Kategoria: Przeczytaj

  • Braterstwo w odcieniach szarości, zieleni i granatu

    Jeżeli na facebook-u obserwujesz, że znajomi masowo zmieniają swoje zdjęcia profilowe na takie w mundurze harcerskim, często sprzed wielu lat. To może oznaczać tylko jedno… zbliża się Dnień Myśli Braterskiej 🙂 Nawet jeśli harcerstwo to dla niektórych już „tylko” wspomnienie, to na zawsze w sercu pozostaje pewna nostalgia i iskierka. To zrozumie tylko ten, który w szarym, zielonym czy granatowym mundurze siedział kiedyś przy ognisku śpiewając piosenki, spał pod gwiaździstym niebem, zdobywał sprawności czy wędrował z plecakiem po nieznanym szlaku. A dlaczego warto aby nasze dziecko wkroczyło w ten dziwny, ale jakże piękny braterski świat?

    Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie dlaczego warto być harcerzem, to byście pewnie nie dotrwali do końca wpisu. Bo to temat rzeka. Postaram się Wam pokazać dlaczego warto zachęcić dzieci do zostania zuchem lub harcerzem.

    Związek Harcerstwa Polskiego jest organizacją wychowawczą

    Czy to znaczy, że instruktorzy chcą wychować nasze dzieci? Nie, ale bardzo chętnie nas w tym wesprą. Często pomimo młodego wieku są dobrze przygotowani do pracy z naszymi dziećmi. Szkolą się na specjalnych kursach, warsztatach i spotkaniach. Wymieniają się doświadczeniami i są wspierani przez starszą kadrę. Cały czas się samodoskonalą i tego też uczą dzieci. Wychowali się w harcerstwie więc znają wartości zawarte w Prawie i Przyrzeczeniu Harcerskim, wdrażają je na zbiórkach i wyjazdach.

    Często właśnie młody wiek jest atutem w kontakcie z dziećmi i młodzieżą. Czasami to właśnie do drużynowego zgłaszają się ze swoimi problemami, z którymi trudno im pójść do rodziców. Czasami dlatego, że się wstydzą, a czasami dlatego, że nie chcą martwić mamy i taty. Dobry kontakt z instruktorem może też wpłynąć na rozwiązanie naszych „domowych” problemów. Może on porozmawiać z dzieckiem i wesprzeć nas w przekonaniu Go do naszego zdania.

    Wszystkie działania harcerskie są celowe

    Zabawy, gry, ćwiczenia… może nam się wydawać, że są tylko po to aby dzieci się dobrze bawiły. Jednak tak nie jest. Każda zbiórka ma swój cel, który jest realizowany przez formy odpowiednie dla poszczególnych grup wiekowych. Każda zabawa czy gra ma za zadanie czegoś nauczyć. A że jedną z cech metody harcerskiej jest pośredniość – dzieci nawet nie wiedzą, że się uczą 🙂 A przecież o to chodzi.

    Harcerstwo uczy samodzielności

    Zadaniem harcerstwa nie jest przygotowanie dzieci do bycia super harcerzem. Bycie harcerzem ma przygotować do bycia dobrym człowiekiem, który jest w stanie poradzić sobie w dzisiejszym świecie. Niezależnie czy ktoś będzie nosił mundur jako dorosły, czy jego przygoda harcerska skończy się wcześniej. To czego uczymy się w harcerstwie ma swoje przełożenie na życie codzienne. Taką najbardziej widoczną zmianą u dzieci jest samodzielność i chęć do rozwoju w nowych dziedzinach. Poprzez zdobywanie sprawności, gwiazdek czy stopni dzieci i młodzież mają możliwość poznania wielu różnych dziedzin życia. Wybrać tą, która się im najbardziej podoba i doskonalić się w niej. Często na wyjazdach harcerskich dzieci po raz pierwszy samodzielnie przygotowują posiłek (pod nadzorem opiekunów), organizują coś dla młodszych, piorą swoje rzeczy czy ścielą łóżko. I robią to bo chcą, bo wszyscy wokół to robią.

    Przyjaźnie na całe życie

    Wspólne spędzanie czasu, przygotowywanie różnych projektów czy przygody sprawiają, że ludzie poznają się od podszewki. Tak powstają przyjaźnie na całe życie. Na takich przyjaciół można liczyć, nawet po kilku latach bez kontaktu. Przyjaźnie, które sprawdzają się w ekstremalnych warunkach. Takie przyjaźnie, że kiedy dzwonisz do kogoś o drugiej w nocy to wiesz, że odbierze. A on wiek, że to ważne.

    Taki mamy klimat…

    Jest jeszcze coś co nasze dzieci dostaną będąc zuchami i harcerzami. Taki coś co trudno opisać, a ktoś kto był w naszym gronie rozpozna to od razu. To taki klej, który sprawia, że chcesz być lepszy…. To takie coś, że chcesz aby inni też poznali wartości, którymi się kierujesz w życiu… To taki klimat, który sprawia, że chcesz zmieniać świat na lepszy… To moc, która jest w tobie i pozwala zmieniać ten świat…

    To właśnie dlatego bardzo chcę aby moja córka poczuła kiedyś to co ja czuję od prawie 24 lat. Mam nadzieję, że odnajdzie w harcerstwie to co odnaleźliśmy z mężem. I niezależnie czy będzie nosiła mundur przez całe życie czy tylko przez jakiś czas, to wiem, że z pewnością wpłynie to na Mariankę bardzo pozytywnie. Zachęcam aby Wasze dzieci też posmakowały harcerstwa. Bo to co opisałam, to tylko niewielki wycinek tego, co harcerstwo może im dać… Czuwaj!

  • Książka i bajka nie wystarczy

    Jest wiele mądrych książek i bajek, które pozwalają zrozumieć dzieciom świat. Jest też wiele takich, które po prostu bawią i dają ogromną radość. Nie wykluczają się wzajemnie, często to te same pozycje. A nawet jeśli nie, to każda z nich jest potrzebna w rozwoju dziecka. Niestety nawet przeczytanie najbardziej edukacyjnej książki czy obejrzenie bajki to za mało. A wręcz czasami może być niebezpieczniej, zwłaszcza u młodszych dzieci.

    Dlaczego? Pamiętajmy, że dzieci dopiero poznają świat, uczą się co jest dobre, co złe. Nie zawsze ich myślenie przyczynowo – skutkowe jest już rozwinięte na wysokim poziomie. Postrzegają świat przez pryzmat dotychczasowych doświadczeń i obserwacji. A nie zawsze są one bogate. Każda przeczytana książka czy obejrzana bajka pozostawia w dziecku ślad, powoduje przemyślenia. A jakie? No właśnie, może zupełnie inne niż intencje jakie mieli twórcy. Dziecko może wyciągnąć wnioski sprzeczne z morałem, lub stwierdzić, że bycie dobrym się wcale nie opłaca. To wszystko dzieje się w głowie malucha już w trakcie czytania lub oglądania. Warto więc upewnić się od razu jak zrozumiał daną historię. Jakie wnioski wyciągnął, jaki schemat myślowy uruchomił. Nie jest to łatwe, zarówno dla dziecka jak i dla nas. Zwłaszcza jeśli do tej pory o tym nie rozmawialiśmy. Od czego więc rozpocząć?

    Jeżeli dziecko już mówi, warto po każdym czytaniu i oglądaniu zapytać jak się podobało? Co najbardziej zapamiętało, w skrócie wspólnie opowiedzieć historię. Zastanowić się czy bohaterowie mogli postąpić inaczej i jak by się to mogło dla nich skończyć. Warto też zapyta jak dziecko postąpiłoby w takiej sytuacji i dlaczego. Jeżeli jakakolwiek wypowiedź dziecka nas zaniepokoi (w aspekcie nie zrozumienia przekazu utworu) należy od razu to wyjaśnić to. Rozmowa zawsze daje ogromnie dużo, wpływa na relacje rodzic – dziecko i wzmacnia więzi. Oczywiście jeżeli jest prowadzona w poszanowaniu każdej ze stron.

    A co jeśli dziecko jeszcze nie mówi? Wtedy to nasza rola… mówić. Czasami w książkach lub bajkach używane są słowa i sformowania, których dziecko może nie zrozumieć. Może to wpłynąć na odbiór i zrozumienie. Kiedy coś jest długie, maluch może stracić wątek i też nie wszystko zrozumieć. Dlatego warto w prostych słowach streścić to co przed chwilą usłyszał lub zobaczył. To naszym zadaniem jest powiedzieć dziecku co było najważniejsze, jaki jest morał i co może „wyciągnąć” dla siebie z tej historii. Może się to wydawać dziwne, zwłaszcza jeśli dziecko jest małe. Jednak zapewniam Was, że warto. Marianka raz dziennie (nie codziennie) ogląda bajkę „Bing”, która trwa jakieś 4 – 5 min. Są to przygody zwierzątek maluchów, takich małych przedszkolaków. Fajne w tej bajce jest to, że na koniec główny bohater wyjaśnia jeszcze raz co się wydarzyło, jak się czuł i czego się nauczył. I choć Mania czasami nie ogląda całej bajeczki to i tak na bieżąco opowiadam Jej co się dzieje. A na koniec jeszcze raz podsumowuje jednym zdaniem. W ten sposób nie tylko próbuję Jej przekazać morał, ale też uczę. Czego? Wielu rzeczy. Jak wyszukiwać najważniejszych treści w bajce czy książce. Wskazuje bohaterów i to czego się uczą. Ale przede wszystkim budować wypowiedź o tym co zobaczyła czy wysłuchała. Kiedy zacznie mówić, będziemy mogły wspólnie o tym rozmawiać.

    Wiem, że takie podejście do tematu wymaga od rodziców aby się mocniej zaangażowali. I nie dziwi to przy książkach, które i tak czytamy. Ale już przy bajkach może stać się problemem. Bo przecież często bajki są zajęciem dziecka w chwili kiedy musimy coś zrobić… Wiem i rozumiem. Ale warto wiedzieć co oglądają nasze dzieci, a zwłaszcza maluchy i co z tego zostaje im w głowach.

  • Spektrum autyzmu… jak to zrozumieć?

    Ostatnio coraz częściej w rozmowach rodzicielskich pojawia się słowo „autyzm” odmieniane w różnych przypadkach i przy różnych tematach. Czy to z obawy, strachu, przy szczepionkach czy 1%, czy dzieciach w przedszkolu. Coraz więcej ludzi styka się z „tym czymś”, coraz więcej dzieci jest diagnozowanych, w coraz młodszym wieku. Nie będę przytaczała tu definicji i cytowała mądrych artykułów, chciałabym Wam opowiedzieć o tym jak wyglądało moje „spotkanie” ze spektrum autyzmu i jak ważna jest w tym wszystkim reakcja i determinacja rodziców.

    Jedno trzeba sobie powiedzieć od razu. Spektrum autyzmu to nie choroba, a zaburzenie, co za tym idzie dużo zależy od tego kiedy dziecko zostanie zdiagnozowane i jak poprowadzone. A jak najłatwiej według mnie wyjaśnić na czym polega? Wyobraźcie sobie puzzle, które przedstawiają człowieka – jego cechy, umiejętności, sposób postrzegania, emocje, zachowania, nas całych. Każdy z nas jest inny i układ puzzli jest też trochę inny. Jedne są umieszczone na równym poziomie, inne lekko uniesione ponadto (nasze zdolności, predyspozycje, to czym się wyróżniamy). Inne są poniżej tego poziomu (nasze trudności w opanowaniu czegoś, „wady”, to czym mniej się interesujemy, rozwijamy). Każda układanka jest trochę inna, ale większość tych „górnych i dolnych” odchyleń ma niewiele, są one niewielkie. U osób ze spektrum autyzmy kilka puzzli może być baaardzo wysoko (często umiejętności matematyczne, wiedza na temat konkretnego zainteresowania) a inne baaardzo nisko (najczęściej umiejętności społeczne, myślenie przyczynowo – skutkowe, postrzegania siebie, empatia). Te odchylenia są na tyle duże, że dziecko może być postrzegane jednocześnie jako geniusz i jako zamknięte w swoim świecie. Jednak każda z osób ze spektrum może tych puzzli ponad poziom i poniżej niego mieć różną ilość, u jednych jest ich kila u innych kilkanaście i to w różnej kombinacji. Dlatego tak ciężko jest porównać jedną osobę z tymi zaburzeniami do innej. Są osoby wysoko funkcjonujące i takie, które nie są w stanie poradzić sobie same. W przypadku spektrum autyzmu mogą też dochodzić inne sprzężenia związane np. z opóźnieniami rozwojowymi.

    Niezależnie od tego na jakim poziome funkcjonalności jest dziecko, dla każdego rodzica zmierzenie się nawet z podejrzeniem o „autyzm” jest niezmiernie trudne. Podczas mojej pracy w przedszkolu spotkałam się z kilkoma przypadkami dzieci, które miały to zaburzenie i z różnymi reakcjami rodziców. Bywa, że podejrzewają, że z dzieckiem „coś jest nie tak” ale boją się diagnozy i dopiero impuls z zewnątrz skłania ich do wizyty u specjalisty. Są też tacy, którzy od razu chcą wiedzieć co się dzieje z ich dzieckiem. A są też tacy, którzy nie przyjmują do wiadomości nawet możliwości konsultacji. Niezależnie od reakcji rodziców oraz poziomie funkcjonalności dziecka w przypadku spektrum autyzmu najważniejsza jest diagnoza oraz jak najwcześniejsza terapia. I tu jest duża rola rodziców, bo nie wystarczy dziecka zawieść na zajęcia do psychologa, pedagoga, często logopedy, SI czy na zajęcia grupowe. To jest niestety dopiero początek. Największą pracę do wykonania ma rodzina jako całość. Bo to codzienne życie pomaga dzieciom ze spektrum odnaleźć się w świecie, ułatwić im zapanowania nad trudnościami w funkcjonowaniu w społeczeństwie. Ale jeśli rodzice się zmobilizują i wejdą na tę trudną drogę jest naprawdę duża szansa na podniesienie poziomu funkcjonalności dziecka. Nigdy nie zapomnę chłopca, który po przyjściu do przedszkola w wieku 3 lat był zamkniętym w sobie, agresywnym i smutnym dzieckiem, a po dwóch latach intensywnej pracy Jego, rodziców i nas – przedszkola osoba, które pierwszy raz go widziała nigdy by nie powiedziała, że ma spektrum autyzmu. Czy wyzbył się wszystkich swoich problemów? Nie. Ale opanowała umiejętności, które pozwalały mu na funkcjonowanie w grupie, stał się bardzo wesołym i otwartym chłopcem (może nawet zbyt otwartym – ale niestety tak czasami bywa). Oczywiście nadal był bardzo wrażliwy na niektóre rzeczy, ale my też nauczyliśmy się pomagać mu w trudnych chwilach. I choć przed Nim i jego rodzicami nadal dużo pracy, wierzę, że jako dorosła osoba poradzi sobie w życiu. A przecież o to martwi się każdy rodzic, nie tylko taki, którego dziecko ma problem.

    Znam też przypadki gdzie obok spektrum pojawiły się inne komplikacje, np. opóźnienia. Ale nawet w takich stuacjach praca i zaangażowanie pozwoliły na podniesienie poziomu funkcjonalności. Niestety znam też dzieci, które nie zostały zdiagnozowane… i którym z każdym rokiem będzie trudniej. Bo tylko rodzice mogą zaprowadzić swoje dziecko do specjalistów, tylko rodzice mogą podjąć decyzję o terapii, tylko rodzice mogą zawalczyć o swoje dzieci. Dzisiaj nikt nie może ich do tego zmusić.

    Jeżeli spotkacie na swojej drodze osoby ze spektrum autyzmu pamiętajcie, że nie można się tym zarazić. Są tacy jak my, tylko trochę inaczej postrzegają świat i odbierają bodźce, ich puzzle ułożyły się trochę inaczej niż nasze. To bardzo wartościowi ludzie, a ich rodzice to prawdziwi bohaterzy walczący o możliwości rozwojowe i przyszłe funkcjonowanie swoich dzieci w społeczeństwie. Należy się im wielki szacunek.

  • Trudny wybór – tego można nauczyć

    Jejku, no zdecyduj się wreszcie na coś. Nie będę za ciebie wybierała do końca życia.” „Ale ona jest niezdecydowana. Życie przeleci jej przed oczami, a ona nadal nie będzie wiedziała czego tak naprawdę chce.” „Nigdy sam nie zdecyduje. Zawsze radzi się mamusi.” Znacie to? Słyszeliście o takich ludziach? A może macie ich w swoim otoczeniu, rodzinie? Zastanawialiście się kiedyś dlaczego tacy są? Z dużą dozą pewności mogę powiedzieć, że większość tych osób najzwyczajniej w świecie nie umie podjąć samodzielnie decyzji. Nikt ich tego wystarczająco wcześnie nie nauczył.

    Rodzice chcą wychować swoje dzieci tak aby w przyszłości podejmowały dobre decyzje. To znaczy jakie? Takie, które pozwolą im żyć w szczęściu, zdrowiu i dostatku. Jednak podjęcie decyzji to wzięcie odpowiedzialności za nią. Wymaga odwagi i pewności siebie oraz wiedzy, że każda decyzja ponosi za sobą konkretne konsekwencje. I nie jest to łatwa. Czym innym bowiem jest zaciąganie opinii i samodzielne podjęcie decyzji, a czym innym zdanie się na innych bez żadnej refleksji.

    Aby dorosły człowiek mógł odpowiedzialnie, sprawnie i na bieżąco podejmować samodzielne decyzji musi zdobyć w tym względzie doświadczenie. A im wcześniej tym lepiej. Wielu rodziców czuje to intuicyjnie i od najmłodszych lat pozwala dzieciom decydować o sobie (oczywiście w granicach rozsądku). Tak naprawdę wystarczy niewiele aby wdrożyć nasze dziecko do samodzielnych decyzji. Pamiętajmy jednak, że to my za nie odpowiadamy i za decyzje, które podejmują jesteśmy też odpowiedzialni. Ale od początku.

    Już maluchy mogą uczyć się decydowania, np. czym chcą się bawić. Starsze mogą decydować co chcą założyć, zjeść na podwieczorek czy z kim się bawić. Rada moja jest taka – ograniczcie wybór, najlepiej do dwóch rzeczy. Takich, które są możliwe do zrealizowania (żeby np. w zimie dziecko nie chciało wyjść w klapkach). Z czasem, tak jak ze wszystkim ilość możliwości wyboru należy rozszerzać. Bo chcemy dziecko nauczyć, a nie nim manipulować.

    Tak samo sfery w jakich dziecko może dokonać wyboru powinny z każdym nowym etapem jego życia się rozszerzać. Kiedy dzieci mają jeszcze problem z myśleniem przyczynowo – skutkowym warto im wytłumaczyć konsekwencje każdego z wyborów, ale ostatecznie niech same zadecydują. I poniosą konsekwencje swego wyboru.

    Dobrym ćwiczeniem jest również włączanie dziecka do rozmów rodzinnych, przed podjęciem ważnych decyzji. Oczywiście nie mam tu na myśli rocznego czy dwuletniego dziecka, ale już trzy – czterolatek może się wypowiedzieć na temat nowego samochodu, że chciałby np. zielony. Czy kupimy zielony? Nie koniecznie ale trzeba wtedy dziecku wytłumaczyć dlaczego jego zdanie nie zostało uwzględnione. Ważne są również tematy jakie podczas takich rozmów poruszamy oraz wiek. Dziecko uczestnicząc w takich rozmowach, nawet jako obserwator, ma możliwość zobaczenia w jaki sposób przebiega grupowe podejmowanie decyzji. Pamiętajmy jednak aby rozmowy przebiegały w poczuciu szacunku i godności dla wszystkich członków rodziny. Bardzo wzmocni to więź nie tylko rodzica z dzieckiem, ale całej rodziny.

    Pamiętajmy, że to czego dzieci nauczą się dzisiaj, wykorzystają jako dorośli. Czasami trudno nam się pogodzić, że są coraz starsze i chcemy je przy sobie zatrzymać jak najdłużej. Nieświadomie uzależniamy dzieci od nas i naszego wsparcia nie tylko w podejmowaniu decyzji. A później się dziwimy dlaczego sobie nie radzą jako dorośli. Martwimy się jak będą funkcjonowali kiedy nas zabraknie.

    Już dziś wdrażajmy nasze dzieci do samodzielnego podejmowania decyzji, aby mogły być szczęśliwymi dorosłymi.

  • Moje dziecko nie potrafi się samo bawić

    Już nie raz zgłaszali się do mnie rodzice, którzy narzekali, że ich dziecko nie potrafi się bawić samo. Dotyczyło to zarówno maluchów, jak i dzieci w wieku przedszkolnym. Opisywali to w podobny sposób „Przecież ma tyle pięknych i ciekawych zabawek, jest już duży, a nawet chwile się sam nie pobawi. Nic nie mogę zrobić w domu, czy odpocząć”. Czy dzieci naprawdę nie potrafią się bawić same? Czy może problem tkwi gdzie indziej?

    Oczywiście są sytuacje, kiedy dziecko próbuje na sobie skupić uwagę lub czuje się niepewnie, jest wystraszone z jakiegoś powodu i dlatego chce cały czas być z rodzicem. Może się tak dziać kiedy rodzic dużo pracuje, często go nie ma. W takim przypadku potrzebna jest głęboka samoanaliza i zdiagnozowanie problemu. Najczęściej jednak rozwiązanie jest dużo prostsze… dzieci nie będą się bawiły same, jeśli ich tego nie nauczymy 🙂

    Zaraz ktoś się „puknie” w głowę, co ja tu wypisuję. Ale taka jest prawda. Małe dzieci nie wiedzą co to znaczy bawić się. Dostają coś do ręki, dotykają, oglądają, smakują i rzucają. To rodzic pokazuje im jak można użyć danej zabawki, co ona „robi” jak się można nią bawić. Kiedy dzieci są nieco starsze zaczynają odkrywać świat samodzielnie i bawić się „po swojemu” i jeśli wtedy im powiemy „nie tak się tym bawisz” łatwo zahamujemy ich ciekawość. I wtedy okaże się szybko, że zabawki są mało atrakcyjne i szybko się nudzą. Drugą ważną sprawą jest pozwolenie dziecku na bycie samym z zabawkami. Już maluszki zostawione sam na sam z zabawkami próbują „coś” z nimi zrobić. Wiadomo, że ich skupienie nie jest długie, bo zaledwie kilka minut – a rodzicom się wydaje, że to za krótko. Z czasem się wyćwiczą i coraz dłużnej będą potrafiły zająć się sobą. Wiem, że mogą marudzić przez chwilę, bo z mamą jest fajniej, ale trzeba dać im szansę na samodzielność.

    Moja Marianka też woli bawić się ze mną, ale codziennie staram się choć na chwilę posadzić Ją samą na macie i podać Jej kilka zabawek. Ja też jestem w tym pokoju, ale coś robię, rozwieszam pranie, wycieram kurze. Tłumaczę Mani, że teraz pobawi się sama, a jak tylko skończę to wrócimy do wspólnej zabawy. Może roczne dziecko nie rozumie wszystkiego, ale bawi się. Czasami chwilę pomarudzi, ale nie zdarzyło mi się nigdy aby odmówiła samodzielnej zabawy.

    Trening czyni mistrza. Jeżeli od najwcześniejszych chwil życia będziemy umożliwiali dzieciom samodzielną zabawę oraz pozwolimy im bawić się „po swojemu” (jeżeli jest to oczywiście bezpieczne) to możecie być pewni, że dzięki rozwiniętej kreatywności i odwadze dzieci w starszym wieku będą potrafiły skupić się na samodzielnej zabawie, zorganizować sobie czas. A my będziemy tęsknili za wspólną zabawą… Nie na nią też zawsze musi się znaleźć czas 🙂

  • Kiedy radość gdzieś uciekła

    Wiele z nas marzy o macierzyństwie odkąd pamięta. Widzimy te piękne mamy i cudowne dzieci, które spacerują ze wspaniałymi wózkami. Oglądamy je w telewizji, internecie, gazetach, na ulicach. Chcemy być takie jak one. Widzimy te cudowne zdjęcia pięknie ubranych bobasów, które stroją urocze minki. I już nie możemy się doczekać tulenia i całowania takiego cudeńka. A potem zostajemy mamami…

    I nagle okazuje się, że o makijażu już dawno nie pamiętamy, dresy są najwygodniejsze do „podłogowego” stylu życia… wózek, który tak pięknie wyglądał w sklepie jest za ciężki abyśmy same zniosły go z trzeciego piętra (daj Boże)… piękne ubranka, które z taką pieczołowitością wybierałyśmy w trakcie ciąży po pierwszym założeniu mają już plamy, które raczej się nie odpiorą… a zrobienie uroczego zdjęcia maluchowi graniczy z cudem. A wszystko o czym marzymy to zagrzebać się pod kocem i nie wychodzić przez miesiąc, albo wręcz przeciwnie… wyjść i nie oglądać się za siebie. A w głowie pojawia się myśl… co jest ze mną nie tak, przecież to miało wyglądać zupełnie inaczej. Miało być tak uroczo i idealnie, miało być tak pięknie i wspaniale… a jest ciężko, strasznie i często nudno. Brakuje nam kontaktów z dorosłymi (zwłaszcza jeśli do tej pory byłyśmy aktywne) i wysiłku intelektualnego (bo rozmowy o kupie do takich raczej nie należą). Kiedy zaczynamy o tym wszystkim myśleć, często pojawia się kolejna myśl „dlaczego narzekam, przecież tego chciałam, powinnam się cieszyć… chyba jestem złą mama”. I cała radość, która jeszcze do tej pory w nas była, gdzieś ucieka. Przestaje cieszyć nas cokolwiek, a nawet czasem przestaje nas cieszyć kontakt z własnym dzieckiem – co oczywiście powoduje dalsze wyrzuty samej sobie.

    Jak przerwać to zaklęte koło smutku i wyrzutów sumienia? Jak zmienić sytuację, w której utknęłyśmy? Powiem od razu, nie jest to łatwe, ale możliwe i zależy tylko od nas. Przede wszystkim musimy przestać myśleć w kategoriach „muszę – powinnam”. Pozostawmy za sobą wszystko co było nie tak, zwłaszcza ten wyidealizowany obraz mamy umalowanej, uczesanej, w najnowszej kolekcji ubrań, w wysprzątanym do niemożliwości domu, z czystym i uśmiechniętym dzidziusiem. A i oczywiście obowiązkowo gotującej obiad w szpilkach. To nie jest nasze życie, to nie jesteśmy my. Ustalmy co jest dla nas priorytetem w tej chwili, np. czerpanie radości z przebywania z dzieckiem, kontakt z dorosłymi, chwila dla siebie, bycie z partnerem, coś do zjedzenia (np. obiad) czy czysty dom. To już od nas zależy. Zawsze coś będzie ważniejsze, a coś może zostać na końcu. Z pewnością nie mogą zostać na końcu trzy rzeczy (w dowolnej kolejności) – relacje: z naszym dzieckiem, z samym sobą i z partnerem. Kiedy będziemy wiedziały co jest najważniejsze właśnie o to zadajmy. Powiedzmy naszemu partnerowi, rodzinie czy przyjaciółkom jak się czujemy i jakiego wsparcia potrzebujemy – np. opieki nad dzieckiem raz/ dwa razy w tygodniu aby wyjść na basen, aerobik, jogę, spacer czy na kawę. Zawalczmy o siebie i swoje samopoczucie, bo jeśli my będziemy smutne to i nasze dziecko i partner na tym ucierpią. Wchodząc na spacer nie musimy się ubierać w stój na bal, ale jakiś lekki makijaż z pewnością poprawi nam humor. Jeżeli dresy i podkoszulek są w tej chwili najwygodniejsze to niech będą kolorowe lub z jakimś fajnym nadrukiem. Sprawmy aby nasz świat stał się weselszy, a i my się rozweselimy.

    To normalne, że kiedy zostajemy mamami po raz pierwszy nasze oczekiwania mogą się znacznie różnić od rzeczywistości. To nie znaczy, że jesteśmy złymi mamami lub że musimy się pogodzić z tym, że jest beznadziejnie. Poszukajmy wsparcia i pomocy, zawalczymy o siebie i swój nastrój. Bo przecież macierzyństwo to bardzo trudny ale cudowny okres. I jeśli zgubimy w tym czasie radość, możemy nie dostrzec pierwszego uśmiechu naszego dziecka, cudownych oczu wpatrzonych w nas bez końca… łatwo wtedy przegapić jak nasze dziecko się zmienia codziennie i jak uczy się nowych rzeczy… możemy przegapić piękny okres w jego życiu, okres który już się nie powtórzy. Szukajmy więc zgubionej radości, jeśli nie same to z pomocą innych. Bo to nasze życie, a nie pani z telewizji czy zdjęć w internecie.

  • Rozwój fizyczny – jak łatwo zaszkodzić

    Niestety nie zdążyłam uczestniczyć w zajęciach szkoły rodzenia, więc ciężko mi stwierdzić czego bym się tam dowiedziała. Jednak rozmawiają z wieloma mamami dzieci donoszonych mogę stwierdzić, że w jednym przypadku mam lepiej niż one. Ja swoją szkołę opieki nad noworodkiem i niemowlakiem przechodziłam przez kilka miesięcy, praktycznie i pod opieką fachowców – praktyków. Pomagały mi nie tylko położne i pielęgniarki, ale też najbardziej rehabilitantka.

    Po mimo że pracując w żłobku miałam do czynienia z maluchami i przewijaniem – to jednak 780–cio gramowe ciałko wyglądało trochę inaczej. I kiedy już po kilku dniach zaproponowano mi przewinięcie Marianki, zrobiłam to z lekką obawą ale pod okiem położnej. Nie było to łatwe, bo Mania była na respiratorze, ale udało się. A kiedy już nie była podłączona do tak dużej ilości sprzętu, który wymuszał takie a nie inne ruchy, rehabilitantka pokazała mi jak prawidłowo unosić nóżki przy przewijaniu. I muszę stwierdzić, że nie widziałam wcześniej aby jakakolwiek znana mi mama robiła to w taki sposób. Teraz wiem, że właśnie ten prawidłowy sposób zabezpiecza bioderka i stawy. Niby mała rzecz, a jednak.

    Podobnie rzecz się miała z podnoszeniem Marianki. Większość z nas podnosi dzieci pod paszkami… Nie wpływa to jednak pozytywnie na ich rozwój kręgosłupa, mięśni szyjnych i karku. Pokazano mi jak robić to prawidłowo i ćwiczyłam, aż opanowałam (nie jest to bardzo skomplikowane, ale wymaga wprawy).

    Takich drobiazgów jest kilka, może kilkanaście. Wydają się niegroźne, ale w późniejszym czasie mogą negatywnie wpłynąć na rozwój fizyczny naszych dzieci. Na problemy ze skurczami mięśni, skrzywieniem kręgosłupa czy nierównomiernym rozwojem obu stron ciała. Z tych „drobiazgów” warto tu wymienić:

    – kładzenie noworodka raz na jedną stronę, raz na drugą w łóżeczku

    – zbyt wczesne noszenie w pozycji pionowej

    – noszenie i karmienie na jednym ręku

    – noszenie na biodrze

    – kładzenie zabawek lub innych rzeczy zawsze z tej samej strony.

    Jeśli byłyście w szkole rodzenia, w której wam przekazano wiedzę na ten temat to wspaniale. Ale niestety mam takie wrażenia, że nie jest to wiedza powszechna. Ja też jej nie posiadałam. Mając jednak przez ostatnie 10 miesięcy kontakt z rehabilitantami dowiaduję się tak naprawdę za każdym razem czegoś nowego. Chcieliśmy np. kupić Mariance pchacza, nasza rehabilitantka powiedziała aby zwrócić uwagę czy ma hamulce na kołach. Jeśli nie, dziecko będzie się uczyło chodzić w nieprawidłowej pozycji – pochylone do przodu, najprawdopodobniej na palcach, naciągając ścięgna. Nie mówię już o chodzikach, o które trwa walka na wielu forach „mamowych”.

    Czy to znaczy, że wszystkie dzieci „nieprawidłowo” noszone, kładzione, za szybko pionizowane, wkładane w chodziki będą miały problemy z rozwojem fizycznym? Trudno mi to napisać, ale raczej tak. Aczkolwiek nie od razu można to zauważyć. Niektóre problemy mogą się pojawić dopiero w wieku nastu lat lub u osób dorosłych i nie są kojarzone z etapem niemowlęctwa. Oczywiście może też się komuś „udać” i uniknąć powikłań, ale czy warto ryzykować i liczyć, że moje dziecko to ominie.

    Ja nie chcę straszyć, tylko uświadomić, jak z naszej niewiedzy, której jesteśmy nieświadomi możemy przypadkowo zaszkodzić rozwojowi dziecka. Ja miałam to szczęście, że tę wiedzę otrzymałam i otrzymuję na bieżąco. Niestety pozostali rodzice są pozostawieni sami sobie, Internetowi i swojej dociekliwości. Być może w waszym otoczeniu jest ktoś (lekarz, fizjoterapeuta, rehabilitant, położna, doświadczony rodzic) kto Wam będzie w stanie podpowiedzieć jak zadbać o rozwój fizyczny dzieci już od najwcześniejszych chwil ich życia. Czasami trzeba tylko się rozejrzeć.

  • Co za dużo to nie zdrowo, czyli jak zepsuć dziecku każą przyjemność

    Kiedy zbliżają się wyjątkowe dni w roku – urodziny, święta czy jakieś rocznice – rodzice zastanawiają się jak sprawić dziecku przyjemność, jaką zorganizować niespodziankę, jaki kupić prezent aby było miło i dzień był niezapomniany. Już wielokrotnie pisałam, że nie rzeczy są najważniejsze a przeżycia. O zabawkach czy rzeczach szybko się zapomina lub przestają być potrzebne/ użyteczne/ nowoczesne/ itp. A to co się przeżyje to pozostaje w nas. Oczywiście małe dzieci nie zapamiętają, że były np. w ZOO, ale emocje, które im towarzyszyły i sprawiały radość – pozytywnie wpłyną na ich samopoczucie, rozwój i więź z tym, z kim tam były. Nie zawsze przecież pamiętamy co dokładnie robiliśmy jako dzieci, ale wiemy, że było albo fajnie, albo smutno. Dzieciństwo kojarzy się nam jako radosne lub nie. To właśnie emocje i odczucia, których wtedy doświadczyliśmy kształtują nie tylko obraz naszego dzieciństwa ale również to co przeżywamy jako dorośli.

    Skoro to przeżycia są takie ważne cześć rodziców pragnie dostarczyć swoim dzieciom jak najwięcej doświadczeń i emocji. I niestety wpadają w pułapkę „za dużo”. Z pewnością wielu z Was odczuło na własnej skórze jak zachowuje się dziecko po zbyt dużej dawce emocji, np. wieczorem po pierwszych świętach. Dzieje się dużo, za dużo w porównaniu z dniem codziennym i choć dziecko jest szczęśliwe i zadowolone, wieczorem musi odreagować. Każde robi to trochę inaczej, ale musi wypuścić z siebie nadmiar emocji. Moja Marianka np. po wigilii nie mogła bardzo długo zasnąć, choć była już bardzo zmęczona i śpiąca. Sama nie wiedział czego chce, czy się położyć, czy siedzieć, czy stać, czy się bawić… skończyło się na płaczu. Bo tak najczęściej reagują maluchy jak nie wiedzą co się z nimi dzieje, albo dostaną za dużo emocji do „przetrawienia”. Ale podobnie zachowają się dzieci trochę starsze, które w dniu urodzin będą miały nadmiar atrakcji. Jak znaleźć złoty środek?

    Pamiętać trzeba, że atrakcje – to przeżycia i emocje, zwłaszcza jeśli się przeżywa je z bliskimi. Należy stopniować przyjemności, tak aby zakończyć w momencie kiedy emocje będą na wysokim poziomie, ale nie przytłoczą. Pamiętajmy, że dzieci z wiekiem uczą się panować nad odczuciami i emocjami. Maluchom wystarczą więc niewielkie przeżycia – coś nowego, nowe miejsce lub osoba. Z czasem mogą to być większe wyzwania i atrakcje. Najlepszy moment aby „zakończyć” w punt to taki kiedy dzieci bawią się bardzo dobrze, ale nie są jeszcze zmęczone. Tak aby już się „wybawiły” ale chciały jeszcze kiedyś tego spróbować, aby im się nie znudziło. To nie jest łatwe, ale gwarantuje, że dzieci będą miały super wspomnienia i nie zepsujemy im przyjemności. Czasami lepiej rozłożyć np. świętowanie urodzin na dwa dni – jeden z koleżankami/ kolegami a drugi na wspólne wyjście z rodziną. Niech te pozytywne doświadczenia trwają dłużnej, a mniej intensywnie. A wspomnienia naszych dzieci niech mają pozytywny bagaż emocjonalny.

  • Zaraz i chwila – dwie wielkie bakterie

    Kto z nas słysząc „chwila” lub „zaraz” nie miał czasami ochoty wyskoczyć przez okno? I niezależnie czy słyszymy to od naszego dziecka czy partnera. Te dwa określenia to takie wielkie bakterie, z którymi bardzo ciężko walczyć. Ciężko, bo są z nami od najmłodszych lat. „Zarażamy” się nimi jeszcze we wczesnym dzieciństwie, najpierw są lekko uśpione, a następnie atakują z niezmierną siłą.

    Ktoś może powiedzieć „Jak to, zarażamy się?”. W bardzo prostu sposób. Już malutkie dzieci słyszą od rodziców, czasami dziadków „chwila, poczekaj, zaraz” kiedy czegoś chcą. Przecież nie rzucimy wszystkiego tylko dlatego, że dziecko w tej chwili musi dostać tę zabawkę z wyższej półki, choć już 10 innych ma na podłodze. Dla mnie jest to „oczywista, oczywistość”. Chodzi mi raczej o sposób w jaki informujemy malca, że musi poczekać. A „czekanie” jest dla maluchów bardzo trudne, ale aby funkcjonować w grupie (np. w przedszkolu) muszą się tego nauczyć. Jak więc nauczyć dziecko aby potrafiło zaczekać, aż będziemy mogli do niego podejść, a jednocześnie nie będzie „zarażało się bakteriami”.

    Powiedzmy sobie jasno, dlaczego nie lubimy „zaraz” i „chwila”. Po pierwsze sposób mówienia tych wyrazów od razu nastawia nas negatywnie. Po drugie – te wyrażenia nie są oznaką gotowości do działania, a jedynie odwleczenia jej lub uniknięcia. Wiemy, że jak ktoś mówi „zaraz” to nie ma najmniejszej ochoty zrobić tego o co go prosimy i chce się najprawdopodobniej „wymiksować”. Liczy, że zapomnimy lub odpuścimy.

    Tego właśnie uczymy nasze dzieci, kiedy zamiast wytłumaczyć, w krótkich słowach, dlaczego i ile muszą poczekać, rzucamy im z niecierpliwością „chwila”. Wystarczy poinformować dziecko, że jak tylko skończysz zmywać, smażyć, czy korzystać z toalety 😉 przyjdziesz do niego. Starszym dzieciom możemy powiedzieć, że za 10 minut będziesz do jego dyspozycji. Zadziała to tylko w dwóch przypadkach:

    1) kiedy zapytasz dziecko najpierw o co chodzi, czy nie jest to coś obiektywnie pilnego (bo wiadomo, że to co dla dziecka pilne, wcale nie musi być takie dla nas)

    2) dotrzymasz słowa i rzeczywiście po skończeniu tego co robisz czy po tych 10 minutach będziesz ze swoim dzieckiem

    Tak naprawdę aby mieć szansę na niedopuszczenie „zaraz” i „chwilę” do zaistnienia w życiu naszych dzieci mamy najbardziej kiedy są małe. Wprawdzie nie tylko my mamy z nimi kontakt, ale to my – rodzice jesteśmy wtedy dla nich największym autorytetem. Jeżeli będziemy się do naszych dzieci zwracać z szacunkiem to bez problemu nauczymy je „czekać” i mamy dużą szansę na „niezarażenie” ich „zarazem” i „chwilą”. Jeżeli my będziemy traktować nasze pociech z szacunkiem, one tak samo będą traktowały nas. I jest bardzo duża szansa na to, że jeżeli nie będą miały na coś ochoty, a my je o to prosimy, powiedzą „Mamo, tak bardzo mi się teraz nie chce. Zrobię to za godzinę”. Wierzę też, że to zrobią, bo nas szanują i dotrzymują słowa. Tego sobie i Wam życzę.

  • Zakazany owoc smakuje najlepiej

    Zakazany owoc, dumnie krąży mi nad głową,

    zakazany owoc. marzeń ciemnych tabu.

    Zakazany owoc, znowu szansa przeszła obok

    Choć już czułem ten smak (…)”

    Jeżeli dorastałeś na przełomie lat 80-tych i 90-tych to z pewnością znasz piosenkę Krzysztofa Antkowiaka „Zakazany owoc”. Któż z nas jej wtedy nie nucił z myślą „Jakie to prawdziwe. To o mnie”. Ale nie tylko nastolatki tęsknią za przysłowiowym „zakazanym owocem”.

    Już w Biblii owoc z zakazanego drzewa przyciągał uwagę Adama i Ewy, na tyle że w końcu został zerwany i zjedzony. Ale dlaczego w ogóle istnieją „zakazane owoce”? Jaka jest ich rola? Dlaczego to właśnie my rodzice je „tworzymy”?

    Najczęściej zakazujemy czegoś dzieciom ze względów bezpieczeństwa. Nie chcemy aby zrobiły sobie krzywdę. Chcemy je chronić aby nikt ich nie skrzywdził. Zakazy mają je chronić i dawać poczucie bezpieczeństwa. Ale dzieci tego nie rozumieją. Często wierzą, że są już gotowe na nowe wyzwanie, że sobie poradzą tylko my – rodzice nie chcemy aby się dobrze bawiły. I takie myślenie jest w dziecku niezależnie od wieku.

    Moja Marianka ma na podłodze matę z puzzli piankowych. Jest to wygodne rozwiązanie i dla nas (łatwo utrzymać w czystości) i dla niej (amortyzuje upadki, izoluje od podłogi, jest kolorowo i sympatycznie). Wiadomo, że dbamy o czystość w domu, ale wolałabym aby Mania nie brała do buzi brzegów tej maty. A czego właśnie chce Marianka… jak niczego na świecie pragnie jeść brzegi puzzli. Mogę Ją położyć na środku maty, a wystarczy że się tylko odwrócę a Ona turlając się i pełzając jest już na brzegu. Doszło do tego, że jak tylko się odwrócę to patrzy mi w oczy i czeka na reakcję. Kiedy mówię Jej, że puzzli się nie je, czeka… pomalutku zbliża usteczka do „zakazanego owocu”. Jednak dopóki patrzę i powtarzam „puzzli się nie je” jest posłuszna. I choć moja reakcja zawsze jest taka sama, Mania za każdym razem próbuje, czy i tym razem „owoc jest zakazany”.

    To właśnie ten „zakazany owoc” zdaniem dzieci jest najsmaczniejszy. I trzeba Go spróbować. Gdzieś tam podświadomie dzieci wiedzą, że zakazujemy czegoś dla ich dobra, zwłaszcza jeśli nasze relacje oparte są na szczerości i zaufaniu. Jednak każdy do wszystkiego dorasta, nawet do „zakazanego owocu”. Ważne dla relacji rodzic – dziecko, aby tego nie przegapić. Bo jeżeli nadal będziemy zakazywać dziecku czego na co jest już gotowe to bardzo ucierpi na tym nasza relacja. Dziecko straci zaufanie do nas, które trudno później odzyskać. Tak jak granice zawsze trzeba poszerzać z wiekiem i doświadczeniem dziecka, tak i „zakazane owoce” kiedyś muszą stać się dostępne.

    A jeżeli mamy obawy? Jeżeli wychowujemy dziecko według pewnych zasad, przekazaliśmy mu ważne dla nas wartości i mamy do niego zaufanie… to wszelkie obawy powinniśmy schować głęboko i cieszyć się, że nasze dziecko dorasta. To niełatwe, ale nikt nie obiecywał, że tak będzie 🙂