Tag: komunikacja

  • Mini odbicie w lustrze

    Od urodzenia dzieci obserwują świat aby go poznać. Tak jak każdy człowiek w nowym miejscu chcą się dostosować aby czuć się bezpiecznie i „u siebie”. Dość wcześnie zauważają, że wokół nich są inni do nich podobni. Obserwując ich stają się jedyni z nas. Pierwszymi obiektami ich zainteresowań są rodzice i rodzeństwo. Nie tylko patrzą, ale też z czasem zaczynają naśladować. I w ten sposób zaczyna się zabawa z „lusterko”. Możemy w nim często zobaczyć małą wersję siebie. Czy podoba nam się ten obraz?

    Badania prowadzona już na 4 miesięcznych dzieciach pokazują, że bardzo szybko uczą się przez naśladownictwo. Wystarczy pokazać im jakąś minę czy wyciągnąć język, a po kilku próbach będą już robiły to bezbłędnie. I będzie im to sprawiało wielką przyjemność. Z badań możemy się też dowiedzieć, że jeszcze znacznie szybciej dzieci uczą się poprzez obserwację innych dzieci niż dorosłych. Co to dla nas oznacza? Bardzo dużo.

    Oznacza to, że tak jak my będziemy się zachowywać w różnych sytuacjach, tak też będą się zachowywały nasze dzieci. Czasami nam się wydaje, że wystarczy powiedzieć coś dziecku i ono powinno to zrozumieć i tak robić. Jednak kiedy co innego mówimy, a co innego robimy – to właśnie przekaz niewerbalny trafia bardziej do nich. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze to właśnie obserwacja jest naturalnym i wrodzonym sposobem nauki każdego człowieka. Po drugie dzieci nie zawsze rozumieją wszystkie słowa i kontekst wypowiedzi rodzica. Dlatego przekaz słowny nie zawsze trafia do nich. I to niezależnie od wieku dziecka. Zwłaszcza, że mamy często tendencję do przydługich wypowiedzi i stosowania przenośni czy ironii. Dlatego dopiero połączenia przekazu werbalnego i niewerbalnego daje największy sukces komunikacyjny.

    Dzieci są wspaniałymi obserwatorami, a my nieświadomymi ich inspiratorami. Pamiętam, że podczas rozmowy z jedną mamą mojego wychowanka, ona stwierdziła, że chłopiec używa specyficznych stwierdzeń i intonacji, np. „widziałem” kiedy ktoś coś zrobił. A ja uświadomiłam sobie, że właśnie w ten sposób mówię, kiedy chcę aby dzieci z grupy wiedziały, że widzę co robią i nie podoba mi się to, ale daję szansę aby nie szły w tym dalej. Nie wspomnę już obserwacji maluchów bawiących się w dom i stwierdzeń „przynieś mi trochę piwka żonko” czy „ chodźmy na papieroska”. Z pewnością znacie też te dowcip, że prze dwa pierwsze lata nakłania się dziecko do powiedzenia pierwszych słów, a wystarczy raz powiedzieć przy nim „dupa” a od razu powtórzy. Dzieci naśladują przede wszystkim to co wydaje się im atrakcyjne. A co uważają za takie? To co jest robione i mówione przez dorosłych, starsze rodzeństwo lub podziwianego kolegę.

    Jak sobie radzić z taką sytuacją? Przede wszystkim być autentycznym i zachowywać się tak jak chcemy aby zachowywały się nasze dzieci. Nie przekazujmy sprzecznych komunikatów werbalnych i niewerbalnych. I bądźmy świadomi, że mamy w domu swoje odbicie w lustrze, tylko takie mini. Odbicie, dla którego jesteśmy najważniejsi na świecie. Dla którego jesteśmy alfą i omegą. Tak będzie przez długi czas. Do kiedy? W przedszkolu do osób, które dzieci naśladują zaliczyć można ukochaną panią i kolegów. W pierwszych latach szkoły podstawowej jest podobnie. Z czasem oczywiście zyskują koledzy – grupa rówieśnicza. Ale jeśli powstała w najmłodszych latach więź między rodzicami i dzieckiem jest silna to nadal oni pozostaną głównymi osobami, które naśladują. Często bardzo nieświadomie.

    Czy to źle czy dobrze? Oceńcie sami.

  • Mówił dziad do obrazu czyli dziecko też człowiek

    „Ona mnie kompletnie nie słucha. Mogę gadać godzinami, a i tak nic do niej nie trafia. A jak powiem czekolada/ lody/ bajka to zawsze usłyszy”. Słyszałam to już niejednokrotnie od rodziców czy dziadków. Zrozpaczeni szukali pomocy, mówiąc o złośliwości czy wręcz perfidii dzieci. A muszę tu powiedzieć, że o ile rzeczywiście nie mamy do czynienia ze zbuntowanym nastolatkiem (choć czasem w takich sytuacjach również) większość tego „niesłuchania” jest naszą – dorosłych winą. Pisałam jakiś czas temu o intencji i intonacji – czyli głosie i słowotoku. Dziś chciałabym opowiedzieć o kilku innych problemach komunikacyjnych, przez które mamy wrażenie, że dziecko nas nie słucha.

    Jednym z takich powodów jest to, że nie mówimy do dziecka. „Jak to? Przecież jak czegoś od niego chcę to zawsze mówię do niego.” No właśnie nie. Często mówimy gdzieś w przestrzeń, poza dziecko, w innym kierunku. Mało kiedy prosząc o wykonanie czegoś patrzymy dziecku w oczy. „No, ale przecież ono wie, że mówię do niego”. Nie do końca. O ile starsze dziecko z pewnością się domyśli z kontekstu wypowiedzi, że jest to skierowane do niego, to już młodsze nie koniecznie. Pomyślmy jak my się czujemy kiedy ktoś mówi do nas, nie patrząc nam w oczy czy chociaż w naszą stronę? Nie za dobrze. I nawet jak wiemy, że mówi do nas, to wcale nie rzucamy się chętnie do wykonywania jego prośby. Bo nie czujemy, że ktoś wypowiedział się z szacunkiem. A przecież dziecko jest człowiekiem, o czym przekonywała nas już dawno Stary Doktor – Janusz Korczak. Należy mu się szacunek, a nie uwaga rzucona mimochodem. Od tak sobie. A później się dziwimy, że nas „nie słucha”. Ciężko jest wykonać polecenia kogoś, kto nas nie szanuje. Pomyślcie jak to jest z Wami kiedy musicie coś zrobić, a szef traktuje Was jak kogoś gorszego. Dzieci już od bardzo małego czują jak je traktujemy, a zwracanie się do nich jest pierwszym przejawem.

    No właśnie, prosimy dziecko aby coś zrobiło. Ale czy to jest naprawdę prośba? Czy tylko zwrot grzecznościowy. Bo jeśli to jest prośba, to dziecko może odmówić. „Czy możesz zrobić?” Każde sformułowanie, które się tak zaczynam daje pole do dyskusji. Która sama w sobie jest oczywiście dobra, ale nie zawsze tego oczekujemy. Tak więc jeżeli chcemy uczyć nasze dzieci kultury i zasad dobrego wychowania mówmy „proszę cię, zrób to”. Nie dajemy pola do manewru, ale traktujemy z szacunkiem. Oczywiście dziecko może zapytać dlaczego, ale nie pytamy czy to zrobi czy nie. Możemy dyskutować o czasie wykonania i przyczynie/ potrzebie, ale nie o samej czynności. Bo cóż ma na celu pytanie malucha „Czy zjemy obiadek?” Czy chcemy dać mu tak naprawdę o tym zdecydować? Czy to tylko takie sformułowanie? A jeśli tak, to co ma na celu? Dyskutujmy z naszymi dziećmi, ale o tych sprawach gdzie jest na to miejsce. To jest forma nauki i przejaw szacunku.

    I to jest słowo klucz SZACUNEK. Jeśli my będziemy szanować nasze dzieci, mówić bezpośrednio do nich, jeśli będziemy uczyć dyskutować, a nie dawać złudne poczucie decyzyjności – łatwiej będzie nam się porozumieć. Nasze słowa będą szybciej docierały, a relacje będą silniejsze. Jest jeszcze kila aspektów komunikacji, które zniwelują problem „nie słucha mnie”, ale o tym innym razem…

  • Intonacja czy intencja?

    Kiedy pracowałam w przedszkolu rodzice często pytali mnie jak to robię, że dzieci słuchają moich poleceń. Oni czasami muszą nagadać się i namęczyć, żeby dziecko odłożyło coś na miejsce, a u mnie raz i jest zrobione. Prosili o zdradzenie sekretu, jak ja to robię 🙂

    Problem z wykonywaniem prostych poleceń rodziców ma wiele dzieci. Może wynikać to z wielu przyczyn, ale zasadniczo jest związane z kilkoma prostymi sprawami, które uciekają rodzicom. Zaś w nowym środowisku, takim jak żłobek, przedszkole czy szkoła – dziecko wchodzi w relację z nowymi dorosłymi, którzy ustalają nowe reguły i zasady. Dzieci często funkcjonują w taki sposób, że zachowują się tak w danym miejscu jak są do tego przyzwyczajone i jakie im są tam narzucone reguły. Czyli w domu według relacji z rodzicami, a w przedszkolu tak jak pani wymaga. Dlatego mogą występować różnice w zachowaniu w różnych miejscach i pod opieką różnych osób.

    Ale wróćmy do tego co można zrobić, aby dziecko przy rodzicach wykonywało proste czynności o jakie jest proszone. Kiedyś jedna mama dziwiła się, że dziewczynka w przedszkolu bez problemu odstawiła buciki do szafki. W domu nigdy nie mogła się o to doprosić. A w czym tkwiła tajemnica? Pani w przedszkolu wyraziła krótki komunikat „Proszę odstaw buty do szafki”. Mama w domu zawsze gadała, gadał, gadał…. wpadała w słowotok, nie dając chwili na wykonanie zadania. A jak już trwała tyrada, córka po prostu się gubiła i nie wiedziała czego mama od niej oczekuje, wyłączała się, jej myśli uciekała, zajmowała się czym innym. A mamie wydawało się, ze córką ją ignoruje. Często zagadujemy nasze dzieci zamiast wydać proste poleceni, które nie zrobi im krzywdy, a pokaże czego oczekujemy. Używamy słów, których nie rozumieją. Oczywiście jeśli do tej pory postępowaliśmy jak wspomniana mama to nasze dziecko tak od razu może nie zacząć zachowywać się tak jak tego oczekujemy. Wystarczy ten prosty komunikat powtarzać kilka razy, aż dziecko wykona zadanie. Pamiętajmy, że musi się ono przyzwyczaić do nowej komunikacji.

    Innym problemem z jakim borykają się rodzice, to intonacja głosu. Już najmniejsze dzieci są w stanie rozróżnić dzięki intonacji głosu nasz nastrój lub oczekiwanie. Moja Marianka jeszcze nie do końca rozumie co do niej mówię, ale kiedy komunikuję się z nią uśmiechając – odpowiada tym samym. Kiedy mówię wysokim i lekko piskliwym głosem jest to dla niej znak, że jest radość i chęć do zabawy. Ostatnio nauczyła się robić ustami bąbelki i wypróbowuje nowa umiejętność przy każdej czynności. Zwłaszcza przy jedzeniu jest to uciążliwe. Kiedy zaspokoi pierwszy głód zaczyna się zabawa językiem. Oczywiście jest to bardzo dobre ćwiczenie logopedyczne, ale raczej nie jestem z tego zadowolona kiedy zawartość buzi ląduje na śliniaku a przy okazji na ubraniu Jej i moim i wszystkim co jest dookoła. Zauważyłam jednak, że kiedy zmieniam intonację głosu, obniżam ją, mówię poważnie to Mania zawraca uwagę, że coś jest nie tak. Kiedy miałyśmy pierwszą taką „sprzeczkę” przy jedzeniu po kilku moich uwagach (choć nie podnosiłam głosu, czy nie krzyczałam) Marianka zrozumiała, że to nie jest zabawa i przestała. Oczywiście przy każdym posiłku próbuje czy tym razem już można „bąbelkować” ale wystarczy zmiana intonacji głosu a już sobie przypomina, że jednak mamie się to nie podoba. I może niechętnie, ale zazwyczaj wraca do w miarę spokojnego jedzenia.

    Często rodzice zarówno pochwały jak i reprymendy mówią tym samym głosem. Dzieci nie rozumieją wtedy czy zrobiły dobrze czy źle. Nie wiedzą czy to o co proszą rodzice jest ważne czy można sobie pofolgować. Wystarczy niedługi czas aby dzieci nauczyły się to rozpoznawać. Zarówno z moimi zuchami, harcerzami czy wychowankami w przedszkolu potrafiłam się wygłupiać, turlać po dywanie, obsypywać śnieżkami czy chlapać w wodzie. Ale wystarczyło, że powiedziałam poważnym głosem „Wystarczy” i już wiedzieli, że na teraz koniec zabawy. Nie obrażali się, bo wiedzieli, że czas na coś innego.

    Czasami trudno nam zapanować nad głosem. Wtedy nasze intencje nie są jasne dla dzieci i często nie wykonują poleceń. Pomyślcie sami, nawet jeśli nie znacie jakiegoś języka, jesteście w stanie ocenić czy dana osoba, która do was mówi jest nastawiona pozytywnie czy negatywnie. Jej głos, postawa, miny… to wszystko podpowiada i uruchamia pewne schematy myślowe. Zakładacie pozytywne lub negatywne nastawienie tej osoby. Tak jest z dziećmi, najpierw odbierają intonację głosu, nasze miny, postawę a dopiero później dociera do nich komunikat treściowy. Dlatego tak ważne jest aby wtedy kiedy się wspólnie bawimy, okazywać radość, mówić z uśmiechem, lekko cieńszym głosem. Kiedy zaś chcemy aby dziecko potraktowało poważnie to co mówimy, obniżmy lekko głos, nabierze on poważnego tonu. No i oczywiście zamiast owijać w bawełnę i „zagadywać na śmierć” mówmy prostymi zdaniami, konkretnie i na temat. Pozwólmy naszym dzieciom zrozumieć czego od nich oczekujemy.

    Chcemy aby nasza komunikacja z dziećmi była jak najlepsza, ale bezwiednie sami często ją utrudniamy. Pomyślmy jakie są nasze komunikaty, jak je formułujemy i w jaki sposób wypowiadamy. Jeśli trzeba poćwiczmy. A może się okazać, że niewielkie zmiany w sposobie mówienia sprawią wielkie zmiany w naszych relacjach.