Kategoria: Przeczytaj

  • Nie zawsze byliśmy rodzicami

    Pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy nie spędzaliście nocy na trybie czuwania? Pamiętacie szalone wypady ze znajomymi, takie tu i teraz? Pamiętacie jak wyjście z domu nie wiązało się z zabraniem ze sobą tysiąca i jednej rzeczy, które na pewno się przydadzą? Pamiętacie czasy kiedy nikt Wam nie przerywał „przytulanek”? Pamiętacie czasy kiedy mogliście spokojnie po ciemku przemieszczać się po mieszkaniu bez obawy nadepnięcia zabawki? A pamiętacie, że… kiedyś nie byliście rodzicami? Może to i głupie pytanie. Ale na serio… pamiętacie?

    Dla jednych czasy sprzed rodzicielstwa to czas sielski i anielski. Dla innych sposobność na wyszalenia się, poczucie „że się żyje”. Jedni do nich tęsknią częściej, a inni czasami. A jeszcze inni nie przyznają się do tego wcale. Bo to, że się tęskni czy wspomina życie bez dzieci nie znaczy, że ich nie kochamy. Albo, że wolelibyśmy ich nie mieć. To wspomnienia, często wyidealizowane naszym obecnym zmęczeniem czy problemami. Czasami wyrzucamy sobie, że nie powinniśmy tęsknić do tych czasów.

    Są osoby, które twierdzą, że rodzicielstwo wcale nie zmieniło ich życia. Ale to chyba nie tak. To, że nadal pracujesz, masz pasje i przyjaciół wcale nie znaczy, że twoje życie się nie zmieniło. Bo czy nadal masz takie same priorytety? Czy nadal masz tyle samo czasu co kiedyś? Może ktoś tak ma. Ja nie.

    Przed ciążą byłam bardzo aktywna zawodowo, społecznie i towarzysko. Wiedziałam, że pojawienie się dziecka wiele zmieni, lecz pragnęłam nadal być aktywna i włączać malucha w to co robię. Bo to jest realne i da się to zrobić. Ja nie miałam takiej szansy, aby od razu moje rodzicielstwo wyglądało tak jak sobie wymarzyłam. Przedwczesny poród i walka ze skutkami wcześniactwa na ponad rok oderwały mnie od poprzedniego życia. Miałam wybór. Albo pożegnać się na zawsze ze starym życie, z tym co było dla mnie ważne. Albo… poczekać. Dać Mariance i sobie szansę na wspólne poznawanie świata, mego świata.

    Często rodzice kiedy poczują, że życie po narodzinach dziecka się zmienia zapominają o dawnych osobach, jakimi byli. Poświęcają się dziecku, rodzinie i pracy. To nie jest złe. Jednak jeśli w 100% zapomnimy o tym co kiedyś było dla nas ważne, przestaniemy być tak naprawdę sobą. Może nie od razu jesteśmy w stanie znaleźć czas na swoje pasje, zainteresowania i przyjaciół. Ale róbmy to stopniowo. Z każdym miesiącem dziecko jest starsze i na więcej możemy sobie pozwolić. Może zamiast spotykać się ze znajomymi na mieście warto ich zaprosić do siebie. Zanim znów wyruszymy na górski szlak zacznijmy spacery po bliższej i dalszej okolicy. Uwielbialiśmy czytać książki? Niech to najpierw będzie 10 min dziennie.

    Takie świadome wybieranie siebie, w ramach możliwości rodziny, jest bardzo ważne. Pokazujemy dziecku, że każdy jest ważny. Pasja i realizacja siebie każdego członka rodziny jest doceniana i wspierane. Pokazujemy dzieciom, że warto mieć zainteresowania i coś co pozwala zachować równowagę. Uczymy przez własny przykład.

    A co z rodzicami, którzy aż nadto realizują siebie. Jeśli to nie przeszkadza tworzeniu relacji z dzieckiem, nie wpływa negatywnie na więzi… To czemu nie. Wszystko jest dla ludzi. Tak jak nie możemy zapominać, że kiedyś nie byliśmy rodzicami – tak też nie możemy zapominać, że nimi jesteś. To my jesteśmy odpowiedzialni za nasze dzieci, ich bezpieczeństwo, wychowanie i opiekę. Nasze pasje, zainteresowania i przyjaciele mają mieć miejsce w naszym życiu, ale nie mogą odbierać go naszym dzieciom. Potrzebny tu jest złoty środek.

    Pamiętajmy też, że kiedyś nasze dzieci dorosną, a my będziemy mieli zdecydowanie więcej czasu. Wtedy może nam być już trudno wrócić do pasji i zainteresowań. Można wprawdzie odkryć nowe. Ale niestety często bywa tak, że jeśli ktoś poświęcił siebie dla wychowania dzieci – często siebie już nie może odnaleźć.

    Wam i sobie życzę znalezienia złotego środka pomiędzy byciem rodzicem, a sobą. Bo przecież to właśnie te dwa elementy sprawiają, że jesteśmy jedyni w swoim rodzaju. A nasi najbliżsi nas kochają 🙂

  • Wielkie problemy małych ludzi

    To były piękne czasy, kiedy największym problemem było to, że nie mogę pobawić się akurat tą zabawką, na którą mach ochotę lub nie dostałem lodów. Nic mnie nie interesowało, nie maiłem „dedlajnów”, rachunków i marudnego szefa na głowie. Nie to co teraz. Ile razy zdarzyło się nam pomyśleć – „Boże chciałbym mieć takie problemy” – słuchając o bolączkach swoich dzieci? A ile razy powiedzieć „Nie przesadzaj”. Bo przecież co to za problemy. A jak to się ładne mówi „Zapomniał wół, jak cielęciem był”. Dorastając zapominamy jak postrzegaliśmy świat jako dzieci i jak wpływały na nas trudności.

    Mając 9 czy 10 lat chciałam dołączyć do kółka tanecznego w klubie przy garnizonie na naszym osiedlu. Marzyłam o tym, aby móc tańczyć i być członkiem zespołu. Na „przesłuchania” pędziłam jak na skrzydłach… a wracałam z płaczem. Nikt nie wytłumaczył dlaczego dostały się te a nie inne dzieci, ale ja byłam przekonana, że nie wzięli mnie z powodu mojej puszystej postury. W domu płakałam godzinami. Wydawało mi się, że świat się skończył. Przecież miałam zostać tancerką… a teraz co? Dla mnie była to taka tragedia, że jeszcze dziś myśląc o tym jest mi przykro. Ktoś mógłby powiedzieć, cóż się stało, może spróbuj czegoś innego, nie było Ci pisane, itp. I choć mama próbowała mnie pocieszać na różne sposoby to uczucie niesprawiedliwości i krzywdy było tak silne, że uspokoiłam się dopiero kiedy fizycznie mnie już to zmęczyło. Bo w tym wszystkim chodzi o emocje jakie człowiek przeżywa.

    Nie ważne ile się ma lat smutek, żal, poczucie krzywdy są takie same. Ich przyczyny, rozwiązanie problemów mogą być różne ale same uczucia czy emocje nie zmieniają się zasadniczo. Powstają w tej samej części mózgu i tak samo są w stanie zawładnąć naszymi umysłami i ciałami. Dlatego tak ważne jest aby w trudnych emocjonalnie chwilach udzielać wsparcia dzieciom. Nie bagatelizować ich problemów, a skupić się na emocjach właśnie. Bo z pewnością same dziecięce problemy jesteś w stanie dość szybko i prosto rozwiązać. Ale to właśnie emocji nie możemy zbagatelizować.

    Nam wydaje się, że problem małego dziecka jest mały. Ale dla niego jest ogromy. Często staje przed takim problemem po raz pierwszy w życiu. Nigdy nie był w takiej sytuacji, a do tego pojawiają się emocje i uczucia, których nie potrafi opanować. Jedynie wsparcie i zrozumienie ze strony rodziców jest w stanie pomóc dziecku nauczyć się radzenia z problemami. Jeżeli raz, drugi zbagatelizujemy problem, bo naszym zdaniem jest błahy, to będzie kiedyś problem poważny, a dziecko do nas nie przyjdzie… przecież i tak nie ma co szukać u nas zrozumienia.

    Dlatego warto od najmłodszych lat wspierać dziecko w pokonywaniu jego problemów. Jest to tez okazja do nauki określania swoich emocji i radzenia sobie z nimi. Ale przede wszystkim do budowania silnej relacji z dzieckiem opartej na zaufaniu. Czasami warto spojrzeć na problem oczyma dziecka i przypomnieć sobie jak sami byliśmy w jego wieku. Wystarczy tak niewiele.

  • Chcę być jak na profilowym… czyli syndrom mamy w dresach

    Nie wiem czy pani mnie poznaje, ale rozmawiałyśmy na FB kilka razy. Nazywam się XY. Ja poznałam panią po Mariance :)”. Takie słowa ostatnio usłyszałam od przemiłej blondynki na sali rehabilitacyjnej. Czy ją poznałam? Dopiero po dłuższej chwili. Zresztą nie był to pierwszy raz kiedy nie rozpoznałam mamy, którą znam z mediów społecznościowych. W mojej głowie to wspaniale wystylizowane, uczesane, umalowana i radosne kobiety. A przede mną stoją często zmęczone mamy ze związanymi włosami, w wygodnym ubraniu, które czasami nosi plamy ulania. Zresztą ja wyglądam tak samo. Kto jest prawdziwy? Ta kobieta na „profilowym” czy mama z maluchem pod pachą?

    Oczywiście to jedna i ta sama osoba. Jednak nasze zdjęcia profilowe często przedstawiają nas w najlepszym momencie naszego życia. Kiedy czułyśmy się najpiękniejsze, atrakcyjne i szczęśliwe. Te zdjęcie wybieramy spośród setek innych. Te zdjęcie często przedstawia nas takimi jakim chciałybyśmy być na co dzień, albo aby nas tak postrzegano. A na co dzień jakie jesteśmy? Zabiegane, zaaferowane dziećmi, domem, pracą ale równie szczęśliwe – tylko może w inny sposób. Jeśli możemy wybieramy wygodne ubrania – zwłaszcza przy małych dzieciach. Często nasza fryzura zamiast zachwycać jest po prostu wygodna (w moim przypadku, taka aby stracić jak najmniej wyrywanych włosów). Nie zawsze mamy czas i chęci zadbać o swój wygląd. Tak jest wygodniej. I zapewniam Was, że pisząc te słowa mam na sobie najwygodniejsze z wygodnych ubrań. Wolałabym abyście mnie jednak taką nie oglądali.

    Czy zatem wstawianie „ładnych” profilowych to nie jakieś oszustwo? Nie. Bo przecież jesteśmy na nich my. A to, że na co dzień tak nie wyglądamy. Może nie wyglądamy teraz. Ale wyglądałyśmy, ale będziemy znów tak wyglądać. Na pewno?

    Bardzo łatwo jest się „zasiedzieć” w wygodnych dresach. Bardzo łatwo jest zrezygnować z butów na wysokich obcasach, wymyślnej fryzury, makijażu… Bardzo łatwo jest zrezygnować lub zgubić siebie. Nie oszukujmy się dres nie jest ulubionym ubraniem większości kobiet. A my mamy nie jesteśmy pod tym względem inne. Tylko w tej chwili jest dla nas wygodniejszy i nie tak szkoda go zniszczyć (ulania, brudne łapki, jedzenie, ślina, wymioty, i wiele innych). Ale bardzo wiele z nas marzy aby znów założyć coś eleganckiego, seksownego i nie „mamowego”. W czym więc problem? W nas. Często szukamy wymówek. Bo nie wyglądam jak przed ciążą (coś o tym wiem), nie mam ciuchów fajnych w tym rozmiarze (a nie kupię, bo przecież wrócę do formy), nie mam czasu, gdzie ja tak wystrojona pójdę… To wszystko są wymówki.

    Ja podziwiam mamy, które na spacer z dzieckiem w wózku zakładają szpilki, najlepsze ubranie, robią fryzurę i pełen makijaż. Nie szydzę… Nie wiem kiedy znajdują na to czas, ale rozumiem je. To normalne, że chcemy czuć się nadal kobieco. To normalne, że nie chcemy być „tylko” mamą. I wystarczy niewiele, żeby tak się poczuć. Zamiast rozciągniętych szaro – burych dresów kupić równie wygodne kolorowe lub może lepiej skrojone. Przed wyjściem robić choć minimalny makijaż (jeśli wcześniej to robiłyśmy). Kupić ubranie, które pasuje do naszej obecnej sylwetki, nawet jeżeli zamierzamy wrócić do formy. Trochę to potrwa, później możemy je odsprzedać. Szukajmy, stwarzajmy takie sytuacje, w których będziemy mogły znów wyglądać atrakcyjnie i kobieco. Aranżujmy spotkania czy wyjścia. Organizujmy raz w miesiącu randkę z mężem/ partnerem gdzie „zrobimy się” na bóstwo.

    Nie siedźmy i nie rozpaczajmy jakie to byłyśmy piękne i młode. Bo nadal takie jesteśmy. Nie patrzmy na nasze zdjęcia profilowe jak na minione czasy lub małe oszustwo. Bądźmy tymi kobietami w wersji codziennej, dostosowanej do naszego życia. A raz na jakiś czas bądźmy gwiazdami. I wtedy zróbmy sobie kolejne cudowne zdjęcie profilowe. Bo kobieta zmienną jest, ma w sobie wiele zagadek i wiele odsłon. Nie zostańmy mamą w dresie na całe życie. Również mentalnie. A przynajmniej ja nie zamierzam 🙂

  • Empatia… po co to komu?

    W dzisiejszym świecie kiedy liczy się pieniądz, szybkość działania, sukces, parcie do przodu można zadać pytanie po co komu ta cała empatia i gadanie o niej. Przecież empatią nie zapełnię garnka, nie zapłacę za wczasy, nie napełnię baka w samochodzie. Za to jest ona w stanie oderwać mnie od moich spraw, na których powinienem się skupić. Więc może przestać gadać, a zacząć działać. Przestać się rozczulać, a wziąć się w garść. Nie oglądać się na innych, tylko zająć swoimi sprawami. Bo przecież mamy to, co sami wypracujemy i osiągniemy. Nie ma co tracić czasu na jakąś empatię. Ale czy na pewno?

    Słowo empatia oznacza zdolność odczuwania stanów psychicznych, emocjonalnych innych osób. Inaczej to umiejętność spojrzenia na daną sytuację z perspektywy innej osoby. Według badań taka umiejętność ułatwia nawiązywanie i utrzymanie głębszych relacji międzyludzkich. Jeszcze do niedawno nie przykładano do niej tak dużej uwagi, ale coraz częściej nawet pracodawcy zwracają uwagę czy przyszli lub obecni pracownicy ją posiadają.

    Kojarzycie może Sheldon`a z „Teorii wielkiego podrywu” („The Big Bang thoery”)? Ten zdolny fizyk nie posiada empatii. Nie potrafi się wczuć w sytuację innych osób, co powoduje ciągłe spięcia i nieprzyjemne sytuacje. Nie potrafi nawet udawać, że odczytuje stan emocjonalny znajomych i nieznajomych. Jego życie towarzyskie nie jest łatwe. Oprócz grupy najbliższych przyjaciół i rodziny, którzy zaakceptowali Sheldon`a takim jakim jest bardzo trudno mu nawiązać nowe kontakty i znajomości. Czy właśnie tego chcemy dla naszych dzieci? Nie sądzę.

    Oczywiście taki ekstremalnych przykładów jak w serialu jest niewielu. Ale na co dzień możemy spotkać ludzi, którzy nie potrafią lub nie chcą spojrzeć z perspektywy innej osoby. Nie próbują odczytać jak się czuje ich rozmówca. To powoduje, że nie są raczej lubiani i trudno im wykonywać niektóre zawody. Zwłaszcza te, które wymagają kontaktów z klientem czy kontrahentem. Jak więc pomóc naszym dzieciom aby mogły rozwinąć w sobie empatię?

    Przede wszystkim należy zacząć od małego. I jak z każdą umiejętnością to nie słowa a czyny sprawią, że nasze dzieci ją posiądą. Oczywiście przy empatii na pewno pomocna będzie umiejętność nazywania własnych odczuć i emocji. Bo bez tego trudno mówić o rozpoznawaniu ich u innych. Jeśli sami jesteśmy osobami empatycznymi będzie nam łatwiej. Bo wtedy odruchowo uczymy tego nasze dzieci. A jeśli nie? No cóż, empatii można się nauczyć, trzeba tylko chcieć.

    Warto z dziećmi rozmawiać o tym jak się czują inne osoby w danej sytuacji. Pozwoli to maluchom i starszakom na nawiązanie nowych przyjacielskich znajomości. Należy zacząć od rodziny i najbliższych znajomych, z którymi dziecko ma kontakt. Ale z czasem warto rozmawiać o tym jak mogą czuć się obcy. Dobrym sposobem na naukę empatii jest udział w akcjach charytatywnych, pomocowych. Wtedy warto powiedzieć dziecku dlaczego pomagamy. W jakiej sytuacji są osoby, którym chcemy pomagać. Spróbujmy pokazać dzieciom jak wygląda życie tych osób i jak nasza pomóc, może je zmienić. Czasami wystarczy niewiele. Kupno pokarmów z długim terminem ważności czy przyborów do szkoły i wrzucenie ich do koszyków organizacji pomocowych. Innym razem to pomoc finansowa (wpłaty indywidualne, 1%, udział w licytacjach, itp.). Za każdym razem mówmy dzieciom dlaczego to robimy.

    Jeśli pomożemy naszym dzieciom rozwinąć empatię, będzie im łatwiej w życiu nawiązać kontakty. Choć z pewnością dużo trudniej będzie im obojętnie przejść koło krzywdy innych osób. Ale czy dzięki temu świat nie stanie się choć odrobinę lepszy. A przecież chcemy aby właśnie w ciut lepszym świecie dorastały nasze dzieci. Twórca skautingu w swoim testamencie zostawił takie przesłanie „Zostawcie ten świat trochę lepszym niż go zastaliście”. Ja właśnie tak chcę. Chcę też nauczyć empatii Mariankę aby i ona mogła zmieniać świat. Czy jestem idealistką? Nie, uważam, że to od nas zależy jak żyjemy i czego uczymy nasze dzieci. A również badania dowodzą, że pośród kompetencji poszukiwanych w XXI empatia jest jak najbardziej pożądana.

  • Dobro powraca

    Otrzymaliśmy od Boga bardzo wiele. Nasza Marianka żyje i choć wymaga rehabilitacji rozwija się nad zwyczaj dobrze, jak na wcześniaka z 25 tc. W tych najtrudniejszych, pierwszych 4 miesięcy, a i później również, otrzymaliśmy wsparcie od bardzo wielu osób. Zwłaszcza modlitwa i dobre słowo bardzo nam pomogły. Teraz spłacamy ten dług i chcemy pomóc wspaniałemu chłopcu i jego rodzicom.

    Szymonowi zabrakło odrobiny szczęścia przy porodzie. Niestety, pomimo iż ma 12 lat jest dzieckiem leżącym. Jego posiłki trafiają prosto do żołądka, nie mówi – ale jest bardzo komunikatywny 🙂 A przede wszystkim to szczęśliwy i zawsze uśmiechnięty chłopiec. Jego rodzice nie narzekają na los, tylko są prawdziwym dowodem na to, że radość bycia rodzicem to nie frazes. Bo kochają swego synka nad życie i walczą o niego codziennie. A do tego są uśmiechnięci.

    Kiedy poznałam ich dzięki profilowi na Instagramie, po prostu zakochałam się w uśmiechu Szymka… i w tym co pisze jego mama. O miłości, walce, ale nie o poświęceniu tylko byciu z dzieckiem. Przed świętami Magda z „Dwa i połowa” organizowała dla Szymona licytację. Wylicytowałam piękną opaskę dla Marianki 🙂 Ale uznałam, ze to za mało. A jeszcze jak kilka dni temu przeczytałam o tym, że Szymek potrzebuje nowego wózka i innych sprzętów, nie mówiąc już o codziennej rehabilitacji, uznałam, że czas zabrać się do roboty.

    I tu wkraczacie Wy moi kochani. Bo ja wymyśliłam akcje „Dla Szymona”, ale bez Was ona się nie uda. Na wydarzeniu możecie się dowiedzieć jak pomóc Szymkowi. Będą licytacje, kiermasze w przedszkolach, warsztaty dla rodziców na temat zdrowego żywienia dzieci. A może Wy też coś wymyślicie? Znajdziecie tam również informacje o 1% oraz wpłatach indywidualnych. Zapraszamy. Weźcie udział, udostępnijcie, zaproście znajomych i namówcie na pomoc. Szymon jest tego wart. Pamiętajcie DOBRO POWRACA. Nauczmy tego nasze dzieci.

    Link do wydarzenia na FB – „Dla Szymona”

  • Mini odbicie w lustrze

    Od urodzenia dzieci obserwują świat aby go poznać. Tak jak każdy człowiek w nowym miejscu chcą się dostosować aby czuć się bezpiecznie i „u siebie”. Dość wcześnie zauważają, że wokół nich są inni do nich podobni. Obserwując ich stają się jedyni z nas. Pierwszymi obiektami ich zainteresowań są rodzice i rodzeństwo. Nie tylko patrzą, ale też z czasem zaczynają naśladować. I w ten sposób zaczyna się zabawa z „lusterko”. Możemy w nim często zobaczyć małą wersję siebie. Czy podoba nam się ten obraz?

    Badania prowadzona już na 4 miesięcznych dzieciach pokazują, że bardzo szybko uczą się przez naśladownictwo. Wystarczy pokazać im jakąś minę czy wyciągnąć język, a po kilku próbach będą już robiły to bezbłędnie. I będzie im to sprawiało wielką przyjemność. Z badań możemy się też dowiedzieć, że jeszcze znacznie szybciej dzieci uczą się poprzez obserwację innych dzieci niż dorosłych. Co to dla nas oznacza? Bardzo dużo.

    Oznacza to, że tak jak my będziemy się zachowywać w różnych sytuacjach, tak też będą się zachowywały nasze dzieci. Czasami nam się wydaje, że wystarczy powiedzieć coś dziecku i ono powinno to zrozumieć i tak robić. Jednak kiedy co innego mówimy, a co innego robimy – to właśnie przekaz niewerbalny trafia bardziej do nich. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze to właśnie obserwacja jest naturalnym i wrodzonym sposobem nauki każdego człowieka. Po drugie dzieci nie zawsze rozumieją wszystkie słowa i kontekst wypowiedzi rodzica. Dlatego przekaz słowny nie zawsze trafia do nich. I to niezależnie od wieku dziecka. Zwłaszcza, że mamy często tendencję do przydługich wypowiedzi i stosowania przenośni czy ironii. Dlatego dopiero połączenia przekazu werbalnego i niewerbalnego daje największy sukces komunikacyjny.

    Dzieci są wspaniałymi obserwatorami, a my nieświadomymi ich inspiratorami. Pamiętam, że podczas rozmowy z jedną mamą mojego wychowanka, ona stwierdziła, że chłopiec używa specyficznych stwierdzeń i intonacji, np. „widziałem” kiedy ktoś coś zrobił. A ja uświadomiłam sobie, że właśnie w ten sposób mówię, kiedy chcę aby dzieci z grupy wiedziały, że widzę co robią i nie podoba mi się to, ale daję szansę aby nie szły w tym dalej. Nie wspomnę już obserwacji maluchów bawiących się w dom i stwierdzeń „przynieś mi trochę piwka żonko” czy „ chodźmy na papieroska”. Z pewnością znacie też te dowcip, że prze dwa pierwsze lata nakłania się dziecko do powiedzenia pierwszych słów, a wystarczy raz powiedzieć przy nim „dupa” a od razu powtórzy. Dzieci naśladują przede wszystkim to co wydaje się im atrakcyjne. A co uważają za takie? To co jest robione i mówione przez dorosłych, starsze rodzeństwo lub podziwianego kolegę.

    Jak sobie radzić z taką sytuacją? Przede wszystkim być autentycznym i zachowywać się tak jak chcemy aby zachowywały się nasze dzieci. Nie przekazujmy sprzecznych komunikatów werbalnych i niewerbalnych. I bądźmy świadomi, że mamy w domu swoje odbicie w lustrze, tylko takie mini. Odbicie, dla którego jesteśmy najważniejsi na świecie. Dla którego jesteśmy alfą i omegą. Tak będzie przez długi czas. Do kiedy? W przedszkolu do osób, które dzieci naśladują zaliczyć można ukochaną panią i kolegów. W pierwszych latach szkoły podstawowej jest podobnie. Z czasem oczywiście zyskują koledzy – grupa rówieśnicza. Ale jeśli powstała w najmłodszych latach więź między rodzicami i dzieckiem jest silna to nadal oni pozostaną głównymi osobami, które naśladują. Często bardzo nieświadomie.

    Czy to źle czy dobrze? Oceńcie sami.

  • Po co nam babcia i dziadek?

    Uwielbiam patrzeć jak Marianka bawi się z dziadkami. A kiedy wczoraj na widok mojej mamy aż zamachała z radości nóżkami i od razu wyciągnęła do niej ręce, moje serce skakało z radości. To wydarzenie natchnęło mnie do „popełnienia” tego tekstu. Pytanie niby banalne, a jednak po głębszym zastanawianiu, wcale takie nie jest. Bo przecież babcia i dziadek są potrzebni zarówno dzieciom jak i rodzicom na wielu płaszczyznach. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy na jak wielu i jak różnorodnych.

    Pisałam już o tym, że naszym dzieciom potrzebne są korzenie, że wcale życie staruszka nie jest takie „wesołe”. Ci z Was, którzy czytają mnie od jakiegoś czasu pamiętają również moje emocje związane z pierwszym spotkaniem Marianki z moją babcią. Tym razem postanowiłam do tematu podejść jeszcze z trochę innej strony.

    Patrząc na nas, rodziców odpowiedź na pytanie „Po co nam babcia i dziadek? Wydaje się prosta. Aby nam pomagali. W różny sposób, czasem zajmując się naszymi dziećmi na stałe kiedy są małe, czasami dorywczo kiedy chcemy gdzieś wyjść. Mój tata np. przez pierwsze miesiące po wyjściu Marianki ze szpitala woził nas do lekarzy i na rehabilitację kiedy mąż był w pracy. Nie chciałam Mani samej zostawiać z tyłu samochodu, a tata miał czas. Ja byłam spokojna, a tata czuł się potrzebny. Kiedy indziej zabiorą dzieci na weekend czy na wakacje do siebie. Takie zaufane opiekunki. W zależności czy jeszcze są aktywni zawodowo czy też już nie oraz od tego jak daleko lub blisko od nas mieszkają, bardziej lub mniej angażują się w opiekę nad naszymi dziećmi.

    Jednak jest jeszcze kilka ważnych aspektów tego, że dzieci mają kontakt ze swoimi dziadkami.

    Mówi się, że rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od rozpieszczania. I o ile jest to w granicach rozsądku i zgodnie z zasadami wychowawczymi przyjętymi przez rodziców, ja się z tym w 100% zgadzam. Jak dziś pamiętam, że u babci dostawałam jeszcze ciepły chleb z cukrem polany wodą, pychotka. A dziadek pozwalał jeździć na swoim rowerze na ramie. Ani jedno ani drugie krzywdy mi nie zrobiło, a radość miałam wielką. Dziadkowie mogą pozwolić sobie na więcej luzu i dystansu. Mogą pokazać naszym dzieciom troszkę inny punkt widzenia, który może im rozszerzyć horyzonty myślowe.

    Babcia z dziadkiem są w stanie przekazać wnukom wiele informacji o tym jak było kiedyś. O czasach, których my nie pamiętamy, a które wpływają na to jak zmieniał się świat. Uwielbiałam słuchać opowiadań babci i dziadka, mogliby to robić godzinami a i tak by mi się nie znudziło. Druga babcia z kolei pięknie śpiewała i choć robiła to bardzo rzadko, będą to pamiętała zawsze.

    Dziadkowie często mają więcej cierpliwości do wnuków niż rodzice, zwłaszcza Ci którzy nie zajmują się nimi na co dzień. Mogą czasami poświęcić więcej czasu na wyjaśnienie czegoś co dziecko nurtuje, lub o co wstydzi zapytać się rodziców. Często pokazują wnukom to czym się interesują lub co lubią robić: majsterkować, gotować, robić na drutach, fotografować czy chodzić po górach.

    Najważniejszą rzeczą jaką nasi rodzice nam dali już dawno temu, a my nawet często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jest wzór miłości rodzicielskiej. Jeżeli czuliśmy się przez rodziców kochani, doceniani i wspierani jest duża szansa, że sami takimi rodzicami będziemy. Jeżeli zaś brakowała nam czegoś w relacji z nimi to mamy dwa wyjścia. Albo nieświadomie powielamy te niechciane wzorce, albo świadomie dokonujemy innych wyborów.

    Tak czy inaczej największą rolą babci i dziadka jest kochanie. Kochanie swoich wnuków i nas – swoich dzieci. Nasza relacja z nim z pewnością będzie wpływała na przyszłą relację naszą i dzieci. Szacunek i miłość, którą czujemy w stosunku do naszych rodziców widzą dzieci. A co widzą, tak robią. Tak samo jak my dziś traktujemy babcię i dziadka one też ich traktują, a jutro potraktują tak nas.

    Korzystajmy więc z pomocy w wychowaniu babć i dziadków jeżeli tylko mogą i chcą nam jej udzielić. Szanujmy ich, przekazujmy jakie zasady chcemy wpajać naszym dzieciom i przymykajmy oko na małe ustępstwa. A ich miłość pozytywnie wpłynie na nasze dzieci i ich relacje z nami.

  • Czas z dzieckiem… liczy się jakość

    Ten weekend był naprawdę cudowny. Piękna pogoda i czas spędzony z rodziną. Nigdzie się nie spieszyliśmy. Nigdzie nie biegliśmy. Mieliśmy czas na wspólny spacer, obiad, wygłupy, śmiechy i nic nie robienie. Tak właśnie tworzy się więzi rodzinne, tak tworzy się wspomnienia. Jednak wielu rodziców nadal nie zdaje sobie prawy, że nie tylko ilość czasu spędzanego z dzieckiem się liczy. Najważniejsza jest jego jakość. A co to właściwie oznacza?

    Kilka lat temu prowadziłam spotkanie dla rodziców na temat czasu spędzanego z dziećmi. Okazało się, że jest jego nie aż tak dużo, zwłaszcza jak rodzic pracuje. Im mniejsze dziecko tym ten czas jest krótszy, bo więcej czasu śpi. Analizowaliśmy też czas spędzony z dziećmi pod kątem jego wpływu na relacje (ich tworzenie i wzmacnianie). Uczestnicy doszli do zaskakujących wniosków. Okazało się, że bywają dni, że 15 minut bezpośredniej relacji rodzic – dziecko, takiej która skupia się tylko i wyłącznie na nich, to i tak dużo. Nie wierzycie? Zastanówmy się więc czy to prawda. Jeśli pracujemy, to większość czasu podczas dnia spędzamy bez dziecka. Widzimy go rano oraz po południu i wieczorem. Odliczmy czas na ewentualne powroty z przedszkola, żłobka czy szkoły. Rano to jesteśmy wszyscy w większości zaspani więc skupiamy się, żeby jakoś się zorganizować do wyjścia. W domu jest czas na obiad, chwila na lekcje ze starszymi dziećmi, może jakiś telewizor, kolacja, kąpiel i czas spać. W tym wszystkim łatwo się zagubić. Przy mniejszym dziecku wprawdzie może odpaść praca, ale wszystkie obowiązki domowe już nie. Może zatem w weekend znajdziemy czas. Bywa, że sobota i niedziela to dni, w których staramy się nadrobić to czego nie udało się nam zrobić w ciągu tygodnia, może jakieś większe zakupy, odwiedziny. I czas ucieka. A jak wygląda spacer z małymi dziećmi? Czy jest podczas niego rozmowa, opowiadanie o tym co jest wokół? Czy może przemierzenie osiedla w ciszy? A później słyszę, jak mama mówi „dlaczego on się tak domaga mojej uwagi, przecież jestem z nim cały czas…”

    Sama wiem, że trudno się z tym wszystkim ogarnąć. U nas dochodzą jeszcze w tygodniu codzienne rehabilitacje, terapie czy wizyty u specjalistów. W biegu łatwo jest przegapić najważniejsze.

    A jak temu zaradzić? Nie jest to może łatwe, a może właściwie jest. To kwestia zaangażowania. Bo cóż trzeba aby czas przebywania razem nie był tylko „przebyciem”? Trzeba się zaangażować w relację. Podczas powrotu z przedszkola można rozmawiać o tym co się tam wydarzyło, czego dziecko się nauczyło lub co było na obiad. Można ten czas wykorzystać na wspólne zabawy typu „Co widzi moje bystre oczko”. Zaangażujmy dziecko do wspólnych zakupów czy gotowania. Rozmawiajmy przy tym, tłumaczmy dlaczego tak coś robimy a nie inaczej. To samo tyczy się obowiązków domowych. Wiem, że samemu szybciej pewne rzeczy możemy zrobić. Ale coś za coś. Wygospodarujmy też codziennie czas na zabawę lub grę, którą wybierze dziecko. Nie musi trwać to długo, ale codziennie i zawsze o podobnej porze. Zorganizujmy tak wieczór, żeby nie był bieganiną a czasem wyciszenia i odprężenia. Przed snem niech się znajdzie czas na wspólne czytanie i rozmowę. To właśnie wtedy wiele dzieci mówi najważniejsze rzeczy dotyczące mijającego dnia. Wtedy trzeba wykazać największą czujność aby nie przegapić ważnej informacji. Może to być jakaś ukryta skarga czy coś złego co się wydarzyło. A może właśnie coś co przysporzy nam powodów do dumy.

    To wszystko jest kwestią naszego wyboru. A tworzenie relacji nie jest łatwe. Ale jeżeli nie zadbamy o nie kiedy dzieci są małe, nie liczmy na wiele w momencie kiedy będą nastolatkami. Bo to co zasadzimy dziś, wykiełkuje jutro. Czas z dzieckiem trzeba przeżyć, a nie przebyć. Czego i Wam i sobie życzę.

  • Reklamy… zmora rodziców

    Piękne obrazki… coś się rusza… coś gra… wspaniale, kolorowo… i wszystko takie cudowne… i wszystko musisz mieć… i wszystko takie prawdziwe… Tak właśnie dzieci, do pewnego wieku, postrzegają reklamy. Widząc coś, co jest w telewizji i w to wierzą. Nie odróżniają świata realnego od fikcji. Dla nich wszystko co zobaczą i usłyszą jest prawdziwe, a zwłaszcza w telewizji. Dla nich słowo reklama nic nie znaczy, a raczej tyle samo co informacje.

    I tu pojawia się problem wielu rodziców. Skoro dzieci wierzą, że to co jest w reklamie to prawda, przyjmują za sprawdzoną informację, to wszystko chcą mieć. A jak wiadomo rodzice raczej nie są zainteresowani kupnem wszystkich zabawek na świecie. Idzie to jeszcze dalej. W sklepie dzieci potrafią namawiać do zakupy żywności lub chemii danej firmy, bo „pani w telewizji mówiła, że jest najlepszy”. A co za tym idzie, jeżeli rodzic myśli inaczej, co bardziej krnąbrne maluchy potrafią urządzić awanturę o płatki lub proszek do prania. Nie wspominam tu o zabawkach, bo chyba każdy rodzic, którego dziecko obejrzało najnowszą reklamę lalki, samochodu, klocków czy pluszaków z filmu myśląc o wizycie w sklepie z działem zabawkowym zaczyna się pocić. Czy zatem my jako rodzice mamy możliwość się bronić? Oczywiście! Trzeba tylko pamiętać o kilku ważnych sprawach.

    Reklamy przyciągają

    Są nagrane w taki sposób aby były interesujące, kolorowe i angażujące. Czasami dziecko nawet nie spojrzy w telewizor kiedy „leci” jakiś serial lub film, a już na reklamy tak. W końcu przygotowują je specjaliści. Starajmy się aby dzieci, zwłaszcza te najmniejsze, jak najmniej miały styczność z reklamami. Aby nie przyciągały ich uwagi, zawsze można zmienić kanał, choć często reklamy są w podobnym czasie 🙁 Można wybrać program bez reklam lub na chwilę wyciszyć lub wyłączyć telewizor. Oczywiście nalepie odciągnąć uwagę dziecka poprzez wejście z nim w interakcję.

    Dla dzieci wszystko jest realne

    Do momentu, w którym dziecko nie zacznie myśleć krytycznie, wszystko jest dla niego prawdą. To oczywiście w dużej mierze zależy od rodziców i ogólnego rozwoju dziecka, kiedy to nastąpi. Jak możemy pomóc zrozumieć dziecku co jest prawdą a co fikcją? Tłumacząc i rozmawiając. Nie tylko o reklamach i telewizji, ale o wszystkim co nas otacza. O książkach, które czytam. O bajkach, które ogląda. Czasami kontrolnie można zadać dziecku pytanie „Jak myślisz, to jest naprawdę czy na niby?”. Jesteśmy w stanie sprawdzić wówczas czy rozumie o czym mówimy.

    Zasady i umowy

    Jeżeli jednak dziecko jeszcze nie rozróżnia fikcji od rzeczywistości to zostaje nam jedno. Przed każdymi zakupami ustalić co kupujemy oraz, że to rodzice podejmują decyzje. Można powiedzieć „Rozumiem, że pani w telewizji powiedziała, że ten proszek jest najlepszy. Jednak ja kupuję ten, bo go sprawdziłam i uważam, że jest dla mnie najlepszy.”. Jeśli zaś chodzi o zabawki… Możemy się umówić, że pójdziemy obejrzeć, ale dziś nic nie kupimy. Niech to będą oględziny przed świętami, urodzinami czy inną okazją. Albo jeśli mamy zamiar coś kupić to już w domu ustalmy co, ilość rzeczy lub kwotę do jakiej możemy wydać. I tego się trzymamy. Bo jak raz ulegniemy… Zresztą sami wiecie 😉

    Nie sprawimy raptem, że reklamy zniknąć i nasze dzieci nie będą pod ich wpływem. Ale możemy im pomóc zrozumieć świat.

  • Dziękuję, postoję. Co to znaczy rozwijać się we własnym tempie

    Na ostatniej wizycie u neurologa, pani doktor powiedziała, że Marianka powinna raczkować – bo to jest ważne dla jej rozwoju i stymulacji półkul mózgowych. A po wylewach dokmorowych jest to ważne. Zalecała jak najwięcej zabaw w pozycji siedzącej i ćwiczeń w raczkowaniu oraz nie zachęcanie do chodzenia. I bądź tu mądry i przetłumacz 13 miesięcznemu dziecku, żeby nie wstawało, nie podciągało się i nie próbowało chodzić, bo najpierw musi raczkować. Przyklejenie do podłogi raczej nie pomoże.

    Tak właśnie jest z dziećmi, że same „wybierają” sobie kierunek i tempo swego rozwoju. Najczęściej jest on skokowy i zaskakuje rodziców. Mało które dziecko można idealnie „wpisać” w tabelki rozwojowe. I to jest normalne i zdrowe. Rodzice nie powinni wariować tylko dlatego, że w mądrych poradnikach czy na forach ktoś napisał, że w tym a w tym miesiącu dziecko powinno coś robić. Po co więc są te „tabelki”? Kiedy należy się zacząć martwić?

    Opisy rozwojowe są przygotowane jako średnie wyniki z badań nad wieloma dziećmi. Przedstawiają widełkowo najważniejsze etapy rozwoju dziecka, umiejętności, działania jakie podejmuje. Średnie to znaczy, że odchylenie w jedną lub drugą stronę są również normą, o ile nie są bardzo duże. Te informacje mają wspomóc rodziców, a nie ich przestraszyć. Pokazać kierunek, w którym nasze dziecko najprawdopodobniej będzie się rozwijać. Co nie znaczy, że dzieci nie „przeskakują” jakiś etapów lub ich nie zamieniają. Tak samo jak nie można znaleźć dwóch identycznych płatków śniegu, tak samo nie znajdzie się dzieci, które w identyczny sposób się rozwijają. Zapytajcie rodziców bliźniaków, oni wiedzą o tym najlepiej.

    Skoro więc opisy rozwoju dziecka są jedynie średnimi czy należy się nimi przejmować? A jeżeli tak, to kiedy? Warto skonsultować się ze specjalistą w momencie kiedy nasze dziecko znacznie odbiega od opisanych norm. Ale również wtedy kiedy czujemy niepokój, że jeszcze „czegoś nie robi”. Takim pierwszym „sitem” naszych wątpliwości powinien być zaufany pediatra, który zna nasze dziecko. Będzie on mógł obiektywnie ocenić czy jest się już czym martwić czy należy dać czas dziecku i sobie. Jeżeli mamy pecha i nie mamy takiego zaufanego pediatry, wtedy zawsze można skontaktować się bezpośrednio ze specjalistą w danej dziedzinie. U maluszków będzie to pewnie lekarz neurolog lub rehabilitant. U starszych neurologopeda, pedagog, psycholog czy specjalista od integracji sensorycznej. Nie należy się bać takich konsultacji. Bo jak usłyszymy, że wszystko jest dobrze to odetchniemy z ulgą, a z pewnością dostaniemy też wskazówki co mamy obserwować u dziecka. A jeżeli diagnoza będzie wskazywała, że problem rzeczywiście jest? Szybka interwencja pozwoli pomóc naszemu dziecku.

    Nigdy nie będzie tak, że wszystkie dzieci urodzone w podobnym okresie zaczną w tym samym czasie chodzić, mówić, czytać, jeździć na rowerze, rozwiązywać zagadki czy być gotowym do samodzielnego wyjazdu na obóz. Każde z naszych dzieci jest wyjątkowe i rozwija się we własnym i niepowtarzalnym tempie. A ten rozwój to nie wyścig… tu nie ma wygranych i przegranych… tu są nasze dzieci, które są cudowne. I takimi właśnie je kochamy <3

    A co z raczkowaniem Marianki? No cóż, ćwiczymy je aby stymulować mózg. Ale jeżeli sama wstaje w łóżeczku, nie sadzam Jej. Jeżeli wyrywa się z rąk i chce gdzieś iść… zapewniam Jej bezpieczeństwo. Oczywiście cały czas się rehabilitujemy aby stawiała prawidłowo nóżki, nie chodziła na palcach i zachowywała równowagę. Jednak nie będę zamykała przed Manią świata, tylko dlatego, że przeskoczyła jeden etap rozwoju 🙂