Tag: dzieci

  • Potrzebne są korzenie

    Odwiedzając wczoraj rodzinne groby na cmentarzu obserwowałam wiele rodzin, zachowania dzieci i przypominałam sobie jak sama byłam dzieckiem. Jaka byłam? Ciekawa wszystkiego i wszystkich co mnie otacza. Bezustannie zadawałam rodzicom pytanie czyj grób odwiedzamy? Dlaczego? Kim są ludzie, których spotykamy? Co roku pytań było mniej, bo dużo już wiedziałam. Z uśmiechem wczoraj obserwowałam syna jednej z moich kuzynek, który szeptem pytała mamę o to samo co ja kiedyś.
    Wczoraj też usłyszałam od mojej cioci zdanie, które dało mi do myślenia. Powiedziała, że dziś zapalamy znicze na grobach rodziny i znajomych, pamiętamy o nich, bo chcielibyśmy aby kiedyś ktoś też nas wspominał. W sumie zawsze o tym wiedziałam, ale wczoraj dotarło do mnie również to, że aby tak się stało musimy nauczyć nasze dzieci, że warto pamiętać o przeszłości. Być może wiele osób się ze mną nie zgodzi. Może w Waszych rodzinach nie ma takiej tradycji, a w inny sposób dbacie o pamięć o przeszłości. Moim zdaniem nie ważny jest konkretny sposób, ale cel. Dlaczego uważam, że warto aby dzieci znały historię rodziny i swoich przodków? Może dlatego, że uważam iż drzewu bez korzeni bardzo trudno jest wzrastać? A może dlatego, że aby wiedzieć kim się jest, potrzebne jest poczucie bezpieczeństwa i tożsamości. A tożsamość rodzinna bardzo to ułatwia.
    Dlatego zachęcam wszystkich rodziców aby znaleźli swój własny sposób na przekazanie dzieciom tradycji i historii rodzinnej. Bo moim zdaniem warto dbać o korzenie. A jeśli przyczynkiem do tego są różnego rodzaju święta… tym lepiej

    Tekst po raz pierwszy został opublikowany 2 listopada 2015 r.

  • Intonacja czy intencja?

    Kiedy pracowałam w przedszkolu rodzice często pytali mnie jak to robię, że dzieci słuchają moich poleceń. Oni czasami muszą nagadać się i namęczyć, żeby dziecko odłożyło coś na miejsce, a u mnie raz i jest zrobione. Prosili o zdradzenie sekretu, jak ja to robię 🙂

    Problem z wykonywaniem prostych poleceń rodziców ma wiele dzieci. Może wynikać to z wielu przyczyn, ale zasadniczo jest związane z kilkoma prostymi sprawami, które uciekają rodzicom. Zaś w nowym środowisku, takim jak żłobek, przedszkole czy szkoła – dziecko wchodzi w relację z nowymi dorosłymi, którzy ustalają nowe reguły i zasady. Dzieci często funkcjonują w taki sposób, że zachowują się tak w danym miejscu jak są do tego przyzwyczajone i jakie im są tam narzucone reguły. Czyli w domu według relacji z rodzicami, a w przedszkolu tak jak pani wymaga. Dlatego mogą występować różnice w zachowaniu w różnych miejscach i pod opieką różnych osób.

    Ale wróćmy do tego co można zrobić, aby dziecko przy rodzicach wykonywało proste czynności o jakie jest proszone. Kiedyś jedna mama dziwiła się, że dziewczynka w przedszkolu bez problemu odstawiła buciki do szafki. W domu nigdy nie mogła się o to doprosić. A w czym tkwiła tajemnica? Pani w przedszkolu wyraziła krótki komunikat „Proszę odstaw buty do szafki”. Mama w domu zawsze gadała, gadał, gadał…. wpadała w słowotok, nie dając chwili na wykonanie zadania. A jak już trwała tyrada, córka po prostu się gubiła i nie wiedziała czego mama od niej oczekuje, wyłączała się, jej myśli uciekała, zajmowała się czym innym. A mamie wydawało się, ze córką ją ignoruje. Często zagadujemy nasze dzieci zamiast wydać proste poleceni, które nie zrobi im krzywdy, a pokaże czego oczekujemy. Używamy słów, których nie rozumieją. Oczywiście jeśli do tej pory postępowaliśmy jak wspomniana mama to nasze dziecko tak od razu może nie zacząć zachowywać się tak jak tego oczekujemy. Wystarczy ten prosty komunikat powtarzać kilka razy, aż dziecko wykona zadanie. Pamiętajmy, że musi się ono przyzwyczaić do nowej komunikacji.

    Innym problemem z jakim borykają się rodzice, to intonacja głosu. Już najmniejsze dzieci są w stanie rozróżnić dzięki intonacji głosu nasz nastrój lub oczekiwanie. Moja Marianka jeszcze nie do końca rozumie co do niej mówię, ale kiedy komunikuję się z nią uśmiechając – odpowiada tym samym. Kiedy mówię wysokim i lekko piskliwym głosem jest to dla niej znak, że jest radość i chęć do zabawy. Ostatnio nauczyła się robić ustami bąbelki i wypróbowuje nowa umiejętność przy każdej czynności. Zwłaszcza przy jedzeniu jest to uciążliwe. Kiedy zaspokoi pierwszy głód zaczyna się zabawa językiem. Oczywiście jest to bardzo dobre ćwiczenie logopedyczne, ale raczej nie jestem z tego zadowolona kiedy zawartość buzi ląduje na śliniaku a przy okazji na ubraniu Jej i moim i wszystkim co jest dookoła. Zauważyłam jednak, że kiedy zmieniam intonację głosu, obniżam ją, mówię poważnie to Mania zawraca uwagę, że coś jest nie tak. Kiedy miałyśmy pierwszą taką „sprzeczkę” przy jedzeniu po kilku moich uwagach (choć nie podnosiłam głosu, czy nie krzyczałam) Marianka zrozumiała, że to nie jest zabawa i przestała. Oczywiście przy każdym posiłku próbuje czy tym razem już można „bąbelkować” ale wystarczy zmiana intonacji głosu a już sobie przypomina, że jednak mamie się to nie podoba. I może niechętnie, ale zazwyczaj wraca do w miarę spokojnego jedzenia.

    Często rodzice zarówno pochwały jak i reprymendy mówią tym samym głosem. Dzieci nie rozumieją wtedy czy zrobiły dobrze czy źle. Nie wiedzą czy to o co proszą rodzice jest ważne czy można sobie pofolgować. Wystarczy niedługi czas aby dzieci nauczyły się to rozpoznawać. Zarówno z moimi zuchami, harcerzami czy wychowankami w przedszkolu potrafiłam się wygłupiać, turlać po dywanie, obsypywać śnieżkami czy chlapać w wodzie. Ale wystarczyło, że powiedziałam poważnym głosem „Wystarczy” i już wiedzieli, że na teraz koniec zabawy. Nie obrażali się, bo wiedzieli, że czas na coś innego.

    Czasami trudno nam zapanować nad głosem. Wtedy nasze intencje nie są jasne dla dzieci i często nie wykonują poleceń. Pomyślcie sami, nawet jeśli nie znacie jakiegoś języka, jesteście w stanie ocenić czy dana osoba, która do was mówi jest nastawiona pozytywnie czy negatywnie. Jej głos, postawa, miny… to wszystko podpowiada i uruchamia pewne schematy myślowe. Zakładacie pozytywne lub negatywne nastawienie tej osoby. Tak jest z dziećmi, najpierw odbierają intonację głosu, nasze miny, postawę a dopiero później dociera do nich komunikat treściowy. Dlatego tak ważne jest aby wtedy kiedy się wspólnie bawimy, okazywać radość, mówić z uśmiechem, lekko cieńszym głosem. Kiedy zaś chcemy aby dziecko potraktowało poważnie to co mówimy, obniżmy lekko głos, nabierze on poważnego tonu. No i oczywiście zamiast owijać w bawełnę i „zagadywać na śmierć” mówmy prostymi zdaniami, konkretnie i na temat. Pozwólmy naszym dzieciom zrozumieć czego od nich oczekujemy.

    Chcemy aby nasza komunikacja z dziećmi była jak najlepsza, ale bezwiednie sami często ją utrudniamy. Pomyślmy jakie są nasze komunikaty, jak je formułujemy i w jaki sposób wypowiadamy. Jeśli trzeba poćwiczmy. A może się okazać, że niewielkie zmiany w sposobie mówienia sprawią wielkie zmiany w naszych relacjach.

  • Bo na ruch, ruch, ruch jest dzisiaj wielka moda. Czyli jak pomóc własnemu dziecku

    Dziecko musi się ruszać, żeby się rozwijać. Co się za tym kryje? Nie będzie tu naukowych teorii, czy obco brzmiących pojęć. Napiszę najprościej, jak potrafię.

    Nieraz słyszymy od naszych dziadków i rodziców: „Ale te dzieci teraz się szybko rozwijają”. Dlaczego teraz, a wcześniej nie?

    Wszystko zaczyna się już tuż po narodzinach. Kiedyś dzieci zawijane były ciasno w bety/rożki: rączki prosto, nóżki prosto i tak przez tydzień, dwa, trzy…

    Obecnie daje się coraz więcej swobody już w okresie noworodkowym. Czy ja zawijałam moje córki w rożek? Tak, w trakcie pobytu w szpitalu, czyli przez pierwsze 3 dni ich życia. A co potem? A potem luźne ubranie, nie krępujące ruchów i pobyt na podłodze jak najczęściej. I nie żadne kołdry czy materace, jedynie mata edukacyjna bądź cienki kocyk i przestrzeń, ruch.

    Ile dziecko w wieku noworodkowo – niemowlęcym się rusza? Otóż tyle, ile potrzebuje, aby jego organizm prawidłowo się rozwijał. W wieku żłobkowo – przedszkolnym i szkolnym rusza się tyle, ile mu się pozwoli, a nie tyle, ile potrzebuje.

    A ile ruchu trzeba? Niestety nie ma na to odpowiedzi, gdyż każdy organizm potrzebuje innej ilości. Skąd więc masz wiedzieć, ile ruchu potrzebuje Twoje dziecko? Sprawdź to z nim. Daj przestrzeń, daj przyrządy, daj czas. Obserwuj. I najważniejsze – nie zmuszaj, nie przyspieszaj, nie zabraniaj i nie porównuj z dziećmi koleżanek, rodziny czy nawet swoim starszym.

    Niektóre dzieci rozwijają się „książkowo”: w pół roku siedzą, w rok chodzą, w 2 lata rozmawiają, w międzyczasie obracają się, czołgają, raczkują, czworakują, chodzą przy meblach itp. Ale większość naszych pociech nie przejmuje się statystykami. Czy zatem rozwijają się nieprawidłowo? Dopóki nie ma diagnozy o zaburzeniach rozwoju, każde dziecko rozwija się prawidłowo, ale w swoim własnym tempie.

    Czy w takim razie pomagać im, czy też nie? Można pomóc, jednak z głową. Nie wyręczając, a wspierając i umożliwiając. Jednym ze sposobów jest spędzanie z dziećmi jak najwięcej czasu na świeżym powietrzu, na placach zabaw. Inna możliwość to zapisanie pociechy na zajęcia dodatkowe, które będą rozwijać wykorzystując naturalną potrzebę ruchu.

    Rok temu nie byłam w stanie znaleźć w Białymstoku oferty zajęć ruchowych zadowalającej mnie i moją 2,5-letnią córkę. I przyszło natchnienie. Kwalifikacje zawodowe mam – magister fizjoterapii na UMB, kilkuletnia praca zawodowa z dziećmi, dogoterapeuta, wieloletni instruktor ZHP i oczywiście mama znająca potrzeby swojego dziecka. Zaczęłam prowadzić własne zajęcia ruchowe dla dzieci w wieku 2-4 lata, na początku przychodziło kilku zaprzyjaźnionych rodziców ze swoimi pociechami, z czasem zaczęło dołączać coraz więcej znajomych znajomych. Zainteresowanie było tak duże, że postanowiłam zwiększyć liczbę grup oraz prowadzących. Do zespołu dołączył Paweł Koseski, absolwent Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego i Turystyki w Białymstoku. Zmieniliśmy również docelowe grupy wiekowe, aktualnie zajęcia skierowane są do dzieci w wieku 1,5-7 lat.

    W trakcie zajęć wykorzystujemy dostępny sprzęt gimnastyczny – m.in. drabinki, materace, pochylnie, skrzynie, kozły, ławeczki, szarfy, piłki, płotki, równoważnie. Zajęcia odbywają się z podziałem na 3 grupy wiekowe, aby odpowiednio dostosować formę i treść do potrzeb uczestników.

    Dlaczego taka forma zajęć? Wystarczyło dobrze przyjrzeć się córce: wdrapuje się gdzie się da, skacze skąd się da, skacze po czym się da, biega gdzie się da, ciągnie ją do dzieci i dodatkowo (bardzo uogólniając) ma obniżone napięcie mięśniowe. Wszystko to dotyczy większości dzieci w jej wieku (może prócz tego napięcia…).

    Wiosną i latem mamy dostęp do coraz bardziej profesjonalnie przygotowanych placów zabaw, ale jesienią i zimą w kokonie z ubrań jest nie tylko niewygodnie, ale przede wszystkim niebezpiecznie. Z kolei w lesie ciężko o grupę rówieśników.

    Wielu rodziców zastanawia się, czy dziecko da radę. Jeśli mu na to pozwolicie, z czasem poradzi sobie ze wszystkim, ale niezbędne będzie Wasze wsparcie.

    Na naszych zajęciach nie ma wyręczania, wspieramy nasze pociechy.

    Często rodzice pytają, czy są to zajęcia rehabilitacyjne. Zawsze odpowiadam, że tak, ponieważ mają korzystny wpływ na prawidłowy rozwój całego organizmu. Zajęcia ogólnorozwojowe są również świetnym przygotowaniem do uprawiania wybranej dyscypliny sportowej, sztuki walki, tańca.

    Nasze zajęcia umożliwiają naturalną kontynuację sportowego rozwoju, począwszy od maluchów w wieku 1,5-2,5 lat, uczące się m.in. przełamywania granicy wysokości jaką jest podłoga, poprzez 3-5-latki doskonalące m.in. zmysły koordynacji, równowagi, aż do 6-7-latków, które mają możliwość nie tylko poprawy swojej wytrzymałości i wydolności, ale również poznania zasad panujących w różnych sportach i sztukach walki.

    Jednak jakikolwiek rodzaj ruchu wybierzesz dla swojego dziecka, pamiętaj, żeby to Ono czerpało z niego radość, bo wtedy najłatwiej i najszybciej jest coś osiągnąć.

    Monika Szuszkiewicz

    mama dwóch córeczek

    mgr fizjoterapii, technik masażysta, dogoterapeuta, zoofizjoterapeuta

    właścicielka firmy Fizjotrip Monika Szuszkiewicz

    www.fizjotrip.pl

    fb: https://www.facebook.com/fizjotripdzieciom/

  • Co baba siała? Kto prowadził audycje w ptasim radiu? Czyli wspomnienia z dzieciństwa

    Pucu, puc, chlastu, chlastu, nie mam rączek jedenastu.

    Tylko dwie mam rączki małe, lecz do pracy doskonałe (…)”

    Stoi na stacji lokomotywa, ciężka, ogromna,

    aż pot z niej spływa, tłusta oliwa (…)”

    Na straganie w dzień targowy, takie słyszy się rozmowy:

    – Może pan się o mnie oprze, pan tak więdnie, panie koprze (…)”

    To tylko niektóre z wierszyków z dzieciństwa jakie kłębią się w mojej głowie. I z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że z małymi błędami jestem je w stanie odtworzyć w znacznej całości wyrwana nawet w nocy ze snu. Te wierszyki kojarzą mi się z moją mamą, która czytała mi je po tysiąckroć, która musiała znosić moje prośby o jeszcze jeden raz. Doszło do tego, że znałam je nie tylko na pamięć, ale wiedziałam kiedy należy przełożyć kartkę w książeczce aby móc czytać dalej. Kiedyś jadać do babci autobusem PKS zażarcie „czytałam” właśnie w taki sposób jedną z książeczek i pewien pan dziwił się jak można 3 czy 4 – letnie dziecko nauczyć czytać. Nie zorientował się na czym polegał mój talent.

    Dlaczego o tym piszę? Bo chciałbym zachęcić wszystkich rodziców nie tylko w ogóle do czytania dzieciom. Ale właśnie aby tym najmłodszym wybierać polskich klasyków takich jak Brzechwa, Kownacka, Konopnicka, Kern, Bełza, Tuwim czy wieli innych. Te rymowane wierszyki bardzo łatwo zapadają dzieciom w pamięć, która się dzięki temu rozwija. Ale też bardzo często traktują o dobrym zachowaniu, przyrodzie, przywarach ludzkich czyli treściach, które dzieci łatwiej zrozumieją dzięki humorystycznym wierszykom.

    Niektórzy z Was mogą stwierdzić, że takie wierszyki dzieci poznają w przedszkolu i szkole. Tam będą omawiane i analizowane. I oczywiście macie rację. Ale z doświadczenia wiem, jaką radość sprawia dzieciom kiedy nauczyciel czyta wiersz, a one go znają. Chętnie wtedy opowiadają, kto je nauczył tego wierszyka, kiedy, jak to się stało. Emocje, które towarzyszą wspólnemu recytowaniu utworów dziecięcych są dla najmłodszych ogromne. Uczą się w ten sposób śmiałości i pokonywania tremy.

    Bardzo ważnym aspektem jest również świadomość u dziecka, że ten wiersz znam nie tylko ja ale i mama czy tata. To wzmacnia więź i tworzy nowe połączenia emocji z pozytywnymi wspomnieniami.

    To samo tyczy się wszelkiego typu rymowanek dziecięcych, które najczęściej maluchy uczą się od starszego rodzeństwa, kuzynów czy innych dzieci na podwórku. Ale czemu nie mielibyśmy ich nauczyć tych rymowanek z naszego dzieciństwa. Niech to nasze dzieci będą na podwórku „lanserami” nowych rymowanek. Niech też czymś zabłysnął i poczują się tymi, które tworzą nową modę 😉

    Moja Marianka jest jeszcze zbyt mała aby powtarzać wierszyki czy rymowanki. Jej słownik ogranicza się do słowa „nie” oraz kilku zbitek sylabowych. Ale zauważyłam, że kiedy czytam jej rymowanki bardzo się skupia. Jest to z pewnością związane z przyjemnym dla ucha rytmem ale też

    z pozytywnymi emocjami jakie we mnie budzą te znane i lubiane przeze mnie wierszyki. One w pewien sposób łączą moją mamę, mnie i Mariankę. A kto wie, może i jej dzieci.

    Zachęcam do przypomnienia sobie swoich ulubionych wierszyków z dzieciństwa i wracanie do nich wspólnie z dziećmi. Niech te pozytywne emocje będą teraz pracowały na nasze więzi.

    Nad rzeczką, opodal krzaczka, mieszkała kaczka dziwaczka.

    Lecz zamiast trzymać się rzeczki, robiła piesze wycieczki (…)”

    Kuku-ryku, kuku-ryku, nie pozwolę rozbójniku,

    Ryku choć do jutra skrzecz, ale kuku moja rzecz (..)”

    PS: Fragmenty wierszyków zapisane są tak jak je zapamiętałam z dzieciństwa, co może różnić się nieznacznie od oryginału 😉

  • Jestem za wychowaniem bezstresowym. Wiesz czym ono jest?

    Kiedy podczas zajęć ze studentami rozmawialiśmy o metodach wychowawczych zdziwili się, że w ogóle wspominam wychowanie bezstresowe. A jeszcze bardziej byli zszokowani kiedy mówiłam im, że to najlepszy co rodzice mogą zaoferować dziecku. Podnieśli larum, że przecież takie wychowanie „wyprodukowało” niegrzeczne dzieci, które nie zważają na nic, egoistów i w ogóle to co ja sobie myślę. Na moje pytanie czym według nich jest wychowanie bezstresowe odpowiadali, że to wtedy kiedy rodzice pozwalają dzieciom na wszystko. I dzieci się wtedy nie stresują, tylko włażą dorosłym na głowy. Tak właśnie postrzegane jest wychowanie bezstresowe w opinii publicznej. Zaczęło być modne jakiś czas temu, było lansowane jako przyjazne dziecku. Problem polega jednak na tym, że nikt rodzicom nie wytłumaczył czym tak naprawdę jest. Przyjęło się potoczne znaczenie tej metody wychowawczej.

    Jednak kiedy się zastanowić nad tym, znając psychologię dzieci, sposób ich myślenia i rozwoju łatwo można dojść do zgoła innych wniosków. Trzeba by się zastanowić kiedy dziecko tak naprawdę unika stresów? Wtedy kiedy czuje się bezpieczne. A kiedy czuje się bezpieczne? Kiedy wie w jakim miejscu się znajduje, ma stałe wartości i osoby znaczące w pobliżu. Pisałam już wielokrotnie o poczuci bezpieczeństwa. I nie ważne czy mowa tu o małym dziecku czy nastolatku. Będą się czuli bezpieczni, kiedy ich zdaniem rodzice będą się nimi interesować, kiedy będą wiedzieli co się stanie jak postąpią tak czy inaczej.

    Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy nastolatek wraca spóźniony do domu. Co będzie powodowało stres? Myśl, że zawsze za takie spóźnienie dostaje tydzień szlabanu, czy niewiadoma? Albo brak reakcji (nie interesują się mną) lub nieadekwatna reakcja (zbyt mała lub duża)? Jeśli wiem czego mogę się spodziewać stres jest mniejszy. Inna sytuacja, kiedy w sumie nie wiem, o której mam wrócić i co się stanie jeśli się spóźnię. Niepewność…

    Nieograniczona swoboda daje możliwość podejmowania różnych działań, których nie potrafi ocenić dziecko. Jeśli nikt nie czuwa w pobliżu i nie podpowiada czy dane działanie jest odpowiednie do umiejętności pojawia się strach.

    Ja wychowanie bezstresowe porównuję zawsze do ram obrazu. To ramy wyznaczają granice, w ramach których dziecko może się poruszać. W tych ramach jest bezpiecznie, rodzic czuwa ale nie interweniuje jeśli nie ma wyraźnej potrzeby. Dziecko wie, że jeśli przekroczy te ramy to zostaną wyciągnięte konsekwencje. Z czasem, kiedy dziecko jest starsze ramy zostają rozszerzone. Za każdym razem ustalając kolejne zasady lub znosząc dotychczasowe. Jeśli ramy będą zbyt szerokie zawsze można znowu je zmniejszyć. Wszystko zależy od wieku, umiejętności, odpowiedzialności dziecka.

    To właśnie przebywanie w tych ramach daje poczucie bezpieczeństwa i nie powoduje stresu. Oczywiście bardzo ważne aby ramy nie były tworzone sztucznie i pozwalały dziecku na rozwój i podejmowanie nowych wyzwań. Rodzice nie mogą ograniczać swoich dzieci w rozwoju i nauce odpowiedzialności. W końcu są one gośćmi, którzy w drodze ku dorosłości szukają schronienia i pytają o drogę.

    I właśnie takie jest wychowanie bezstresowe, które od lat stosowałam w pracy, a teraz zaczynam wcielać w życie Marianki. Będę ograniczała jej stres wyznaczając granice i ucząc konsekwencji oraz odpowiedzialności. Więc jeśli jeszcze ktoś mnie zapyta czy jestem za wychowaniem bezstresowym, bez zastanowienia odpowiem tak, o ile wiesz czym ono naprawdę jest.

  • Wołam o Twoją uwagę! Słyszysz mnie mamo/ tato?

    Nie odkryję Ameryki pisząc, że większość niepojących zachowań dzieci to wołanie o dostrzeżenie przez rodziców. Często spotykałam się z sytuacją kiedy rodzice poświęcali uwagę dziecku a i tak zachowania agresywne czy wycofanie występowały. Po mimo naszych najszczerszych chęci po prostu czasami nie widzimy naszego dziecka takim jakim jest w rzeczywistości lub nie dostrzegamy tego jakim ono chciało by być.

    W przypadku zachowań odstępujących od ogólnie przyszytych za zwyczajne często szukamy rozwiązań na tu i teraz. Nie zastanawiamy się nad przyczyną problemu, ale taką głębszą. Nie szukamy w dziecku głęboko ukrytych motywów i przekonań jakie ma ono w sobie. A sytuacje mogą być najróżniejsze. Bo tez najróżniejsze myśli siedzą w dziecięcych i młodzieżowych głowach i dopóki ich nie poznamy dopóty będziemy walić głową w mur. Często to jak dzieciom wydaje się, że my ich postrzegamy nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. A większość dzieci nie przyjdzie i nie powie „mamo zwróci uwagę na to co zrobiłem, to dla mnie ważne, bardzo się napracowałem i w końcu mi się udało, bądź ze mnie dumna”. Często nie jesteśmy w stanie wychwycić takich momentów, a wtedy w dziecku zaczyna pojawiać się myśl „nie zauważa mnie, nie kocha”.

    Ten dostrzegany przez dziecko brak uwagi może wynikać z wielu sytuacji. Być może jest tym starszym, które musiało sobie poradzić kiedy na świat przyszło rodzeństwo… Albo wydaje mu się, że tylko złym zachowaniem jest w stanie zwrócić naszą uwagę, bo za dobre nie jest chwalone. Innym razem możemy z czystej nieuwagi przegapić jakiś sukces dziecka, który dla nas może nie był zbyt spektakularny ale dziecko włożyło w osiągnięcie celu bardzo wiele. Są dzieci, które wycofaniem chcą zwrócić na siebie uwagę. Myślą sobie „jeśli mnie kocha, powinien zauważyć, że zamykam się w sobie, nie zauważył – nie kocha”. Zdarza się, że wśród rodzeństwa jedno jest „grzeczniejsze”, a drugie „łobuzuje”. To, które stosuje się do zasad jest pomijane, bo dobrze sobie radzi, ale w głowie może pojawić się myśl „jestem grzeczny, nie zauważają mnie, nie kochają, tylko on jest ważny”.

    Takich sytuacji są tysiące i nie przewidzimy wszystkich. Problem jest w tym, że rzeczywiście często w pędzie dzisiejszego świata rodzicom tylko się zdaje, że zwracają uwagę na dzieci. A tak naprawdę to dostrzegają zadaniowość wychowania, a nie skupiają się na przekazaniu informacji, że są z dziecka dumni, że dostrzegają starania i przede wszystkim kochają. Bo nie wystarczy powiedzieć, dziecko (i nie tylko) musi to czuć. Kiedy brak chwili na rozmowę, na pobycie razem w wymiarze duchowym i emocjonalnym w dzieciach rodzi się strach. Strach przed brakiem uwagi, a w konsekwencji brakiem miłości.

    Nie raz pomagając rodzicom w rozwiązaniu sytuacji kryzysowych, oni sami dochodzili do wniosku, że gdzieś się zagubili. Gdzieś w pędzie zapomnieli co jest najważniejsze w byciu rodzicem i byciu z dzieckiem w bliskiej relacji. Musieli odnaleźć drogę pomiędzy obowiązkami domowymi, zawodowymi do skupieniu na relacji z dzieckiem, dostrzeżeniu jakie fantastyczne mają dziecko i przekazaniu mu tego, że widzą, czują i są dumni. A jeśli dziecko czuje, że rodzic nie „ściemnia” tylko rzeczywiście znajduje zawsze czas na dostrzeżenie tego jakim jest naprawdę, inne problemy z czasem znikają.

    Nie jest to łatwe zadanie, bo też nikt nie powiedział, że rodzicielstwo jest łatwe. Ale podjęliśmy się tego zadania, jedni świadomie, inni może mniej. Ważne, aby przez nasze niedopatrzenie nie stracić więzi z dziećmi. Aby doraźne rozwiązanie problemu nie przysłoniło nam potrzeby odnalezienia jego źródła. A najważniejsze, żebyśmy nie bali się powiedzieć „pobłądziłem”… Jesteśmy tylko ludźmi, a nasze dzieci kochają nas bezgranicznie i jeśli dostrzeżemy swój błąd i się przyznamy to tylko urośniemy jeszcze bardziej w ich oczach. Nauczymy ich także, że błądzić jest rzeczą ludzką, najważniejsze aby później spróbować wrócić na szlak.

    Mamo! Tato! Słyszysz moje wołanie?

    Pokaż, że mnie kochasz!

    Nie czekaj, aż będzie za późno!

  • Neurodydaktyka – a właściwie co to takiego?

    Gdybym mogła od nowa wychowywać dziecko,

    Częściej bym używała palca do malowania, a rzadziej do wytykania,

    Mniej bym upominała, a bardziej dbała o bliski kontakt.

    Zamiast patrzeć stale na zegarek, patrzyłabym na to, co robi.

    Wiedziałabym mniej, lecz za to umiałabym okazać troskę.

    Robilibyśmy więcej wycieczek i puszczali więcej latawców.

    Przestałabym odgrywać poważną, a zaczęła poważnie się bawić.

    Przebiegłabym więcej pól i obejrzała więcej gwiazd.

    Rzadziej bym szarpała, a częściej przytulała.

    Rzadziej byłabym nieugięta, a częściej wspierała.

    Budowałabym najpierw poczucie własnej wartości, a dopiero potem dom.

    Nie uczyłabym zamiłowania do władzy, lecz potęgi miłości”

    Słowa Diane Loomans stanowią ważny drogowskaz dla współczesnych rodziców.

    Nasze dzieci w coraz większym stopniu pozbawiane są czynników ochronnych takich jak umiarkowana presja na wyniki, swobodna zabawa, zachęta do poznawania świata i czas na refleksję. Słowo klucz to „sukces” czyli dobre stopnie, nagrody i nauka w najlepszych szkołach. Niestety to zwodnicza definicja, ponieważ tworzy fałszywe wrażenie, że bardzo dobre wyniki w nauce zapewniają umiejętności w wielu sferach, w tym relacjach międzyludzkich. Nie zawsze jednak tak się dzieje. Jeszcze większy niepokój budzi fakt, że nasza zawężona definicja sukcesu nie uznaje tych uczniów, których potencjał trudno jest zmierzyć. Jak zauważa G. Huther w książce „Wszystkie dzieci są zdolne” wiele wyjątkowych postaci jak Henry Ford, Pablo Picasso, Woody Allen, czy Salvador Dali borykało się z wieloma problemami w szkole. „Okazuje się, że żadna z tych osób nie osiągała nadzwyczajnych wyników ani w przedszkolu, ani w szkole, ani na studiach – jeśli w ogóle na takowe uczęszczali. Wręcz przeciwnie – w większości przypadków „wyróżniali się” tym, że we wszystkich placówkach edukacyjnych zdawali się być w niewłaściwym dla siebie miejscu”.

    Dzisiaj dzięki m.in. nowoczesnym metodom neuroobrazowania pracy mózgu poznaliśmy zupełnie nowe fakty dotyczące uczenia się. Marzena Żylińska, autorka publikacji „Neurodydaktyka – nauczanie przyjazne mózgowi” zauważa, że mózg jest bardzo egoistyczny, zawsze rozpatruje sytuacje pod kątem własnego „ja” i najlepiej zapamiętuje te informacje, które były najważniejsze z subiektywnego punktu widzenia. Mózgi uczniów właściwie bez udziału świadomości wyłapują to, co intrygujące, nowe i przydatne. Marzena Żylińska podkreśla również, że efektywna nauka wymaga dobrych relacji i poczucia bezpieczeństwa a strach przed popełnieniem błędu nie sprzyja rozwojowi samodzielnego myślenia. Dlatego tak ważna jest atmosfera panująca w domu i na lekcji, humor, wiara dorosłego w możliwości dziecka.

    Chociaż wszyscy mamy nadzieję, że nasze dzieci będą sobie dobrze radziły w szkole, jeszcze bardziej pragniemy, żeby im się powiodło w dorosłym życiu. Naszym zadaniem jest pomóc im poznać i zaakceptować siebie, podchodzić do świata z radością, znaleźć pracę, która będzie ciekawa i satysfakcjonująca, zdobyć kochających i lojalnych przyjaciół i partnerów, zachować wiarę, że wnoszą do społeczeństwa wiele dobrego. I właśnie w tym momencie życzę swojemu synowi Szymonowi oraz wszystkim rozpoczynającym rok szkolny 2016/2017 kroku w kierunku tak pojmowanego sukcesu.

    Mariola Rybińska

    mama 8-letniego Szymona

    nauczyciel szkoły ponadgimnazjalnej

    propagatorka neurodydaktyki w Białymstoku

    więcej o neurodydaktyce dowiecie się na „Budząca się szkoła”

  • I nagle robi się cicho. Jak pomóc dziecku pożegnać się z kimś ważnym

    Żyjemy sobie spokojnie, raz jest weselej, a raz smutniej. Biegniemy codziennie z domu do pracy – z pracy do domu, zahaczamy o przedszkole lub szkołę, jakiś sklep. Później obiad, zabawa z dziećmi, praca domowa, kąpiel, kładzenie do łóżka, może jakieś prasowanie, chwila dla siebie, sen. Czasami pojawiają się jakieś problemy lub miłe niespodzianki. Urlop, święta, spotkania… ot, życie. Mało kiedy spodziewamy się, że będziemy musieli się z kimś żegnać. Są oczywiście sytuacje kiedy ktoś z naszych najbliższych choruje lub jest już leciwy i gdzieś z tyłu głowy mamy to, że może już za chwilę… Ale nawet wtedy śmierć kiedy przychodzi jest niespodziewana i bardzo bolesna. Przeżywamy to, cierpimy… próbujemy sobie poradzić. Nie rozumiemy dlaczego akurat teraz i akurat my… To jeśli nam jest tak ciężko, to co mogą czuć nasze dzieci w tej sytuacji?

    Śmierć trudno zrozumieć nawet dorosłym. Do pewnego momentu swego rozwoju dzieci w ogóle nie są w stanie pojąć czym ona jest, a przede wszystkim że jest nieodwracalna. Wydaje im się, że ukochany dziadek czy ciocia tylko zasnął i na pewno niedługo wróci. Dla nich niebo to chmury, w których latają samoloty. Niestety czasami koncentrując się na własnym cierpieniu zapominamy, że przede wszystkim to co się wydarzyło jest dla dziecka nowe i nie wie jak sobie z tym poradzić.

    Małym dzieciom często wystarczy powiedzieć, że ktoś umarł i już się nie obudzi. Warto zapewnić, że bardzo ta osoba bardzo kochała dziecko i będziemy ją wspominać. Bardzo pomocne mogą być tu bajki tzw. terapuetyczne. Sporo z nich porusza temat odchodzenia w taki sposób aby dzieci mogły to zrozumieć. Z nieco starszymi dziećmi trzeba rozmawiać, po prostu. Dowiedzieć się czy mają pytania, jak się czują. No właśnie – jak się czują? Nie zakładajmy, że będą czuły smutek… na to może przyjść czas później, kiedy np. na uroczystość Dnia Babci i Dziadka do szkoły nie przyjdzie ukochany dziadek albo w urodziny nie przyjedzie ciocia, która zawsze miała fajne pomysły. Tuz po samej tragedii dzieci mogą mieć różne odczucia i mają do tego prawo, zwłaszcza że często są w takiej sytuacji po raz pierwszy. Mogą czuć złość, znudzenie długimi godzinami modlitw, zmęczenie, poirytowanie – bo zabrania im się bawić oraz wiele innych odczuć. Rozmawiajmy o tym z dziećmi i nie wmawiajmy, że muszą być smutne. Jeszcze to poczują. Czasami wydaje nam się, że dziecko w obliczu śmierci jest obojętne – a ono po prostu ie wie jak się zachować. Dla niego to abstrakcja.

    Wiem, że w obliczu takich przeżyć trudno nam się myśli o innych, ale dla dziecka powinniśmy znaleźć czas. Aby nie pozostało w tej sytuacji samo. Bo jeśli nie będziemy rozmawiać, może nie dowiemy się, że przy ostatniej wizycie u babci dziecko było niegrzeczne i nie przeprosiło jej. A teraz wydaje się mu, że to przez to babcia umarła. Trzeba pytać

    Są rodzice, którzy za wszelką cenę chronią swoje dziecko przed tematem śmierci. Moim zdaniem to błąd, bo to część naszego życia. Trzeba tylko dziecko odpowiednio do tego przygotować i nie bać się rozmawiać. Również o swoich odczuciach.

    Dobrym pomysłem na oswajanie z tematem odchodzenia jest posiadanie zwierzątka. Małe, jak chomiki czy świnki morskie, złote rybki nie żyją długo. Oczywiście dziecku będzie smutno kiedy będzie musiało się pożegnać z ulubieńcem, ale to nauka życia i oswajanie się z trudnymi emocjami.

    Moi rodzice pochodzą ze wsi. Zwłaszcza rodzina mamy jest duża, utrzymujemy kontakty nawet z dalszymi kuzynami. Zawsze byliśmy razem w trudnych sytuacjach. Nie pamiętam pogrzebu dziadka bo miałam dwa latka, ale wiem że na nim byłam i pożegnałam się. Kilka lat później przyszyło mi się żegnać z wujkiem, chrzestnym, prababcią, bliższą i dalszą rodziną. Zawsze odwiedzaliśmy ich na cmentarzu kilka razy w roku. Wiedziałam jak udzielać wsparcia innym i sama je otrzymywałam. Czy czułam smutek na pogrzebach? Tak, ale też chyba jakąś świadomość, że tak jest. To każdego z nas czeka, a smutek choćby największy zawsze przemija. Moi rodzice intuicyjnie postępowali zarówno ze mną jak i moją siostrą. A bliskość z rodziną pozwalała nam czuć się bezpiecznie nawet w najtrudniejszych chwilach pożegnań.

    Nie życzę nikomu aby musiał żegnać się z najbliższymi, ale jeśli się to jednak stanie nie izolujmy od przeżyć rodzinnych naszych dzieci. Rozmawiajmy z nimi i twórzmy więź, która pomoże nie tylko dzieciom.

  • Taka przyjaźń się nie zdarza

    To było spotkanie… dla nich z pewnością jakby po latach. Oliwka jest starsza o 3 dni od Marianki, wspólnie spędziły prawie 3 i pół miesiąca najpierw na reanimacji, a następnie na wcześniakach. Walczyły o swoje życie, a później uczyły się żyć jak normalne dzieci. „Cepap”, namiot tlenowy, rurka z tlenem, samodzielne oddychanie, dom… Wczoraj spotkały się. Czy pamiętały jak wspólnie płakały kiedy rodzice odchodzili do domu? Czy pamiętają jak się cieszyły kiedy mamy trzymały je na rękach? Czy pamiętają chwilę kiedy się żegnały? Raczej nie. Spotkanie było zwyczajne… dwa niemowlaki leżą obok siebie na kocu, raz jedna śpi – potem druga, raz jedna marudzi – później druga. Ale w pewnym momencie skupiły się na jednej zabawce, a kiedy czas było się żegnać, jakby siebie zobaczyły na nowo. Podskoki na rękach mamy, radosne dźwięki, trzymanie się za rączki i chęć polizania tej drugiej… Ale to dopiero początek…

    Dziecięce przyjaźnie są zupełnie inne niż te dorosłych. Pamiętacie swoich przyjaciół z przedszkola, szkoły podstawowej? Ile z nich przetrwało? Jak się tworzyły i ile trwały?

    Są dwa rodzaje takich przyjaźni. Jedne wynikają z chęci wspólnej zabawy, dołączenia do tych dzieci, które mają najfajniejsze zabawki lub pomysły. Szybko przychodzą, szybko się kończą. Zmiany bywają tak szybkie, że często rodzice nie są w stanie nadążyć za tymi zmianami. Dzieci kłócą się o byle co, obrażają, nudzą się. Ale jest też inny rodzaj przyjaźni dziecięcej. Ta wynika tak właściwie nie wiadomo skąd… Czasem dlatego, że dzieci spędzają dużo czasu razem (rodzice się przyjaźnią, są sąsiadami, kuzynami), a czasami dlatego, że po prostu doskonale czują się we własnym towarzystwie. I nawet kłótnie są jakieś takie mniej ważne, zabawy rzadko się nudzą, a pomysły same wymyślają. Takie przyjaźnie czasami trwają latami, a czasami kończą się z różnych powodów w wieku nastu lat. Ale pozostawiają w dzieciach coś ważnego… pewność, że można mieć kogoś bliskiego i zaufanego.

    To ważne aby dzieci na każdym etapie rozwoju miały możliwość zawierania przyjaźni, tych dłuższy i krótszych. Bo kontakt z innymi uczy współpracy, współistnienia, szacunku i dodaje pewności siebie. Pomaga odnaleźć się w wielkim świecie. Wspierajmy więc dzieci, w tych przyjaźniach, ale nie narzucajmy. Bo jak nie ma chemii, to zamiast przyjaźni będą wrogowie.

    Czy Marianka i Oliwka zostaną przyjaciółkami lub chociaż koleżankami? Nie wiem, choć bardzo bym tego chciała i z pewnością jako rodzice dziewczynek będziemy im umożliwiać kontakt. Bo nie tylko ich życie rozpoczęło się w podobnych okolicznościach i czasie, ale również zmagają się teraz z podobnymi trudnościami. Jeśli jako starsze będą się mogły w tym wspierać, tak jak ich rodzice przez ostatnie siedem miesięcy – to wspaniale. A jeśli nie, to pozostaną chociaż wspomnienia.

  • „Jesteś mądry” czy „Starasz się”?

    Amerykańscy naukowcy przebadali już chyba wszystkie aspekty życia i prowadzili badania nad wszystkimi tematami jakie nam przyjdą do głowy. Ale niektóre z tych badań są naprawdę ciekawe i dające dużo do myślenia. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o takim badaniu nad wynikami, którego powinien zastanowić się każdy rodzić i wychowawca.

    W badaniu wzięło udział 400 uczniów, którzy zostali podzieleni na dwie grupy. Jedni byli zapewniani o swojej mądrości, a drugich dopingowano chwaląc za wysiłek wkładany w naukę. Następnie każdy z uczniów otrzymał do wykonania jedno z dwóch zadań. Pierwsze było proste ale mało rozwijające, a drugie trudniejsze – można się było z niego sporo nauczyć, ale również popełnić dużo błędów. Być może się domyślacie jaki był rezultat… Uczniowie zapewniani o swojej mądrości w większości wybrali zadanie łatwiejsze, a 90% chwalonych za wysiłki wybrało to bardziej rozwijające.

    Jakie wnioski płynął z tego badania dla nas? Jest ich na pewno kilka. Po pierwsze jak mówi Carol Dweck, profesor psychologii ze Stanford University – autorka badania, „Sukces to nie kwestia wrodzonego talentu, błyskotliwej inteligencji ani szczęścia. Sukcesy odnoszą ludzie przekonani o tym, że wciąż się mogą wiele nauczyć”. Samo zapewnianie, że dziecko posiada jakąś cechę bez jej rozwijania prowadzi do wpajania błędnych przekonań. Po drugie jeśłi zaszczepimy w dzieciach chęć poznawania, uczenia się i rozwijania będą one w stanie odnaleźć się w każdej sytuacji. Nie będą się bały wyzwań i popełniania błędów. Tomas Edison zanim wynalazł żarówkę wykonał niezliczoną ilość nieudanych prób. Jednak nigdy nie traktował ich jako porażek tylko jako sposoby, które nie prowadzą do rozwiązania jego problemu naukowego.

    Czy zatem nie mówić dzieciom, że są mądre? Oczywiście mówić, tylko musi to mieć pokrycie w konkretnym dążeniu do celu i drodze jaką pokonały. Ja ostatnio chwale Mariankę za to, że nauczyła się chwytać grzechotkę. Próbowała od dłuższego czasu, aż w końcu się udało. Powiedziałam Jej „Jesteś moją kochaną, nadrą dziewczynką bo próbowałaś się nauczyć. Aż w końcu Ci się udało”.  Każde określenie dziecięcej cechy powinno być dookreślone czynnością lub staraniami jakie podjęło dziecko aby coś osiągnąć. Czy to bycie odważnym, czy zręcznym… Jeśli będziemy dzieciom mówić o konkretnych staraniach lub osiągnięciach, będziemy w ten sposób motywować do powtórzeń danego działania i utworzymy pozytywny wzorzec rozwoju. Musimy jednak pamiętać, że taki sposób postępowania nie ma na celu zmuszania dzieci do np. ćwiczeń na skrzypcach lecz do naturalnego pobudzania ro rozwoju w sytuacjach dnia codziennego. Bo to właśnie te najmniejsze czynności codzienne uczą schematów myślowych i przyzwyczajają do ciągłego dążenia do poznawania świata i rozwijania się.