Tag: mama

  • Czasami trzeba powiedzieć coś na głos… aby pomóc sobie

    Publikujemy na prośbę jednej z mam… bycie mamą dziecka, które przedwcześnie się rodzi ma różne wymiary. Niestety czasami rodzi się o wiele za wcześnie, a czasem… Przeczytajcie sami, a dzielnej mamie dziękujemy za to, że podzieliła się swoją historią. To też forma terapii…

    „Chciałabym zacząć pisać o tym co nas spotkało, co przeżyliśmy ale nie wiem jak zacząć.

    Nie wiem do kogo to trafi, nie wiem kto i jak na to zareaguje. A nie każdy umie zrozumieć rodzica, osobę w takiej sytuacji. Nie jest to proste dla nikogo ani dla osób, które to przeżyły ani dla tych u których my rodzice po stracie szukamy pomocy.

    Jednak chce spróbować. Chce spróbować mówić o tym otwarcie.

    Tak jak osoba, która przeżyła to samo co my a nawet dużo więcej i bardzo nam pomogła mimo ,że nasze spotkanie trwało może 20 minut.

    Mam na imię Aneta mam aktualnie 28 lat. Poroniłam 4 razy. Zawsze wiedziałam, że chce mieć męża, rodzinę i dzieci. Los sprawił, że mamy cudowną, zdrową córeczkę ma już 3 latka. Jednak za nim nam się udało poroniłam 2 razy. Pierwszy raz w około 9 tygodniu ciąży. Przyczyna nie znana. W pierwszych tygodniach było wszystko w porządku jednak pod koniec 7 tygodnia zaczęłam plamić, później krwawić trafiłam do szpitala, dostałam leki na podtrzymanie ciąży. Po około tygodniu wróciłam do domu i za chwilę to się powtórzyło. Plemienia i krwawienie. Niestety już nie udało się uratować Naszego dzieciątka. Pół nocy w szpitalu męczyłam się ze strasznym bólem, fizycznym i psychicznym ,który zabierał nasze dziecko a ja nic nie mogłam zrobić…

    Nie mogłam tego zatrzymać choć bardzo chciałam. Strata bolała bardzo…

    Sporo się staraliśmy zanim nam się udało, dla nas to było sporo ,choć to pojęcie względne. Byliśmy szczęśliwi ale los nie pozwolił nam zatrzymać Naszego Maluszka.

    Powinniśmy odczekać pół roku za nim zaczęliśmy starać się ponownie o dziecko. Jednak dla mnie to było za długo. Chciałam już ,natychmiast kiedy tylko wróciłam do formy znowu zacząć się starać o dziecko. Jakby to miało uleczyć moje-nasze serce. Trzy miesiące później znowu byłam w ciąży -pozytywny test. Jednak kilka dni po spodziewanym okresie zaczęłam krwawic. Lekarz nic nie mógł już na to poradzić. Straciliśmy drugie dziecko.

    Po raz kolejny ból, dlaczego my, dlaczego nas to spotyka do dziś tego nie rozumiemy.

    Przyszedł czas i udało nam się, 5 lub 6 miesięcy od pierwszej straty zaszłam w ciążę, którą donosiłam i szczęśliwie siłami natury urodziłam. Mamy Cudowną Córkę. Kochamy ją nad życie , nasza wyczekana Córeczka. Sens życia.

    Jednak chcieliśmy mieć dwoje dzieci. Zanim zaszłam w ciążę trwało to ponad 2 lata od Mai. Niestety tym razem znowu ,tydzień po spodziewanej miesiączce zaczęłam plamić później krwawić. Straciliśmy trzecie dziecko. Serce krwawiło ale nie poddaliśmy się. Bardzo pragnęliśmy drugiego dziecka.

    W końcu udało się w czerwcu tego roku 2019. Do 9 tygodnia ciąży pracowałam. Jednak zdecydowałam się na zwolnienie lekarskie. Ze strachu, że coś może się stać naszemu dziecku. Nie czułam się z tym dobrze bo kobiety biorące szybko zwolnienie lekarskie są zazwyczaj źle postrzegane. Miałam wyrzuty sumienia,ale wiedziałam, że to jest dla dobra Naszego Dziecka.

    Jednak to nie wystarczyło…

    Wszystko było dobrze, z wizyty na wizytę dziecko rosło tak jak powinno ,serduszko biło. Prenatalne były dobre. Dwa tygodnie po, na wizycie u prowadzącego lekarza wszystko dobrze. Trzy tygodnie później a 5 tygodni po prenatalnych na wizycie u lekarza prowadzącego rozpętał się nasz dramat, tragedia i koszmar…

    Byłam prawie w 19 tygodniu ciąży.

    Wizyta kontrolna u prowadzącego lekarza.

    Pobranie krwi, ciśnienie i właściwie nic poza tym. Standardowe pytania, przedłużenie zwolnienia lekarskiego. Doktor nie planował robić usg ale poprosiłam, bo jestem przewrażliwiona. Nie ma co się dziwić….

    Do tego dnia zawsze robił usg choć na chwilę żeby sprawdzić czy wszystko jest ok. Tego dnia miał zamiar nie robić. Dzięki Bogu zrobił po mojej prośbie. (Kolejne usg dopiero 15 listopada miałam mieć połówkowe ,żyłabym ponad 6 tygodni z martwym dziecku w brzuchu… jeśli wcześniej by coś się nie wydarzyło co mogło zagrażać mojemu życiu…)

    Okazało się, że nasze dziecko jest zbyt małe na ten etap ciąży. Wymiary pokazywały około 16 tydzień ciąży a był już prawie 19. Zapytałam lekarza czy z sercem wszystko dobrze ,powiedział że tak ale polecił żebyśmy zrobili usg w Białymstoku na lepszym sprzęcie, żeby to wyjaśnić.

    Tego samego dnia pojechaliśmy do Białegostoku zrobić prywatnie dokładne usg.

    Lekarz w prywatnym gabinecie tylko przyłożył głowicę usg i od razu po jego minie i reakcji widziałam, że jest źle, że jest bardzo źle… po chwili lekarz powiedział,że dziecko nie żyje… I to dłuższy czas…

    Świat Nam się zawalił… po raz kolejny, tylko teraz parokroć bardziej, mocniej, niewyobrażalnie mocno…

    To już 4 razy ,ale pierwszy w połowie ciąży prawie…

    Przecież to już 2 trymestr…

    Przecież to już ten bezpieczny okres…

    Przecież było wszystko dobrze…

    Przecież….

    Gdyby…

    Dlaczego…

    Jak lekarz prowadzący mógł nie widzieć,że dziecko nie żyje… rozumiem słabszy sprzęt ale jak mógł nie widzieć czegoś takiego…

    Ludzie mówią: będzie dobrze, jesteście młodzi, macie czas…

    Nie to nie prawda …

    Oczywiście cały czas chce mieć drugie dziecko …

    Ale już nie za wszelką cenę…

    Nie wiem czy świadomie będziemy o nie się starać…

    Nie chce, boję się narażać rodzinę, Męża Córkę….samą siebie na kolejne cierpienie..

    Niepewność, ryzyko…

    Nikt nie da nam gwarancji ,że będzie dobrze

    Nie jestem maszyną , mam swoje ograniczenia , psychiczne i fizyczne… mój organizm tego może nie wytrzymać…

    Choć bardzo bym chciała mieć drugie dziecko… ale się boję, bardzo się boję…

    Mama,Tata Mai i Świętej Pamięci Irusia.”

  • Jestem mamą po stracie – mówię o tym głośno

    Jestem mamą po stracie… o tym, że 3 miesiące temu straciłam córeczki w 19 tc mówiłam głośno… ale podczas zabawy – quizu na Stories na IG okazało się, że wiele osób nie wie, że byłam 3 razy w ciąży. Trudno mi o tym mówić… ale dlatego powstał ten blog i profil aby mówić o przyjemnych rzeczach ale też o trudnych ale bardzo ważnych.

    Jeszcze do niedawna niewiele osób wiedziało, że 14 lat temu straciłam bardzo wczesna ciążę. Historia jakich wiele… Byłam na końcówce studiów magisterskich, pierwszy poważny związek… pierwszy raz… pęknięta prezerwatywa i ciąża… która skończyła się równie szybko jak zaczęła. Gdybym nie wiedziała, że zabezpieczenie zawiodło być może nawet nie wiedziałabym że byłam w ciąży… Nie dało się nic zrobić… mój ówczesny partner przyjął to obojętnie, nigdy o tym nie rozmawialiśmy a po kilku miesiącach zostawił mnie. Wiedziała tylko mama i mój najbliższy przyjaciel… potem kilka innych bliskich mi osób. Dla wszystkich temat nie istniał… Było nie ma… a ja przez ten krótki okres pokochałam to dziecko i myśl, że będę mamą. Mój zawsze silny instynkt macierzyński poszybował w kosmos… a potem wszystko znikło.

    Wydawało mi się, że jest ok. Samoistne poronienie… wielu kobietom to się przydarza… trudno. Jednak moje życie z dnia na dzień stawało się trudniejsze, z tygodnia na tydzień ciężej mi było cieszyć się czymkolwiek. Dużo pracowałam (na dwa etaty), angażowałam się harcersko… sama nie wiedziałam dlaczego jest coraz trudniej.

    Trwało to dwa lata. Codziennie zmuszałam się aby wstać do pracy. Wracając do domu, często po kilkunastu godzinach byłam jak w letargu. Przyjaciele widzieli, że zamykam się… unikam ich. Jedynie mój przyjaciel potrafił do mnie trafić… ale z racji młodego wieku nie mógł udźwignąć mego ciężaru. Jednak dzięki jego wsparciu trafiłam na terapię.

    Myślałam, że problemem jest zmęczenie i przepracowanie, samotność i brak partnera… okazało się, że u podstaw mojej depresji leżało poronienie, brak wsparcia i to, że tak naprawdę nie przeżyłam żałoby. Terapia trwała około 8 miesięcy i bardzo mi pomogła. To, że kilka lat później byłam gotowa na związek z moim mężem i bycie mamą Marianki zawdzięczam właśnie terapii.

    Piszę o tym, ponieważ wiem że wiele kobiet jest po stracie. Pisaliście do mnie o tym kiedy odeszły dziewczynki. Wiem, że w naszym społeczeństwie nie mówi się o takim stratach. Przez pierwsze 3 miesiące to nawet rodzinie się nie wspomina na wszelki wypadek. Ale na jaki wszelki wypadek? Jeśli coś się stanie to nie można ukrywać swego żalu i bólu… a już na pewno nie „kisić” tego wszystkiego w sobie. Bo może skończyć się tak jak u mnie.

    Dziś jestem mądrzejsza o te doświadczenia… i choć widzę podobieństwo w niektórych moich zachowaniach nie wstydzę się mówić głośno o mojej stracie… i mówię też, że rozważam po raz kolejny terapię. Bo to jest odwaga powiedzieć „potrzebuje pomocy”. Nie wstydźcie się mówić o stracie i bólu… dzięki temu wesprzemy inne kobiety po stracie. Bardzo się cieszę, że @fundacjaernesta prowadzona przez Nikole i Kubę zajmie się wsparciem kobiet po stracie i cudowna Kasia @matka_prawnik będzie ich wspierać. Gdyby 14 lat temu była taka organizacja być może byłoby mi łatwiej… Dlatego kochane odwagi w mówieniu i proszeniu o pomoc.

  • Najdzielniejsze matki świata

    Część z nich nigdy nie usłyszy słowa „mama” od swego dziecka… nie zobaczą jak dziecko biega, poznaje świat, cieszy się życiem. Inne codziennie zmagają się z odmiennym postrzeganiem świata przez swoje dziecko. Większość spotyka się ze współczuciem, ale równie często z niezrozumieniem. Mamy dzieci ciężko chorych, upośledzonych, obciążonych nieuleczalnymi schorzeniami… Najdzielniejsze Matki Świata.

    Współpracuję z rodzicami prawie 20 lat, prze ponad połowę tego czasu doradzam im… ale tak naprawdę dopiero kiedy urodziła się Marianka i na własnej skórze dowiedziałam się czym jest walka o życie dziecka zrozumiałam najwięcej. My wygraliśmy walkę i zmierzamy malutkimi kroczkami ku pełnej sprawności. Ale przez te ostatnie dwa lata, przebywając w środowisku dzieci niepełnosprawnych i ich rodziców widzę czym jest rodzicielstwo w najgłębszym tego słowa znaczeniu.

    Kiedy kobieta jest w ciąży, wyobraża sobie jak to będzie, marzy o tych wspaniałych chwilach macierzyństwa… a czasami myśli czy podoła nocnym wstawaniom, pieluchom, itp. Nie jest łatwo, ale dzieci wyrastają z tego. Są jednak wśród nas mamy, które z tym etapem nie pożegnają się nigdy. Te kobiety też miały marzenia, pracę zawodową, plany, hobby. Kiedy okazało się, że ich dziecko jest bardzo chore straciły to wszystko.

    Większość z nich bez zastanowienia zostawiło swoje dotychczasowe życie i poświęciło się macierzyństwu. Bo to jest ogromne poświęcenie, codzienna walka, o której często wiadomo, że się jej nie wygra. Opieka nad dzieckiem 24 godzinę na dobę i poczucie winy, że chce się od tego czasami odpocząć. Często godziny i całe dnie spędzone w czterech ścianach z dzieckiem, bo tata musi pracować. Brak kontaktu ze znajomymi – bo nie wiedzieli jak pomóc, jak rozmawiać, bo choroba przeraża. Pieluchy i karmienie nie tylko kilku ale też kilkunastolatka… Żebranie o pomoc… bo inaczej nie można tego nazwać. Myślicie, że tak łatwo prosić o 1%, chodzić po urzędach i starać się o rehabilitacje, turnusy i pieluchy? Zapewniam Was, że tak nie jest. Uwierzcie mi, te matki wolały by chodzić do pracy na 10 godzin i zarobić na utrzymanie siebie i dziecka… gdyby tylko ono było zdrowe.

    Prowadząc Fundację Mali Wojownicy nie raz słyszałam od mam (bo w większości to one zajmują się dziećmi, choć nie zawsze), że oddały by całą pomoc którą otrzymują, wszystko aby tylko ich dziecko było zdrowe i miało szansę na samodzielne życie. Ja jeszcze do niedawna nie wiedziałam czy Marianka poradzi sobie kiedy w życiu beze mnie. Nie mogłam przez to spać… dziś wiem, że da radę, bo intelektualnie rozwija się w miarę prawidłowo, a rozwój ruchowy, pomimo opóźnień, też jest na dobrej drodze. Ale ile jest matek, które wiedzą, że po ich śmierci ich dziecko będzie skazane na… no właśnie nie wiadomo na co.

    Czy zdawaliście sobie sprawę, że te kobiety nawet kiedy raz na kilka miesięcy (a często rzadziej) mają możliwość wyjścia na kawę bez dziecka mają poczucie winy… i czują się osądzane (a właściwie są osądzane). Bo skoro zbiera 1% dla dziecka to dlaczego pije tę przeklętą kawę, kupuje sobie kosmetyk lub maluje włosy? Dlaczego mając chore dziecko ma prawo się uśmiechać, cieszyć czy marzyć o tygodniowym pobycie nad morzem lub na Mazurach. Bo my mamy do tego prawo, a One nie… A przecież i tak tego nie sfinansują z darowizn czy 1%, bo te fundusze są drobiazgowo rozliczane (wiem to od strony Fundacji). Bo tak łatwo jest oceniać. Przecież jeśli rodzina z niepełnosprawnym dzieckiem zmieni samochód to na pewno z tych pieniędzy „od nas”… co oczywiście nie jest prawdą.

    A te spaniałe kobiety pomimo wszystko nadal walczą… choć wiedzą, ze walkę przegrają. I cieszą się z najmniejszych sukcesów, uśmiechu, przytulaska czy przespanej nocy… pierwszej od kilku miesięcy. To mamy dzieci upośledzonych, uwięzionych w swoim ciele, dzieci ze spektrum autyzmu, zaburzeniami… To najdzielniejsze mamy świata… z których większość nie dostanie dziś laurek… ale które doceniają swoje macierzyństwo najbardziej.

    Kochane, nie ważne czy Wasze dziecko ma kilka miesięcy, kilka lub kilkanaście lat… lub trzydzieści… może to niewiele, ale podziwiam Was niesamowicie i w imieniu wszystkich dzieci, które nie są w stanie tego powiedzieć, ale okazują Wam to po swojemu, mówię Wam „dziękuję”

  • Chcę być jak na profilowym… czyli syndrom mamy w dresach

    Nie wiem czy pani mnie poznaje, ale rozmawiałyśmy na FB kilka razy. Nazywam się XY. Ja poznałam panią po Mariance :)”. Takie słowa ostatnio usłyszałam od przemiłej blondynki na sali rehabilitacyjnej. Czy ją poznałam? Dopiero po dłuższej chwili. Zresztą nie był to pierwszy raz kiedy nie rozpoznałam mamy, którą znam z mediów społecznościowych. W mojej głowie to wspaniale wystylizowane, uczesane, umalowana i radosne kobiety. A przede mną stoją często zmęczone mamy ze związanymi włosami, w wygodnym ubraniu, które czasami nosi plamy ulania. Zresztą ja wyglądam tak samo. Kto jest prawdziwy? Ta kobieta na „profilowym” czy mama z maluchem pod pachą?

    Oczywiście to jedna i ta sama osoba. Jednak nasze zdjęcia profilowe często przedstawiają nas w najlepszym momencie naszego życia. Kiedy czułyśmy się najpiękniejsze, atrakcyjne i szczęśliwe. Te zdjęcie wybieramy spośród setek innych. Te zdjęcie często przedstawia nas takimi jakim chciałybyśmy być na co dzień, albo aby nas tak postrzegano. A na co dzień jakie jesteśmy? Zabiegane, zaaferowane dziećmi, domem, pracą ale równie szczęśliwe – tylko może w inny sposób. Jeśli możemy wybieramy wygodne ubrania – zwłaszcza przy małych dzieciach. Często nasza fryzura zamiast zachwycać jest po prostu wygodna (w moim przypadku, taka aby stracić jak najmniej wyrywanych włosów). Nie zawsze mamy czas i chęci zadbać o swój wygląd. Tak jest wygodniej. I zapewniam Was, że pisząc te słowa mam na sobie najwygodniejsze z wygodnych ubrań. Wolałabym abyście mnie jednak taką nie oglądali.

    Czy zatem wstawianie „ładnych” profilowych to nie jakieś oszustwo? Nie. Bo przecież jesteśmy na nich my. A to, że na co dzień tak nie wyglądamy. Może nie wyglądamy teraz. Ale wyglądałyśmy, ale będziemy znów tak wyglądać. Na pewno?

    Bardzo łatwo jest się „zasiedzieć” w wygodnych dresach. Bardzo łatwo jest zrezygnować z butów na wysokich obcasach, wymyślnej fryzury, makijażu… Bardzo łatwo jest zrezygnować lub zgubić siebie. Nie oszukujmy się dres nie jest ulubionym ubraniem większości kobiet. A my mamy nie jesteśmy pod tym względem inne. Tylko w tej chwili jest dla nas wygodniejszy i nie tak szkoda go zniszczyć (ulania, brudne łapki, jedzenie, ślina, wymioty, i wiele innych). Ale bardzo wiele z nas marzy aby znów założyć coś eleganckiego, seksownego i nie „mamowego”. W czym więc problem? W nas. Często szukamy wymówek. Bo nie wyglądam jak przed ciążą (coś o tym wiem), nie mam ciuchów fajnych w tym rozmiarze (a nie kupię, bo przecież wrócę do formy), nie mam czasu, gdzie ja tak wystrojona pójdę… To wszystko są wymówki.

    Ja podziwiam mamy, które na spacer z dzieckiem w wózku zakładają szpilki, najlepsze ubranie, robią fryzurę i pełen makijaż. Nie szydzę… Nie wiem kiedy znajdują na to czas, ale rozumiem je. To normalne, że chcemy czuć się nadal kobieco. To normalne, że nie chcemy być „tylko” mamą. I wystarczy niewiele, żeby tak się poczuć. Zamiast rozciągniętych szaro – burych dresów kupić równie wygodne kolorowe lub może lepiej skrojone. Przed wyjściem robić choć minimalny makijaż (jeśli wcześniej to robiłyśmy). Kupić ubranie, które pasuje do naszej obecnej sylwetki, nawet jeżeli zamierzamy wrócić do formy. Trochę to potrwa, później możemy je odsprzedać. Szukajmy, stwarzajmy takie sytuacje, w których będziemy mogły znów wyglądać atrakcyjnie i kobieco. Aranżujmy spotkania czy wyjścia. Organizujmy raz w miesiącu randkę z mężem/ partnerem gdzie „zrobimy się” na bóstwo.

    Nie siedźmy i nie rozpaczajmy jakie to byłyśmy piękne i młode. Bo nadal takie jesteśmy. Nie patrzmy na nasze zdjęcia profilowe jak na minione czasy lub małe oszustwo. Bądźmy tymi kobietami w wersji codziennej, dostosowanej do naszego życia. A raz na jakiś czas bądźmy gwiazdami. I wtedy zróbmy sobie kolejne cudowne zdjęcie profilowe. Bo kobieta zmienną jest, ma w sobie wiele zagadek i wiele odsłon. Nie zostańmy mamą w dresie na całe życie. Również mentalnie. A przynajmniej ja nie zamierzam 🙂

  • Jestem złą matką…

    Mama, ma, mama, mam, ma, ma, mama… Do tego łzy jak groch, siąpiący nos, drżące ręce, buzia w podkówkę… Ostatnich kilka tygodni tak wyglądają nie tylko rehabilitacje, ale też chwile w domu kiedy muszę wyjść z pomieszczenia. Niby wiem, że to jest etap rozwoju mojej słodkiej Marianki, ale gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się myśl „popełniłam gdzieś błąd, jestem złą mamą…” I jak z taką myślą cieszyć się się z bycia rodzicem? Jak samej nie usiąść i nie zacząć płakać?

    Myślę, że nie jestem jedyną mamą na świecie, której takie myśli pojawiają się w głowie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że każdej z nas choć raz w życiu coś takiego przeszło przez głowę. I nic w tym dziwnego, przecież kochamy nasze dzieci najbardziej na świecie, chcemy aby były szczęśliwe. Kiedy więc pojawia się jakiś problem, którego racjonalnie niby nie możemy rozwiązać, szukamy winy w sobie. Nie powiem, że nigdy nie popełniam błędów. Jestem tylko człowiekiem. Ale i ja i Wy nie jesteśmy winni wszystkim problemom, które mają nasze dzieci. A jeśli nawet czasem zrobimy coś źle, to zawsze można naprawić błąd. Trzeba tylko mieć do siebie dystans i dużą samoświadomość.

    Ale jak tu mieć do siebie dystans kiedy dziecko płacze i ty masz ochotę na to samo? Nie jest to łatwe. Trzeba się na chwilę zatrzymać. Odetchnąć głęboko kilka razy, może wyjść na świeże powietrze… Ale najważniejsze to spojrzeć na siebie w lustrze i powiedzieć „Kocham swoje dziecko najbardziej na świecie. Chce dla niego jak najlepiej i nawet jak coś nie poszło po mojej myśli damy radę. Bo jak nie my to kto!”. A następnie… wziąć się w garść i poszukać rozwiązania problemu. Bo nie ma sytuacji bez wyjścia. Jeśli nie potrafimy poradzić sobie sami to poszukajmy wsparcia. A czasami powiedzmy sobie, trzeba to przeczekać i dać szansę naszemu dziecku dojrzeć.

    Czy mam ochotę czasami płakać razem z Manią? Mam. Czy chcę na rehabilitacji wziąć ją na ręce i utulić? Oczywiście, że tak. A czy to robię? Nie. Bo choć serce mnie boli, a myśl o byciu złą mamą jest z tyłu głowy, staram się myśleć o tym co dla Marianki jest najlepsze. I iść za tą myślą, a Manię kochać jak najbardziej potrafię.

  • Lubię być mamą 🙂

    Są takie dni kiedy trzeba sobie przypomnieć dlaczego tak bardzo lubi się być rodzicem. A przynajmniej ja lubię być mamą 🙂 I choć bywa ciężko ogarnąć wszystkie obowiązki, a jednocześnie odstawić na chwilę na boczny tor swoje dotychczasowe życie, to są takie momenty w życiu rodzica kiedy wszystko zostaje wynagrodzone. Nie ważne ile pieluszek zmieniłeś, ile razy się przebierałaś dziennie bo dziecku się ulało czy ile spotkań ze znajomymi Cię ominęło. To są chwilę dla, których warto żyć. Miewasz takie?

    Marianka ma teraz okres „bez mamy ani rusz”. Z jednej strony jest to piękne, że jest do mnie tak przywiązana, a z drugiej lekko uciążliwe. To teraz trochę taki rzep, który płacze jak go odczepisz. I ja Manię odczepiam co jakiś czas i zostawiam z tatą aby mogli pobyć trochę razem, ja żebym mogła odetchnąć, ale przede wszystkim aby Marianka nauczyła się, że ja zawsze wrócę. No i te powroty są najpiękniejsze. Kiedy widzę rozpromienioną na mój widok córeczkę, kiedy czuję biorąc Ją na ręce jak cała podskakuje ze szczęścia… tego nie da się opisać.

    Są czasami chwile trudne nie związane z rodzicielstwem. Jakieś zmartwienie, smutek. Moja córeczka zagląda mi wtedy w oczy i potrafi się tak przytulić, że od razu jest lepiej. Dziecko to taki termoforek, który ogrzewa ciało, ale przede wszystkim też duszę.

    Marianka o każdą umiejętność motoryczną musi walczyć. Wszystko to co już umie w sferze ruchowej zawdzięcza ciężkiej pracy i pomocy rehabilitantów. I kiedy po wielu próbach w końcu uda Jej się samodzielnie coś wykonać… ja za każdym razem płacze ze szczęścia. I niezależnie czy jest to samodzielne wstanie w łóżeczku czy zrobienie „pa pa”. A moja reakcja sprawia, że Mania chce robić to jeszcze raz i jeszcze i jeszcze… Czuje, widzi i słyszy, że ją kocham, wspieram. Każdy taki moment to miód na moje serce. Zbliża Mariankę do samodzielności, o którą tak na początku Jej życia się baliśmy.

    Mówi się, że pierwsze „mama” to radość, a jak „mama” słyszysz kilkanaście razy na minutę to już zdenerwowanie. Może i tak bywa. Kiedy ja słyszę cały czas „mama, mamo, ma…” to wiem, że jestem Jej potrzebna. Czuję, że jest ktoś kogo kocham miłością bezwarunkową i kto tę miłość odwzajemnia. I choć „mama” słyszane za drzwi łazienki już tak nie rozczula to nadal cieszy.

    Jest jeszcze jeden moment, który sprawia, że uwielbiam być mamą. Kiedy kładziemy się z Marianką na drzemkę, Ona patrzy mi w oczy… ja mówię Jej „kocham Cię”… a Marianka spod smoczka uśmiecha się najszerzej jak potrafi, a Jej oczy błyszczą. Tego nie trzeba komentować.

    Jest jeszcze wiele chwil, które uwielbiam. A jeszcze więcej przede mną. Zawsze o nich myślę, kiedy jest trochę ciężej… Bo ja naprawdę lubię być MAMĄ Marianki <3

  • Kiedy radość gdzieś uciekła

    Wiele z nas marzy o macierzyństwie odkąd pamięta. Widzimy te piękne mamy i cudowne dzieci, które spacerują ze wspaniałymi wózkami. Oglądamy je w telewizji, internecie, gazetach, na ulicach. Chcemy być takie jak one. Widzimy te cudowne zdjęcia pięknie ubranych bobasów, które stroją urocze minki. I już nie możemy się doczekać tulenia i całowania takiego cudeńka. A potem zostajemy mamami…

    I nagle okazuje się, że o makijażu już dawno nie pamiętamy, dresy są najwygodniejsze do „podłogowego” stylu życia… wózek, który tak pięknie wyglądał w sklepie jest za ciężki abyśmy same zniosły go z trzeciego piętra (daj Boże)… piękne ubranka, które z taką pieczołowitością wybierałyśmy w trakcie ciąży po pierwszym założeniu mają już plamy, które raczej się nie odpiorą… a zrobienie uroczego zdjęcia maluchowi graniczy z cudem. A wszystko o czym marzymy to zagrzebać się pod kocem i nie wychodzić przez miesiąc, albo wręcz przeciwnie… wyjść i nie oglądać się za siebie. A w głowie pojawia się myśl… co jest ze mną nie tak, przecież to miało wyglądać zupełnie inaczej. Miało być tak uroczo i idealnie, miało być tak pięknie i wspaniale… a jest ciężko, strasznie i często nudno. Brakuje nam kontaktów z dorosłymi (zwłaszcza jeśli do tej pory byłyśmy aktywne) i wysiłku intelektualnego (bo rozmowy o kupie do takich raczej nie należą). Kiedy zaczynamy o tym wszystkim myśleć, często pojawia się kolejna myśl „dlaczego narzekam, przecież tego chciałam, powinnam się cieszyć… chyba jestem złą mama”. I cała radość, która jeszcze do tej pory w nas była, gdzieś ucieka. Przestaje cieszyć nas cokolwiek, a nawet czasem przestaje nas cieszyć kontakt z własnym dzieckiem – co oczywiście powoduje dalsze wyrzuty samej sobie.

    Jak przerwać to zaklęte koło smutku i wyrzutów sumienia? Jak zmienić sytuację, w której utknęłyśmy? Powiem od razu, nie jest to łatwe, ale możliwe i zależy tylko od nas. Przede wszystkim musimy przestać myśleć w kategoriach „muszę – powinnam”. Pozostawmy za sobą wszystko co było nie tak, zwłaszcza ten wyidealizowany obraz mamy umalowanej, uczesanej, w najnowszej kolekcji ubrań, w wysprzątanym do niemożliwości domu, z czystym i uśmiechniętym dzidziusiem. A i oczywiście obowiązkowo gotującej obiad w szpilkach. To nie jest nasze życie, to nie jesteśmy my. Ustalmy co jest dla nas priorytetem w tej chwili, np. czerpanie radości z przebywania z dzieckiem, kontakt z dorosłymi, chwila dla siebie, bycie z partnerem, coś do zjedzenia (np. obiad) czy czysty dom. To już od nas zależy. Zawsze coś będzie ważniejsze, a coś może zostać na końcu. Z pewnością nie mogą zostać na końcu trzy rzeczy (w dowolnej kolejności) – relacje: z naszym dzieckiem, z samym sobą i z partnerem. Kiedy będziemy wiedziały co jest najważniejsze właśnie o to zadajmy. Powiedzmy naszemu partnerowi, rodzinie czy przyjaciółkom jak się czujemy i jakiego wsparcia potrzebujemy – np. opieki nad dzieckiem raz/ dwa razy w tygodniu aby wyjść na basen, aerobik, jogę, spacer czy na kawę. Zawalczmy o siebie i swoje samopoczucie, bo jeśli my będziemy smutne to i nasze dziecko i partner na tym ucierpią. Wchodząc na spacer nie musimy się ubierać w stój na bal, ale jakiś lekki makijaż z pewnością poprawi nam humor. Jeżeli dresy i podkoszulek są w tej chwili najwygodniejsze to niech będą kolorowe lub z jakimś fajnym nadrukiem. Sprawmy aby nasz świat stał się weselszy, a i my się rozweselimy.

    To normalne, że kiedy zostajemy mamami po raz pierwszy nasze oczekiwania mogą się znacznie różnić od rzeczywistości. To nie znaczy, że jesteśmy złymi mamami lub że musimy się pogodzić z tym, że jest beznadziejnie. Poszukajmy wsparcia i pomocy, zawalczymy o siebie i swój nastrój. Bo przecież macierzyństwo to bardzo trudny ale cudowny okres. I jeśli zgubimy w tym czasie radość, możemy nie dostrzec pierwszego uśmiechu naszego dziecka, cudownych oczu wpatrzonych w nas bez końca… łatwo wtedy przegapić jak nasze dziecko się zmienia codziennie i jak uczy się nowych rzeczy… możemy przegapić piękny okres w jego życiu, okres który już się nie powtórzy. Szukajmy więc zgubionej radości, jeśli nie same to z pomocą innych. Bo to nasze życie, a nie pani z telewizji czy zdjęć w internecie.

  • Śpiew leczący duszę

    Od zawsze lubiłam śpiewać, ale niestety nie wszyscy lubili tego słuchać. Przynajmniej tak utrzymywała moja siostra i niektórzy znajomi. No dobrze, przyznaję się raczej kariery wokalnej bym nie zrobiła. Trochę lepiej zaczęłam myśleć o moim głosie po zajęciach na studiach z emisji głosem. Nauczyłam się nad nim panować, utrwaliłam czytanie z nut i ogólnie dostałam na zaliczenie 4+. Nawet poprosiłam panią magister o zaświadczenie, że mogę śpiewać w domu 🙂 Choć tak naprawdę nigdy nie krępowałam się śpiewać zwłaszcza z gitara przy ognisku, wtedy wystarczą chęci i emocje.

    Zawsze marzyłam o tym aby śpiewać moim dzieciom kołysanki. Ja do dziś pamiętam jak mama niezależnie od pory roku musiała mi śpiewać jako kołysankę kolędę „Nie było miejsca dla Ciebie”. Dzięki niej czułam się wyjątkowo i jakoś tak cieplej było mi na sercu. I chciałam tego dla moich dzieci. Wierzyłam, że tak jak dla mnie głos mamy był najpiękniejszy tak i one będą się wsłuchiwały w mój głos. Wiedziałam, że 4+ nie pójdzie na marne.

    Kiedy Marianka była w inkubatorze powiedziano mi, że mój głos będzie dla Niej ważny, bo go już zna. Tak więc nie patrzyłam czy ktoś słucha czy nie… śpiewałam Mani wszystko co przyszło mi na głowy. Kolędy, piosenki harcerskie, turystyczne, stary rock… wszystko. I kiedy tak siedziałam przy inkubatorze lub kangurowałam Mania się wyciszała, saturacja stabilizowała. Mój głos Jej pomagał czuła, że z Nią jestem. Nawet dziś kiedy jest zdenerwowana lub zestresowana jest kilka piosenek, które Ją uspakajają. Śpiewam Jej wtedy i wiem, że to Mani pomaga.

    Tak właśnie działa głos mamy. Dla dziecka jest jak balsam na duszę. Uspakaja, wycisza, pozwala poczuć się bezpiecznie. Wiele mam obawia się śpiewać swoim dzieciom, bo nie ma „dobrego głosu”. Dla naszych dzieci nasz głos jest najlepszym czym może być i najpiękniejszym zarazem. Znają go od okresu prenatalnego. To nasz głos pozwala im po porodzie odnaleźć się w świecie, który jest jest wielki i nieprzyjemny. Dlatego zamiast krępować się śpiewajmy naszym dzieciom, pomóżmy im, dajmy poczucie bezpieczeństwa, podtrzymajmy więź, która powstała jeszcze jak były w brzuchu. Nasz śpiew „utkwi” im w głowie, w pamięci, a przede wszystkim w sercu. Pomoże wtedy kiedy będzie źle i smutno. Nie odbierajmy im tego wspaniałego lekarstwa duszy 🙂

  • Jeśli ja dałam radę to i ty dasz

    Wielu ludzi dziwiło się dlaczego po urodzeniu Marianki zaczęłam wszystko co przeżywałam opisywać na blogu. Niektórzy widzieli w tym tanią sensację. Ale wielu mnie zrozumiało i dostrzegło COŚ więcej.

    Tak naprawdę to nie myślałam dużo o tym po prostu zaczęłam pisać. W głowie miałam mętlik, nie wiedziałam co się dzieje z moim życiem. A kiedy w głowie jest bałagan trzeba go posprzątać. A moim sposobem na to zawsze było pisanie. Kiedyś krótkich opowiadań inspirowanych moim życiem i marzeniami, a później wierszy (oczywiście o niespełnionej miłości). Aż w końcu odkryłam formułę bloga. Gdzie mogę pisać do Was bezpośrednio.

    Kiedy tak porządkowałam swój bałagan okazało się, że w każdym momencie szukam pozytywów w tym wszystkim co nas spotkało. Nie zdawałam sobie z tego sprawy pisząc. Dopiero kiedy kilka osób z rzędu powiedziało, że podziwia moją pozytywność sama też zaczęłam to dostrzegać. Poczułam, że jeśli z każdej trudnej sytuacji będę szukała dobrych stron to będzie mi łatwiej. Chciałam pokazać innym rodzicom, że nie piszę aby się użalać, ale aby po prostu powiedzieć jak jest. Zapragnęłam pokazać, że zawsze można szukać choćby małych promieni słońca w najgorszą burzę. Próbowałam pokazać, że skoro ja daję radę w dość trudnej sytuacji, to może nie ma takiej w której rodzic sobie nie poradzi. Skoro ja potrafię dostrzec ten promyk słońca to i Ty możesz. Czy mi to wyszło? Nie wiem. To musicie ocenić sami.

    Ktoś może powiedzieć, że mędrkuje, ale ja po prostu piszę co czuję, co wiem i jak postępuję. Wierzę, że rodzicielstwo daje siłę, zmienia świat i spojrzenie na niego. Pozwala znieść więcej niż można sobie wyobrazić i kiedykolwiek o tym pomyśleć. Pozwala znaleźć w sobie niezmierzone pokłady miłości i wiary.

    Jeśli ja dała sobie radę z przedwczesnym porodem i walką o życie mojej córeczki. Jeśli znalazłam w sobie siłę przez ponad 4 miesiące codziennie chodzić do szpitala, a właściwie wychodzić z niego bez Marianki. Jeśli tylko raz załamałam się i na głos powiedziałam, że się boję, że Mania nie przeżyje. Jeśli moje małżeństwo wzmocniło się przez tą traumę. Jeśli moja wieź z Marianką jest bardzo silna pomimo codziennej rozłąki… to czy Ty nie poradzisz sobie z problemami codziennymi rodzica? Czy nie zechcesz spróbować zawalczyć i dać sobie szansę na pozytywne myślenie?

    Wiem, że czasami jest bardzo ciężko. Wtedy zapraszam… przeczytaj jeden z moich tekstów, z czasów kiedy walczyliśmy o Mariankę. I czerp siłę i myśl pozytywnie. Bo zawsze warto walczyć i szukać promyków słońca nawet podczas burzy.

  • Matka wariatka, czyli każdy ma jakiegoś bzika

    Chyba w życiu nie spotkałam żadnej mamy, która nie miałaby fioła na jakim aspekcie wychowania czy opieki nad swoim dzieckiem. A miałam do czynienia z dużą ilością rodzicielek. I nawet jeśli mama jest najbardziej wyluzowana na świecie z pewnością ma jakiegoś bzika. W sumie to dobrze, bo gdybyśmy wszystkie były idealne to co to byłby za świat 😉

    A tak na serio to rzeczywiście jest tak, że każdy z rodziców zwraca szczególną uwagę na jakiś szczegół dotyczący wychowania dziecka. Niezależnie czy to jest mama czy tata. Dobrze jest jak się ze sobą zgadzają, albo przynajmniej akceptują swoje „bziki”. Ważne też aby samemu sobie uświadomić co jest takim aspektem mego rodzicielstwa. Jaka sprawa kontrolowana jest niegroźna, a kiedy wymknie się nam to może być niebezpieczna dla dziecka lub naszych relacji z nim.

    Teraz pewnie część z Was myśli sobie, że „to mnie nie dotyczy, ja tak nie mam”. Ale jest to raczej mało prawdopodobne. Jakie mogą być „bziki”? Najróżniejsze. Od ilości czy jakości jedzenia, przez ciepłe bądź lekkie ubieranie, zajęcia dodatkowe, naukę języków, karmienie piersią, wdrażanie do samodzielności, wyznaczanie granic lub nie, swobodę myśli i poglądów, edukację, zdobycie dobrego zawodu… mogłabym wymieniać i wymieniać. Jeszcze raz stanowczo powiem, że jeśli jest coś dla nas ważne to bardzo dobrze, ale nie pozwólmy zapanować temu nad naszym życiem i relacjami z dzieckiem. Przykład? Bardzo proszę.

    Marianka jako wcześniak ważyła zawsze mało (zaczynała od 780 g, a nawet 680 g). W szpitalu każde 50 czy 100 g witaliśmy z uśmiechem. Pierwszy kilogram to było święto. Raz przybierała lepiej, raz gorzej. Kiedy wychodziła ze szpitala była mała w porównaniu z dziećmi w podobnym stanie – 3,4 kg. Ale w domu zaczęła szybko nadrabiać. Nie wiem kiedy wskoczyła na 6 kg, później zaczęła trochę zwalniać. Zawsze lubiła jeść. Wiadomo jak wprowadzaliśmy stałe pokarmy raz zjadła więcej, raz mniej ale jakoś szło. Była dumna. Wyprzedziła, nie nawet zostawiła daleko w tyle swoje rówieśniczki ze szpitala. I przyszedł listopad… przybierała coraz wolniej (co oczywiście jest normalne), ale przede wszystkim zbuntowała się na jedzenie. Tak naprawdę byłam w stanie nakarmić ją normalnie tylko późnym wieczorem przez butelkę. W dzień ani butelka, ani kasza, ani owoce, o zupie czy obiadku już nie wspomnę. A kilka dni wcześniej zaczęła zjadać już całe porcje. A tu strajk. Dwa tygodnie… każde karmienie to koszmar i próba podania choćby połowy porcji, szukanie pomysłów i sposobów. Wiedziałam, że pierwszy raz po wyjściu ze szpitala waga zaczęła spadać. Wiedziałam to, choć nie ważyłam Marianki. Pomału zaczęła wracać do jedzenia kaszy, owoców. Ale zupa to nadal była trauma. I dla Niej i dla mnie. Zdążało się, że po godzinie karmienie gdzie zjadała mniej niż połowę siadałam i płakałam. Myślicie sobie, trzeba było odpuścić, niech się przegłodzi to by zjadła. Też bym to radziła rodzicom. Ale tu uruchomił się mój „bzik” – spadek wagi. Dziś Mania od jakiegoś tygodnia znowu je wszystko. Jak to się stało? Proste. Ja. To ja stanowiłam problem. Ja i mój „bzik”. Marianka miała po prosu na początku jakiegoś focha, każde dziecko ma. Ale ja tego nie zauważyłam. Może dawałam Jej za dużo na łyżeczce, może za szybko? W każdym razie coś było nie tak i mała się zacięła. Musiała zatrzymać się i powiedzieć stop. Nie stresuj się. Niech zjada tę połowę zupy, nadrobi kaszą. Kiedy ja trochę odpuściłam, wyluzowałam, Marianka wyszła mi naprzeciw i zaczęła pięknie otwierać buzię i zjadać. Czasami jeszcze się buntuje przez chwilę, ale wtedy ja odczekuje i jemy dalej. Nadal w głowie mam jeszcze tego maluszka, który urodził się ważąc mniej niż torebka cukru. I pewnie długo tak mi zostanie. Ale teraz wiem, że muszę wyluzować i czasami zadowalać się pewnym minimum. Ważne żeby rosła i była zdrowa, a waga to rzecz wtórna.

    No właśnie, czasami problem, który mają nasze dzieci tak naprawdę jest naszym problemem. Uświadomionym lub nie. To nasze „bziki” sprawiają, że relacje stają się napięte. Ja nie chcę wspominać tych poprzednich trzech tygodni. Było okropnie, nie lubiłyśmy z Manią tych momentów, źle się czułyśmy w swoim towarzystwie. Na szczęście jest mała, trwało to stosunkowo krótko i nie będzie tego pamiętać.

    Zastanówmy się czasem w trudnych sytuacjach nad sobą. Czy naprawdę dziecko musi założyć na siebie tę dodatkową warstwę? My siedzimy na ławce, on biega i odczuwa temperaturę inaczej. Czy musi ćwiczyć tyle na instrumencie? Może wcale tego nie chce. Czy do tej bluzki muszą być założone te spodenki, bo innych kolor jest zły? To nie są ważne rzeczy, a wpływają na nasze relacje.

    Czasem te nasze „bziki” wynikają ze strachu, kiedy indziej z doświadczeń życiowych – zwłaszcza z dzieciństwa. Zmierzmy się z nimi, bo są nasze. A nasze dzieci i relacje z nimi, niech będą od nich wolne. Zostawmy sobie „bziki” w formie malutkiej i nieszkodliwej. Bo jeśli są malutkie, to świat jest bardziej kolorowy, bo my jesteśmy różni.