Tag: emocje

  • Czasami trzeba powiedzieć coś na głos… aby pomóc sobie

    Publikujemy na prośbę jednej z mam… bycie mamą dziecka, które przedwcześnie się rodzi ma różne wymiary. Niestety czasami rodzi się o wiele za wcześnie, a czasem… Przeczytajcie sami, a dzielnej mamie dziękujemy za to, że podzieliła się swoją historią. To też forma terapii…

    „Chciałabym zacząć pisać o tym co nas spotkało, co przeżyliśmy ale nie wiem jak zacząć.

    Nie wiem do kogo to trafi, nie wiem kto i jak na to zareaguje. A nie każdy umie zrozumieć rodzica, osobę w takiej sytuacji. Nie jest to proste dla nikogo ani dla osób, które to przeżyły ani dla tych u których my rodzice po stracie szukamy pomocy.

    Jednak chce spróbować. Chce spróbować mówić o tym otwarcie.

    Tak jak osoba, która przeżyła to samo co my a nawet dużo więcej i bardzo nam pomogła mimo ,że nasze spotkanie trwało może 20 minut.

    Mam na imię Aneta mam aktualnie 28 lat. Poroniłam 4 razy. Zawsze wiedziałam, że chce mieć męża, rodzinę i dzieci. Los sprawił, że mamy cudowną, zdrową córeczkę ma już 3 latka. Jednak za nim nam się udało poroniłam 2 razy. Pierwszy raz w około 9 tygodniu ciąży. Przyczyna nie znana. W pierwszych tygodniach było wszystko w porządku jednak pod koniec 7 tygodnia zaczęłam plamić, później krwawić trafiłam do szpitala, dostałam leki na podtrzymanie ciąży. Po około tygodniu wróciłam do domu i za chwilę to się powtórzyło. Plemienia i krwawienie. Niestety już nie udało się uratować Naszego dzieciątka. Pół nocy w szpitalu męczyłam się ze strasznym bólem, fizycznym i psychicznym ,który zabierał nasze dziecko a ja nic nie mogłam zrobić…

    Nie mogłam tego zatrzymać choć bardzo chciałam. Strata bolała bardzo…

    Sporo się staraliśmy zanim nam się udało, dla nas to było sporo ,choć to pojęcie względne. Byliśmy szczęśliwi ale los nie pozwolił nam zatrzymać Naszego Maluszka.

    Powinniśmy odczekać pół roku za nim zaczęliśmy starać się ponownie o dziecko. Jednak dla mnie to było za długo. Chciałam już ,natychmiast kiedy tylko wróciłam do formy znowu zacząć się starać o dziecko. Jakby to miało uleczyć moje-nasze serce. Trzy miesiące później znowu byłam w ciąży -pozytywny test. Jednak kilka dni po spodziewanym okresie zaczęłam krwawic. Lekarz nic nie mógł już na to poradzić. Straciliśmy drugie dziecko.

    Po raz kolejny ból, dlaczego my, dlaczego nas to spotyka do dziś tego nie rozumiemy.

    Przyszedł czas i udało nam się, 5 lub 6 miesięcy od pierwszej straty zaszłam w ciążę, którą donosiłam i szczęśliwie siłami natury urodziłam. Mamy Cudowną Córkę. Kochamy ją nad życie , nasza wyczekana Córeczka. Sens życia.

    Jednak chcieliśmy mieć dwoje dzieci. Zanim zaszłam w ciążę trwało to ponad 2 lata od Mai. Niestety tym razem znowu ,tydzień po spodziewanej miesiączce zaczęłam plamić później krwawić. Straciliśmy trzecie dziecko. Serce krwawiło ale nie poddaliśmy się. Bardzo pragnęliśmy drugiego dziecka.

    W końcu udało się w czerwcu tego roku 2019. Do 9 tygodnia ciąży pracowałam. Jednak zdecydowałam się na zwolnienie lekarskie. Ze strachu, że coś może się stać naszemu dziecku. Nie czułam się z tym dobrze bo kobiety biorące szybko zwolnienie lekarskie są zazwyczaj źle postrzegane. Miałam wyrzuty sumienia,ale wiedziałam, że to jest dla dobra Naszego Dziecka.

    Jednak to nie wystarczyło…

    Wszystko było dobrze, z wizyty na wizytę dziecko rosło tak jak powinno ,serduszko biło. Prenatalne były dobre. Dwa tygodnie po, na wizycie u prowadzącego lekarza wszystko dobrze. Trzy tygodnie później a 5 tygodni po prenatalnych na wizycie u lekarza prowadzącego rozpętał się nasz dramat, tragedia i koszmar…

    Byłam prawie w 19 tygodniu ciąży.

    Wizyta kontrolna u prowadzącego lekarza.

    Pobranie krwi, ciśnienie i właściwie nic poza tym. Standardowe pytania, przedłużenie zwolnienia lekarskiego. Doktor nie planował robić usg ale poprosiłam, bo jestem przewrażliwiona. Nie ma co się dziwić….

    Do tego dnia zawsze robił usg choć na chwilę żeby sprawdzić czy wszystko jest ok. Tego dnia miał zamiar nie robić. Dzięki Bogu zrobił po mojej prośbie. (Kolejne usg dopiero 15 listopada miałam mieć połówkowe ,żyłabym ponad 6 tygodni z martwym dziecku w brzuchu… jeśli wcześniej by coś się nie wydarzyło co mogło zagrażać mojemu życiu…)

    Okazało się, że nasze dziecko jest zbyt małe na ten etap ciąży. Wymiary pokazywały około 16 tydzień ciąży a był już prawie 19. Zapytałam lekarza czy z sercem wszystko dobrze ,powiedział że tak ale polecił żebyśmy zrobili usg w Białymstoku na lepszym sprzęcie, żeby to wyjaśnić.

    Tego samego dnia pojechaliśmy do Białegostoku zrobić prywatnie dokładne usg.

    Lekarz w prywatnym gabinecie tylko przyłożył głowicę usg i od razu po jego minie i reakcji widziałam, że jest źle, że jest bardzo źle… po chwili lekarz powiedział,że dziecko nie żyje… I to dłuższy czas…

    Świat Nam się zawalił… po raz kolejny, tylko teraz parokroć bardziej, mocniej, niewyobrażalnie mocno…

    To już 4 razy ,ale pierwszy w połowie ciąży prawie…

    Przecież to już 2 trymestr…

    Przecież to już ten bezpieczny okres…

    Przecież było wszystko dobrze…

    Przecież….

    Gdyby…

    Dlaczego…

    Jak lekarz prowadzący mógł nie widzieć,że dziecko nie żyje… rozumiem słabszy sprzęt ale jak mógł nie widzieć czegoś takiego…

    Ludzie mówią: będzie dobrze, jesteście młodzi, macie czas…

    Nie to nie prawda …

    Oczywiście cały czas chce mieć drugie dziecko …

    Ale już nie za wszelką cenę…

    Nie wiem czy świadomie będziemy o nie się starać…

    Nie chce, boję się narażać rodzinę, Męża Córkę….samą siebie na kolejne cierpienie..

    Niepewność, ryzyko…

    Nikt nie da nam gwarancji ,że będzie dobrze

    Nie jestem maszyną , mam swoje ograniczenia , psychiczne i fizyczne… mój organizm tego może nie wytrzymać…

    Choć bardzo bym chciała mieć drugie dziecko… ale się boję, bardzo się boję…

    Mama,Tata Mai i Świętej Pamięci Irusia.”

  • Pożegnanie z pieluchą

    ODPIELUCHOWANIE to słowo, które wielu rodziców przyprawia o zawrót głowy. Często już rodzice kilkumiesięcznych dzieci stresują się myślą, że przyjdzie czas kiedy i Oni będą musieli się z tym zmierzyć. Regularnie dostaję pytania jak sobie poradzić z tym tematem i jak wyglądało to u nas. Dość długo odkładałam ten zagadnienie ponieważ tak jak nie ma dwóch identycznych dzieci, tak i nie ma uniwersalnych sposobów na nieleniuchowanie. Bazując na doświadczeniach mamy i wieloletniej nauczycielki w przedszkolu i żłobku mogę jednak nakreślić kilka podstawowych aspektów związanych z tym tematem.

    Po pierwsze to prawda, że kiedyś dzieci odpieluchowywały się wcześniej. Wynika to przede wszystkim z tego, że nie było pieluch jednorazowych. Zarówno dzieci nie czuły się komfortowo kiedy już po jednym zrobieniu siku pielucha była mokra, jak i rodzicom zależało aby jak najszybciej zrezygnować z tony pieluch i ciągłego prania. Dziś używanie pieluch jednorazowych jest wygodne dla rodziców – odpada aspekt prania i suszenia, ale i dzieciom one nie służą. Przede wszystkim trudniej jest poczuć, że pieluszka jest mokra co za tym idzie połączenie przyczyny i skutku… zrobię siku – jest mi mokro. Oczywiście pieluchy jednorazowe to nie jedyne rozwiązanie w dzisiejszych czasach, ale zdecydowanie większość rodziców z nich korzysta.

    Aby dziecko rzeczywiście odpieluchowało się w sposób naturalny muszą się zadziać dwie rzeczy: gotowość fizyczna i psychiczna. Gotowość fizyczna związana jest zarówno z możliwością samodzielnego siedzenia na nocniku czy sedesie, możliwość samodzielnego dotarcia do tego miejsca też ma znaczenie. O wiele łatwiej dziecku, które jeszcze nie mówi po prostu podejść do nocnika lub ubikacji niż zawołać „siusiu”. Dlatego kiedy rozmawiamy o odpieluchowaniu dzieci o opóźnionym rozwoju ruchowym musimy mieć pełną świadomość zależności między siedzeniem i poruszaniem się a gotowością do korzystania z toalety. Inną ważną rzeczą jest umiejętność kontrolowania swego ciała i zatrzymania moczu aby zdążyć udać się do ubikacji. Dzieci, które nie są w stanie utrzymać go przez chwilę nie będą w stanie zrezygnować w pełni z pieluchy.

    Kolejną sprawą jest gotowość psychiczna. Z jednej strony dziecko powinno kojarzyć odczucie parcia moczu czy kupy a tym, że potrzebuje skorzystać z łazienki, z drugiej samo z siebie nie będzie wiedziało „o co chodzi”. Dlatego tak ważne jest aby maluch wiedział do czego służy ubikacja, nocnik czy podkładka na sedes. Można go zapoznać poprzez posadzenie, wytłumaczenie, przeczytanie książeczki czy komunikowanie, że mama lub tata idą teraz do ubikacji i po co. Dziecko zna świat na tyle na ile go pozna, na tyle na ile pokażemy mu i wytłumaczymy. Nie rodzi się z informacjami gdzie i jak robi się siku i kupę. Dlatego mówiąc o gotowości psychicznej dziecka do odpieluchowania jak najbardziej jestem za nie przymuszaniem ale też za zaznajamianiem z tematem.

    Chciałabym również nadmienić, że „wysadzanie” nie jest odpieluchowaniem samym w sobie tylko jego wsparciem. Jeżeli będziemy wysadzać dziecko regularnie w odpowiednich porach to nawet niespełna roczne dziecko można uznać za „odpieluchowane”. Jednak to nie będzie prawdą. Pozbędziemy się pieluszki na zawsze tylko w momencie, kiedy dziecko samo będzie mówiło/ dawało znak, że chce do toalety. Wcześniej to jest trening, droga do celu ale nie sam cel. Jak najbardziej jestem za wysadzaniem dziecko również po to aby wyrobić w nim nawyk chodzenia do ubikacji przed wyjście z domu, przed spaniem itp. Ale sam nawyk nie wystarczy jeśli dziecko wypije np. więcej płynów i nie powie nam, że potrzebuje skorzystać z łazienki a będziemy akurat w samochodzie.

    Ja miałam ambitny plan zacząć żegnać się z pieluchą Marianki po ukończeniu roku. Jednak plany planami a moja córka w rok to nawet niezbyt stabilnie siedziała. Ale nocnik był w domu, niestety została na nim posadzona trochę wbrew własnej woli (często babcie lub ciocie chcące „pomóc” młodym rodzicom stosują tę praktykę) i jakiś czas trudno było Ją do niego przekonać. Kiedy jednak zaczęła chodzić (niestety dopiero około 2 urodzin) temat odpieluchowania powrócił. Zaczęliśmy od książeczek, rozmów i sadzania na nocnik nie po to aby zrobić siku ale aby poczytać książeczki. U nas od nocnik lepiej sprawdziła się podkładka na sedes – jakoś bardziej przypadła do gustu. Plan na pozbycie się pieluchy i możliwość „poczucia” mokrego zaplanowałam na lato. Jednak okazało się, że Marianka sama zaczęła czuć że „coś robi”. Późna wiosną doszło do tego, że trzeba było zmieniać pieluszkę po jednym „siknięciu”. To był dla mnie znak, że trzeba zaryzykować i pożegnać pieluchy. Oczywiście najpierw zrezygnowaliśmy w dzień, a z czasem kiedy po nocy pieluchy były suche w ogóle. Oczywiście zdarzyło się kilka wpadek, ale moim zdaniem właśnie osiągnięcie tej gotowości zarówno fizycznej jak i psychicznej sprawiło, że odpieluchowani nie było stresujące zarówno dla nas jak i dla Marianki.

    Oczywiście każde dziecko jest inne, z pewnością „szybkie” dzieci które są w ciągłym ruchu mogą mieć trudność z skupieniem się na swoich odczuciach i wychwyceniu tego momentu, kiedy robią siku. Jednak ten moment pójścia do przedszkole (3 lata) jest moim zdaniem naprawdę realnym. Oczywiście mówimy tu o zdrowych dzieciach, bez zaburzeń i trudności. Trzeba pamiętać, że każda trudność fizyczna lub psychiczna będzie wpływała na różne rodzaje zachowań w tym na odpieluchowanie. Dlatego nie można mierzyć dzieci jedną miarą, ale też tłumaczyć wszystkie trudnościami. Nawet dzieci które mają czy afazję, czy zaburzenia całościowe można i trzeba wdrażać do pożegnania się z pieluchą. Należy wtedy porozumieć się terapeutami i ustalić plan działania, tak aby zapewnić dziecku możliwość wejścia na kolejny etap rozwoju i poczucia się „dużym chłopcem/ dużą dziewczynką”.

    Rodzicom, którzy są tuż przed odpieluchowaniem lub w trakcie mogę powiedzieć jedno, nie poddawajcie się ale też wsłuchujcie się w swoje dziecko Ono najlepiej da Wam znać czy jest gotowe czy tylko jest leniuszkiem 😉

  • Jestem mamą po stracie – mówię o tym głośno

    Jestem mamą po stracie… o tym, że 3 miesiące temu straciłam córeczki w 19 tc mówiłam głośno… ale podczas zabawy – quizu na Stories na IG okazało się, że wiele osób nie wie, że byłam 3 razy w ciąży. Trudno mi o tym mówić… ale dlatego powstał ten blog i profil aby mówić o przyjemnych rzeczach ale też o trudnych ale bardzo ważnych.

    Jeszcze do niedawna niewiele osób wiedziało, że 14 lat temu straciłam bardzo wczesna ciążę. Historia jakich wiele… Byłam na końcówce studiów magisterskich, pierwszy poważny związek… pierwszy raz… pęknięta prezerwatywa i ciąża… która skończyła się równie szybko jak zaczęła. Gdybym nie wiedziała, że zabezpieczenie zawiodło być może nawet nie wiedziałabym że byłam w ciąży… Nie dało się nic zrobić… mój ówczesny partner przyjął to obojętnie, nigdy o tym nie rozmawialiśmy a po kilku miesiącach zostawił mnie. Wiedziała tylko mama i mój najbliższy przyjaciel… potem kilka innych bliskich mi osób. Dla wszystkich temat nie istniał… Było nie ma… a ja przez ten krótki okres pokochałam to dziecko i myśl, że będę mamą. Mój zawsze silny instynkt macierzyński poszybował w kosmos… a potem wszystko znikło.

    Wydawało mi się, że jest ok. Samoistne poronienie… wielu kobietom to się przydarza… trudno. Jednak moje życie z dnia na dzień stawało się trudniejsze, z tygodnia na tydzień ciężej mi było cieszyć się czymkolwiek. Dużo pracowałam (na dwa etaty), angażowałam się harcersko… sama nie wiedziałam dlaczego jest coraz trudniej.

    Trwało to dwa lata. Codziennie zmuszałam się aby wstać do pracy. Wracając do domu, często po kilkunastu godzinach byłam jak w letargu. Przyjaciele widzieli, że zamykam się… unikam ich. Jedynie mój przyjaciel potrafił do mnie trafić… ale z racji młodego wieku nie mógł udźwignąć mego ciężaru. Jednak dzięki jego wsparciu trafiłam na terapię.

    Myślałam, że problemem jest zmęczenie i przepracowanie, samotność i brak partnera… okazało się, że u podstaw mojej depresji leżało poronienie, brak wsparcia i to, że tak naprawdę nie przeżyłam żałoby. Terapia trwała około 8 miesięcy i bardzo mi pomogła. To, że kilka lat później byłam gotowa na związek z moim mężem i bycie mamą Marianki zawdzięczam właśnie terapii.

    Piszę o tym, ponieważ wiem że wiele kobiet jest po stracie. Pisaliście do mnie o tym kiedy odeszły dziewczynki. Wiem, że w naszym społeczeństwie nie mówi się o takim stratach. Przez pierwsze 3 miesiące to nawet rodzinie się nie wspomina na wszelki wypadek. Ale na jaki wszelki wypadek? Jeśli coś się stanie to nie można ukrywać swego żalu i bólu… a już na pewno nie „kisić” tego wszystkiego w sobie. Bo może skończyć się tak jak u mnie.

    Dziś jestem mądrzejsza o te doświadczenia… i choć widzę podobieństwo w niektórych moich zachowaniach nie wstydzę się mówić głośno o mojej stracie… i mówię też, że rozważam po raz kolejny terapię. Bo to jest odwaga powiedzieć „potrzebuje pomocy”. Nie wstydźcie się mówić o stracie i bólu… dzięki temu wesprzemy inne kobiety po stracie. Bardzo się cieszę, że @fundacjaernesta prowadzona przez Nikole i Kubę zajmie się wsparciem kobiet po stracie i cudowna Kasia @matka_prawnik będzie ich wspierać. Gdyby 14 lat temu była taka organizacja być może byłoby mi łatwiej… Dlatego kochane odwagi w mówieniu i proszeniu o pomoc.

  • Jedzenie – to nie takie łatwe

    Jeśli szukasz w tym tekście informacji kiedy i w jakiej kolejności wprowadzać pokarmy to ich tu nie znajdziesz. Jest wiele publikacji mówiących o tym. Ale znajdziesz podpowiedzi na najczęściej pojawiające się pytania i wątpliwości rodzicielskie dotyczące jedzenia. Problemy, które mają kilkulatki z jedzeniem lub piciem bardzo często mają swój początek w pierwszym roku życia.

    Od razu chciałabym zastrzec, że jeśli zauważysz jakiekolwiek niepokojące sygnały dotyczące jedzenia swego dziecka, to zawsze najpierw zapytaj lekarza. Niektóre dzieci w związku ze swymi dolegliwościami, schorzeniami lub zaburzeniami będą potrzebowały wsparcia lekarza pierwszego kontaktu, gastrologa, endokrynologa lub psychologa. Jednak ze znakomitą większością problemów żywieniowych dzieci, rodzice powinni poradzić sobie sami.

    Moje dziecko je za mało

    Większość znanych mi mam, nie wyłączając mnie, choć raz w życiu zastanowiła się nad tym czy nie daje za mało jeść swemu dziecku. Trzeba pamiętać, że dzieci działają instynktownie, zwłaszcza w okresie niemowlęctwa i wczesnego dzieciństwa. Jeśli będą głodne z pewnością dadzą nam o tym znać, czy to płaczem, czy marudzeniem, apatią, rozdrażnieniem. Większe będą same sięgały po to co jest pod ręką, wołały „ama”, itp. Jeśli zaś będzie miało już dość jedzenia też nam o tym oznajmi. Warto obserwować dziecko i „wsłuchiwać” się w jego, czasami niewerbalne komunikaty.

    Zawsze warto podpytać się lekarza lub pielęgniarki co do ilości podawanego jedzenia. Jednak porównywania z innymi dziećmi w tym samym wieku już nie polecam. Każe z dzieci rozwija się inaczej, waży, mierzy i rusza się inaczej. Dlatego jeśli dziecko rozwija się prawidłowo, jego waga mieści się w centylach, to może jednak je tyle ile trzeba. Pamiętajmy, że żołądek dziecka jest wielkości jego piąstek… ile więc może się tam zmieścić. Czasami lepiej dać dziecku troszkę mniej, ale częściej.

    Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Jeżeli będziemy zmuszali dziecko do jedzenia, to w końcu jego żołądek się „rozciągnie” i po prostu będziemy je przekarmiać, co może prowadzić do otyłości. Z kolei jeśli dziecko domaga się jedzenia a nie dostaje tyle ile powinno, to działa to w druga stronę i możemy doprowadzić do anemii. Warto słuchać dzieci.

    Moje dziecko nie chce pić/ zwłaszcza wody/

    Trzeba pamiętać, że dzieci które piją mleko nie wymagają „dopajania”. Otrzymują odpowiednią ilość płynów aby utrzymać nawodnienie organizmu na odpowiednim poziomie. Jedynie w dwóch przypadkach mogą czasami potrzebować dodatkowej wody – kiedy są chore i odwodnione (ale tu mleko też powinno pomóc) lub przy dużych upałach (oczywiście mleko będzie spełniało tę samą funkcję).

    Ogólnie wiadomo (choć mam wrażenie, że jednak nie wszyscy to sobie jeszcze przyswoili), że woda i to źródlana jest najlepsza dla dzieci. Przede wszystkim najlepiej nawadnia (wow odkrycie), usprawnia pracę mózgu i mięśni oraz jest neutralna dla zębów. Wszelkiego rodzaju soki/ herbatki – nawet te dla kilku miesięcznych dzieci czy robione w domu nie spełniają tych funkcji. A jeszcze są często przyczynkiem do próchnicy tz. „butelkowej”

    Skąd więc tyle dzieci, które nie lubią wody lub żadnych napojów. Wiele z nich jeszcze nie potrzebuje „dopajania” lub została im woda podana za wcześnie. Dziecko dostało wodę, nie potrzebowało jej, więc nie piło. Rodzić się zmartwił, stwierdził, że nie smakuje, dodał soczku lub czegoś innego „do smaku”… Kończy się na tym, że dziecko pije albo tylko słodkie albo nic.

    Jeżeli nasze dziecko nie chce pić nic, zastanówmy się czy rzeczywiście jest mu to potrzebne, bo być może z innymi pokarmami dostają ono wodę. Jeśliś ma dobre wyniki i nie jest odwodnione (można to poznać choćby po jasnym kolorze moczu) to może nie warto zmuszać, a jedynie zachęcać.

    Problemem może tez być sposób podawania wody – kubek, słonka, szklanka. Warto wypróbować różne, bo dzieciom to też może sprawiać problem.

    Moje dziecko nie chce jeść moich potraw

    Często się zdarza, że mamy – zwłaszcza przy pierwszym dziecku, bardzo się starają aby te pierwsze posiłki były idealne – z ekologicznych warzyw, wolno biegającego drobiu, itp. A maluch nie chce tego jeść. Pomijam fakt, że może być nie gotowy. Ale bywa tak, że dzieci zajadają się słoiczkami (podanymi w akcie desperacji), a obiadków rodziców nie tkną. Przerabialiśmy to… u nas akurat przyczyną był silny odruch wymiotny, przy jakiejkolwiek grudce, spowodowany wielokrotnym i długotrwałym intubowaniem. Jednak najczęściej przyczyna tkwi gdzie indziej. Przyprawy… Często nie przyprawiamy potraw dla maluchów, a te słoiczkowe mają przyprawy. Nie zachęcam oczywiście do solenia czy pieprzenia obiadków dla dzieci, ale jest wiele przypraw naturalnych, których możemy używać. Jakich? Kiedy Marianka już była gotowa na nasze potrawy i „grudki” to zerkaliśmy na słoiczki jakie przyprawy są tam wymienione. Zresztą jak wpiszecie w wyszukiwarce „przyprawy dozwolone dla dzieci” to pewnie nie jeden artykuł znajdziecie.

    Warto zawsze sprawdzić smak podawanej dziecku potrawy i zastanowić się czy sami bylibyśmy w stanie to zjeść.

    Moje dziecko je wybiórczo

    Istnieją zaburzenia odżywiania związane z wybiórczością jedzenia. Wymagają one leczenia i konsultacji ze specjalistami. Jednak znakomita większość dzieci jedzących wybiórczo takich zaburzeń nie ma.

    Trzeba pamiętać, że dla dziecka każdy nowy smak jest… nowy. W większości przypadków nie wie czy smakuje mu czy nie, ma przy tym nieodgadniony wyraz twarzy lub się krzywi. Często nie wynika to z tego, ze mu nie smakuje tylko, że jest zaskoczone nowością. A rodzice błędnie to interpretują i notują sobie w głowie „moje dziecko tego nie lubi”. Czasami aby dobrze poznać smak i aby kubki smakowe go zaakceptowały trzeba czegoś spróbować 5 – 10 czy 15 razy. Spróbować to nie znaczy zjeść wszystko. Kiedy wprowadzamy nowy smak i dziecko od razu nie zjada go chętnie nie należy zmuszać do zjedzenia całości. Do danego smaku trzeba wrócić za kilka dni i powtarzać to kilkanaście razy po trochę. Oczywiście dziecko jest człowiekiem i tak jak każdy z nas może czegoś nie lubić. Ale może to dotyczyć kilku smaków, a nie kilkunastu. Nasza córka nie lubi smaku jajka. O ile jeszcze żółtko toleruje to już białko odpada. Zaakceptowaliśmy, że jajko gotowane będziemy jeść sami. A przetworzone Jej nie przeszkadza.

    Waśnie przez takie odpuszczanie po zdawałoby się nieudanej próbie lub zmuszanie do zjadania całości od razu powoduje, że w późniejszych latach dziecko może jeść bardzo wybiórczo.

    A co jeśli już tak jest i nasz kilkulatek je tylko kilka potraw? O ile nie jest to związane z zaburzeniami lub chorobą to można sobie z tym poradzić, tylko jak zawsze trzeba wytrwałości i zasad. Warto wprowadzić zasadę, że wszystkiego co jest na talerzu należy spróbować. Jeśli dziecko to zrobi należy pochwalić, ale nie zmuszać do jedzenia całości. Warto zapytać czy smakowało. Nawet jeśli nie, to może za 15 razem posmakuje. Inną zasadą jest, że jeśli na talerzu są trzy potrawy to tylko jedna można zostawić (ale trzeba jej spróbować). W tym przypadku pamiętajmy, żeby nie podawać od razu wszystkich trzech rzeczy których dziecko nie je. Niech będzie jedna, którą lubi, jedna do której się przekonuje i jedna nowa. Zawsze po skończonym posiłku warto zapytać o wrażenia i pochwalić (ale nie wpadać w przesadę).

    Miałam w przedszkolu kiedyś dziewczynkę, której mama w pierwszych dniach przynosiła na kartce co mała zje na pewno z tego co jest zaplanowane. Dzięki zasadom, pozytywnemu wsparciu i zachętom dziewczynka po pół roku jadła już prawie wszystko. Udało nam się ustalić czego naprawdę nie lubi i dać Jej wybór. Nie lubiła pomarańczy więc zawsze były w zanadrzu jabłka (których też na początku nie jadła). Taki wybór pokazał, że taktujemy ją poważnie i wspólnie podejmujemy decyzje.

    Oczywiście w domu możemy też dziecko zaangażować do wspólnych zakupów i gotowania, które działają bardzo korzystanie na „niejadki”

    Moje dziecko za mało przybiera na wadze

    Rodzice maluchów, które w pierwszych miesiącach szybko przybierają na wadze zaczynają się martwić kiedy nagle waga staje (zwłaszcza dzieci z niską masą urodzeniową). O ile zatrzymanie przybierania na wadze nie łączy się z nagłym spadkiem apetytu, chorobą, słabymi wynikami oraz zatrzymaniem wzrostu… to z reguły mnie ma się czym przejmować. Dzieci w pewnym momencie zaczynają intensywnie poznawać świat czy to przemieszczają się czy dotykając go. Do tego dochodzi ząbkowanie i szybki rozwój intelektualny. Do tego potrzeba jest naprawdę dużo energii. Dlatego przyrost masy ciała zwalnia, a całą energia jest kierowana na inny rodzaj rozwoju.

    Oczywiście należy obserwować czy nie dzieje się nic złego z dzieckiem, ale jeśli lekarz potwierdzi, że od strony zdrowotnej jest dobrze… to nie należy raptownie zwiększać ilości posiłków czy na siłę karmić dziecko. Warto dostarczyć mu odpowiednie ilości kalorii do rozwoju i cieszyć się, że poznaje świat.

    Moje dziecko jest niejadkiem

    Podczas 9 lat pracy w przedszkolu, a potem w żłobku, słyszałam to tysiące razy. A potem okazywało się, że 99% dzieci je normalnie. Z czego wynika taki pogląd rodziców?

    Zapominamy, że dziecko ma żołądek wielkości swoich pieści (o czym już pisałam) a często nie wiemy ile tak naprawdę je nasze dziecko. Dla zdrowia dziecka lepsze jest aby jadło mniejsze ilości ale częściej – czyli talerz obiadu nałożony tak jak dla dorosłego raczej nie jest odpowiedni. Zapominamy też, ze wszelkiego rodzaju przekąski są posiłkami i jeśli dziecko ma do nich dostęp, to sumaryczna ilość kalorii w ciągu całego dnia wcale nie jest taka mała.

    Jeżeli nasze dziecko dobrze się rozwija, zjada chętnie ale mało (naszym zdaniem), ma dobre wyniki, jest energiczne i radosne… To nie jest niejadkiem.

    Czasami dziecko nie chce jeść naszych posiłków, a u babci czy w przedszkolu zjada. Może to wynikać albo ze smaku naszych potraw, albo z presji jaką wywieramy na dziecko lub atmosfery przy stole.

    Moje dziecko raptownie przestało lubić to jeść

    Nasze upodobania smakowe zmieniają się przez całe życie. Jeżeli nasze dziecko przestało coś lubić (jedną lub dwie rzeczy) to nie warto się martwić, ma do tego prawo. Warto wówczas spróbować wprowadzić nowe potrawy lub wrócić do tych, które kiedyś nie posmakowały.

    Oczywiście to nie wszystkie problemy żywieniowe jakie mają nasze dzieci. Moje sposoby nie nie zadziałają na wszystkie dzieci, ale warto spróbować. A w razie wątpliwości po prosu zapytać lekarza.

  • Już za chwilę, za momencik przedszkole nas powita 🙂

    Miesiąc wakacji za nami. A już niektórzy rodzice z niepewnością spoglądają na kalendarz i widniejącą na nim datę 1 września. Patrzą na swoje „malutkie” dzieciaczki, które jeszcze przed chwilą ledwo co raczkowały, a już za miesiąc zostaną przedszkolakami. I nie ważne czy mają 2,5 roku, 3 czy 4 lata. Ten niepokój przeplata się z radością i oczekiwaniem. I to wcale nie u dzieci 😉 Jak sprawić aby przeżyć w miarę bezproblemowo pierwsze dni w przedszkolu?

    Przez 9 lat pracy z przedszkolu co roku oglądałam te same sceny. Co roku rozmawiając z rodzicami rozwiewałam te same wątpliwości… to samo zresztą robiły, robią i będą robiły moje koleżanki i koledzy po fachu nie tylko w Polsce. To normalne, że rodzice denerwują się kiedy ich ukochane dziecko ma zostać na sporą część dnia pod opieka kokoś nieznajomego, w nowym miejscu i wśród nieznanych dzieci. Dziwne byłoby gdybyśmy się choć trochę nie martwili. Łatwiej jest oczywiście rodzicom dzieci, które chodziły do żłobka. Oni ten pierwszy stres mają już za sobą. A dzieci żłobkowe z reguły bardzo szybko przyzwyczajają się do nowego miejsca, bo znają już zasady panujące w grupie rówieśniczej.

    Pamiętajmy o bardzo ważnej rzeczy. To od nas w dużej mierze zależy jak pierwsze chwile i dni odbiorą nasze dzieci. Bo pierwszym nośnikiem informacji o przedszkolu jesteśmy my – ich rodzice. Dzieci bardzo dobrze odpierają nie tylko to co mówimy, ale też nasze emocje i ogólny przekaz niewerbalny. Nie wystarczy tylko mówić, że w przedszkolu będzie super… Trzeba też w to wierzyć. Zakładam, że skoro zdecydowaliśmy się posłać dziecko do przedszkola to musimy mieć choć minimalne zaufanie, że nic mu się nie stanie, będzie zaopiekowane i szczęśliwe. Pamiętajmy o tym, że rozwój społeczny w tym wieku jest niezmiernie ważny i zostawienie dziecka w domu sprawia, że nie tylko może zostać „w tyle” za rówieśnikami jeśli chodzi o wiedzę, ale przede wszystkim o doświadczenie społeczne. Im później pozna zasady panujące w grupie rówieśniczej, tym może być mu trudniej.

    Co więc zrobić aby przekonać siebie i dziecko, że wszystko będzie dobrze?

    1. Poznać przedszkole, do którego dziecko będzie chodziło – zarówno jako budynek/ sale/ łazienkę ale i atmosferę, zwyczaje, panie. Dziś wiele placówek organizuje dni otwarte, zajęcia. Jest szansa obejrzeć przedszkole, poznać panie oraz dzieci z przyszłej grupy. Można też indywidualnie odwiedzić to miejsce. Wszystko zależy od Waszych potrzeb i zwyczajów panujących w przedszkolu. Do takiego spotkania warto się przygotować, spisać nurtujące pytania, wątpliwości. Wychowawcy lub dyrekcja bez problemu powinni na nie odpowiedzieć.

    2. Rozmawiać z dzieckiem o tym co się wydarzy. Może przeczytać parę książeczek o pierwszym dniu w przedszkolu (polecam zwłaszcza takie, w których jest mało wspomnień o płaczu dziecka, aby nic nie sugerować). Może opowiedzieć o fajnych zdarzeniach ze swego pobytu w przedszkolu. Dobrym pomysłem jest też spotkanie się z innym dzieckiem, które chodzi o przedszkola i mu się podoba.

    3. Przygotowanie fizyczne do planu dnia. Dobrze jest się wcześniej dowiedzieć jak wygląda plan dnia w przedszkolu aby co najmniej miesiąc wcześniej zacząć wprowadzać podobny w domu. Ważne to jest zwłaszcza dla młodszych dzieci, które mogą mieć równe pory drzemki i posiłków. Im wcześniej przyzwyczaimy organizm od takiego trybu tym lepiej. Ułatwimy tym samym dziecku pierwsze dni.

    4. Poznajmy też dziecko z pościelą i piżamką, w której będzie spało. Tak aby nie było zdenerwowane, kiedy zobaczy ją pierwszy raz w przedszkolu. Niech wie jak wygląda jego ręcznik, kubeczek, szczoteczka. Zapytajmy się czy można zabrać ze sobą do przedszkola ulubioną zabawkę. Sprawmy aby rzeczy dały poczucie bezpieczeństwa, kiedy nas nie będzie.

    5. I najważniejsze… wierzyć, że dziecku nie stanie się krzywda i będzie pod fachową opieką. Bo to w naszej głowie leżą wszystkie źródła lęków, które przekazujemy dzieciom. Oczywiście lekkie poddenerwowanie to norma, ale płacz proponuje zostawić sobie na chwilę kiedy dziecko będzie już w sali. Dobrym rozwiązaniem jest też, aby pierwsze dni odprowadzał malucha do przedszkola tata. W większości przypadków (choć nie zawsze) – tatusiowie lepiej potrafią ukryć emocje i dzieciom jest łatwiej. Choć to wszystko zależy od każdego z nas.

    Życzę Wam aby ten ostatni miesiąc upłyną na przyjemnych przygotowaniach do przedszkola. I aby Wasze dzieci chętnie do niego chodziły. Bo to wspaniały czas rozwoju i zabawy dla maluchów.

  • Trzeba przygotować i pomóc przeżyć

    Pójdę z Marianką, pobiorą mi krew, Ona posiedzi w wózku i tyle. Jaki w tym problem? O, ja ignorantka… Dla mnie nadal Mania jest malutka i czasami zapominam, że już bardzo wiele rozumie. Nawet czasami zbyt wiele. A potem jest płacz i emocje, z którymi nie wiadomo co zrobić. Ale zacznijmy od początku.

    Dziś rano wybrałyśmy się z Marianką do laboratorium na badania. Było to nowe miejsce. Pobranie krwi trwa chwile i tak jakoś nie pomyślałam, żeby Ją do tego jakoś specjalnie przygotować. A tymczasem kiedy tylko Mania zobaczyła, że pielęgniarka bierze mnie za rękę, ściska ją, masuje, a w ostateczności pobiera mi krew… No powiem tylko, że byłam zaskoczona Jej reakcją. Bardzo się zmartwiła, przejęła i przestraszyła. Zresztą przeżywała to jeszcze po wyjściu z laboratorium, potem kiedy rozmawiałam o całym zejściu z moją mamą. Łapała się za prawą rękę w miejscu pobrania krwi (mi też pobierano krew z prawej) i żałosnym głosem wołała „mama, mama”. Próbowała tłumaczyć zarówno babci przez telefon, jak i tacie po powrocie do domu, że pani brała mnie za rękę i coś robiła. W pewnym momencie nawet zaczęła płakać, łzami jak groch. Wszystko to było bardzo przejmujące i ściskające za serce.

    Czy mogłam coś zrobić aby ta sytuacja nie miała miejsca? Z pewnością tak. Oczywiście poza najprostszym rozwiązaniem – nie zabierać Jej ze sobą (czasami nie ma jednak wyjścia). Przede wszystkim mogłam Mariance opowiedzieć gdzie jedziemy i co się tam będzie działo, że pani będzie dotykała mojej ręki, pogłaszcze, itp. Z pewnością łatwiej byłoby Mani to wszystko zrozumieć.

    Bardzo często zapominamy, że dzieciom trudno jest poradzić sobie z nowościami. Dlatego zawsze warto opowiedzieć im gdzie idziemy i co się będzie tam działo. Być może nie złagodzi to wszystkich stresujących momentów, ale będzie im łatwiej. Nawet roczne dziecko może zrozumieć prosty opis, który odwołuje się od sytuacji które już zna.

    No dobrze, ale jeżeli już dziecko przeżyje coś zaskakującego lub stresującego, co możemy zrobić? Pomóc przeżyć i zrozumieć. Jeżeli będziemy ignorować emocje i przeżycia dziecka, może to w przyszłości wpłynąć na jego rozwój. Mózg i tak „zmagazynuje” te wspomnienia i odtworzy je w najmniej oczekiwanym momencie. Jak więc to zrobić? Starsze dzieci zachęci do powiedzenia jak widziały te wydarzenia, co wtedy czuły. Bez nazwania trudno uporać się ze wszystkim co się dzieje w głowie. A maluchy? Opowiedzieć historię tak jak one mogły to widzieć i co czuć. Ja, kiedy Marianka pokazywała rękę mówiłam, że pani trzymała mnie za rękę i Mania nie wiedziała co się dzieje. Czuła się niepewnie, nie wiedziała co pani robi i dlaczego. Przeprosiłam, że nie powiedziałam gdzie i po co idziemy. Obiecałam, że więcej się to nie powtórzy. Próbowałam opisać Mani uczucia. Po powtórzeniu kilku razy tego samego Marianka uspokoiła się i przestała płakać. Być może trochę bardziej zrozumiała co się wydarzyła. Jeśli będzie potrzeba, powtórzymy tę rozmowę.

    Pomóc w zrozumieniu trudnej sytuacji to podstawa, aby coś co wydarzyło się w dzieciństwie nie stało się utajoną traumą w dorosłości. A ja dostałam nauczkę, że moja córka jest już na tyle duża, że zrozumie więcej niż mi się wydaje.

  • KOCHAM jak to trudno powiedzieć…

    Coś co powinno być dla rodzica najprostsze na świecie, naturalne i niewymuszone… „Kocham Cię” sprawia wielu z nas problem. Wydaje się takie proste, czasami banalne, rzucone od niechcenia albo przeznaczone na specjalne okazje, wyczekane. Coś co daje dziecku siłę i wiarę. Coś co che się czuć a jednocześnie słyszeć. „Kocham Cię” – coś tak trudnego w swej prostocie. Te dwa proste słowa mają ogromne znaczenie nie tylko dla dzieci. Ale dziś skupimy się właśnie na nich. Jak odbierają te słowa lub ich brak. Kiedy są im potrzebne, kiedy dają najwięcej, a kiedy krzywdzą.

    Niestety nie każdy z nas w dzieciństwie słyszał „Kocham Cię” od rodziców, no może jeszcze od mam częściej ale już tatusiowie to raczej byli bardziej wstrzemięźliwi w tym temacie. Najzwyczajniej w świecie tak zostali wychowani, tak uważali, że jest najlepiej. Ważne aby dzieci czuły, że są kochane, zadbane i zaopiekowane. Nie musiały słyszeć od ojca, którzy trzymał emocje na wodzy „Kocham Cię”. A nawet jeśli już raz na jakiś czas to słyszały, to było to jakieś takie dziwne, krepujące i nie wiadomo było co z tym zrobić.

    Dziś jest całkiem inaczej. Nie boimy się swoich emocji, wiem jak są ważne i że trzeba umieć je nazwać. Uczymy dzieci jak sobie radzić z emocjami i uczuciami, jak je nazywać, jak uzewnętrzniać. A sami? Czy też to robimy. Czy wydaje nam się, że codziennie udowadniamy naszym dzieciom, że je kochamy. Przecież one wiedzą, czują, że tak jest. No i właśnie tu pojawia się problem. Dzieci, zwłaszcza małe nie są w stanie pojąć wszystkich intencji dorosłych, nawet rodziców. Często same nie wiedzą co czują, więc jak mają się domyślić co czują rodzice? Dlatego powinniśmy mówić naszym dzieciom, że je kochamy. I to nie raz na jakiś czas, ale często. Aby wiedziały, że to co od nas dostają to bezwarunkowa miłość, zupełnie niezależna od wszystkiego co się dzieje.

    I tu przechodzimy do kolejnej ważnej sprawy. Jak zadbać o to aby dzieci czuły, że nasza miłość jest bezwarunkowa? Bo niestety nie zawsze tak jest. Wszystko zależy od tego kiedy mówimy „Kocham Cię”. Czy to stwierdzenie pada po tym jak dziecko zrobi coś dobrze, odniesie sukces czy też w innych okolicznościach. Jeśli mówimy dziecku, że je kochamy w chwilach kiedy tak naprawdę czujemy dumę i zadowolenie to niestety nasza pociecha może stwierdzić „Rodzice kochają mnie za moje osiągnięcia i sukcesy”. A przecież nie o to nam chodzi. W takich chwilach trzeba powiedzieć, że jesteśmy dumni, zachwyceni, zadowoleni, uradowani… Bo to właśnie tak naprawdę czujemy, w tej danej chwili. Jeżeli nasze dziecko wpadnie w pułapkę takich myśli, to po każdej awanturze czy gorszych chwilach będzie myślało, że nie jest kochane. Po każdym niepowodzeniu lub zbyt małym jego zdaniem sukcesie – również. A przecież nie o to nam chodzi, prawda?

    Bezwarunkowa miłość polega na tym, że kochamy w każdej chwili i dobrej i złej. I to nasze dzieci powinny wiedzieć. Słowa „Kocham Cię” powinny słyszeć w różnych sytuacjach, najlepiej w takich neutralnych. Ale również po jakiejś kłótni czy nieposłuszeństwie. „Bardzo mi się nie podobało twoje zachowanie, zasmuciło mnie i zdenerwowało. Ale pamiętaj nieważne jak będę na ciebie zła i tak Cię kocham”. To właśnie w takich sytuacjach dzieci najczęściej mają wątpliwości i strach, że rodzić już ich nie kocha. To w takich sytuacjach, kiedy emocje już opadną, czułe słowa i przytulenie dają poczucie bezpieczeństwa. Co oczywiście nie zwalnia z konsekwencji złego zachowania. Bo dla mnie konsekwencja jest oznaką miłości – miłość i konsekwencja to nierozerwalna para.

    Ważne jest więc to aby mówić swoim dzieciom, że je kochamy. Niezmiernie ważny jest moment kiedy to robimy, ale też sposób. Czy jest to rzucone od tak „ja też Cię kocham” czy słowa, które rzeczywiście mają znaczenie. Niezwykle ważny jest kontakt wzrokowy i pewien rodzaj intymności. Ja często mówię Mariance, że Ją kocham tuż przed drzemką, kiedy razem leżymy. Patrzymy sobie w oczy i na słowa „Kocham Cię” moja 16 miesięczna córeczka uśmiecha się, a Jej oczy błyszczą. Widzę w nich, że Ona też mnie kocha, choć może jeszcze nie wie co to do końca oznacza.

    Takie proste dwa słowa… a jednak takie trudne. Słowa, które powiedziane w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób mogą uskrzydlać i dodawać siły… lub wpędzić w ślepy zaułek. Życzę Wam i sobie aby te proste słowa były dla nas proste.

  • Czyj to przyjaciel?

    Nie baw się z nim, nie widzisz jaki to łobuz. Idź do Krzysia to grzeczny chłopiec i będziecie się ładnie bawić… Czy ty naprawdę nie możesz znaleźć sobie innej koleżanki? Przecież wiesz z jakiej ona jest rodziny… Tylko od lekcji Cie odciągają ci twoi koledzy. Co ty w nich widzisz?… Taki obdarty zajączek Ci się podoba? Popatrz masz tyle innych zabawek, wybierz do spania coś innego… Wybierz… znajdź… lepszego… grzeczniejszego… lepiej się uczącego… z lepszej rodziny… mądrzejszego… ciekawszego… innego przyjaciela. Być może kiedyś sami usłyszeliście coś podobnego lub powiedzieliście tak komuś. Ale czy to coś złego?

    Z pewnością osoby wypowiadając przytoczone powyżej kwestie miały dobre intencje. Przecież chcemy aby nasze dzieci przebywały z osobami, które będą miały na nie dobry wpływ. Chcielibyśmy aby nawiązały przyjaźnie na całe życie. Aby na wspaniałych przyjaciół mogły liczyć zawsze. Aby mieli wspólne przygody i wspomnienia. A wszystko w otoczce bezpieczeństwa, rozsądku i naszej aprobaty.

    Zastanówmy się jednak czym jest przyjaźń dla naszych dzieci. Już maluchy nawiązują bliskie relacje z rówieśnikami. Rzadko mogą one przetrwać dłużej niż znajomość z piaskownicy czy przedszkola, ale są i takie. W tym wieku przyjaźnie zawiązują się tak samo szybko jak rozpadają. Są jednak naszym dzieciom potrzebne aby rozwijać się społecznie i emocjonalnie. Niestety nie zawsze te znajomości będą się nam podobały. Dzieci przyciągają często rówieśnicy, którzy są przebojowi, pomysłowi i energiczni. Co za tym idzie często uważamy takie osoba za „rozrabiaki”. Boimy się, że nasze dzieci też zaczną się tak zachowywać. Co zatem zrobić aby nasze pociechy nie nabrały złych nawyków, a jednocześnie abyśmy nie zaburzali ich emocjonalnego rozwoju. Co zrobić aby wspierać dziecko, a nie zachowania których nie akceptujemy?

    Zapytajmy dziecko dlaczego właśnie lubią Stasia czy Kasię. Powiedzmy, że cieszymy się, że mają przyjaciela, ale nie zmienia to zasad panujących w domu. Ustalmy, że nadal oczekujecie zachowania takiego jak do tej pory. Wytłumaczcie, że to iż przyjaciel w jakiś sposób się zachowuje, nie oznacz, że dziecko musi robić tak samo. Oczywiście dzieci powiedzą „To on już mnie nie będzie lubił”. Wytłumaczcie, że prawdziwy przyjaciel akceptuje nas takim jakim jesteśmy. Możecie sobie w tym pomóc np. jakąś książeczką (z pewnością znajdziecie jakąś propozycję w jednym z moich „książkowych” wpisów). Grunt to to, że nie zabraniamy się przyjaźnić – nie krytykujemy przyjaciela tylko przypominamy o panujących u nas zasadach. W ten sposób okazujemy szacunek i tego samego oczekujemy.

    W podobny sposób postępujemy przy starszych dzieciach. Rozmawiamy o przyczynach przyjaźni, jak powinna wyglądać, na jakich warunkach się opierać. Przypominamy o zasadach. Nie zabraniamy kontaktu, a jedynie nieakceptowalnych zachowań.

    Inny problem pojawia się w sytuacji kiedy nie akceptujemy przyjaciela, bo wydaje nam się zbyt mało „warty” naszego dziecka. To jest bardzo trudny problem, który tkwi w nas. Bo jakie mamy prawo aby oceniać jakim ktoś jest człowiekiem i jakim będzie przyjacielem. Jeśli jego zachowanie nie zagraża naszemu dziecku to kontakt z kimś kto jest inny niż nasza pociecha tylko może rozwinąć osobowość. Przyjaciel słabszy w nauce – pomoc zawsze rozwija. Ktoś z biedniejszego domu – nawet nie będę komentowała… Czasami warto zastanowić się nad samym sobą a nie oceniać innych.

    Pamiętajmy, że tak jak my nie chcielibyśmy aby nam ktoś wybierał znajomych, przyjaciół czy partnera – to samo tyczy się naszego dziecka. O ile taka znajomość nie zagraża jego zdrowiu i życiu nie mamy prawa ingerować. To brak szacunku i z pewnością wpływa niekorzystnie na naszą relację z dzieckiem. Pamiętajmy, że każdy kontakt z innym człowiekiem to szansa na rozwój naszego dziecka. W dużej mierze to od nas zależy czy będzie to doświadczenie pozytywne czy nie.

  • Poczucie winy

    To moja wina… Z pewnością… bo czyja? Dlaczego musiało to spotkać akurat moje dziecko i mnie? Może gdybym inaczej postępowała… była inna… żyła inaczej… A teraz płacimy za to wszyscy… A najbardziej moje dziecko… Czym ja zawiniłam? Co mogłam zrobić inaczej? Dlaczego ja? To moja wina…

    Dziś mogę powiedzieć o tym głośno… Tak właśnie myślałam kiedy Marianka urodziła się za wcześnie, w 25 tygodniu ciąży. I nie tylko tuż po porodzie, nie tylko przez ponad 4 miesiące Jej pobytu w szpitalu, ale jeszcze długo później po powrocie do domu. Chyba czasami nadal mam takie myśli. Zdaję sobie sprawę, że podobnie ma większość mam wcześniaków. I to niezależnie od przyczyn przedwczesnego porodu. Bo co możesz myśleć siedząc przy inkubatorze i widząc swoje dziecko podłączone milionem kabelków do urządzeń? Co innego możesz myśleć widząc jak twoje dziecko cierpi? A do tego masz w głowie, że wszyscy też myślą tak samo. Myślą, że to twoja wina. Kiedy w dobrej wierze rodzina czy znajomi pytają „dlaczego?” a ty nie wiesz co odpowiedzieć. Zwłaszcza kiedy tak jak u mnie do końca nie zdiagnozowano przyczyny. I próbują znaleźć rozwiązanie: może się przedźwignęłaś, może coś zjadłaś i się przytrułaś, a może lekarz był beznadziejny i czegoś nie dopilnował, może nie dbałaś o siebie, może się przeziębiłaś albo brałaś jakieś leki, może… A ty wszystko to i jeszcze więcej bierzesz za pewnik. To moja wina.

    Długo ukrywałam nawet przed mężem, że tak czują. Bałam się powiedzieć tego na głos, aby On nie potwierdził, że też myśli – to twoja wina. Tego chyba bym nie przeżyła. Na szczęście mam cudownego męża, który nie pozwolił mi tak myśleć i mnie wspierał. A ja długo… bardzo długo żyłam z tyłu głowy z myślą – to moja wina.

    Kiedy poczuła się lepiej i przestałam się obwiniać… Nie wiem. Po protu w pewnym momencie przestałam o tym myśleć. Córka i walka o jej zdrowie, rehabilitacja, wizyty u lekarz i codzienna praca z Manią sprawiały, że przestałam się na tym skupiać. A teraz staram się do tego nie wracać. Kiedy to piszę ściska mnie w gardle i łzy same podchodzą do oczu, bo nadal czuję, że to mogła być moja wina. Może kiedyś przestanę tak czuć w ogóle.

    Wydaję mi się, że podobne myśli mogą mieć nie tylko mamy wcześniaków, ale wszyscy rodzice, z których dziećmi coś się dzieje. Czy to mają problemy zdrowotne, z zachowaniem czy innego rodzaju. A przecież nie zawsze wszystko od nas zależy. I choć czasami nieświadomie przyczyniamy się do takich czy innych problemów naszych dzieci nigdy nie chcemy dla nich źle. Prędzej sami byśmy się z nimi zamienili niż pozwolili im cierpieć. I właśnie często przez tę miłość i poświęcenie obwiniamy siebie.

    Jaka jest moja rada. Nie siedzieć i nie rozmyślać. Bo to nic nie da. Działać, próbować pomóc, szukać wsparcia. Nawet jeśli jedynym co możemy zrobić jest ściąganie co 3 godziny mleka, trzymanie ręki w inkubatorze czy śpiewanie kołysanek. Ja podczas tych niemiłosiernie długich dni, tygodni i miesięcy aby nie zwariować dużo z Marianką „rozmawiałam”, o wszystkim Jej opowiadałam, czytałam książki, śpiewałam, modliłam się… Wszystko aby nie płakać przy inkubatorze i nie myśleć, że to moja wina…

    I może kiedyś uwierzę lekarzom, że to nie była moja wina… Tego i Wam życzę

  • Wielkie problemy małych ludzi

    To były piękne czasy, kiedy największym problemem było to, że nie mogę pobawić się akurat tą zabawką, na którą mach ochotę lub nie dostałem lodów. Nic mnie nie interesowało, nie maiłem „dedlajnów”, rachunków i marudnego szefa na głowie. Nie to co teraz. Ile razy zdarzyło się nam pomyśleć – „Boże chciałbym mieć takie problemy” – słuchając o bolączkach swoich dzieci? A ile razy powiedzieć „Nie przesadzaj”. Bo przecież co to za problemy. A jak to się ładne mówi „Zapomniał wół, jak cielęciem był”. Dorastając zapominamy jak postrzegaliśmy świat jako dzieci i jak wpływały na nas trudności.

    Mając 9 czy 10 lat chciałam dołączyć do kółka tanecznego w klubie przy garnizonie na naszym osiedlu. Marzyłam o tym, aby móc tańczyć i być członkiem zespołu. Na „przesłuchania” pędziłam jak na skrzydłach… a wracałam z płaczem. Nikt nie wytłumaczył dlaczego dostały się te a nie inne dzieci, ale ja byłam przekonana, że nie wzięli mnie z powodu mojej puszystej postury. W domu płakałam godzinami. Wydawało mi się, że świat się skończył. Przecież miałam zostać tancerką… a teraz co? Dla mnie była to taka tragedia, że jeszcze dziś myśląc o tym jest mi przykro. Ktoś mógłby powiedzieć, cóż się stało, może spróbuj czegoś innego, nie było Ci pisane, itp. I choć mama próbowała mnie pocieszać na różne sposoby to uczucie niesprawiedliwości i krzywdy było tak silne, że uspokoiłam się dopiero kiedy fizycznie mnie już to zmęczyło. Bo w tym wszystkim chodzi o emocje jakie człowiek przeżywa.

    Nie ważne ile się ma lat smutek, żal, poczucie krzywdy są takie same. Ich przyczyny, rozwiązanie problemów mogą być różne ale same uczucia czy emocje nie zmieniają się zasadniczo. Powstają w tej samej części mózgu i tak samo są w stanie zawładnąć naszymi umysłami i ciałami. Dlatego tak ważne jest aby w trudnych emocjonalnie chwilach udzielać wsparcia dzieciom. Nie bagatelizować ich problemów, a skupić się na emocjach właśnie. Bo z pewnością same dziecięce problemy jesteś w stanie dość szybko i prosto rozwiązać. Ale to właśnie emocji nie możemy zbagatelizować.

    Nam wydaje się, że problem małego dziecka jest mały. Ale dla niego jest ogromy. Często staje przed takim problemem po raz pierwszy w życiu. Nigdy nie był w takiej sytuacji, a do tego pojawiają się emocje i uczucia, których nie potrafi opanować. Jedynie wsparcie i zrozumienie ze strony rodziców jest w stanie pomóc dziecku nauczyć się radzenia z problemami. Jeżeli raz, drugi zbagatelizujemy problem, bo naszym zdaniem jest błahy, to będzie kiedyś problem poważny, a dziecko do nas nie przyjdzie… przecież i tak nie ma co szukać u nas zrozumienia.

    Dlatego warto od najmłodszych lat wspierać dziecko w pokonywaniu jego problemów. Jest to tez okazja do nauki określania swoich emocji i radzenia sobie z nimi. Ale przede wszystkim do budowania silnej relacji z dzieckiem opartej na zaufaniu. Czasami warto spojrzeć na problem oczyma dziecka i przypomnieć sobie jak sami byliśmy w jego wieku. Wystarczy tak niewiele.