Tag: emocje

  • Nie będę siedziała i płakała

    Wiele osób dziwi się, że tak dobrze poradziłam sobie z przedwczesnym porodem, pierwszymi ponad 4 miesiącami życia Marianki spędzonymi w szpitalu, wizytami u nastu specjalistów, ciągłymi rehabilitacjami czy codziennymi ćwiczeniami terapeutycznymi w domu. A ja im odpowiadam „A jak mam się zachowywać ?” Mam siedzieć i płakać? To by nie było dziwne? Wtedy byłabym normalna?

    W życiu spotykają nas najróżniejsze trudności i przeciwności losu. To jak sobie z nimi radzimy wynika z wielu rzeczy. Choćby naszego charakteru, ale też w dużej mierze z tego jak nauczyliśmy sobie z trudnościami radzić w dzieciństwie. Są sytuacje, które będą dla nas ważne mniej lub bardziej. O jedne z nich będziemy walczyć, a inne sobie odpuścimy. Czasami przecież nie warto się kopać z koniem. Ale to wszystko przychodzi z czasem, doświadczeniem i mądrością. A do tego wszystkiego jeszcze trzeba dorzucić nasze emocje i jak potrafimy sobie z nimi poradzić. Czy jesteśmy je w stanie opanować czy też biorą nad nami górę. To wszystko nie jest łatwe. A może właśnie jest?

    Istnieje wiele sposobów na radzenie sobie z trudnymi życiowymi sytuacjami. I każdy ma jakiś sposób. Nawet jeśli nie jest tego świadomy. I ten właśnie sposób radzenia sobie z trudnymi sytuacjami jest pierwszym jaki widzą nasze dzieci. Czy one też będą tak postępowały? Nie koniecznie i nie wszystkie. Jest jednak szansa, że jeżeli nie poznają innych sposobów radzenia sobie z trudnymi sytuacjami – zachowają się tak jak my. A jeśli nawet nie pójdą w nasze ślady – to wpłynie to na ich spojrzenie na nas.

    Warto jest się więc zastanowić nad sobą i swoim postępowaniem. Co robimy kiedy spotyka nas coś niemiłego, trudnego bądź przygnębiającego? Załamujemy się, walczymy, potrzebujemy czasu, jesteśmy zdezorientowani, rozczulamy się nad sobą… Myśleliście kiedyś o tym? Jak nas wtedy widzą nasze dzieci? Jak nas oceniają? Czy dajemy im poczucie bezpieczeństwa? Co pokazujemy swoim zachowaniem?

    Ja miałam to szczęście, że odkąd pamiętam zawsze w sytuacjach kryzysowych działałam. To działanie dawało mi poczucie, że nie stoją bezczynnie z założonymi rękami. Dawało mi poczucie sprawstwa. Pozwalało zająć głowę i robić coś aby sytuacja była lepsza. Zadanie, zadanie… działanie… To mój sposób na trudne sytuacje. Czy jest najlepszy? Z pewnością nie. Ale dla mnie dobry. Muszę tylko pamiętać, aby w tych zadaniach nie zgubić swoich emocji i uczuć. Pamiętać, że one też mają swój czas i miejsce… aby nie zwariować. Mam nadzieję, że Marianka będzie zawsze widziała mamę zwartą i gotową do mierzenie się ze wszystkimi trudnościami. Mamę, która pokaże, że warto walczyć o siebie, bliskich i to co dla nas ważne. Chciałabym w Jej oczach być osobą, która się nie załamuje tylko próbuje zmieniać świat. Czy mi się to uda? Nie wiem. Ważne, że jestem świadoma swoich wad i zalet. Czy nie mam chwil załamania? Oczywiście, że tak, ale wiem, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach. A reszta zależy od Mani.

    Mam nadzieję, że każdy z Was jest zadowolony z tego jak radzi sobie z trudnymi sytuacjami oraz tym w jaki sposób postrzegają go wtedy dzieci. Jeżeli nie… to zawsze można to zmienić. Nie jest to łatwe, ale warto. Bo to miłe uczucie czuć się dobrze z samym sobą i tym jak nas postrzegają dzieci.

  • Empatia… po co to komu?

    W dzisiejszym świecie kiedy liczy się pieniądz, szybkość działania, sukces, parcie do przodu można zadać pytanie po co komu ta cała empatia i gadanie o niej. Przecież empatią nie zapełnię garnka, nie zapłacę za wczasy, nie napełnię baka w samochodzie. Za to jest ona w stanie oderwać mnie od moich spraw, na których powinienem się skupić. Więc może przestać gadać, a zacząć działać. Przestać się rozczulać, a wziąć się w garść. Nie oglądać się na innych, tylko zająć swoimi sprawami. Bo przecież mamy to, co sami wypracujemy i osiągniemy. Nie ma co tracić czasu na jakąś empatię. Ale czy na pewno?

    Słowo empatia oznacza zdolność odczuwania stanów psychicznych, emocjonalnych innych osób. Inaczej to umiejętność spojrzenia na daną sytuację z perspektywy innej osoby. Według badań taka umiejętność ułatwia nawiązywanie i utrzymanie głębszych relacji międzyludzkich. Jeszcze do niedawno nie przykładano do niej tak dużej uwagi, ale coraz częściej nawet pracodawcy zwracają uwagę czy przyszli lub obecni pracownicy ją posiadają.

    Kojarzycie może Sheldon`a z „Teorii wielkiego podrywu” („The Big Bang thoery”)? Ten zdolny fizyk nie posiada empatii. Nie potrafi się wczuć w sytuację innych osób, co powoduje ciągłe spięcia i nieprzyjemne sytuacje. Nie potrafi nawet udawać, że odczytuje stan emocjonalny znajomych i nieznajomych. Jego życie towarzyskie nie jest łatwe. Oprócz grupy najbliższych przyjaciół i rodziny, którzy zaakceptowali Sheldon`a takim jakim jest bardzo trudno mu nawiązać nowe kontakty i znajomości. Czy właśnie tego chcemy dla naszych dzieci? Nie sądzę.

    Oczywiście taki ekstremalnych przykładów jak w serialu jest niewielu. Ale na co dzień możemy spotkać ludzi, którzy nie potrafią lub nie chcą spojrzeć z perspektywy innej osoby. Nie próbują odczytać jak się czuje ich rozmówca. To powoduje, że nie są raczej lubiani i trudno im wykonywać niektóre zawody. Zwłaszcza te, które wymagają kontaktów z klientem czy kontrahentem. Jak więc pomóc naszym dzieciom aby mogły rozwinąć w sobie empatię?

    Przede wszystkim należy zacząć od małego. I jak z każdą umiejętnością to nie słowa a czyny sprawią, że nasze dzieci ją posiądą. Oczywiście przy empatii na pewno pomocna będzie umiejętność nazywania własnych odczuć i emocji. Bo bez tego trudno mówić o rozpoznawaniu ich u innych. Jeśli sami jesteśmy osobami empatycznymi będzie nam łatwiej. Bo wtedy odruchowo uczymy tego nasze dzieci. A jeśli nie? No cóż, empatii można się nauczyć, trzeba tylko chcieć.

    Warto z dziećmi rozmawiać o tym jak się czują inne osoby w danej sytuacji. Pozwoli to maluchom i starszakom na nawiązanie nowych przyjacielskich znajomości. Należy zacząć od rodziny i najbliższych znajomych, z którymi dziecko ma kontakt. Ale z czasem warto rozmawiać o tym jak mogą czuć się obcy. Dobrym sposobem na naukę empatii jest udział w akcjach charytatywnych, pomocowych. Wtedy warto powiedzieć dziecku dlaczego pomagamy. W jakiej sytuacji są osoby, którym chcemy pomagać. Spróbujmy pokazać dzieciom jak wygląda życie tych osób i jak nasza pomóc, może je zmienić. Czasami wystarczy niewiele. Kupno pokarmów z długim terminem ważności czy przyborów do szkoły i wrzucenie ich do koszyków organizacji pomocowych. Innym razem to pomoc finansowa (wpłaty indywidualne, 1%, udział w licytacjach, itp.). Za każdym razem mówmy dzieciom dlaczego to robimy.

    Jeśli pomożemy naszym dzieciom rozwinąć empatię, będzie im łatwiej w życiu nawiązać kontakty. Choć z pewnością dużo trudniej będzie im obojętnie przejść koło krzywdy innych osób. Ale czy dzięki temu świat nie stanie się choć odrobinę lepszy. A przecież chcemy aby właśnie w ciut lepszym świecie dorastały nasze dzieci. Twórca skautingu w swoim testamencie zostawił takie przesłanie „Zostawcie ten świat trochę lepszym niż go zastaliście”. Ja właśnie tak chcę. Chcę też nauczyć empatii Mariankę aby i ona mogła zmieniać świat. Czy jestem idealistką? Nie, uważam, że to od nas zależy jak żyjemy i czego uczymy nasze dzieci. A również badania dowodzą, że pośród kompetencji poszukiwanych w XXI empatia jest jak najbardziej pożądana.

  • Spektrum autyzmu… jak to zrozumieć?

    Ostatnio coraz częściej w rozmowach rodzicielskich pojawia się słowo „autyzm” odmieniane w różnych przypadkach i przy różnych tematach. Czy to z obawy, strachu, przy szczepionkach czy 1%, czy dzieciach w przedszkolu. Coraz więcej ludzi styka się z „tym czymś”, coraz więcej dzieci jest diagnozowanych, w coraz młodszym wieku. Nie będę przytaczała tu definicji i cytowała mądrych artykułów, chciałabym Wam opowiedzieć o tym jak wyglądało moje „spotkanie” ze spektrum autyzmu i jak ważna jest w tym wszystkim reakcja i determinacja rodziców.

    Jedno trzeba sobie powiedzieć od razu. Spektrum autyzmu to nie choroba, a zaburzenie, co za tym idzie dużo zależy od tego kiedy dziecko zostanie zdiagnozowane i jak poprowadzone. A jak najłatwiej według mnie wyjaśnić na czym polega? Wyobraźcie sobie puzzle, które przedstawiają człowieka – jego cechy, umiejętności, sposób postrzegania, emocje, zachowania, nas całych. Każdy z nas jest inny i układ puzzli jest też trochę inny. Jedne są umieszczone na równym poziomie, inne lekko uniesione ponadto (nasze zdolności, predyspozycje, to czym się wyróżniamy). Inne są poniżej tego poziomu (nasze trudności w opanowaniu czegoś, „wady”, to czym mniej się interesujemy, rozwijamy). Każda układanka jest trochę inna, ale większość tych „górnych i dolnych” odchyleń ma niewiele, są one niewielkie. U osób ze spektrum autyzmy kilka puzzli może być baaardzo wysoko (często umiejętności matematyczne, wiedza na temat konkretnego zainteresowania) a inne baaardzo nisko (najczęściej umiejętności społeczne, myślenie przyczynowo – skutkowe, postrzegania siebie, empatia). Te odchylenia są na tyle duże, że dziecko może być postrzegane jednocześnie jako geniusz i jako zamknięte w swoim świecie. Jednak każda z osób ze spektrum może tych puzzli ponad poziom i poniżej niego mieć różną ilość, u jednych jest ich kila u innych kilkanaście i to w różnej kombinacji. Dlatego tak ciężko jest porównać jedną osobę z tymi zaburzeniami do innej. Są osoby wysoko funkcjonujące i takie, które nie są w stanie poradzić sobie same. W przypadku spektrum autyzmu mogą też dochodzić inne sprzężenia związane np. z opóźnieniami rozwojowymi.

    Niezależnie od tego na jakim poziome funkcjonalności jest dziecko, dla każdego rodzica zmierzenie się nawet z podejrzeniem o „autyzm” jest niezmiernie trudne. Podczas mojej pracy w przedszkolu spotkałam się z kilkoma przypadkami dzieci, które miały to zaburzenie i z różnymi reakcjami rodziców. Bywa, że podejrzewają, że z dzieckiem „coś jest nie tak” ale boją się diagnozy i dopiero impuls z zewnątrz skłania ich do wizyty u specjalisty. Są też tacy, którzy od razu chcą wiedzieć co się dzieje z ich dzieckiem. A są też tacy, którzy nie przyjmują do wiadomości nawet możliwości konsultacji. Niezależnie od reakcji rodziców oraz poziomie funkcjonalności dziecka w przypadku spektrum autyzmu najważniejsza jest diagnoza oraz jak najwcześniejsza terapia. I tu jest duża rola rodziców, bo nie wystarczy dziecka zawieść na zajęcia do psychologa, pedagoga, często logopedy, SI czy na zajęcia grupowe. To jest niestety dopiero początek. Największą pracę do wykonania ma rodzina jako całość. Bo to codzienne życie pomaga dzieciom ze spektrum odnaleźć się w świecie, ułatwić im zapanowania nad trudnościami w funkcjonowaniu w społeczeństwie. Ale jeśli rodzice się zmobilizują i wejdą na tę trudną drogę jest naprawdę duża szansa na podniesienie poziomu funkcjonalności dziecka. Nigdy nie zapomnę chłopca, który po przyjściu do przedszkola w wieku 3 lat był zamkniętym w sobie, agresywnym i smutnym dzieckiem, a po dwóch latach intensywnej pracy Jego, rodziców i nas – przedszkola osoba, które pierwszy raz go widziała nigdy by nie powiedziała, że ma spektrum autyzmu. Czy wyzbył się wszystkich swoich problemów? Nie. Ale opanowała umiejętności, które pozwalały mu na funkcjonowanie w grupie, stał się bardzo wesołym i otwartym chłopcem (może nawet zbyt otwartym – ale niestety tak czasami bywa). Oczywiście nadal był bardzo wrażliwy na niektóre rzeczy, ale my też nauczyliśmy się pomagać mu w trudnych chwilach. I choć przed Nim i jego rodzicami nadal dużo pracy, wierzę, że jako dorosła osoba poradzi sobie w życiu. A przecież o to martwi się każdy rodzic, nie tylko taki, którego dziecko ma problem.

    Znam też przypadki gdzie obok spektrum pojawiły się inne komplikacje, np. opóźnienia. Ale nawet w takich stuacjach praca i zaangażowanie pozwoliły na podniesienie poziomu funkcjonalności. Niestety znam też dzieci, które nie zostały zdiagnozowane… i którym z każdym rokiem będzie trudniej. Bo tylko rodzice mogą zaprowadzić swoje dziecko do specjalistów, tylko rodzice mogą podjąć decyzję o terapii, tylko rodzice mogą zawalczyć o swoje dzieci. Dzisiaj nikt nie może ich do tego zmusić.

    Jeżeli spotkacie na swojej drodze osoby ze spektrum autyzmu pamiętajcie, że nie można się tym zarazić. Są tacy jak my, tylko trochę inaczej postrzegają świat i odbierają bodźce, ich puzzle ułożyły się trochę inaczej niż nasze. To bardzo wartościowi ludzie, a ich rodzice to prawdziwi bohaterzy walczący o możliwości rozwojowe i przyszłe funkcjonowanie swoich dzieci w społeczeństwie. Należy się im wielki szacunek.

  • Co za dużo to nie zdrowo, czyli jak zepsuć dziecku każą przyjemność

    Kiedy zbliżają się wyjątkowe dni w roku – urodziny, święta czy jakieś rocznice – rodzice zastanawiają się jak sprawić dziecku przyjemność, jaką zorganizować niespodziankę, jaki kupić prezent aby było miło i dzień był niezapomniany. Już wielokrotnie pisałam, że nie rzeczy są najważniejsze a przeżycia. O zabawkach czy rzeczach szybko się zapomina lub przestają być potrzebne/ użyteczne/ nowoczesne/ itp. A to co się przeżyje to pozostaje w nas. Oczywiście małe dzieci nie zapamiętają, że były np. w ZOO, ale emocje, które im towarzyszyły i sprawiały radość – pozytywnie wpłyną na ich samopoczucie, rozwój i więź z tym, z kim tam były. Nie zawsze przecież pamiętamy co dokładnie robiliśmy jako dzieci, ale wiemy, że było albo fajnie, albo smutno. Dzieciństwo kojarzy się nam jako radosne lub nie. To właśnie emocje i odczucia, których wtedy doświadczyliśmy kształtują nie tylko obraz naszego dzieciństwa ale również to co przeżywamy jako dorośli.

    Skoro to przeżycia są takie ważne cześć rodziców pragnie dostarczyć swoim dzieciom jak najwięcej doświadczeń i emocji. I niestety wpadają w pułapkę „za dużo”. Z pewnością wielu z Was odczuło na własnej skórze jak zachowuje się dziecko po zbyt dużej dawce emocji, np. wieczorem po pierwszych świętach. Dzieje się dużo, za dużo w porównaniu z dniem codziennym i choć dziecko jest szczęśliwe i zadowolone, wieczorem musi odreagować. Każde robi to trochę inaczej, ale musi wypuścić z siebie nadmiar emocji. Moja Marianka np. po wigilii nie mogła bardzo długo zasnąć, choć była już bardzo zmęczona i śpiąca. Sama nie wiedział czego chce, czy się położyć, czy siedzieć, czy stać, czy się bawić… skończyło się na płaczu. Bo tak najczęściej reagują maluchy jak nie wiedzą co się z nimi dzieje, albo dostaną za dużo emocji do „przetrawienia”. Ale podobnie zachowają się dzieci trochę starsze, które w dniu urodzin będą miały nadmiar atrakcji. Jak znaleźć złoty środek?

    Pamiętać trzeba, że atrakcje – to przeżycia i emocje, zwłaszcza jeśli się przeżywa je z bliskimi. Należy stopniować przyjemności, tak aby zakończyć w momencie kiedy emocje będą na wysokim poziomie, ale nie przytłoczą. Pamiętajmy, że dzieci z wiekiem uczą się panować nad odczuciami i emocjami. Maluchom wystarczą więc niewielkie przeżycia – coś nowego, nowe miejsce lub osoba. Z czasem mogą to być większe wyzwania i atrakcje. Najlepszy moment aby „zakończyć” w punt to taki kiedy dzieci bawią się bardzo dobrze, ale nie są jeszcze zmęczone. Tak aby już się „wybawiły” ale chciały jeszcze kiedyś tego spróbować, aby im się nie znudziło. To nie jest łatwe, ale gwarantuje, że dzieci będą miały super wspomnienia i nie zepsujemy im przyjemności. Czasami lepiej rozłożyć np. świętowanie urodzin na dwa dni – jeden z koleżankami/ kolegami a drugi na wspólne wyjście z rodziną. Niech te pozytywne doświadczenia trwają dłużnej, a mniej intensywnie. A wspomnienia naszych dzieci niech mają pozytywny bagaż emocjonalny.

  • Mrugnęłam i minął rok

    Zaskoczenie i paniczny strach… To dwa uczucia, które rozpoczęły tak naprawdę moje macierzyństwo. Nie spodziewałam się, że urodzę po skończonym 25 tygodniu ciąży. Wszystko było ok, aż tu naglę „Pani rodzi”. Ale, że ja? To niemożliwe. A jednak 18 stycznia 2016 roku pół godziny po północy na świat przyszła moja córeczka Marianka. Ważyła 780 g, mierzyła 34 cm i jak się niedawno dowiedziałam – nie dawano Jej większych szans na przeżycie.

    Ta pierwsza noc na sali poporodowej, kiedy słyszałam za ścianą płaczące noworodki, a nie miałam jeszcze wieści z Oddziału Reanimacji… nawet nie chcę wspominać. Mój świat rozleciał się na kawałeczki. I choć pierwsze dni i tygodnie były ciężkie (choć właściwie to mało powiedziane), to wszystko pomału zaciera się w mojej pamięci. Z tego czasu chcę pamiętać te dobre rzeczy. Każde dodatkowe 100 g, każdy dzień kiedy mogłam Mariankę „kangurować”, pierwszy dzień poza inkubatorem, pierwsze karmienie butelką. Uśmiechy, przytulania, czułości. I to, że od pierwszego dnia Mania uczyła mnie jak żyć na nowo. Dzięki Niej codziennie pokonywałam siebie, zwątpienie, negatywne myślenie i strach. Ponownie nauczyła mnie czerpać radość z małych rzeczy i stawiać na pozytywne myślenie. Codziennie starałam się dla Niej dostrzegać pozytywy, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. To Wy mnie o tym uświadomiliście, komentując moje teksty.

    Dzięki Mariance zdecydowałam się na nową drogę rozwoju, nową ścieżkę zawodową. Dała mi siłę do walki o siebie dla Niej. Bo chcę aby miała mamę, która jest dumna z tego co robi i dobre się w tym czuje.

    Mania pokazała mi jakie są moje słabości i zmotywowała do pracy nad nimi. Codziennie ćwiczę się i doskonalę przy Niej. Zatrzymała mój świat, po to abym mogła go poruszyć na nowo.

    Czy teraz jak jest w domu jest łatwiej niż kiedy była w szpitalu? Z pewnością. A kiedy jest ciężko (a jeśli jesteście rodzicami, a zwłaszcza mamą to wiecie, że czasami jest bardzo ciężko) – zawsze myślę, że nie jest tak źle, przecież jesteśmy razem. Ta myśl daje mi siłę, kiedy Mania ma gorszą noc lub jest marudna w ciągu dnia. Ta myśl pozwala mi stać w kolejce do kolejnego lekarza i słuchać kolejnych diagnoz. Ta myśl pozwala mi z ciężkim sercem patrzeć jak czasami Marianka płacze na rehabilitacji, bo jest jej ciężko coś opanować. Ta myśl pozwala mi przetrwać dni kiedy nie wychodzimy na zewnątrz z powodu pogody i te kiedy nie rozmawiam z żadnym dorosłym poza mężem.

    Marianka pozwoliła mi nabrać dystansu do życia i planów, które układałam tak skrupulatnie. Pomogła mi odnaleźć Sylwię, a nie panią dyrektor czy druhnę harcmistrz.

    Jestem Sylwia i mama cudownej dzielnej wojowniczki Marianki. A ten rok był najtrudniejszym w moim życiu ale z pewnością też najpiękniejszy. Zobaczymy co przyniesie kolejny. Wiem, że z pewnością będzie nadal pełen walki o rozwój Marianki. Ale też wiem, że razem damy radę 🙂

  • Czasami Cię nie lubię… choć zawsze kocham

    Jeśli macie dzieci, które już w miarę dobrze mówią pewnie choć raz w życiu słyszeliście „Nie lubię Cię”… a czasami patrząc na potomka lub partnera sami to pomyśleliście. Ja rzadko kłócę się z moim mężem, ale jeśli już, to wtedy często pada stwierdzenie „W tej chwili Cię nie lubię… choć nadal kocham”. Bo tak jest.

    Czasami denerwujemy się na naszych bliskich. To normalne. Zwłaszcza kiedy nam na kimś zależy. I wtedy właśnie tak jest, że w tym momencie, w tej chwili nie czujemy sympatii do tej osoby. Dzieci są odważne i mówią to co czują (w odróżnieniu od wieli dorosłych). Dorośli kiedy słyszą takie słowa, robi im się przykro. Obrażają się, zamiast zastanowić się dlaczego nasze dziecko tak się poczuło. Co takiego się wydarzyło, czy może jednak coś zrobiliśmy nie tak. A może po prostu to czego wymagamy od dziecka nie psuje mu? Może jest złe, choć wie, że mamy rację?

    Inni rodzice zaczynają dziecku tłumaczyć, że tak nie można mówić, że to nieładnie, że trzeba kochać mamusię i tatusia. Tylko czy takie słowa mają cokolwiek wspólnego z miłością dziecka do nas? Nic, a nic. Dziecko komunikuje to co czuje w danym momencie i w danej sytuacji. A my chcemy je nauczyć, żeby nie wyrażało swoich emocji.

    Więc co zrobić? Oczywiście można powiedzieć, że jest mi przykro, że tak dziecko czuje. Ale w żadnym razie nie należy podważać tego, że właśnie to czuje. I rozumiemy i nadal je kochamy. Można powiedzieć, że mam nadzieję, że kiedy już się pogodzimy i rozwiążemy nasz problem, znowu dziecko będzie nas lubiło. Można też się zapytać dlaczego konkretnie nas nie lubi, wtedy być może będzie łatwiej nam dojść do porozumienia.

    A czy samemu warto mówić, że się kogoś nie lubi? To zależy. Jeśli ma się siłę i chęci… to tak. Zwłaszcza bliskim dorosłym. A dzieciom? To dużo zależy od wieku i relacji między rodzicem, a dzieckiem. Warto jednak pamiętać, że jeżeli chcemy to powiedzieć to zawsze należy dodać „w tej chwili” oraz „ale nadal cię kocham”. Dziecko nie może poczuć choć na chwilę wątpliwości czy rodzic je kocha. W trudnych rozmowach z dziećmi warto używać sformowań „Bardzo Cię kocham, ale jestem teraz na Ciebie zły/ zdenerwowany…” można dodać „potrzebuję przez moment być sam”. To też pokazuje dzieciom w jaki sposób można się komunikować.

    Przecież wszyscy czasami mamy negatywne emocje. Są one trudne, ale trzeba nauczyć się sobie z nimi radzić. Nie cisnąć w sobie. A jak to zrobić lepiej niż poprzez obserwacje jak radzą sobie rodzice.

    Nie bójmy się swoich negatywnych emocji. Strach, złość czy zdenerwowanie nie są złe i nie wpływają na naszą miłość do drugiej osoby. Pokażmy dzieciom, jak sobie z nimi radzić oraz to, że nawet po najgorszej awanturze trzeba się przytulić i ukochać 🙂 Bo nie warto długo rozpamiętywać złych rzeczy.