś nieznajomego, w nowym miejscu i wśród nieznanych dzieci. Dziwne byłoby gdybyśmy się choć trochę nie martwili. Łatwiej jest oczywiście rodzicom dzieci, które chodziły do żłobka. Oni ten pierwszy stres mają już za sobą. A dzieci żłobkowe z reguły bardzo szybko przyzwyczajają się do nowego miejsca, bo znają już zasady panujące w grupie rówieśniczej.

    Pamiętajmy o bardzo ważnej rzeczy. To od nas w dużej mierze zależy jak pierwsze chwile i dni odbiorą nasze dzieci. Bo pierwszym nośnikiem informacji o przedszkolu jesteśmy my – ich rodzice. Dzieci bardzo dobrze odpierają nie tylko to co mówimy, ale też nasze emocje i ogólny przekaz niewerbalny. Nie wystarczy tylko mówić, że w przedszkolu będzie super… Trzeba też w to wierzyć. Zakładam, że skoro zdecydowaliśmy się posłać dziecko do przedszkola to musimy mieć choć minimalne zaufanie, że nic mu się nie stanie, będzie zaopiekowane i szczęśliwe. Pamiętajmy o tym, że rozwój społeczny w tym wieku jest niezmiernie ważny i zostawienie dziecka w domu sprawia, że nie tylko może zostać „w tyle” za rówieśnikami jeśli chodzi o wiedzę, ale przede wszystkim o doświadczenie społeczne. Im później pozna zasady panujące w grupie rówieśniczej, tym może być mu trudniej.

    Co więc zrobić aby przekonać siebie i dziecko, że wszystko będzie dobrze?

    1. Poznać przedszkole, do którego dziecko będzie chodziło – zarówno jako budynek/ sale/ łazienkę ale i atmosferę, zwyczaje, panie. Dziś wiele placówek organizuje dni otwarte, zajęcia. Jest szansa obejrzeć przedszkole, poznać panie oraz dzieci z przyszłej grupy. Można też indywidualnie odwiedzić to miejsce. Wszystko zależy od Waszych potrzeb i zwyczajów panujących w przedszkolu. Do takiego spotkania warto się przygotować, spisać nurtujące pytania, wątpliwości. Wychowawcy lub dyrekcja bez problemu powinni na nie odpowiedzieć.

    2. Rozmawiać z dzieckiem o tym co się wydarzy. Może przeczytać parę książeczek o pierwszym dniu w przedszkolu (polecam zwłaszcza takie, w których jest mało wspomnień o płaczu dziecka, aby nic nie sugerować). Może opowiedzieć o fajnych zdarzeniach ze swego pobytu w przedszkolu. Dobrym pomysłem jest też spotkanie się z innym dzieckiem, które chodzi o przedszkola i mu się podoba.

    3. Przygotowanie fizyczne do planu dnia. Dobrze jest się wcześniej dowiedzieć jak wygląda plan dnia w przedszkolu aby co najmniej miesiąc wcześniej zacząć wprowadzać podobny w domu. Ważne to jest zwłaszcza dla młodszych dzieci, które mogą mieć równe pory drzemki i posiłków. Im wcześniej przyzwyczaimy organizm od takiego trybu tym lepiej. Ułatwimy tym samym dziecku pierwsze dni.

    4. Poznajmy też dziecko z pościelą i piżamką, w której będzie spało. Tak aby nie było zdenerwowane, kiedy zobaczy ją pierwszy raz w przedszkolu. Niech wie jak wygląda jego ręcznik, kubeczek, szczoteczka. Zapytajmy się czy można zabrać ze sobą do przedszkola ulubioną zabawkę. Sprawmy aby rzeczy dały poczucie bezpieczeństwa, kiedy nas nie będzie.

    5. I najważniejsze… wierzyć, że dziecku nie stanie się krzywda i będzie pod fachową opieką. Bo to w naszej głowie leżą wszystkie źródła lęków, które przekazujemy dzieciom. Oczywiście lekkie poddenerwowanie to norma, ale płacz proponuje zostawić sobie na chwilę kiedy dziecko będzie już w sali. Dobrym rozwiązaniem jest też, aby pierwsze dni odprowadzał malucha do przedszkola tata. W większości przypadków (choć nie zawsze) – tatusiowie lepiej potrafią ukryć emocje i dzieciom jest łatwiej. Choć to wszystko zależy od każdego z nas.

    Życzę Wam aby ten ostatni miesiąc upłyną na przyjemnych przygotowaniach do przedszkola. I aby Wasze dzieci chętnie do niego chodziły. Bo to wspaniały czas rozwoju i zabawy dla maluchów.

  • Po co i jak zadbać o dziecięce MY

    Od dawna dużo się mówi, że w życiu jest ważne poczucie własnej wartości. Pomaga realizować cele, tworzyć związki, rozwijać się i żyć w zgodzie z sobą. Coraz częściej jednak okazuje się, że tym czego brakuje osobom wchodzącym w dorosłość wcale nie jest niska samoocena. Dziś liczy się coś jeszcze, a z dnia na dzień będzie to coraz cenniejsze. Dziś młody człowiek nie tylko powinien dostrzegać JA ale i MY. Dlaczego? I Jaki ma to związek z naszymi dziećmi?

    Obecnie większość zawodów związana jest w pracą z zespole lub z klientem. Nawet informatycy muszą liczyć się ze współpracą z innymi. Dziś w firmach cenione są nie tylko wykształcenie, inteligencja, doświadczenie ale przede wszystkim umiejętność pracy w zespole. Dziś geniusz, który nie jest wstanie być częścią MY, ma bardzo trudno. Okazuje się, że młodzi ludzie trafiając do pierwszej pracy mają zbudowane poczucie własnej wartości (przecież się mówi o tym od tylu lat), ale trudno im się odnaleźć w pracy na rzecz całości, zespołu. Nie zdają sobie sprawy, że sukcesu zespołu to sukces pojedynczych osób i odwrotnie – pojedyncze osoby nie odniosą sukcesu bez sukcesu zespołu.

    Tak bardzo skupiliśmy się, na rozwoju indywidualnych cech dzieci, zajęciach dodatkowych, budowaniu wysokiej samooceny, że zapomnieliśmy o tym, że nie żyjemy i nie pracujemy w próżni. I chociaż coraz więcej rodziców dostrzega potrzebę rozwoju społecznego, to jednak nadal za mało.

    Bycie częścią społeczeństwa jest dla nas tak naturalne jak oddychanie. Od wieków tworzymy mniejsze i większe grupy. Dziecko powinno potrafić odnaleźć się w rożnych strukturach – rodzinnych, rówieśniczych, związanych z zainteresowaniami, czy nawet przypadkowymi. Ale aby mogły swobodnie w nich funkcjonować, to my rodzice musimy zadbać aby miały możliwość ich poznania, działania w nich i obcowania z innymi. Ważne jest tu nauka szacunku, kompromisu, współpracy, komunikacji oraz innych umiejętności. Tego wszystkiego nie da się nauczyć z książek, w biegu czy na dystans. Dzieci muszą mieć możliwość rozwoju społecznego w grupach formalnych, ale przede wszystkim tych nieformalnych.

    Dziś kiedy nasze życie jest w pełnym biegu czasami nie ma czasu na takie zwykłe zatrzymanie się i bycie. Nasze dzieci nie nauczą się żyć w społeczeństwie samotnie spacerując w wózku, wychodząc z placu zabaw kiedy pojawiają się inne dzieci, uczestnicząc w tysiącu zajęć dodatkowych. Nie możemy czekać aż pójdą do przedszkola czy szkoły. Pomóżmy im już dziś być częścią społecznego MY.

    Jeśli dziś pokażemy naszym dzieciom co to znaczy być częścią MY, pamiętając o wyjątkowym JA, z pewnością będą miały łatwiejszy start nie tylko w dalekiej przyszłości. Przedszkole czy szkoła to też MY – a przecież chcemy aby dzieci się tam dobrze czuły.

  • Wakacje pod namiotem z dzieckiem – koszmar czy przygoda?

    Wakacje z maluchem pod namiotem? O tak! Byliśmy, sprawdziliśmy i polecamy. Warto jednak pamiętać o kilku ważnych sprawach, aby wymarzone wakacje nie zmieniły się w koszmarek. Warto zrobić sobie listę rzeczy do zabrania i podczas pakowania sprawdzić dwa razy czy wszystko zabraliśmy – my o kilku ważnych rzeczach zapomnieliśmy, ale i tak daliśmy radę 🙂

    Zanim w ogóle zabierzemy się za pakowanie warto sprawdzić co oferuje pole namiotowe (lub inne miejsce) gdzie będziemy nocować. Czy jest tam łazienka z ciepła wodą, dostęp do prądu, jakaś gastronomia, czy to zupełna głusza i wszystko trzeba mieć swoje. Tak czy siak oto mała ściągawka, co warto zabrać ze sobą i na co zwrócić uwagę.

    LEKI

    To najważniejsze o czym nie możemy zapomnieć – zwłaszcza jeśli dzieci przyjmują coś na stałe lub nie można dostać tego bez recepty. Nie możemy też zapomnieć o lekach od gorączki (a przy tym o termometrze), czymś od komarów – u nas sprawdziły się plasterki, opatrunkach na drobne otarcia lub rany. To według mnie minimum, które powinniśmy zabrać w każdą podróż, a już zwłaszcza pod namiot. Wart pomyśleć też o wapnie i czymś na biegunkę.

    JEDZENIE

    Jeżeli nasze dziecko je już wszystko to co my, to sprawa jest prosta. Trochę trudniej kiedy jeszcze korzysta z butelki, kasze, itp. Wtedy niezastąpiony okaże się podgrzewacz – najlepiej samochodowy lub jakiś mały podręczny (jeśli będziemy mieli dostęp do prądu). Warto sprawdzić czy wszystkie części butelki zabraliśmy (ja zapomniałam zakrętki i trudno było wymieszać mleko) i odpowiednią ilość kaszek lub słoiczków. Zachęcam aby zawsze mieć w zapasie, na wszelki wypadek. Pomyślmy też o przekąskach, owocach, itp. bo w pobliżu może nie być miejsca aby je kupić.

    Czy zabierać ze sobą krzesełko do karmienia? My karmiliśmy Mariankę na kolanach lub w spacerówce. Oczywiście to ostatnie rozwiązanie może skończyć się koniecznością czyszczenia wózka, ale zawsze więcej miejsca w bagażniku zostaje wolnego.

    ZAKWATEROWANIE

    Jaki namiot wybrać? To już od was zależy. Ile dni w nim spędzicie. Czy wszystkie rzeczy będziecie w nim trzymać, czy tylko najpotrzebniejsze? Ile osób będzie w nim spało? Warto pamiętać, że maluch powinien spać pomiędzy dorosłymi, aby było mu cieplej i czuł się bezpieczny. Jeżeli decydujecie się na dwa materace, ułóżcie dziecko tak aby nie spało na styku, bo tam zawsze będzie mimo wszystko ciągnęło od ziemi. Sprawdźcie też jaką szerokość ma komora sypialni i czy na pewno wasze materace tam się zmieszczą (to, że na namiocie jest oznaczenie „4” jak się okazuje – nie zawsze dwa materace „2” się w nim mieszczą). Nie zapomnijcie też o pompce do tych materacy – jak my to zrobiliśmy. Dmuchanie ustami nie jest fajne. No i oczywiście latarki… Bez tego ani rusz 🙂

    Ustawiając namiot sprawdźcie kto jest waszymi sąsiadami. Wybierzcie rodziny z dziećmi w podobnym wieku. Dzięki czemu w podobnym czasie w namiotach będzie cisza. Wybudzony maluch w nowym miejscu może mieć problemy z ponownym zaśnięciem.

    SPANIE

    Podstawa to dobry śpiwór. Można kupić takie specjalne dla dzieci, albo wykorzystać ten, którego używamy zimą w wózku. Należy jednak pamiętać, że jego długość musi być większa niż nasze dziecko. Powinno ono móc w nim swobodnie zmienić pozycję. Przed wyjazdem wypróbujmy go w domu. Niech maluch wejdzie do niego, pobawi się w nim, oswoi.

    Warto też zadbać o odpowiednie ubranie do snu. Zależy to wszystko oczywiście od temperatury na zewnątrz. My zdecydowaliśmy się na cienki pajacyk oraz spodnie i bluzę dresową (nie przesadnie grube). Stój dopełniliśmy cieplejszymi skarpetkami i cienką czapeczką. Marianka się nie przegrzała, ani nie zmarzła. Trzeba to kontrolować na bieżąco. Pamiętajcie, że zawsze rano jest zimniej i warto mieć pod ręką kocyk, aby w razie czego nakryć dziecko.

    Warto też pamiętać o rytuałach podobnych jak w domu. To pomoże dziecku szybciej zasnąć. Przebywając na świeżym powietrzu z pewnością szybciej się zmęczy i może być tak, że będzie radość i zabawa, a za chwilę płacz – bo znienacka dopadło zmęczenie.

    HIGIENA

    W czym będziemy myć nasze dziecko? To zależy. Wiele pól namiotowych oferuje prysznice i dostęp do ciepłej wody. Wtedy wystarczy zabrać środki higieniczne i ręcznik. Pamiętajmy tylko aby nie sadzać dziecka w ogólnodostępnym brodziku. Możemy wykorzystać większą miskę lub klapki jeżeli dziecko stoi już stabilnie. Jeżeli nie mamy dostępu do prysznica to warto zaopatrzyć się w większą miskę lub zabrać wanienkę, którą uzupełnimy ciepłą wodą. Nie zachęcam do mycia maluchów w jeziorze lub rzece. Może to być trudne a i niebezpieczne za razem.

    ZABAWKI

    Maluch na wyjeździe w zasadzie nie potrzebuje dużej ilości zabawek. To raczej podróż może wymagać kilku „zapychaczy” czasu. Na miejscu z pewnością przyda się ulubiona maskotka lub zabawka, może piłka, wiaderko i zabawki do piasku. Jeśli jest to miejsce nad wodą to coś dmuchanego. Dla maluchów warto pomyśleć o basenie jeśli woda jest zimna i głęboka. A poza tym… to przestrzeń, w której będziemy powinna im dostarczać pomysłów na zabawy.

    PRZEMIESZCZANIE SIĘ

    Jeżeli planujemy wędrówki, zwiedzanie, itp. nieodzowny jest oczywiście wózek. Warto jednak planując takie eskapady zastanowić się nam możliwościami naszego „pojazdu”. Czy jest lekki i da się w niektóry miejsca wnieść, czy ma pompowane koła i bezdroża nie stanowią dla niego przeszkody. Czy rozkłada się na płasko i na dłuższej wędrówce nasz maluch będzie mógł w nim zasnąć. To właśnie te czynniki powinny decydować o miejscach jakie odwiedzimy.

    Oczywiście problem staje się mniejszy jeżeli korzystamy z dobrych nosideł ergonomicznych lub chusty.

    I NAJWAŻNIEJSZE

    Dobre nastawienie. Jeżeli będziemy jechać z nastawieniem, że będzie trudno i beznadziejnie… to tak będzie. Jeżeli zaś będziemy czekali na wspaniałą przygodę z naszym maluchem… to właśnie ją przeżyjemy. Czego Wam bardzo życzę 🙂

    PS: nie pisałam o ubrankach i pieluchach – bo tu już każda mama sama wie jak najlepiej spakować swego malucha

  • Randka z mężem to ważna sprawa

    Spędzamy razem mnóstwo czasu. W domu wspólnie oglądamy filmy, gotujemy, w niedzielę wylegujemy się do południa w łóżku… Wychodzimy do kina, restauracji, na leniwe spacery… Jeździmy w ciekawe miejsca… Możemy planować z wyprzedzaniem albo spontanicznie coś zorganizować… Spotkać się z przyjaciółmi… Szalejemy, ryzykujemy, nudzimy się… Wolność z osobą, którą kochamy. Ta bliskość i dostępność… To wszystko sprawia, że uczucie kwitnie i chcemy być razem… Nie wspomnę już o bliskości fizycznej… kiedy chcemy i jak chcemy… A potem rodzi się pierwsze dziecko… i wszystko się zmienia.

    Często obiecujemy sobie, że narodziny dziecka nic nie zmienią. Ale to nie prawda. W naszym życiu mamy już nie jedną najważniejszą osobę, a dwie. Dziecko jest bezbronne i niesie ze sobą ten rodzaj miłości, której do tej pory nie znaliście. Bo nie da się jej opisać, często mówimy, że dopóki nie urodzi się nam dziecko nie wiemy czym jest czysta i bezwarunkowa miłość. I to jest prawda. A co z nami? Co z kobieta i mężczyzną dzięki którym, to dziecko pojawiło się na świecie… Często zaczynamy się mijać, bo jesteśmy zmęczeni. Rozmawiamy tylko o dziecku. Zapominamy o „dwóch połówkach”.

    Mieliśmy to szczęście z mężem, że trafiliśmy przed ślubem na naprawdę bardzo dobry kurs przedmałżeński. Tematy były ciekawe, prowadzone przez specjalistów, którzy byli otwarci na pytania i bardzo profesjonalnie podchodzili do tematów. Zarówno od księdza odpowiedzialnego za kurs, jak i od pani z poradni małżeńskiej (mamy trójki dzieci) usłyszeliśmy bardzo ważną rzecz „dzieci kiedyś dorosną, a wy możecie zostać albo z bardzo bliską osobą albo z kimś kogo kiedyś znaliście”. Bo miłość jest jak ogień, gorąca i cudowna, ale kiedy jest nie podsycana… gaśnie. Wiadomo, że nie jesteśmy w stanie prowadzić życia tak samo jak przed urodzeniem dziecka ale zostając rodzicami nie możemy przestać być swymi partnerami. Nie możemy zapominać o wzajemnych potrzebach emocjonalnych, psychicznych i fizycznych. Jak to zrobić?

    My z mężem znaleźliśmy sposób. Sprawy związane z Marianką staramy się omawiać na bieżąco, po południu lub rano. Wieczorem kiedy śpi mamy czas dla siebie. Czasami to dwie – trzy godziny, a czasami pół – zależy to od obowiązków domowych. Ale najważniejsze są nasze randki. Raz w miesiącu Marianka zostaje z dziadkami, a my staramy się zorganizować sobie coś fajnego, coś takiego co raczej z Nią byśmy nie zrobili. Byliśmy np. kręgielni, w kinie w „logickrom” do tego oczywiście jakiś obiad czy kawa z ciastkiem. W trakcie naszych wyjść staramy się skupić na nas, naszych emocjach i relacji. Czy w ogóle nie wspominamy o Mani? Oczywiście, że wspominamy 🙂 Ale raczej mimochodem, nie rozstrzygamy ważnych spraw, nie planujemy. Każda taka randka jest dużym ładunkiem na kolejne dni. Wzmacnia naszą relację i związek. A pamiętajmy, że jeśli rodzice są szczęśliwi to i dzieci.

    Ktoś może się śmiać, mówić że to głupota, marnowanie czasu i pieniędzy. A ja twierdzę, że nie. Bo kiedy dzieci będą coraz starsze i coraz więcej czasu będą spędzać poza domem, my nie będziemy mieli problemu ze spędzaniem tego czasu tylko we dwójkę. Nie będziemy musieli uczyć się bycia z sobą od nowa. A syndrom opustoszałego gniazda nie dotknie nas aż tak bardzo. Bo dzieci są tylko wędrowcami pytającymi o drogę, którzy będą tworzyli własne ścieżki. A my? My weszliśmy na wspólną drogę i chcemy nią kroczyć do końca. A bycie razem dziś pomoże nam być razem jutro i pojutrze.

  • Komu są potrzebne plan dnia i rytuały?

    Na forach i grupach „mamowych” co i rusz pojawiają się pytania dotyczące ilości drzemek czy pory kładzenia spać. Wiele młodych mam narzeka, że ich kilku – kilkunasto miesięczne dzieci chodzą spać o 22, 23 a czasami nawet 24. Inne żalą się, że nic nie mogą zaplanować, bo dziecko co i rusz zasypia o różnej porze, jest marudne lub je różne ilości pokarmów w zależności od dnia. I o ile nie są to problemy związane ze zdrowiem dziecka, dla każdej z tych mam mam jedną radę… Wprowadzenie planu dnia i rytuałów.

    Ktoś może powiedzieć, że ja miałam łatwiej, bo przez 4 miesiące w szpitalu Marianka przyzwyczaiła się do stałych pór jedzenie i innych rzeczy. Może i trochę tak, ale nie do końca. Dom i wszystko inne było dla Niej nowością i na początku wcale nie funkcjonowała jak w szpitalu, może poza jedzeniem. Ale przecież to akurat ja kontrolowałam. To wprowadzony przeze mnie plan dani i rytuały z tym związane sprawiły, że już od dłuższego czasu Marianka idzie spać między 19:30, a 20:00.

    Kiedy zacząć wprowadzać plan dnia? Od początku. Oczywiście zaraz po powrocie ze szpitala najpierw trzeba poznać swoje dziecko. Czego potrzebuje, jakie jest. A dopiero później, po kilku dniach wprowadzać stałości. I to niezależnie czy jest karmione piersią czy z butelki, czy śpi w swoim łóżeczku czy rodzicami. Plan jest potrzebny i dla dziecka i dla rodzica.

    Dziecko dzięki planowi i rytuałom czuje się bezpieczne. Wie co po czym następuje. Wie czego może się spodziewać. Porządkuje to jego świat, który wydaje się mu taki obcy i nieprzyjemny. Stałość zawsze wprowadza poczucie bezpieczeństwa. Rodzice dzięki planowi też mają szansę poczuć się bezpiecznie. Wiedzą co po czym mają robić, do czego się przygotować.

    Warto pamiętać, że plan dnia jest stały, ale powinien być dostosowany do potrzeb dziecka i jeśli ono się zmienia, plan też powinien ulec zmianie. My zmienialiśmy plan kilka razy. Jeśli widzieliśmy, że coś nie odpowiada Mariance szukaliśmy rozwiązań. Zamienialiśmy kolejność kąpieli i jedzenia, spacerów i drzemki. Jak miała niespełna rok zauważyliśmy, że pora spania się Jej wydłuża przez co jest markotna i gorzej śpi. Zrezygnowaliśmy z popołudniowej drzemki i wszystko się ułożyło. Kiedy zamiast jeść o 23 (jadła przez sen) zaczęła się wybudzać i marudzić – zrezygnowaliśmy z tego karmienia, przesuwając lekko poranne. I właśnie na tym polega dobry plan dnia – odpowiada potrzebom dziecka.

    Czym są rytuały? To właśnie czynności, które wykonujemy w tej samej kolejności, w taki sam sposób. Zwłaszcza te przed snem, które pozwalają się wyciszyć, pomagają dzieciom spokojnie pójść spać.

    A jeśli do tej pory nie mieliśmy planu dnia? To czas najwyższy zmierzyć się z tym. Z doświadczenia wiem, że trudniej przeżywają to rodzice niż dzieci. A im młodsze tym łatwiej. Przeważnie stawiają opór 3 – 4 dni, starsze do tygodnia. Ale jeżeli czują w tym naszą stanowczość, a jednocześnie miłość i wsparcie, szybko odnajdą się w nowej rzeczywistości.

    Pamiętajmy, że plan dnia powinien zawierać nie tylko pory spania i jedzenia, ale również czas na aktywność, zabawy na świeżym powietrzu czy spacer, nie powinno zabraknąć też momentu na zabawę swobodną (dotyczy to wszystko również maluszków).

    Plan dnia porządkuje nasze życie, ale daje też szansę na dobrą zabawę i spontaniczność. Pozwala nam i naszym dzieciom poczuć się bezpiecznie i nie być zmęczonym. A co za tym idzie cieszyć się z bycia razem.

  • Rodzinka peel

    W poprzednim stuleciu (wiem jak to strasznie brzmi, bo byłam już wtedy dorosła) mówiąc o polskiej rodzinie, z pewnością wiele osób użyłoby takich określeń jak wielopokoleniowa, duża, utrzymująca kontakty, spotykająca się na święta/ wesela/ imieniny i inne uroczystości. Ostatnio na moim profilu na Instagramie zapytałam właśnie o rodzinę. Kim jest dla Was bliska rodzina? Z kim utrzymujecie kontakty? Jak duże są Wasze rodziny. I muszę przyznać, że odpowiedzi raczej mnie nie zaskoczyły. A obraz „Rodzinki peel” nie jest taki oczywisty, a co za tym idzie i wychowanie do życia w rodzinie (nie mylić z przedmiotem nauczania) jest różne. A jakie?

    Nadal jest wiele rodzin, które przy wigilijnym stole czy innych uroczystościach zasiadają w 20 – 30 czy więcej osób. Zdaje się jednak, że w są to rodziny, które od dłuższego czasu – może kilku pokoleń mieszkają w jednej okolicy. Są to duże rodziny, w których jest po kilkoro dzieci lub jako bliską rodzinę traktuje się też kuzynów. W takich rodzinach nawet jeśli ktoś wyjeżdża za pracą czy na studia gdzieś dalej, stara się w ważnych chwilach życia rodziny wracać. Dla takich osób czymś normalnym jest, że każde święta spędzają w rodzinnym domu, nawet jak jest on oddalony o kilka tysięcy kilometrów. Jak taka rozległa rodzina wpływa na wychowanie dziecka? Z pewnością może ono wiele skorzystać. Kontakty z dużą ilością zaufanych, bliskich osób wpływają na otwartość, naukę nawiązywania relacji i bycia w środowisku osób w różnym wieku/ wykształceniu/ poglądach/ itp. Oczywiście mogą wystąpić też minusy. U osób wychowanych w takich rodzinach może występować przeświadczenie, że nie łatwo się przebić, czasami trudno zostać dostrzeżonym w dużej grupie lub czuć się przytłoczonym. W dużych rodzinach w dzisiejszych czasach można też poczuć smutek w powodu braku czasu na codzienny kontakt ze wszystkimi najbliższymi.

    Coraz więcej jest też rodzin, które za najbliższą rodzinę uznają oprócz swoich dzieci, rodziców i rodzeństwo. A nawet z nimi czasami nie mają kontaktu codziennego. Często jest to spowodowane rozrzuceniem rodziny po różnych zakątkach Polski i nie tylko. Ale też wydarzeniami z przeszłości. Oczywiście wychowanie w takiej rodzinie ma również swoje plusy i minusy. Do tych pierwszych możemy zaliczyć skupienie się na relacjach z mniejsza liczbą osób, poczucie że jest się dostrzeganym i ważnym. Co może być jednocześnie minusem – bo czasami chcielibyśmy się gdzieś schować. Minusem może być również zamknięcie się na bliższe kontakty z większą ilością osób, mała ilość kontaktów interpersonalnych niezależnych od pokolenia czy poglądów.

    W którym rodzaju rodziny łatwiej, lepiej wychować dziecko? Nie znam na to pytanie odpowiedzi. Sama pochodzę z rodziny gdzie dzieci ciotecznego rodzeństwa moich rodziców to bardzo bliska rodzina. U nas zawsze było tłoczno, radośnie i głośno. I choć teraz może nie spotykamy się tak często to relacje nasze nadal są bardzo bliskie. Ale dostrzegam też wartość mniejszych rodzin. Z takiej wywodzi się mój mąż. I tu czasami może pojawić się problem. Bo zazwyczaj rodzina kojarzy się nam z naszą i jeśli spotyka się dwójka ludzi wychowanych w innych typach rodzin, to może być trudno. Bo to w czym się wychowaliśmy jest dla nas naturalne i tak chcemy aby wyglądała nasza rodzina. Ważne aby te różnice nie wpłynęły na dzieci. Musimy pewne rzeczy ustalić zanim one przyjdą na świat lub kiedy są bardzo małe. Aby nie miały sprzecznych komunikatów. Bo najlepsza rodzina to jest taka, którą my stworzymy. I nie ważne czy jest obok nas 30 najbliższych jej członków czy tylko 5. Najważniejsze jest abyśmy się kochali i cieszyli z bycia razem, a zwłaszcza z bycia rodzicami swoich dzieci.

  • O jedno słowo za dużo

    Z pewnością nie raz przez rodzicielski umysł przewijają się pytania „Co on/ ona sobie ubzdurał?”, „Skąd mu/ jej się to wzięło?”, „Cóż to znowu za głupoty siedzą w tej głowie?”. Kiedy się pojawiają? Wtedy gdy się okazuje, że w głowie dziecka jest jakieś przeświadczenie, które nie ma racjonalnych podstaw. Na przykład, że jest głupie, grube, zbyt wolne, nierozważne, itp. Lub kiedy dziecko myśli, że coś się wydarzy lub wydarzyło – a tak nie jest. Na przykład, że po kąpieli i założeniu piżamki pępek znika. No więc skąd to się bierze? Przeważnie z naszego „jednego, nieświadomego słowa za dużo”.

    Chcemy czy nie jesteśmy dla naszych dzieci pierwszą wyrocznią. Nawet kiedy dorastają, to nasza opinia jest jedną z najważniejszych w ich życiu. Nawet jeśli się do tego nie przyznają, nasze zdanie o nich, jest dla dzieci bardzo ważne. A ponieważ wielu z nas na co dzień w prost nie mówi dzieciom co o nich myśli, albo nasze opinie są tak formułowane, że dla dzieci są wiarygodne. To słowa rzucone często mimochodem, przy okazji, od niechcenia, w trakcie zdenerwowania trafiają do dziecięcej świadomości bardzo szybko. Nawet jeśli nie są prawdą, a my tak naprawdę nie myślimy w ten sposób.

    Czasami wystarczy choćby raz użyć jakiegoś sformułowania aby wyryć w dziecięcej głowie coś czego nie chcieliśmy. Już klasycznym przykładem są dziewczynki, które nawet stajać się kobietami mają fiksację na temat własnej figury bo usłyszały kiedyś od taty, że wyglądają jak kluseczka czy określane były mianem „pączuszka”. Już nie mówię o bezpośrednim powiedzeniu „wyglądasz grubo”. I dotyczy to dziewczyn, które wcale nie są przy sobie. Kiedy byłyśmy jeszcze z Marianką na reanimacji, jeden z tatusiów zapytał położnej „ile moja córka przytyła” (urodziła się z wagą 680g). Pani powiedziała, że córka to przybrała na wadze i zapytała czy jak będzie starsza tata też będzie mówił, że przytyła.

    Ale takie „słowo za dużo” mówimy w różnych sytuacjach. Kiedy dziecko coś zrobi niechcącą „czy ty głupi jesteś?”. Kiedy chwalimy inne dziecko „Zobacz Tomek to dopiero jest super sportowcem”. Kiedy dziecko nie chce wracać z placu zabaw „To zostań, ja sobie pójdę i nie wrócę po Ciebie”. Kiedy żartujemy „O zaraz pępek zniknie” (sytuacja autentyczna, Marianka od kilku dni płacze zakładając po kąpieli piżamkę, bo tata zażartował, że pępek zniknie).

    Czasami jesteśmy już zmęczeni, zdenerwowani, rozkojarzeni i rzucamy coś od tak. Ale nasze słowa mają moc. Te słowa wpadają do dziecięcych główek i zakorzeniają się w nich na stałe. Niestety często podcinają skrzydła. Dlatego tak ważne jest aby myśleć co i kiedy mówimy do naszych dzieci, o naszych dzieciach i w obecności naszych dzieci. Bo łatwo jest je wpędzić w kompleksy. Na pocieszenie dodam, że również łatwo jest dodać im skrzydeł. Kiedy nasze słowa mają moc pozytywnych emocji i mają osadzenie w realiach życia naszych dzieci. Ale chwalić też trzeba potrafić. Bo nie każda nasza pochwała jest przez dziecko odbierana pozytywnie.

    Warto więc zastanowić się czasami i ugryźć się w język. Bo nasze słowa mają moc, a powiedziane jedno za dużo mogą wyrządzić wiele złego.

  • Cud przekupstwa

    Tata przychodzi po córeczkę do przedszkola. Ona wychodzi do niego obrażona, bo przecież to mama miała ją odebrać. W szatni zaczynają się posiskiwanie, marudzenia, a na końcu płacz. Dziecko kategorycznie odmawia założenia ubrań i wyjścia z szatni. Zmęczony, trochę zawstydzony, a na pewno bardzo zdenerwowany tata szepce dziewczynce do ucha „Ubieraj się i nie marudź to pójdziemy na lody”. Koniec sceny… a właściwie scen na dziś… A co z dużym prawdopodobieństwem wydarzy się następnym razem i dlaczego?

    Nie tylko w takich sytuacjach zdarza się każdemu z nas próbować przekupić dziecko. Czasami bo nam się spieszy, innym razem bo robi sceny, a jeszcze kiedy indziej aby dodać mu otuchy (naszym zdaniem). Jak dobrze wiemy często kończy się to tym, że w podobnej sytuacji dziecko już samo oczekuje „nagrody”. Dlaczego tak się dzieje? Czy to złośliwość dziecka? A może chęć pozyskania korzyści? Co sprawia, że nawet najmniejsze dzieci szybko uczą się, że w danych sytuacjach mogą konkretnym zachowaniem zyskać.

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Odpowiadają za to neurony, a właściwie połączenia między nimi. Nasz mózg ciągle się zmienia. Ogromna ilość neuronów tworzy, umacnia lub „zrywa” połączenia między sobą. Każda nowa sytuacja jest porównywana do naszych dotychczasowych doświadczeń i jeśli nie zostaną odnaleziona znaczne podobieństwo tworzone jest nowe połączenie pomiędzy neuronami. Jeżeli zaś podobna sytuacja miała już miejsce połączenie te zostaje jakby umocnione. Co w najprostszych słowach można wytłumaczyć tak:

    1) dziecko zachowuje się w jakiś sposób – robi awanturę bo przyszedł tata, a nie mama

    2) rodzic stosuje przekupstwo – nowa sytuacja – powstaje nowe połączenie po między neuronami

    3) dziecko ponownie znajduje się w takiej samej sytuacji – przyszedł tata

    4) połączenie między neuronami się „uaktywania” – dziecko oczekuje „nagrody” inaczej robi jeszcze większą awanturę

    Oczywiście mamy kilka rozwiązań takiej sytuacji. Najłatwiejsze starać się nie wspierać tworzenia nowych połączeń nerwowych, które będą związane z przekupstwem. Ale jak wiemy czasami przez stras, zmęczenie i zabieganie możemy po prostu o tym nie pomyśleć. Jeżeli jednak już tak się stało ważne abyśmy nie utrwalali tego połączenia. Jeżeli tata znowu przyjdzie po córkę, a ona będzie nie zadowolona, niech przetrwa awanturę. Może wziąć dziecko „pod pachę” i zabrać do domu. Może przeczekać. Może wytłumaczyć… Ważne aby znowu nie zabrał na lody czy inną atrakcję. Bo każde utrwalenie zachowania będzie powodowało coraz to większe oczekiwania.

    Nie wińmy więc dzieci, że oczekują od nas „nagrody”, ponieważ najczęściej to my sami oddziałujemy na ich mózg, a dokładniej neurony, które działają tak jak zostały do tego stworzone. Ale jeśli już wiemy jak działają, to możemy tę wiedzę wykorzystać. Dzięki wiedzy możemy sprawić, że nasze rodzicielstwo będzie łatwiejsze a relacja z dzieckiem bliższa.