Tag: dziecko

  • Hop do lodówki. To jedyne co mogłam dla Niej zrobić

    Kiedy urodziła się Marianka czułam ogromną bezsilność. Chciałam ją przytulić i ochronić przed wszystkim złem świata. Ale nie potrafiłam, nie wiedziałam jak… Kiedy stałam przy inkubatorze i po raz pierwszy patrzyłam na moją córkę, po prostu czułam się bezsilna. Nic nie mogłam zrobić, musiała zaufać lekarzom i personelowi medycznemu. Kiedy położone zapytały czy już ściągałam pokarm, zapaliła się dla mnie lampka nadziei. Jednak mogę coś dla Mani zrobić tu i teraz. Pani doktor powiedziała, że nawet tych kilka kropel siary zostanie wtarte Mariance w podniebienie. To był dar najcenniejszy jaki mogłam jej dać. Drogocenne przeciwciała, których wtedy potrzebowała jak nikt inny. Jej 780 g ciałko przyjęło tych kilka kropel jak coś cenniejszego niż złoto.

    Mleko, mleko, mleko… ta myśl pozwalała mi jako tako funkcjonować w domu. Moje, życie poza szpitalem skupiało się na ściąganiu pokarmu. A muszę przyznać, że nie było to ani łatwe, ani przyjemne. Nie mówię już o wstawaniu w nocy co kilka godzin, ale o fizycznym bólu związanym z użyciem laktatora. Zwłaszcza na początku, kiedy mleka było mało. Po tygodniu okazało się, że Marianka ma dziurkę w jelicie i nie będzie miała podawanego mego pokarmu. Ale położne mówiły, żeby dbać o laktację, bo po wszystkim wrócimy do karmienia. Raz jeden wylałam ściągnięte mleko do zlewu… i płakałam… Zaczęłam więc mrozić na potęgę. Bałam się, że ze stresu mogę stracić mleko, jak to się przydarzało innym mamom, a tak przynajmniej będę miała zapas (który jeszcze do dziś leży w lodówce). Ale i tak miałam nieźle. Koleżanka, która po porodzie musiała przyjmować silny antybiotyk i mleko nie nadawało się do podawania córeczce mówiła, że wylewanie bardzo ją bolała i jak to się mówi „rzucało się” na głowę.

    Odetchnęłam z ulgą kiedy po kolejnych trzech tygodniach Marianka wróciła do przyjmowania mego pokarmu. Najpierw był to 1 ml co 3 godziny. Ale później coraz więcej i więcej. Po mimo, że nie karmiłam jej piersią to był mój łącznik z Manią. Wiedziałam, że daję Jej to co najlepsze. Wychodząc, ze szpitala podjęłyśmy próby karmienia piersią i było cudownie, jednak miałam niewystarczającą ilość mleka na jeden posiłek, więc wróciłam do ściągania. Z czasem kiedy jadła coraz więcej okazało się, że np. 4 ściągnięcia wystarczają na 3 lub 2 posiłki. Ale ciągle walczyłam z laktatorem. Cały czas czując, że to jest to co tylko ja mogę dać Mani.

    W sobotę Marianka zjadła po raz ostatni moje mleko. Przede wszystkim dlatego, że bardzo po nim ulewała, a trudno je było zagęścić. I choć od jakiegoś tygodnia – dwóch dostawała je tylko raz dziennie to ja byłam szczęśliwa. Mania lubiła je jeść, a ja nadal czułam, że daję z siebie wszystko. Ale trzeba było postawić sprawę jasno, przez ostatnie dni więcej było z tego karmienia szkody niż pożytku. Podjęłam więc decyzje, że tak trzeba. Ponoć i tak długo wytrzymałam.

    Po 8 i pół miesiąca bez żalu pożegnam się z laktatorem (z zwłaszcza moje sutki, które przeszły przez masakryczne problemy – kto miał ten wie, a kto nie – niech dziękuje Bogu). Chętnie znowu zacznę jeść rzeczy, których unikałam. Ale kiedy ściągałam mleko już nie dla Marianki ale do wyciszenia laktacji… płakałam. Bo wiem, że skończył się pewien etap. Mania jest już coraz większa, coraz lepiej sobie radzi. I z każdym dniem będzie potrzebowała mnie trochę mniej. Po mimo że moje mleko podawałam przez większość czasu z butelki, to było to dla mnie ważne. Ważne, bo zaraz na samym początku uratowało mnie przed załamaniem. Pozwoliło się skupić na zadaniu, które mogło pomóc Mani. Dało poczucie, że mam wpływ na Jej walkę. Dało nadzieję, że wspólnie tę walkę wygramy… I tak się stało. A teraz czas na nowy etap… Kolejny z bardzo wielu, które nas jeszcze razem czekają. I wiem, że będzie ciekawie i dobrze… bo jesteśmy razem. A miejsce mleka w lodówce zajmą inne pyszne rzeczy, które za jakiś czas będziemy przygotowywały wspólnie z Marianką.

  • Bądź grzeczny! Zachowuj się! Czyli jakie banały mówimy naszym dzieciom

    Każdemu z rodziców lub wychowawców choć raz w życiu zdarzyło się w ten sposób zwrócić uwagę dziecku. Mówimy im o grzeczności, dobrym zachowaniu. A później okazuje się, że dzieci nas nie słuchają. Dlaczego?

    Sprawa jest bardzo prosta. Nie wiedzą czego od nich oczekujemy. Bo to co dla nas znaczy słowo „grzeczność” to już nie koniecznie jest zrozumiała dla dzieci. Jeśli mówimy „zachowuj się” to przecież niezależnie od tego co robi dziecko – jakoś się zachowuje. Przecież zawsze jakoś się zachowujemy. Dodanie słowa „dobrze się zachowuje” nie specjalnie tu pomoże. Dla nas dorosłych za słowami „grzeczność” i „zachowanie” stoi wiele czynności, które naszym zadanie dzieci powinny lub nie powinny wykonywać. I co w tym wszystkim jest najlepsze – nasze dzieci potrafią to zrobić, tyle, że nie wiedzą, iż właśnie w tej chwili tego od nich oczekujemy. Bo często jest tak, że mówimy o grzeczności w różnych sytuacjach i różnych zachowań oczekujemy wtedy od dzieci. Czasami chcemy aby były cicho, kiedy indziej aby aktywnie uczestniczyły w zajęciu. Raz mamy takie oczekiwania a innym razem zupełnie nowe.

    Dzieje się tak dlatego, że chcemy aby dzieci zachowywały się naszym zdaniem adekwatnie do sytuacji. A one do pewnego momentu swego rozwoju nie są w stanie ocenić obiektywnie, jak powinny się w danej chwili zachować. Jak odpowiedzieć na nasze oczekiwania. Dopiero w procesie socjalizacji uczą się zachowań adekwatnych do powtarzalnych sytuacji, a następnie do sytuacji nowych. Nikt z nas, a co dopiero dzieci, nie czyta nikomu w myślach.

    Najskuteczniejszym sposobem na jasny i klarowny przekaz naszych intencji co do zachowania dziecka jest konkret. I to najlepiej taki, z którym jest ono zapoznane wcześniej. Kiedy wiemy, że jakaś sytuacja zaistnieje (np., wizyta cioci, wyjście do parku, wyjazd na święta, spotkanie z nową osobą). Ustalmy jasne zasady i nasze oczekiwania względem zachowania dziecka. Najlepszym sposobem jest zadanie pytań „Jak myślisz, jak powinieneś się zachowywać kiedy będzie ciocia”, „A czego nie powinieneś robić podczas jej odwiedzin”. Dziecko, zwłaszcza takie które na co dzień zna zasady dobrego wychowania szybko upora się z tym zadaniem. Jeśli coś mu umknie warto uzupełnić te listy. Kiedy dziecko samo przywoła pożądane i niechciane zachowania zrozumie czego się od niego oczekuje i będzie mogło to zrobić. A do tego będzie z siebie zadowolone, że tak wiele wie o dobrym zachowaniu. Jeśli chcemy coś jeszcze dodać od siebie to warto wytłumaczyć dziecku dlaczego chcemy to zrobić – „Ciocia ostatnio chorowała i tym razem nie będzie mogła bawić się z tobą na dywanie. Jeśli chcesz możecie w coś pograć przy stole”. Jeśli coś jest dla dziecka jasne bardzo chętnie spełni nasze oczekiwania. Większość dzieci woli być „grzecznymi” zwłaszcza jeśli właśnie wtedy skupiają na sobie uwagę rodziców.

    Podobnie ma się rzecz z wszelkiego rodzaju wyjściami i kupnem masy rzeczy, których nie chcemy kupić. Jeśli idziemy do parku również zapytajmy o to co można, a czego nie. Dodatkowo ustalmy nasze wydatki, np. „Dzisiaj nie zabieram z sobą portfela. Więc pamiętaj o tym i nie proś mnie o kupienie czegokolwiek” lub „Dziś idziemy tylko na lody, nie proś mnie o balona czy coś innego”. Dla niektórych dzieci nie będzie od razu to łatwe i przyjemne. Ale jeśli ustalamy zasady to się ich trzymajmy. Bo inaczej stracimy w oczach dziecka (nawet jeśli w danym momencie będzie się cieszyć z balonu).

    A kiedy coś się dzieje nagle. Wtedy zróbmy stop klatkę i wyjaśnijmy dziecku czego oczekujemy i jak ma się zachować. Zawsze konkretnie, jeśli trzeba z przykładem lub wyjaśnieniem powodu naszych oczekiwań.

    Nie utrudniajmy dzieciom poznawania zasad rządzących światem dobrego zachowania, podawajmy im konkretne przykłady a nie rzucajmy banały, których sami czasami nie rozumiemy. A wtedy wiele rzeczy i sytuacji stanie się przyjemniejszych 🙂 A jeśli teraz pomożemy dzieciom opanować trudną sztukę zachowania adekwatnego do sytuacji, będzie im odnaleźć się w wielu sytuacjach w dorosłym życiu.

  • Przyjaźń, pasja i coś jeszcze. Tego chciałam dla moich dzieci

    Moja przygoda z harcerstwem zaczęła się, gdy miałam 7 lat, a skończyła … – właściwie to się nie skończyła. Aktywną działalność prowadziłam do momentu narodzin syna, a i potem jeszcze przez trzy lata miałam ciągły kontakt z drużyną. Dopiero gdy urodziła się córka, oficjalnie odeszłam z drużyny. Aktywnie już nie działam, ale kontakt z harcerstwem mam cały czas – poprzez młodą, która w poszukiwaniu swojego miejsca przeszła przez różne drużyny, aż w końcu zacumowała w tej, na której i ja skończyłam działalność

    Co mi dało harcerstwo? Męża , a poza nim poczucie własnej wartości, nauczyło odwagi, wyrażania swoich poglądów, samodzielności. Bycie harcerką sprawiło, że ciągle idę do przodu, że ciągle szukam czegoś nowego, nie boję się wyzwań, daję sobie radę z trudnościami, jakie niesie życie. Odkrywam nowe pasje – od dziewięciu lat tańczę hip hop . Teraz rozmyślam nad kolejnymi studiami podyplomowymi, nad jakąś zmianą w swoim życiu. Harcerstwo to też masa wspomnień – jedzenie żabiego udka pieczonego nad ogniskiem podczas nocnego samotnego pobytu w lesie, nocne wędrówki, spanie w październiku pod gołym niebem, przy ognisku, podczas gdy w menażce woda zamarzała, przechodzenie po linie nad rzeką, rąbanie drewna do kuchni, stawianie masztu, całodobowe milczenie, zdobywanie sprawności, stopni, patentów. Zaszczepiona miłość do gór, wędrówek, ciekawość świata i ludzi. No i przyjaciele – mimo odległości, jaka nas często dzieli (liczona w setkach, a nawet tysiącach kilometrów) – wciąż mamy ze sobą kontakt.

    Dzieci, tak jak i ja, od małego miały kontakt z harcerstwem. Syn w gimnazjum zrezygnował z życia harcerskiego na rzecz życia naukowego (wessało go Towarzystwo Astronomiczne Almukantarat – to z nimi zaczął jeździć na biwaki i obozy), córka miała roczną przerwę, a po niej trafiła do mojej drużyny i tu już została. Młody poza szkołą przez całą swoją edukację chodził dodatkowo na kółko informatyczne, by w liceum pomagać w prowadzeniu zajęć, jeździł jako wykładowca na zielone szkoły i obozy naukowe, a teraz jest studentem drugiego roku informatyki w Anglii. Młoda z kolei od 12 lat tańczy, działa w dwóch drużynach harcerskich, jeździ konno – aktualnie jest w drugiej klasie liceum.

    A co dzieciom dało harcerstwo? Syn po raz pierwszy pojechał na obóz w wieku 8 lat. Co roku gdzieś jeździł, zmieniając po drodze towarzystwo (bo stylu życia nie – i harcerze, i Almukantaratowcy śpią w bazach harcerskich, schroniskach, żyją skromnie, acz wesoło ). Z nieśmiałego, lękliwego chłopczyka zamienił się w odważnego młodzieńca, pełnego wiary w swoje możliwości, zawsze chętnego do działania, do podejmowania nowych wyzwań, samodzielnego (ma za sobą rok życia w obcym kraju, bez rodziny i przyjaciół, przeprowadzkę z akademika do domku). Córka zaczęła wcześniej, swoje pierwsze zimowisko zaliczyła w wieku 6,5 lat, też co roku gdzieś jeździ. Nabrała pewności siebie, nauczyła się wielu ciekawych i przydatnych rzeczy, sama budowała łóżko, kopała doły pod latrynę Radzi sobie z wieloma zajęciami naraz, jest zorganizowana, poukładana. Oboje są w stanie funkcjonować bez mamy 😉

    Fajnie jest patrzeć na swoje dzieci, jak mają jakieś pasje, swoje życie. Z jednej strony jest tęsknota za tymi maluszkami ciągle potrzebującymi mamy, a drugiej duma, że udało się wychować mądre i samodzielne dzieci, które bez lęku, za to z wiarą w swoje możliwości wychodzą w świat. Nie było to proste, trzeba było ciągle przełamywać swój lęk o nie, ukrywać swoją troskę i pozwalać na coraz większą samodzielność, podsuwać nowe wyzwania do pokonania. Ale warto było

    Agnieszka Bogacka

    mama dwójki prawie dorosłych dzieci

    harcerka, tancerka hip hop

  • Łzy same płynął czyli jestem tylko słabym człowiekiem

    Myślę, że każda mama przeżyła kiedyś taki dzień czy ranek kiedy miała ochotę usiąść i płakać… albo rzeczywiście usiadła i płakała. To bezsilność sprawia, że łzy same napływają do oczu.

    Tak właśnie wyglądał mój dzisiejszy ranek. Marianka od kilku dni jest w trakcie przestawiana swego dotychczasowego planu dnia. Przesunęły się nam pory posiłków i spania. Coraz niechętnie je w nocy co 4 godziny. Ale dzisiejsza noc była bardzo ciężka dla nas obu. Problem z jedzeniem, marudzenie, zmęczenie i bezsilność. I wielka złość… moja na samą siebie. Bo nie mogę się złościć na Manię, przecież jest dzieckiem i słucha potrzeb swego organizmu, które ja próbuję zrozumieć a nie zawsze potrafię. To nie Ona zawodzi w takich sytuacjach, bo przecież nie wie co się z Nią tak naprawdę dzieje. To ja jestem dorosła i muszę to wszystko rozumieć, a jednocześnie akceptować swojej i Jej uczucia. To ja jestem w stanie ogarnąć rozumem to wszystko co się dzieje i jak. Zrozumieć, że jest coraz starsza i Jej potrzeby się zmieniają, zarówno te psychiczne, jak i te fizyczne. I nawet jak się skupisz na rozwoju empatii to czasami po prostu jest ciężko.

    W takich trudnych dla rodzica i dziecka sytuacjach może zadziać się kilka rzeczy. Zwłaszcza kiedy cierpliwość jest wystawiona na próbę. To właśnie takie sytuacje są najczęstszym powodem kiedy po raz pierwszy wymierza się klapsa. To nasza bezsilność powoduje, że podnosimy rękę na dziecko, któremu w niczym to nie pomoże. To ta bezsilność pcha ludzi do kroku z którego później bardzo trudno się wycofać, kroku który może zaprowadzić jedynie w ślepy zaułek.

    Jest jednak inny sposób na to aby pokonać bezsilność, potrzebujemy jednak wtedy pomocy. I ja dziś właśnie skorzystałam z tego drugiego wyjścia. Kiedy moje emocje sięgnęły zenitu. Kiedy czułam się złą matką, której brak cierpliwości… kiedy czułam, że w tej chwili bije ode mnie negatywny przekaz… ucałowałam moją Mariankę, powiedziałam, że wychodzę na basen a ona zostanie z tatą i jak przyjdę wyściskamy się, wykochamy i będzie znowu dobrze. I rzeczywiście jeszcze na zajęciach z aqua aerobiku buzowały we mnie emocje, jeszcze wracając do domu kłębiły się we mnie, jeszcze gdzieś te łzy tkwiły w kącikach oczu, ale przeszło mi. Odpuściłam sobie i powiedziałam, że jestem tylko człowiekiem i mam prawo czasami do takich chwil. I w momencie kiedy weszłam do domu i zobaczyłam Mariankę w łóżeczku myślałam już tylko o tym aby Ją przytulić. Już miałam siły na wszystko. Powiedziałam Jej, że ją bardzo kocham i będzie już dobrze, a kiedy na jej poważnej buzi pojawił się uśmiech i chwyciła mnie za palce… zrozumiałam, że ona też chce mi przekazać, że „Mamo, jest ok”.

    Każdy rodzić przechodzi trudne momenty, kiedy jest zmęczony, zdenerwowany, czuje bezsilność i złość. Jesteśmy tylko ludźmi. Ważne jest to co zrobimy i jak te emocje rozładujemy. Czy pozwolimy aby poniosły nas i wymierzymy klapsa, którzy nigdy nie powie naszemu dziecku, że je kochamy. Czy damy sobie chwilę na wstrzymanie. Pozwolimy aby emocje się rozładowały w inny sposób. Czasami wystarczy powiedzieć dziecku, że muszę mieć 10 minut dla siebie i w tym czasie odetchnąć. Jeśli mamy możliwość zostawienia dziecka pod opieką lub jest na tyle duże, że może zostać samo wyjdźmy i się przewietrzmy, pójdźmy do innego pokoju. Dajmy sobie czas na rozładowanie emocji. Emocji do których mamy prawo. Emocji, które mogą nas popchnąć zarówno w dobrą jak i złą stronę.

    Bo jestem tylko słabym człowiekiem… ale to moje czyny świadczą o tym czy się poddaję czy walczę.

  • Małe głupotki. O chwilach, które są tylko nasze

    Większość dnia spędzamy z Marianką tylko we dwie. Jesteśmy do tego przyzwyczajone i czasami kiedy przychodzi weekend to bardzo się cieszymy, że tata jest z nami, ale w poniedziałek znowu czerpiemy radość ze swojej obecności. To naturalne… taka więź matki z dzieckiem.

    Im Mania jest większa tym ten wspólny czas staje się coraz bardziej wartościowy. Mamy swój własny rytm, gesty, których nie trzeba tłumaczyć. To chwile, z których staram się czerpać jak najwięcej, bo wiem, że szybko przeminął. Im Marianka będzie starsza ty bardziej będzie ją interesował świat. Będzie go poznawała i zdobywała, a ja będę szła tuż obok, a z czasem o krok za Nią. Będzie coraz bardziej samodzielna, choć mam nadzieję, że zawsze będzie wiedziała, że może na mnie liczyć. Szybko przestanę być jej całym światem, później wyrocznią, ale mam nadzieję, że nigdy nie przestanę być dla nie autorytetem. Osobą, w której oczach będzie widziała miłość, wsparcie i wiarę.

    Ale zanim to wszystko się wydarzy mamy te nasze wspólne chwile. Chwile, które czasami nawet trudno ująć w słowa. To czasami jedno spojrzenie, które powoduje uśmiech na twarzy. Moment kiedy zdarza jej się przysnąć mi na ręku. Chwila gdy poznając coś nowego trzyma mnie za palec. Długie minuty kiedy leżymy sobie wspólnie po prostu się na siebie patrząc i ucząc się siebie nawzajem. Jest też taki specjalny sposób wzięcia Mani na ręce, Kiedy mogę jednocześnie mocno Ja tulić i patrzeć w Jej piękne oczy. Marianka od razu się wtedy uśmiecha i zaczyna „gadać” po swojemu i aż piszczeć z radości. Jeśli kto inny by Ja próbował wziąć w taki sposób w najlepszym wypadku popatrzyłaby się na niego.

    To wszystko powoduje, że każdy dzień pomimo że podobny do poprzedniego staje się niesamowity. Wiem z całą pewnością, że to co dziś przezywamy wpłynie na jakość naszych relacji w przyszłości. Czułość i miłość, które okazujemy sobie wzajemnie nie wyparują. Ale to przede wszystkim ode mnie zależy jak nasza relacja będzie się rozwijała. Czy nadal będę uczyła Mariankę jak okazywać sobie uczucia, jak ważna jest bliskość i relacje w rodzinie. Patrząc na mnie i męża będzie się uczyła jak budować kontakty z drugą płcią, jak okazywać sobie szacunek, wsparcie i przede wszystkim miłość. To co dziś dostaje ode mnie i męża, zwielokrotni się w przyszłości. I choć nie będzie sobie tego uświadamiała, to właśnie to czego doświadczy w pierwszych miesiącach i latach swego życia wpłynie na Jej rozwój wewnętrzny, ukształtuje wartości i nauczy tworzenia relacji. Dzisiejsze małe głupotki, pieszczoty i czułostki dadzą Jej w przyszłości motywację i siłę do działania.

    Wierzę, że dzisiejsze chwile, które dzielimy między sobą znacząco wpłynął na jej przyszłości. To co daje dziś radość mnie i Mariance, kiedyś pomoże Jej cieszyć się życiem pełnym miłości.

  • Miłość i konsekwencja – dwie siostry

    Ostatnio na kilku forach przyglądałam się dyskusjom na temat metod wychowawczych polecanych przez specjalistów. Mamy preferujące rodzicielstwo bliskości starły się z tym, które są za konsekwencją. Przywoływane są tam porady różnych bardziej lub mniej znanych „super Niań” oraz literatura z najprzeróżniejszych źródeł. Ogólne to cieszę się, że mamy prowadzą dyskusje dotyczące tak ważnego aspekty życia dziecka jak wychowanie, bo to znaczy, że im zależy. Mam jednak kilka wątpliwości.

    Po pierwsze wydaje mi się, że wiele mam „idzie” za modą w wychowaniu, którą teraz jest rodzicielstwo bliskości. Nie do końca rozumieją czym ono jest, czasami posiłkują się jakąś literaturą, częściej szczątkowymi informacjami z Internetu. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie krytykuje tej metody wychowawczej. Mam tylko wrażenie, że niektóre z mam czują presję jej stosowania, choć podskórnie czują, że czegoś im w niej brakuje. Zapominają, że każde dziecko jest inne, rodzina jest inna oraz doświadczenia. I nie w każdej sytuacji, zawsze to samo się sprawdza. Idea bliskości z dzieckiem jest czymś fantastycznym moim jednak zdaniem czasami to trochę za mało.

    Po drugie negowanie metod wychowawczych, które się sprawdzają u innych jest moim zdaniem bardzo nie fair. Zresztą już o tym pisałam.

    Wydaje mi się, że części z tych mam umyka bardzo ważna rzecz. Nie ma miłości bez konsekwencji i odwrotnie. Inaczej nie miałoby to sensu i nie nazwałabym tego skuteczną metodą wychowawczą. Bo sama bezgraniczna miłość może prowadzić do rozpieszczania (ale oczywiście nie musi), a z kolei konsekwencja bez wsparcia i codziennego okazywania pozytywnych uczuć to prosta droga do despotyzmu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żebym stawiała granice mojej Mariance, a jednocześnie nie okazywała jej wsparcia i miłości. Abyśmy w wyznaczonych ramach nie miały wspólnie czuć się bezpiecznie i radośnie. To, że ustalam zasady nie znaczy, że nie tulę dziecka, nie całuję i nie jestem czuła. Konsekwencją pokazujemy dzieciom, że nam na nich zależy i są dla nas ważne. Dla mnie to najwyższe możliwe okazanie miłości – wyznaczenie granic, w których dziecko może bezpiecznie się poruszać. Granic, w których okazuję mu zaufanie i uczę odpowiedzialności.

    Dla maluchów takimi granicami może być plan dnia. Ja też taki mam. Wyznacza on pory posiłków i pomaga nam wyznaczyć czas na zabawę i drzemki. Planując wizyty u lekarza czy jakiekolwiek wyjście uwzględniam go i staram się przestrzegać. Pokazuje w ten sposób, że potrzeby mojego dziecka są ważne i dbam o jego komfort. Każde większe zaburzenie w planie sprawia, że Mania jest rozdrażniona i poddenerwowana. Nie chcę aby tak się czuła. Czy w tym planie nie ma miejsca na odrobinę szaleństwa? Oczywiście, że jest. Są dni kiedy biorę rano Mariankę do swojego łóżka i wspólnie trochę dłużej leniuchujemy, okazując sobie czułość. Bo plan to ramy, które delikatnie można przesuwać tak aby było miejsce na uczucie między dzieckiem a rodzicem.

    Uważam, że najlepszym sposobem na to aby dziecko czuło się dobrze na każdym etapie swojego rozwoju, aby miało wspaniały kontakt z rodzicami jest dać mu bezpieczną i wyznaczoną przestrzeń do funkcjonowania i okazywać czułość oraz miłość. Dzięki temu jesteśmy w stanie nauczyć najpotrzebniejszych rzeczy w życiu. To właśnie mój sekret na wychowanie, z którego będą zadowolone dzieci i rodzice.

  • Kim będziesz jak dorośniesz? A kim chcesz żebym był?

    Kim będziesz jak dorośnie? Czy ktokolwiek z nas nie usłyszał tego pytania choć raz w życiu? Jak myślicie jak na nie odpowiadają dzieci?

    • strażakiem, policjantem, piosenkarką, aktorką, weterynarzem, księżniczką…

    Coraz częściej słychać jednak takie odpowiedzi:

    • programistą, finansistą, specjalistą od firm internetowych, lekarzem, prawnikiem, biznesmenem… człowiekiem bogatym.

    Ktoś może zapytać czy to źle, że dzieci marzą o realnej pracy, która przyniesie realne korzyści? Oczywiście, że nie. Ale kiedy słyszy się, że 5 latek planuje karierę w świecie finansów to już trochę przeraża. Nie dlatego, że kiedyś nie będzie pracował na giełdzie, ale dlatego, że wyszedł już ze świata fantazji i marzeń. Swoich marzeń. Marzeń, które pozwalają rozwijać się, bawić się, poszukiwać, błądzić i znajdywać drogę na nowo. Marzeń, które pozwolą realizować siebie, a nie swoich rodziców.

    To zrozumiałe, że rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Każde pokolenie chciałoby aby następne żyło w lepszych warunkach dobrobytowych lub co najmniej takich jak dotychczas. To co było nieosiągalne rozwojowo dla naszych dziadków – rodzice mieli na wyciągnięcie ręki. To o czym marzyli nasi rodzice dla nas jest czymś normalnym. To o czym nawet nie śnimy – będzie codziennością naszych dzieci. Nie znaczy to jednak, ze już dziś mamy je wkładać w trybiki „mieć” a nie „być”. Dzieciństwo to czas beztroski, który i tak coraz szybciej zostaje nam zabrany. Nie mówię tu o szkołę, bo daleka jestem od stwierdzeń typu, że szkołą zabiera dzieciństwo. To dorośli i ich wymagania zabierają je, czasami bezpowrotnie.

    Może część z Was oglądała film „Mały książę”, w którym główny bohater książki zapomina kim był, bo dorósł. Jednym z przesłań filmu jest to, że nie samo dorastanie jest złe, ale zapominanie o dzieciństwie i wszystkich jego radościach. Część z nas z pewnością zapomniała jak to jest być dzieckiem i cieszyć się z drobnostek, przeżywać wszystko po raz pierwszy, poznawać świat i kochać tych, którzy są dla nas dobrzy. Tego właśnie brakuje niektórym dorosłym do tego aby być szczęśliwym. A my przecież chcemy, żeby nasze dzieci były szczęśliwe.

    Czy to oznacza, że nie powinniśmy próbować nadać kierunek rozwoju naszym dzieciom jak najwcześniej? Tak. Czy nie mamy im pomóc odnaleźć własną drogę ku dorosłości? Ależ oczywiście, to właśnie jest zadanie rodziców. Pokazać różne możliwości, pozwolić spróbować, dać możliwość wyboru, wspierać w dążeniu do celu, cieszyć się z sukcesów, pomagać podnieść się przy porażkach.

    Dzieci mają prawo sto razy zmieniać zdanie, a decyzje podjąć kiedy będą gotowe. Moi rodzice może nie byli najszczęśliwsi kiedy w trzeciej klasie ekonomika zmieniłam plany i zamiast zostać radcą prawnym wybrałam zawód nauczycielki. Ale wspierali mnie, z pewnością bali się o moja przyszłość, ale byli przy mnie. Zresztą podobnie było kiedy moja siostra zapragnęła uczyć się w plastyku, a później zostać krytykiem sztuki. To, że zaplanujemy dzieciom przyszły zawód wcale nie znaczy, że będą żyły dostatnio i szczęśliwie. Dziś jeszcze nie ma zawodów które będą na topie kiedy one będą dorosłe. Już przekwalifikowanie jest czymś normalnym i to nie z przymusu, ale z chęci realizacji siebie i swoich pasji.

    Pozwólmy dzieciom marzyć o zostaniu księżniczką i astronautą. Pokażmy im różne możliwości. Bądźmy przy nich, wspierajmy. I najważniejsze… nie chciejmy przeżyć ich życia za nie.

  • Inkubator to nie brzuch

    Teraz już mogę to powiedzieć głośno i wyraźnie: INKUBATOR TO NIE BRZUCH!

    Dlaczego teraz? Bo już mogę jakoś spokojnie wracać myślami do pierwszych tygodni życia Marianki. Wiem, że wielu znajomych i rodzina chcieli nas pocieszyć, nie bardzo wiedzieli co powiedzieć, więc najczęściej padało stwierdzenie, że Mania poleży w inkubatorze, podrośnie i wszystko będzie dobrze, że to tak jakby była w brzuchu. Niestety to nie prawda. Inkubator spełnia ważne ale tak naprawdę tylko dwie funkcje: reguluje temperaturę i wilgotność ciała. Oczywiście bez tego wcześniaki nie mogą sobie poradzić, ale tak naprawdę w większości przypadków jeśłi dziecko trafia do inkubatora to z pewnością ma o wiele więcej problemów niż tylko termoregulacja.

    Wcześniaki – zwłaszcza urodzone przed 32 tygodniem – mogę mieć najróżniejsze problemy, w których inkubator sam w sobie nie pomoże. Potrzebują respiratora lub „cepapu”, pomp dawkujących leki i jedzenie, regularnych prześwietleń, USG całego ciała, kontroli pracy serca, pracy układu pokarmowego, rozwoju wzroku… Często potrzebują zabiegu związanego z retinopatią lub przewodu botalla. Mają naczyniaki, wzmożone lub obniżone napięcie mięśniowe… przetaczanie krwi, podawanie osocza…

    Wiedząc o tym wszystkim (a raczej dowiadując się w trakcie) stwierdzenie inkubator = brzuch jest jednym ze zdań, których rodzice wcześniaków nie mogą przetrawić. Wiemy, że tak naprawdę trudno zrozumieć co to znaczy mieć wcześniaka jeśli się tego nie przeżyło. Najłatwiej jest nam rozmawiać miedzy sobą, ale też każdy z nas przeżywa tę sytuację po swojemu. Jedni z nas mają ochotę opowiadać o stanie swego dziecka, inni wolą zachować wszystko dla siebie. Ktoś woli odpowiadać na pytania osobiście, ktoś inny woli informować wszystkich za jednym zamachem (tak jak np. ja poprzez bloga). Czy to znaczy, ze nie warto rozmawiać z rodzicami wcześniaków, które są w szpitalu? Warto zapytać jak można pomóc, czy potrzebuje rozmowy. Z mojej perspektywy (i kilku innych rodziców) nie trafionym pytaniem jest: „Jak się czujesz?”. Bo przynajmniej ja starałam się nad tym nie zastanawiać, bo wiedziałam, że jest szansa na rozsypanie się na kawałki.

    Zanim urodziła się Marianka nie miałam o tym wszystkim pojęcia. Wiedziałam, że rodzą się wcześniaki, że nie jest to proste, ale tak naprawdę było to daleko ode mnie. A ponieważ rodzi się coraz więcej wcześniaków, może warto aby mówić o tym więcej i aby jeśli komuś się to przydarzy (czego nikomu nie życzę) miał podstawową wiedzę i mógł się jakoś łatwiej odnaleźć w nowej sytuacji. Bo trzeba powiedzieć głośno, że wcześniaki to niesamowicie waleczna dzieciaczki, a ich rodzice choć nie wiadomo do końca jak, są w stanie znieść wszystko dla swoich maluszków. Ale niestety wsparcia mogą szukać jedynie wśród rodziny, innych rodziców i personelu na oddziale, bo niestety nasze państwo nie dostrzega specyficznej sytuacji w jakiej się znaleźli. Nie mówię już, o tym że większość tatusiów ma organiczny kontakt z dziećmi nawet w ciężkim stanie, bo muszą wracać do pracy. Ale przede wszystkim o mamach, które spędzają często kilka miesięcy kursując między domem, a szpitalem – zabierają do domu dzieci, które rozwojowo są jak noworodki, a muszą wracać do pracy po roku kiedy maluchy jeszcze maja przed sobą długą drogę. Dlatego sporo z nich nie wraca do pracy i jest pozbawione dochodu. Bo, który pracodawca jest w stanie zaakceptować wizyty u lekarza z dzieckiem nawet kilkanaście razy w miesiącu.

    Ale mimo tego wszystkiego być rodzicem wcześniaka to nie tylko wyzwanie, ale coś pięknego… Bo widzisz jak ta kruszynka, która nie ważyła nawet kilograma zmienia się w cudownego dzieciaczka, który walczy o swój rozwój… Walczy i jeśłi jest wspierany to zwycięża… Moja Marianka zwycięża codziennie…

  • MY czy Ja i Ty

    Kiedy dziecko zaczyna swój proces opuszczania rodzinnego gniazda? Niestety w chwili kiedy zaczyna rozumieć, że „jest”… Może nie każdy się ze mną zgodzi, ale w momencie kiedy maluch zrozumie, że mama i on to dwie oddzielne osoby stawia pierwszy krok w kierunku niezależności i samodzielności, w kierunku dorosłości. Kiedy dziecko po raz pierwszy stwierdzi, że ma sprawczość nad swoim działaniem możemy zacząć się przyzwyczajać do myśli, że kiedyś opuści rodzinny dom. Bo taka jest kolej rzeczy, a jak cytowałam już wiele razy „Dzieci są gośćmi, którzy pytają o drogę”.

    Te pierwsze miesiące kiedy maluch utożsamia się z mamą są niesamowite. Moja Marianka jeszcze jest w tym etapie choć czuję, że już lada chwila zacznie z niego wchodzić. Myślę, że większość mam potwierdzi, że tak jak maluch jest związany z mamą tak jeszcze mocniej mama jest związana z niemowlakiem. I czasem trudno się przyznać nawet przed samą sobą, że chętnie widziałoby się swoje dziecko jako takie maleństwo dużo dłużej niż to możliwe. Wczoraj nie było mnie w domu całe przedpołudnie. Do tej pory zostawiałam Manię z tatą jedynie na 2 godzinki. I kiedy te właśnie zaczęły mijać wczoraj zadziało się ze mną coś niesamowitego, coś co ciągnęło mnie do Marianki jak ogromny magnez. Nie chodzi o to, że nie ufam mężowi, że coś się Jej stanie. Ja po prostu lubię jak jest blisko. Po powrocie do domu musiałam Manię wyściskać i wycałować, tak się stęskniłam. A Ona… chyba nawet nie zauważyła, że mnie nie było. Tak fajnie się bawiła z tatą. I wiecie co? Było mi smutno… To głupie, ale właśnie tak się poczułam… I wtedy zrozumiałam, że zaczął się ten czas kiedy Marianka będzie potrzebowała mnie już coraz mniej. Oczywiście nie dziś czy nie jutro, ale kiedyś stanie się samodzielną dziewczyną, a później kobietą… Bardzo tego pragnę, ale cząstka mnie chyba na zawsze chciałaby aby Mania pozostała niemowlakiem. Na szczęście jestem tego świadoma i wiem, że moje pragnienia w tym względzie są mniej ważne niż naturalne potrzeby Marianki.

    Z czasem Marianka będzie coraz częściej mówiła i myślała „Ja” i bardzo chcę Ją w tym wspierać. Pragnę Ją nauczyć jak w tym „Ja” być sobą i nie zagubić siebie w tym skomplikowanym świcie. Ale mam też dużą nadzieję, że jednak w tym wszystkim pozostanie też odrobina „My”, a wieź którą stworzyłyśmy i nadal będziemy tworzyć będzie bardzo silna i będzie wspierała „Ja” Marianki. Jakoś sobie z tym poradzę, bo bardzo Manię kocham <3

  • Wpajanie błędnych przekonań

    Rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej: pouczają, pomagają, musztrują, wspierają, radzą jak przejść przez życie. Nigdy umyślnie nie zrobiliby krzywdy swoim pociechom. Mówimy tu o dobrych rodzicach, a zakładam że jeśli to czytasz jesteś jednym z nich. Czasami jednak wśród ogromu naszych dobrych chęci możemy nienaumyślnie wpoić dzieciom błędne przekonania. Są one czymś w rodzaju pułapki myślowej, które w przyszłości mogą negatywnie wpłynąć na nasze dziecko. To co przekazujemy naszym dzieciom: system wartości, przekonania, sposób myślenia często wynikają z modelu w którym sami zostaliśmy wychowani i który powielamy. Najłatwiej wybrnąć z tych pułapek uświadamiając je sobie. Aby Ci pomóc przywołam kilka najczęściej występujących.
    „Negatywne uczucia są złe”
    Każdy człowiek ma w sobie emocje, zarówno te pozytywne jak i negatywne. Bardzo często rodzice kładą nacisk na wyrażanie tych pierwszych, robią to nieświadomie. „Kocham Cię”, „Jesteś taki grzeczny, choć cię uściskam”, „Jak się cieszę, że dostałaś dobrą ocenę”…. „Nie płacz!”, „Uspokój się, nic się nie stało!”, „Przestań, wszystkich trzeba lubić”… Znacie to? Często w dobrej wierze próbujemy bagatelizować uczucia negatywne u dzieci, a często i u nas samych. Tylko co to powoduje u naszych pociech na przyszłość? Czy jeśli będą miały problem, złe myśli, itp. przyjdą do nas? Po co? Aby usłyszeć „Nic się nie stało”, „Tylko mięczaki się załamują”… Negatywne uczucia zawsze będą w naszych dzieciach, tylko pytanie jak nauczymy je radzić sobie z nimi.
    „Wszyscy muszą mnie lubić”
    Inna pułapka myślowa wynika również z naszych komunikatów „Bądź grzeczny, pobaw się z chłopczykiem”, „Nie marudź, na pewno było to nie chcąco, bawcie się dalej”, „Moja córeczka jest taka urocza, wszyscy ją lubią”… To bardzo dobrze, że uczymy nasze dzieci nawiązywania kontaktów, relacji, zgodnej zabawy, kompromisu. Zwłaszcza dziewczynki są podatne na sugestie „grzecznej dziewczynki”. Tylko czy po takiej lekcji wychowujemy dziecko, które potrafi zdobyć świat? Czy to uczy asertywności i umiejętności wyrażania własnego zdania w poszanowaniu zdania innych? A później narzekamy, że nasze dziecko jest uległe w stosunku do rówieśników, że nie ma własnego zdania… Za lekcją „grzecznej zabawy” powinna iść lekcja „Szanuję innych, chce mieć z nimi dobre relacje, ale nie kosztem poczucia własnej wartości”
    „We wszystkim muszę być dobry”
    Większość rodziców zachęca swoje dzieci do nauki nowych rzeczy, doskonalenie się w nich. Uczymy aby jeśli podejmują się jakiegoś zadania, dawały z siebie wszystko. I to bardzo dobrze, bo dbamy o ich rozwój. Ale jest bardzo cienka granica między staram się jak najlepiej wykonać zadanie, a muszę być w tym najlepszy. Tak pułapka myślowa pojawia się w momencie, kiedy zachęcamy lub wręcz zmuszamy dziecko do zajęć które są poza ich sferą zainteresowań albo kiedy rodzice nie akceptują „mniej niż idealnego” wykonania danego zadania. Każdy z nas ma swoje możliwości i ograniczenia w każdej z dziedzin życia, nauki. I choćbyśmy nie wiem jak się starali możemy osiągnąć w nich tylko pewien poziom, raz wyższy a raz niższy. Ważne aby nasze dzieci nie czuły, że muszą być we wszystkim najlepsze, bo nigdy tak się nie stanie. Jeśli choć na moment w ich głowach pojawi się taka myśl to dziecięca samoocena spadnie bardzo szybko, a później trudno ją odbudować. Trudno uwierzyć, że ktoś może być z nas dumny, a nasze największe starania zostaną docenione. Jak to rokuje na przyszłość?
    „Znaczę tyle, co moje osiągnięcia”
    Ta pułapka myślowa jest bliska przekonaniu poprzedniemu. Wiąże się to bardzo z pragnieniem rodziców, aby dzieci były dobre we wszystkim czego się podejmują. To naturalne, że chcemy aby dzieci odnosiły sukcesy i były z siebie dumne. Jednak jest bardzo ważne aby zrozumieć, że dzieciom bardzo trudno odróżnić pochwałę lub naganę wobec tego co robią od oceny tego kim są. Mówiąc najprościej dla dziecka pochwała tego co robi jest oznaką miłości, dezaprobata może przez nie zostać odczytana jako brak miłości lub jej ograniczenie. Dzieci pragnął desperacko miłości i akceptacji rodziców i każda choćby najmniejsza oznaka możliwości jej utraty może sprawić im ogromny ból. Chcą czuć, że są kochane bez względu na to co robią i kim są. Nazywamy to „miłością bezwarunkową”- jest to taki stan kiedy dzieci czują, że nie mogą zrobić nic, nic powiedzieć co sprawi, że rodzice przestaną je kochać.
    Często wydaje nam się, że przecież dzieci wiedzą że je kochamy. Ja pytam „Skąd mają to wiedzieć?”, przecież trudno jest dziecku odróżnić to kim jest od tego co robi. A rodzice powinni na różne sposoby okazywać dzieciom swoją miłość bezwarunkową. Dzięki temu będą się czuły kochane, akceptowane a ich poczucie własnej wartości i samoocena będą na właściwym poziomie.
    „Popełnianie błędów lub proszenie o pomoc jest złe”
    Żyjemy w kulturze błędu. W wielu sytuacjach życiowych jesteśmy oceniani przez ich pryzmat. To co robimy jest oceniane jako złe lub dobre… Nie ma miejsca na naukę, a przecież stare przysłowie mówi, że „najlepiej uczyć się na błędach”. Kiedy dziecko uczy się chodzić i po wielokroć upada, zachęcamy je do dalszych prób. Kiedy popełnia inne błędy często tylko je strofujemy. A ile razy zanim jeszcze popełni błąd my je powstrzymujemy. Oczywiście nie mówię tu o sytuacjach zagrażających zdrowiu lub życiu, bo jest to dla mnie jasne że tu nie zastanawiamy się tylko działamy.
    A proszenie o pomoc? Czyż nasze dziecko nie powinno radzić sobie samo? Oczywiście, że tak. Kiedy potrafi już coś zrobić: jeść, ubrać się, sprzątnąć, przeczytać jak najbardziej zachęcajmy je do samodzielności. Ale jest wiele sytuacji które są dla dziecka nowe bądź trudne i proszenie o pomoc jest uzasadnione. Jeśli choćby nieświadomie przekażemy dzieciom przekonanie, że nie mogą popełnić błędu lub prosić o pomoc jaki będzie ich sposób myślenia? Co się stanie jeśli jednak popełnią błąd w drodze do opanowania jakiejś umiejętności lub wiedzy? Czy będą chciały robić to dalej? Czy będą bały się powiedzieć nam o tym błędzie? A kiedy będą miały problem czy przyjdą do nas z prośbą o pomoc? Czy będą jej szukały u kogokolwiek?
    Takich pułapek myślowych – błędnych przekonań, które możemy nawet nieświadomie przekazać dzieciom jest wiele. Ważne aby być ich świadomych i próbować najpierw samemu się ich wyzbyć aby unikać ich w wychowaniu. Jak sobie z tym poradzić, będziesz mógł się dowiedzieć oglądając na kanale YouTube w filmik „Wpajanie błędnych przekonań”