Tag: dzieci

  • Pokemony, tablety i inne atrakcje

    Świat oszalał… tym razem na punkcie Pokemonów, ale co i rusz coś nowego nie pozwala spać milionom. Dlaczego? Bo potrzebujemy nowości, adrenaliny, ekscytacji, oderwania od zwykłych spraw? Pewnie są jest jeszcze tysiące innych powodów. Coraz częściej kontakty na żywo, przeżycia i przygody przenosimy ze świata realnego do wirtualnego. I co gorsza robią to coraz mniejsze dzieci. Dla nich media i nowoczesne technologie to po prosty codzienność i to nie dziwi. Dla nas rodziców (choć też już nie wszystkich) smartfony, tablety, laptopy i inne urządzenia są nadal czymś nowym. I choć obsługujemy je sprawnie to nadal pamiętamy jak radziliśmy sobie bez nich. Mówię tu oczywiście o swoim pokoleniu trzydziestoparolatków i starszych. Bo z pewnością młodsi rodzice już też nie pamiętają czasów sprzed ery Internetu.

    Problem nie stanowią nowe technologie lecz to, że zastępują dzieciom życie codzienne, zabawy na świeżym powietrzu, kontakt na żywo z rówieśnikami. A przede wszystkim, że uzależniają coraz to młodsze dzieci. Nie będę tu pisała o negatywnym wpływie mediów na rozwój małych dzieci, bo takich artykułów powstały tysiące. Chce jednak zwrócić uwagę, że czasami z powodu braku czasu sami podsuwamy dzieciom świat wirtualny zamiast realnego. Zaczyna się niegroźnie… bajka kiedy mama chce ugotować obiad, zamiast czytania na dobranoc kreskówka na tablecie (która ni jak się ma do wyciszania, bo obraz i dźwięk tylko pobudzają dzieci – a później dziwimy się, że nie chcą spać, budzą się, mają koszmary czy wstają zmęczone), gierka na smartfonie w kolejce do lekarza… czy to coś złego? Jeśli zdarzy się to raz na jakiś czas, to nić się dziecku nie stanie. Ale kiedy jedynym argumentem aby wymóc dobre zachowanie 3-latka jest groźba konfiskaty tableta to robi się poważnie.

    Ważne jest abyśmy świadomie dawkowali dzieciom dostęp do urządzeń tego typu oraz abyśmy kontrolowali co tak właściwie dzieci na nich „robią”. Bo to, że uruchomiliśmy jakąś gierkę nie znaczy, że dziecko akurat w nią gra. Jeśłi sami w nią nie graliśmy to nie możemy mieć pewności jakie treści znajdzie w niej nasza pociecha. Maluchy szybko opanowują poruszanie się po sieci, a najciekawsze jest to co zabronione. Zachęcam więc do kontroli treści gier i stron internetowych odwiedzanych przez dzieci.

    Czy będę Mariance zabraniała korzystać z nowoczesnych urządzeń. Z pewnością nie. Już teraz raz na kilka tygodni na chwilkę zagląda na ekran laptopa kiedy rozmawiam z jej ciocią z Hiszpanii. Ale kiedy zauważyłam, ze głowa Mani podczas karmienia wychyla się w kierunku telewizora, zarządziłam całkowite jego wyłączanie w trakcie Jej posiłków. Będę Jej proponowała wersje gier na żywo, zamiast w internecie – myślę, że zbiórki zuchowe i harcerskie w tym pomogą. Dziś złapała Pokemona 🙂 żółty „Pikaczu” maskotka jest mięciutki, uśmiecha się i strasznie się Jej spodobał.

    Nie unikniemy kontaktu dzieci z technologią i przecież nie o to nam chodzi. Ale zanim będą poznawały świat wirtualny, niech dobrze poznają ten na żywo, niech potrafią i chcą się w nim bawić i cenią wartość każdego kontaktu live. Jeśli my i nasze wartości będziemy im towarzyszyć w poznawaniu świata naznaczonego technologią i internetem to maja szansę się w nim nie zagubić. A wręcz przeciwnie, czerpać z niego to co najlepsze i najciekawsze. Bo przecież daje on ogromne możliwości.

  • Te nieszczęsne swobodne zabawy

    Co dnia Marianka jest coraz bardziej komunikatywna i chętna do kontaktu z otoczeniem. A ranek upływa nam na wspólnych zabawach. Część z nich wynika wprost z zaleceń rehabilitantki lub okulistki ale nie wszystkie. Niektóre są po prostu „nasze”… Kiedy siedzi się cały dzień z dzieckiem w domu (nie licząc spaceru) to choćby z nudów próbuje się różnych rzeczy. Śpiewałam Mani kilka piosenek ale najbardziej podobają się jej te z pokazywaniem. Lubi kiedy używam jej rączek i swoich rąk do obrazowania słów. Lubi też nasze pogaduszki i śmiesznostki. Ale też wiem, że co za dużo to nie zdrowo i zawsze znajduję czas aby Marianka sama spróbowała znaleźć sobie sposób na ciekawe spędzenie czasu. Ona też potrzebuje czasu dla siebie – jak każdy.

    Pewnie niektórzy każą mi się puknąć w głowę, bo przecież jest tak malutka. Ale często o tym pisałam, że dzieci już od urodzenia pragną uzyskać niezależność we wszystkich sferach życia – nawet jeśli nie robią tego świadomie. Chcą też panować nad czasem i tym jak o spędzają. Poza tym najmłodsze dzieci mają ogromną wyobraźnię i nie rozróżniają jeszcze co jest prawdziwe, a co nie (stąd pasjonujące rozmowy Mani z balonikiem lub misiami z karuzeli). Z czasem zaczynają to rozróżniać dzięki dorosłym, ale też dzięki nim tracą to co najpiękniejsze. A jednocześnie to czego się od nich później wymaga w dorosłości – kreatywność, pomysłowość i wyobraźnię. Sami własnoręcznie zabijamy to w naszych dzieciach ograniczając im swobodne zabawy. Czym one są? To czas kiedy dzieci są kreatorami, reżyserami wydarzeń. Czas kiedy nie są skrępowane nadzorem dorosłych i mogą swobodnie rozwijać skrzydła wyobraźni. Oczywiście nie namawiam do pozostawiania dzieci bez opieki, ale do tego aby dać im szansę na naukę samodzielności. Zabawy swobodne jak najbardziej powinny odbywać się na widoku dorosłych (zwłaszcza kiedy dzieci są małe) ale bez ich bezpośredniego kierownictwa, które mogłoby narzucać rozwiązania. Czy dorosły może uczestniczyć w takiej zabawie? Oczywiście, że tak ale to dzieci „piszą” scenariusz zabawy, a dorosły tylko odgrywa rolę. „Interwencja” może dopiero pojawić się jeśli zabawa stanie się niebezpieczna lub będzie sprawiała komuś przykrość. Wtedy trzeba dzieciom wytłumaczyć w czym tkwi problem i pozwolić zastosować nową wiedzę w praktyce.

    Pamiętam nasze zabawy swobodne z dzieciństwa, kiedy liście były pieniędzmi, a patyk raz koniem a raz mieczem. Kiedy nasza wyobraźnia miała pełne pole do popisu. O dziwo kiedy dzieci dostaną możliwość zabawy i ponoszenia odpowiedzialności za siebie starają się zapracować na zaufanie, którego udzielili mu dorośli. Ale tylko wtedy kiedy ma możliwość takiej swobodnej zabawy często, a nie raz na jakiś czas.

    Nie od dziś wiadomo, że dzieci najlepiej uczą się podczas zabawy. Jest to wykorzystywane na przeróżnych zajęciach dodatkowych, na które chodzą nasze dzieci. Ale nawet najfajniejsze zajęcia nie zastąpią zabawy swobodnej i tego jakie wartości wnosi do życia. Jeśli nasze dziecko przez większość czasu przebywa w szkole lub na jakiejś zorganizowanej formie to w końcu jest w stanie zagubić swoją pomysłowość – bo przecież ktoś inny wymyśli mu zabawę. A później rodzice narzekają, że dziecko nie potrafi samo pobawić się choćby kilka minut. Co gorsza takie dziecko kiedy dorośnie, a w pracy będą oczekiwać inicjatywy i kreatywność. I może nie dać rady…

    Tak więc zamierzam Mariance umożliwiać jak najwięcej czasu na zabawę swobodną. Pokażę, że można bawić się bez ograniczeń szablonami… A jedynymi ograniczeniami jest bezpieczeństwo i nasza wyobraźnia, która może ponieść daleko. Mam nadzieję, że kiedyś Marianka zabierze mnie na którąś ze swoich dalekich wypraw w głąb swojej dziecięcej wyraźni i będę mogła bawić się z Nią w Jej wymyślone zabawy. Ale największą przyjemność sprawi mi widok Mani bawiącej się z innymi dziećmi lub samej… i świadomość, że jeśli ma wyobraźnię na pewno nie będzie się nudzić.

  • Dlaczego warto pamiętać

    Dziś jest 1 sierpnia, niby zwyczajny poniedziałek a w pamięci wielu ludzi (choć może nie aż tak wielu jak by się chciało) ta data powoduje jakieś takie wzruszenie czy drżenie serca. Mówię oczywiście o kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Starsi ludzie o pamiętają o tym niesamowitym zrywie w walce o wolność i tym morzu krwi wylanym za tę wolność. Ludzie z mego pokolenia też myślę, że są świadomi wagi tamtych dni. Niestety coraz mniej młodych ludzi wie co wówczas się wydarzyło, a wręcz nie ma ochoty ani potrzeby wiedzieć o tym.

    Wczoraj podczas spotkania Papieża Franciszka z wolontariuszami mówił jak ważna jest pamięć, że trzeba rozmawiać z rodzicami i dziadkami aby przekazali oni historię swoich czasów i swego życia. Bo z tego co już było możemy czerpać dziś i jutro, bez tego co było wczoraj nie było by nas…

    Dlatego tak ważne jest rozmawianie z dziećmi o przeszłości. Historia rodziny i narodu daje nam podstawy – korzenie. Jeśli wiem skąd pochodzimy, łatwiej nam ustalić dokąd zmierzamy. Ta wiedza daje nam podstawy poczucia tożsamości, które jest jedną z podstawowych naszych potrzeb.

    Już dziś wiem, że moja Marianka będzie znała historię naszej rodziny i naszego kraju. Ale przede wszystkim nie z podręczników szkolnych, ale tę żywą historię pisaną prze ludzi wielkich i małych, znanych i zwyczajnych. Jak chcę to zrobić? Na razie mam kilka pomysłów, a z biegiem czasu z pewnością zrodzi się ich więcej. Przede wszystkim mam nadzieję, że Mania będzie miała okazję porozmawiać z moją babcią, która przeżyła wojnę i okupację. A jeśli nie to obejrzy nagrania wspomnień babci, które kiedyś zrobiła moja siostra. Marianka na pewno będzie uczestniczyła z nami we wszystkich uroczystościach rodzinnych – wesołych czy smutnych – tam spotka ludzi, którzy jej wiele opowiedzą o tym skąd się wywodzi. Zaprowadzę Ją na uroczystości patriotyczne, odwiedzimy miejsca pamięci, muzea, w rocznice wydarzeń historycznych będziemy o tym rozmawiać. Kiedy przyjdzie pora będzie sama rozprawiała o historii przy ognisku harcerskim. I będzie znała przeszłość swojej rodziny i narodu, aby mogła w przyszłości dokonywać dobrych wyborów i wiedział jak mocne ma korzenie.

  • Kiedy zmieniasz punkt widzenia

    Kiedyś było zupełnie inaczej. Podróże były inne. Nie chodzi mi o czasy w których żyliśmy, a o nas. O to na jakim etapie byliśmy, czego oczekiwaliśmy i tak naprawdę co mogliśmy. Teraz wszystko się zmieniło. Mamy dwoje dzieci i inny punkt widzenia.

    Nie gorszy. Oj nie. Inny. Kiedyś mogliśmy spontanicznie, w trzy chwile spakować się i ruszyć w drogę. Może nawet w przypływie większej odwagi, czy zbiegu okoliczności stopem. Imprezy do świtu, spanie pod gwiazdami. Teraz nie ograniczamy się do baz hotelowych i statyczności, ale mamy inne podejście niż kiedyś. Coby nie powiedzieć bezpieczniejsze. A dzieci? Od maleńkości chcieliśmy zarazić ich pasją do zwiedzania, podróżowania, poznawania miejsc i ludzi. Oczywiście wszystko z głową.

    Musieliśmy nauczyć się siebie nawzajem. Swoich humorów, oczekiwań i charakterów. Gdyby maluchy nie chciały współpracować, musielibyśmy radzić sobie w inny sposób. Żadne przymusy! Na szczęście nie było problemów z jazdą pociągiem, samochodem czy innym środkiem transportu. To zostało im do dziś. Dzięki Bogu…

    Wiadomo, potrzebujemy czasem urozmaiceń w czasie jazdy. Niekiedy posiłkujemy się bajkami z telefonu czy tableta. Sposób znany chyba każdemu rodzicowi. U nas nie jest stałym gościem. W schowku leży cala sterta płyt z piosenkami dla dzieci. Ileż to się w głowie człowieka tekstów mieści. No i samochodowe gadżety. Nie mam na myśli jakiś wyszukanych, drogich zabawek. Dla maluchów grające maskotki, wszelkie wydające dźwięki stworzonka. Dla starszaka – genialna sprawa, kierownica. No i pozostaje kreatywność rodzica. Wyliczanki, gry, zabawy, zgadywanki i tak dalej. Fajna sprawa!

    Nasze pociechy spędziły już noce pod namiotem, zaliczyły dlugodystansowe trasy koleją, zadomowiły się w aucie. Samo pakowanie wygląda inaczej – mamy osiem razy więcej rzeczy. Choć i tak z biegiem czasu idzie nam coraz lepiej. Pojęcie brudu się zmienia, nie muszę mieć sterty ubranek na zapas, a zabawki bardzo często robimy sami. Ot taka szybka nauka zwana „coś z niczego”.

    Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z Anna Alboth. Dziennikarką, podróżniczką i autorką książki „Rodzina bez granic w Ameryce Środkowej”. To było dopiero inspirujące! Anna utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie ma rzeczy niemożliwych, że poznawanie świata z dzieckiem to wielka radość, przygoda i nauka. Nie brakuje mi „starych” czasów, kiedy moje podróżowanie było bardziej spontaniczne i beztroskie. Teraz jest mi bardzo dobrze, może zaryzykuje stwierdzenie, że nawet lepiej. Dlaczego? Bo mogę pokazać i przeżywać cudowne chwile z najbliższymi dla mnie osobami. Nauczyłam zachwycać się wszystkim, nawet małym kamyczkiem czy robaczkiem. Bez dwóch zdań polecam spakować plecak i ruszyć w drogę, poszukiwać przygód z dzieckiem!

    Karolina Jaskólska

    mama rocznej Mai i 2,5 rocznego Szymona

    dziennikarka, autorka bloga „Małe i duże dziecięce podróże”

  • Dlaczego się nie wspieramy?

    Myślę, że większość rodziców, a zwłaszcza mam, choć raz w życiu szukało odpowiedzi na nurtujące je pytanie związane z rodzicielstwem w internecie. O tym, co możemy znaleźć na forach i stronach z takimi informacjami napisze kiedy indziej. Dziś chciałabym opowiedzieć o czym, co zauważyłam niedawno, a bardzo mnie zdziwiło. A mianowicie, że jeśli tylko w dyskusji nad problemem jakaś mama ma inne zdanie niż większość… to zaczyna się hejt. Na początku nie mogłam tego zrozumieć, bo zawsze myślałam, że ludzie którzy są rodzicami powinni się wspierać w tej trudnej roli, ale zapomniałam o jednym. To jakim jesteś rodzicem bardzo zależy od tego jakim jesteś człowiekiem i jak komunikujesz się z innymi. Czy to znaczy, ze jeśli ktoś piszę coś z czym się nie zgadzam nie mogę zareagować? Oczywiście mamy takie prawo, chodzi tylko o to w jakim stylu to zrobimy. Czy nasza odpowiedź będzie wyrażeniem swego zdania z poszanowaniem zdania innych czy zwykłym „wsiadaniem na kogoś”.

    Przykładem może być dyskusja o tym jak, co i kiedy wprowadzać do jadłospisu maluszka. Każda z mam miała inny pomysł na to kiedy zacząć wprowadzać stałe pokarmy i oczywiście jakie. Kiedy pojawiła się mam, która opisała jak je jej dziecko (szybko zaczęło jeść mięso) to zaraz wiele innych kobiet zaczęło jej wypominać, że to nie zdrowe, tuczące, rozpycha żołądek dziecka, będzie kiedyś otyłe, itp. Żadna nie zapytała jak to dziecko funkcjonuje, czy rozwija się dobrze, itp. Przecież każde dziecko jest inne, kiedyś każda kobieta wychowywała swoje pociechy wg instynktu i tego co przekazały jej mama, babcia, ciocie.

    Dlaczego wydaje się nam, że jesteśmy najmądrzejsi, najbardziej doświadczeni, nasz sposób jest najlepszy, najwspanialszy? Powtarzam to jak mantrę zawsze jeśłi chodzi o rozwój dziecka – każde jest inne i każdy rodzic najlepiej czuje co jest dla niego najlepsze. Ja też czasami robię coś przy Mariance co może nie jest wprost zrozumiałe ale czuje, że tak trzeba. Mąż czasami pyta: dlaczego tak ją trzymasz, układasz… właśnie tak? Bo tak czuję.

    Wiem, że mój idealizm jest pewnie daleki od codzienności i nie zawsze wszyscy rodzice będą się wspierali. Ale bardzo bym nie tylko sobie życzyła tego abyśmy wszyscy umieli wyrażać swoje opinie w sposób kulturalny i cywilizowany. Nie ważne czy na forum internetowym, w piaskownicy, w sklepie, przedszkolu, szkole… Bo nikt z nas nie jest nieomylny, a skrzywdzić jest kogoś bardzo łatwo. A jeśli już my usłyszymy takie komentarze pod swoim adresem to pamiętajmy, że to my jesteśmy rodzicami naszych dzieci, kochamy  je najbardziej na świecie i wiemy czego im potrzeba. A jeśli chcemy kogoś prosić o radę, niech to będą osoby zaufane, które nam pomogą, a nie będą hejtowały.

  • Bezpieczeństwo

    Od urodzenia każdy z nas ma swoje potrzeby. Jedne z nich są pierwszo-, drugo- czy trzeciorzędne. O ile potrzeby fizjologiczne u dziecka łatwo jest rozpoznać i stosunkowo szybko zrealizować, to już z innymi bywa trudniej. Kiedy dziecko jest głodne, ma mokro, jest mu zimno lub gorąco coś boli daje znać a rodzic stara się szybko zareagować. Ale czasami maluch płacze choć wszystkie potrzeby podstawowe są zrealizowane. Wtedy najczęściej jest problem z jego poczuciem bezpieczeństwa. Nawet dzieci, które już mówią nie są w stanie dokładnie powiedzieć o co chodzi. Po prostu czują się źle, boją się, coś jest nie tak jak powinno być – tak się przynajmniej czują.
    Takie uczucia i potrzeby bardzo trudno rozpoznać, ale pamiętając że ma je każdy warto się o nie zatroszczyć w każdej chwili. A jak? Trzeba się najpierw zastanowić w jakich momentach czujemy się bezpieczni i my i nasze dzieci. Co lub kto sprawia, że to uczucie w środku jest przyjemne a nie przerażające. Z pewnością poczucie bezpieczeństwa wzmacniają osoby znaczące, miejsca lub rzeczy ważne. Ale czasami może to być również smak, zapach lub wspomnienie. Warto więc mieć na podorędziu cały zestaw narzędzi, które wzmocnią w dziecku poczucie bezpieczeństwa.
    Nawet małe dzieci same próbują sobie pomóc aby czuć się bezpiecznie, chcą stworzyć sobie mały świat, ich świat. Jak to robią? Chcą być zawsze z rodzicami lub kimś bliskim, nie lubią nowych miejsc ale przede wszystkim znajdują sobie jakąś „rzecz” z którą się nie rozstają. Jej zapach, struktura lub smak przywołują pozytywne emocje i dają poczucie bezpieczeństwa. Jakie to rzeczy? Maskotka, kocyk, pielucha, poduszka, poszewka, samochodzik czy bluzka mamy 🙂 Rodzicom trudno zrozumieć dlaczego akurat to a nie co innego stało się ulubioną rzeczą dziecka. Nie warto walczyć… bo jeśli pozbawimy dziecko ulubieńca to również ucierpi poczucie bezpieczeństwa.
    Jaką siłę mają „ulubieńcy” przekonałam się wczoraj u lekarza. Marianka leżała u mnie w ramionach, miała smoczek a jednak nie czuła się dobrze. Dopiero kiedy dostała swego Leosia uspokoiła się. Kiedy go dotknęła… to było coś magicznego, od razu widać było ulgę na twarzy.
    Po mimo, że jest to czasami uciążliwe, pamiętajmy o ulubieńcach naszych dzieci, kiedyś na pewno będą na tyle pewne siebie, że przestaną ich potrzebować. Poznają świat na tyle, że nie będzie ich przerażał. A na razie… trzeba pilnować, prać i nie zapominać 🙂 Bo nie oszukujmy się, my też mamy takie swoje sposoby aby w nowych miejscach i sytuacjach czuć się bezpiecznie. Powodzenia

  • Nie bój się! Nie będzie bolało! No, nie płacz!

    Byłam dziś na badaniach w laboratorium. Pojawiła się tam również mama z 3 – 3,5-letnią córeczką. Niby nic nadzwyczajnego, ale miałam okazję obserwować jedną z tych scen, które często można zobaczyć. Już na wstępie mama informowała wszystkich zainteresowanych, stojących w kolejce, że to pierwsze pobieranie krwi córeczce na „żywca”, i trzeba dzieci hartować i przyzwyczajać do wszystkiego. Potem chętnie dodała, że ona w sumie to boi się pobierania krwi, ale cóż dziecko to dziecko i musi doświadczać różnych rzeczy. Dodam, że córeczka cały czas stała obok mamy.
    Już wtedy zastanawiałam się, kiedy mała zacznie płakać, ale była dzielna. W następnym etapie mama przeniosła swoje zainteresowanie na dziewczynkę i rozpoczęła tyradę, że w sumie to się nie ma czego bać, nie będzie bolało, nie ma co płakać, przecież jest dużą dziewczynką i takie tam… Mała była dzielna aż do momentu wejścia do pomieszczenie gdzie pobiera się krew. Tuż przed progiem rozpłakała się, zaparła i nie chciała wchodzić. Nie widziałam, ale domyślam się po odgłosach, że pielęgniarka miała problem z pobraniem próbki, a po wyjściu dziewczynka płakała jeszcze głośniej. Co usłyszała od mamy? ” – nie płacz, przecież nie bolało aż tak, uspokój się”. Dziecko zaczęło się zanosić jeszcze bardziej, aż do momentu kiedy po prostu zwymiotowało….
    Czy można było oszczędzić tego doświadczenia dziewczynce? Moim zdaniem, tak. Jakich rad udzieliłabym tej mamie, przed następnym trudnym dla dziecka – pierwszym razem?
    Po pierwsze warto już w domu, wcześniej rozpocząć rozmowę z dzieckiem na temat tego co się wydarzy. Jeśli jest to dla dziecka coś nowego nie wie czego może się spodziewać. Nie zakłada, że spotka go coś złego. Kiedy rodzić zaczyna wypowiedz od słów „nie bój się” mały człowiek, który do tej pory być może był raczej zaciekawiony,  może pomyśleć, że jeśli mama mówi coś o strachu to może warto zacząć się bać? Warto wytłumaczyć co po kolei będzie się działo i dlaczego trzeba to zrobić (np. żeby sprawdzić, czy jesteś zdrowy). Kiedy dziecko zapyta czy to boli należy porównać ból, którego może się spodziewać do odczuć jakie już zna. Nie okłamujmy dzieci, że coś nie boli jeśli tak nie jest. Bo następnym razem, w ważnej sprawie nam nie uwierzą. Porównajmy ból do ukąszenia komara, ukłucia szpileczką czy igiełką. Powiedzmy też, że pani pielęgniarka zna się na swojej pracy i będzie bardzo delikatna.
    Po drugie pamiętajmy, że dzieci wszystko słyszą, nawet kiedy wydaje się nam, że nie słuchają. Kiedy rozmawiamy z innymi dorosłymi, dzieci wychwytują z takiej rozmowy bardzo wiele. Więc jeśli z innymi omawiamy coś co ma spotkać dziecko, a później zupełnie innych argumentów używamy w rozmowie z dzieckiem, ono szybko wywnioskuje, że coś jest nie tak.
    Po trzecie, każdy z nas ma prawo do własnych odczuć. Dzieci też. Jeśli coś je zabolała, mają prawo popłakać. Kiedy słyszą w takiej sytuacji od rodzica „nie płacz, przecież nie bolało”, dodatkowo robi im się przykro, że mama lub tata nie szanują ich odczuć, nie rozumieją. Przecież mnie to zabolało, więc dlaczego oni mówią, że nie bolało? Co warto wtedy powiedzieć? Uznać prawo dziecka do płaczu – „Rozumiem, że Cię bolało, ale i tak jestem z Ciebie dumny”, „Bolało? Ale może teraz już mniej? Jak myślisz?”. Warto dziecko w takich chwilach przytulić, ale też nie nadmiernie rozczulać się. Nie mówić, ze zła pani pielęgniarka skrzywdziła, albo inne takie. Po prostu być z dzieckiem.
    Właśnie takich rad udzieliłabym tej mamie, która z pewnością bardzo kocha swoją córkę i chciała dla niej jak najlepiej. Chciała dostarczyć jej nowych doświadczeń, budować charakter… Doceniam to, ale znając dziecięcą psychikę, wiem że można to wszystko osiągnąć w sposób łagodniejszy i łatwiejszy dla dziecka.

  • Święta – ale jakie?

    W zeszłym roku mogliście przeczytać mój wpis oraz obejrzeć filmik dotyczący prezentów. Były to odpowiedzi na pytania znajomych. Dla mnie jednak w tych najbliższych tygodniach przez zbliżającymi się Świętami jest zupełnie co innego.
    Bo warto w tym miejscu przypomnieć, że Święta Bożego Narodzenia mają kilka ważnych aspektów. Jeżeli obchodzisz te Święta to znaczy, że kultywujesz tradycje chrześcijańskie. W związku z tym nie obce Ci jest zapewne, że mają one aspekt religijno – duchowy, rodzinny i dopiero na samym końcu dopiero materialny. I tu się rodzi pytanie. Jak chcemy aby nasze dzieci rozumiały i przeżywały Boże Narodzenie? Czy te Święta mają kojarzyć się tylko i wyłącznie z prezentami i dobrym jedzeniem? Czy może chcielibyśmy przekazać im coś więcej?
    Jeśli chcecie dla swoich dzieci czegoś więcej to jest na to kilka sposobów.
    Przede wszystkim warto od najmłodszych lat włączać dzieci do przygotowań świątecznych. Wspólne wykonywanie ozdób na choinkę czy do dekoracji stołu wigilijnego, przygotowywanie własnoręcznie wykonanych upominków dla najbliższych, sprzątanie domu, a przede wszystkim gotowanie. Wiadomo, że często dzieci bardziej przeszkadzają niż pomagają, ale pomyślcie jakie wspomnienia zapewnicie sobie i swoim dzieciom podczas pieczenia i dekorowania pierniczków czy tradycyjnych rodzinnych potraw.
    Opowiadajcie dzieciom i tradycji świątecznej i rodzinnej. Nasze pociechy na pewno zainteresuje dlaczego kładziemy sianko na stole, skąd się wzięła liczba 12 potraw albo co oznacza puste miejsce przy stole. Przekażcie im historie rodzinne dotyczące Świąt. Jednym z pierwszych smaków wigilijnych jakie pamiętam są pierogi mojej babci Anki. Niby nic… mąka, jajko, mleko, mak… to zawsze było na wsi… kiedy babci zabrakło z nami byłam studentką, ale do dziś przygotowuję te pierogi na rodzinną wigilię bo bez nich jakby czegoś zabrakło… Z pewnością Wy też macie takie historie…
    Pokażmy dzieciom, że Noc Bożego Narodzenia niesie ze sobą radość, nadzieję, miłość, dobro, rodzinne ciepło. Nauczmy ich tego od małego. Czy w związku z tym namawiam do rezygnacji z prezentów? Oczywiście, że nie. Sama nawet dziś nie mogę się doczekać co też znajdę pod świątecznym drzewkiem. Więc jak to pogodzić? Najbardziej podoba mi się proste dziecięce rozumowanie. Kilka lat temu kiedy rozmawiałam z przedszkolakami o Świętach jedna z dziewczynek powiedziała, że to najlepszy dzień w roku. Od razu pomyślałam, że chodzi jej o prezenty. Ale ona powiedziała coś, co mnie rozbroiło „Bo wie Pani. Wtedy rodzi się Jezusek i on jest taki dobry, że w swoje urodziny chce żeby wszyscy byli szczęśliwi, dlatego dostajemy prezenty. Ale on nie jest smutny, bo my mu też dajemy prezent – to, że jesteśmy grzeczni i mamy dobre serduszko…” Chciałabym, żeby moje dzieci tak właśnie myślały o prezentach pod choinką. Tego sobie i Wam życzę nie tylko na te Święta…

  • Diabełek czy aniołek?

    Pracując przez wiele lat w przedszkolach i żłobku często spotykałam się z sytuacją, kiedy rodzic nie dowierzał, że jego dziecko zachowuje się w opisywany przez wychowawcę sposób. I nie zawsze chodziło o złe zachowanie. Sama wielokrotnie spotkałam się z sytuacją kiedy rodzic nie chciała uwierzyć, że jego maluch był grzeczny, sprzątał zabawki czy pomagał pani. Dlaczego tak się dzieje, że wiele dzieci zachowuje się inaczej w domu a inaczej w przedszkolu lub u dziadków? Odpowiedź jest bardzo prosta. Bo zachowanie dziecka jest bardzo często zależne od zachowania dorosłych i zasad jakie wyznaczą.
    Miałam kiedyś kolegę, który w domu „chodził jak zegarek”, zresztą jego młodszy brat również. Ich tata był wojskowym i trzymał chłopców bardzo krótko. Obydwaj byli chłopcami bardzo żywiołowymi i musieli sobie poszukać sposobów na wyrażanie siebie i odreagowanie. Młodszy rozrabiał w szkole (o czym mama nie mówiła tacie – a gdyby nawet powiedziała nie uwierzyły, bo przecież chłopcy są posłuszni i ułożeni)), a starszy szukał sposobu na odreagowanie w muzyce. Ta historia nauczyła mnie, że nadmierna dyscyplina i brak bliskich reakcji powoduje złudne poczucie opanowania sytuacji przez rodziców.
    Często w przedszkolu czy na koloni zuchowej rodzice nie mogli się nadziwić, że ich dzieci wykonują polecenia wychowawców dotyczące porządku, czy zachowania choć w domu tego nie robią. Zawsze odpowiadałam, im że dzieci wchodząc w nowe struktury (żłobek, przedszkole, szkołę, gromadę zuchową) nie wiedzą co ich czeka i kiedy przedstawia im się zasady przyjmują je za pewnik. Tak po prostu jest. I spora cześć dzieci po prostu przestrzega tych zasad, o ile oczywiście wychowawca odpowiednio je przedstawi i sam ich też przestrzega. dzieci nie zastanawiają się, jak jest w domu, jak jest tu a jak ta…. Często ich myślenie przyczynowo – skutkowe jest dopiero w fazie rozwoju, więc nie jest dla nich czymś dziwnym że w przedszkolu się sprząta zabawki, a w domu zrobi to mama. Skoro mama robiła to zawsze to tak musi być.
    Dlatego myśląc o zachowaniu naszych dzieci warto zastanowić się czego tak naprawdę od nich oczekujemy? Za pomocą jakich zasad chcemy to osiągnąć? Jak my będziemy przestrzegać tych zasad? I jak to wszystko oprzeć o zaufanie i miłość, które powinny towarzyszyć naszym wszystkim działaniom wychowawczym

  • Jak wrócić do normalności po wakacjach?

    Kilka dni temu skończyły się wakacje. Nasze dzieci wróciły lub po raz pierwszy poszły do żłobka, przedszkola czy szkoły. Rytm dnia, który u części z nas prze dwa miesiące zdążył się zmienić przez wakacje lub urlop – znowu nabrał tempa? Dzieci odzwyczajone od rannego wstawania marudzą, ociągają się lub urządzają awantury. A my przecież śpieszymy się do pracy. Jak nie zwariować w tym wszystkim?
    Niestety chyba nie ucieszycie się z tego co napiszę. Potrzeba czasu i konsekwencji aby nasz rytm dnia znowu nabrał tempa i stałości. Łatwiejsze jest to kiedy nasze dzieci już są na tyle duże, że przed wakacjami uczęszczały do jakiejś placówki edukacyjnej. Wtedy wystarczy tylko przypomnieć sobie poprzedni cykl dnia i pomału wracać do niego. Za tydzień – dwa wszystko wróci do normy.
    Sprawa ma się inaczej jeśli nasze dziecko debiutuje w roli „żłobiaka”, przedszkolak lub ucznia. Wtedy często trudno mu się przyzwyczaić do nowego trybu dnia. Ranne wstawanie można ułatwić dbając o to aby dziecko przesypiało w ciągu doby odpowiednią ilość czasu (możesz o tym przeczytać tu). Jeśli dziecko zaczęło chodzić do szkoły i ma nowe obowiązki – odrabianie lekcji warto pomyśleć kiedy najlepiej znaleźć na to czas. Być może będzie to tuż po powrocie do domu, a może najpierw nasze dziecko potrzebuje chwili oddechu i czasu dla siebie. Ustalcie to wspólnie, zapiszcie i powieście w widocznym miejscu, aby dziecko wiedziało co po sobie następuje i na co się umówiliście. Ma to dodatkowy walor edukacyjny – będzie czuło współodpowiedzialność za podejmowanie decyzji dotyczących organizacji dnia.
    A jak samemu przetrwać do kolejnych wakacji lub urlopu?  Pomyśleć o czasie dla siebie na relaks. Może nie codziennie ale regularnie. Coś co sprawia nam przyjemność, czytanie książek, sport, spotkania z przyjaciółmi. Usłyszałam kiedyś, że „wakacje to stan ducha” i chyba  rzeczywiście tak jest. Bo nie zawsze chce się wracać tak na 100% do „normalności”. Korzystajcie wiec z pogody i urządzajcie sobie małe weekendowe wakacje cała rodziną. Nie musi to być daleko, ważne aby być umysłowo w stanie „wakacyjnym” czego i wam i sobie życzę 🙂