Tag: mama

  • Mamy nie biora zwolnienia

    Ten slogan pojawił się jakiś czas temu w jednej z reklam telewizyjnych, ale doskonale oddaje charakter macierzyństwa. Zresztą sama niedawno się przekonałam o tym na własnej skórze. Bo choć odkąd Marianka się urodziła już kilka razy byłam przeziębiona, to udało mi się i dałam jakoś radę funkcjonować normalnie. Ale tym razem było inaczej.

    Po pierwsze przeziębiłam się podczas naszego czterodniowego wyjazdu do teściów, więc nałożyło się jeszcze na to zmęczenie. A przede wszystkim w tym samym czasie Marianka po raz pierwszy gorączkowała, na szczęście okazało się, że to był wstęp do ząbkowania. I czy w tym wszystkim jest miejsce na moją gorączkę, ból głowy i mięśni? No chyba nie… Nie powiem córeczce, że Jej nie przytulę, bo się źle czuję. Przecież 10 miesięczne dziecko tego nie zrozumie. Zresztą sama się denerwowałam Jej gorączką i chciałam być jak najbliżej aby pomóc, po prostu być. Zresztą większość mam, też pewnie czuło lub poczuje coś podobnego. Wtedy odkładamy nasze samopoczucie na dalszy plan i skupiamy się na dziecku. Zresztą robimy tak nie tylko wtedy kiedy i ono źle się czuje. Tak naprawdę są chyba dwa najważniejsze aspekt w sytuacji chorej mamy (oczywiście mówimy tu o chorobach czasowych). Pierwszy to to, że zapominamy o siebie zadbać. Drugi, że nie chcemy lub nie dostajemy wsparcia od innych osób, w tym od taty dziecka.

    Jeśli chodzi o pierwszy z „grzechów” chorobowych mam, to muszę przyznać, że ja również mam z tym problem. Choć pracuję nad tym. Nie dbamy o swoje zdrowie, nie badamy się, zawsze coś innego jest ważniejsze. Zawsze zdrowie dzieci jest przed naszym. Tylko czy zdajemy sobie sprawę, że to gra na krótką metę? Lekarz zapytała kiedyś moją koleżankę, która miała wątpliwości czy się diagnozować i leczyć, czy chce wychowywać swoje dzieci? Bo jeśli Jej coś się poważnego stanie to kto się zajmie dziećmi. No właśnie jeśli poważnie się rozchorujemy, bo nie doleczyłyśmy np. przeziębienia to na jakie życie skazujemy nasze dzieci? Mnie ta myśl zawsze skłania do działania.

    Kolejna sprawa to wsparcie. My tytanki, zawsze damy radę. Jak nie my to kto? Zawsze, wszędzie, wszystko. Oczywiście są sytuacje kiedy kobiety nie mają wsparcia, bo po prostu są z dziećmi same… Ale czasami jest tak, że blisko są osoby, które mogłyby pomóc, ale my im nie dajemy. Bo mąż się nie zna, mama się rządzi, a przyjaciółkom nie warto zawracać głowy. A te osoby chętnie by pomogły. Bo to nie prawda, że we wszystkim jesteś niezastąpione. Bolesne, ale prawdziwe. Czasami trzeba dać sobie pomóc. Ja mam to szczęście, że mój cudowny mąż nie tylko mnie wspiera emocjonalnie, ale też fizycznie. I ten tydzień kiedy obydwie z Marianką czułyśmy się źle, wziął wolne i została z nami w domu. I choć pewnie jeszcze jakiś czas temu powiedziałabym, że dam radę sama, to już zmądrzałam i daję sobie pomóc. Bo przecież On też jest rodzicem Marianki i chcę dla Niej jak najlepiej. Jest moim mężem i chce się o mnie troszczyć… więc mu na to pozwalam 🙂

    Bądźmy mądre i mądrze dbajmy o siebie, żeby żyć dla naszych dzieci. Ja się tego uczę… Wy też spróbujcie 🙂 Bo mamy może i nie biorą zwolnień ale czasami mają prawo wagarować…

  • Mamo, nie bój się…

    Mamo, nie bój się… bo ja boję się jeszcze bardziej. Mamo, nie płacz…. bo to ja powinnam płakać, a nie mogę… Jeszcze chwilę temu było mi ciepło i bezpiecznie. Słyszałam bicie twego serca i mogłam się swobodnie poruszać…

    Teraz jest mi zimno, obco i samotnie. A Ty, nie bój się… dotknij mnie… mów do mnie… wierz, że będzie dobrze. Obiecuję, że zrobię wszystko aby być z Wami, z Tobą i z tatą. Będę walczyć, chcę żyć. Ale potrzebuję Waszej pomocy. Muszę Was słyszeć, muszę Was czuć. Jeśli będę czuła, że jesteście ze mną łatwiej będzie mi walczyć. Bo ja chcę walczyć. Chociaż jestem jeszcze mała i nie ważę więcej niż kilogram cukru, to czuję. Czuję kiedy jesteście ze mną i kiedy myślicie pozytywnie. Jeśli przychodzicie do mnie smutni i pogrążeni w beznadziejności nie będę się dobrze czuła. Nie będę chciała walczyć, bo jeśli Wy nie uwierzycie, że będzie dobrze to jak ja mogę dać rady.

    Mamo, dotknij mego malutkiego ciałka. Potrzebuje poczuć twoje ciepło. Tato, mów do mnie tak jak wtedy kiedy jeszcze byłam w brzuchu u mamy. Pomóżcie mi walczyć. Każdy Wasz dotyk daje mi siły, każde Wasze słowo sprawia, że jestem silniejsza, każda Wasza pozytywna myśl, sprawia że moje życie staje się realniejsze. Potrzebuje Was słyszeć i czuć, potrzebuje Waszej obecności. Nie chce się czuć samotna i opuszczona.

    Mamo, nie bój się… uwierz, że dam radę. Tato, bądź dzielny… uwierz, że będzie dobrze. Kocham Was i potrzebuje, bo z Wami będzie mi łatwiej. Są tu lekarze, którzy czynią cuda. Jest tu sprzęt, który może uratować mi życie. Ale bez Was ani lekarze, ani sprzęt zdadzą się na nic, bo ja muszę mieć wolę życia. A to od Was ją czerpię.

    Mamo, nie bój się… udowodnię, że jestem silna. Tato, uwierz… mam wolę walki. Tylko muszę wiedzieć, że mnie kochacie i jesteście ze mną. Nie myślcie, co będzie jutro czy za tydzień. Dziś jestem z Wami i na razie nigdzie się nie wybieram. Cieszcie się z tego, że po prostu jestem. Korzystajcie z czasu, który mamy dla siebie. Żyjmy tu i teraz. A ja będę walczyła, aby przyszłość była… Chcę być, dla Was, dla siebie.

    A jeśli się nie uda? Nie myślcie o tym. Bo ja jestem i walczę. Tak jak tylko potrafię najmocniej. Dla Was, dla siebie. Walczcie ze mną. Nie bójcie się. Po prostu mnie kochajcie. Tu i teraz.

  • Panaceum na wszystkie smutki. Czyli rodzic na dopingu

    Życie rodzica nigdy nie było, nie jest i nie będzie łatwe. Wiedziałam to na długo zanim sama zostałam mamą czy zanim zaczęłam pracę jako wychowawca. Kiedy widziała moją mamę wracającą zmęczoną z pracy, „ciągnącą” ze sobą zakupy, od razu zabierająca się za robienie obiadu, nie mówiąc już o praniu czy sprzątaniu, wiedziałam, że nie jest łatwo. Ale też patrząc na Nią wiedziałam podświadomie, że warto. Jakoś tak od zawsze wiedziałam, że bardzo chcę być mamą. Nie wyobrażałam sobie innego życia.

    Jednak los przed długi czas w tym względzie nie był dla mnie łaskawy. Zanim spotkałam mego męża i mogliśmy myśleć o dzieciach byłam już po trzydziestce. Ale odkąd byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej moje życie było pełne. Tak to chyba najwłaściwsze słowo – pełne. Czas oprócz szkoły, studiów, a później pracy wypełniało mi harcerstwo. Z czasem zbiórki, szkolenia, spotkania, wyjazdy, pełnienie funkcji na szczeblach powiatowych, wojewódzkich czy centralnych pozwoliło mi zagospodarować czas. Potem doszły też inne rzeczy: praca na uczelni, szkolenia zewnętrzne, współpraca z wieloma podmiotami, prowadzenie warsztatów i szkoleń… To był cały mój świat. Świat, który czekał na rodzinę.

    Prawdę mówiąc tylko trochę to się zmieniło kiedy poznałam mego męża. Nie wiem jakim cudem jak to się mówi „nie pogonił mnie”, tylko zrozumiał. Może dlatego, ze sam był kiedyś harcerzem? Zwalniać zaczęłam dopiero będąc w ciąży. Chciałam cieszyć się tymczasem, odpocząć. Zrezygnowałam z wielu obowiązków, wybierając tylko to co było najważniejsze. Wydawało mi się, że wszystko zmieniło się kiedy urodziła się Marianka. Jednak teraz już wiem, że to nie prawda. Po prostu przekierowałam całą swoją energię i zaangażowanie z dotychczasowego życia w walkę o Jej życie. Te cztery miesiące w szpitalu to nadal była ogromna aktywność z mojej strony.

    Teraz wiem, że wszystko się zmieniło kiedy już ułożyłyśmy sobie z Manią życie w domu. Kiedyś miałam kontakt z wieloma ludźmi codziennie. Teraz bywają dni, że jedynym dorosłym z jakim rozmawiam jest mój mąż. Kocham moją córeczkę i mówię do niej cały czas, bo wiem, że mnie rozumie. Ale po prostu brak mi grupy rówieśniczej.

    To bardzo trudne zwłaszcza dla bardzo aktywnych kobiet zmienić życie na domowe pielesze. Oczywiście wychodzimy na spacery, jeździmy na rehabilitacje i wizyty u specjalistów. Wychodzę też na aqua aerobik i do sklepu… Ale czasami po prostu brakuje mi wyzwań intelektualnych. Bo choć czasami wiele sprytu i wykorzystania wielu metody wychowawczych potrzeba aby zachęcić Mariankę do zjedzenia lub spania, to jednak to coś innego. I choć może to dziwne, bo Mania za chwilę skończy 9 miesięcy, to może przez tę pogodę, zmęczenie i jeszcze coś niezidentyfikowanego, czasami czuję się jakbym miała w tzw. baby blus. Są dni lub chwile kiedy miałabym ochotę usiąść i płakać. Czasami nawet z Marianką. Myślę, że wiele mam ma takie chwile. I wydaje mi się, że nie wynikają one nawet z bezradności tylko tak po prostu. Ostatnio właśnie miałam kilka takich dni. Nawet trudno mi się pisało, choć przeważnie to właśnie blog i jego poradzenie motywowały mnie do wysiłku intelektualnego. Do „rozmowy” z innymi dorosłymi.

    Dziś rano jednak pomyślałam, że jednak zawsze wiedziałam co jest moim lekarstwem na wszystkie smutki. Nawet przyszedł mi do łowy tekst na bloga „Kiedy kocham najbardziej”. Ale nie oszukujmy się kocham Ją zawsze bardziej niż chwilę wcześniej. W każdej sekundzie, w każdej sytuacji. Najwięcej siły dają mi jednak momenty. Takie mojej i Marianki. Ona rano budzi się pierwsza, leży w łóżeczku i bawi się pieluszką lub rączkami. Kiedy do Niej zajrzę, a Ona zobaczy moją twarz od razu się uśmiecha. Rozpływam się wtedy. Kiedy wtula się we mnie bo się zawstydziła kogoś. Kiedy je, marudzi, pluje, aż tu nagle z buzią pełną zupki uśmiecha się tym bezzębnymi usteczkami. Kiedy się czegoś przestraszy i szuka u mnie wsparcia. Lub kiedy jestem smutna lub płaczę (czasami nawet ze szczęścia) a Marianka z troską zagląda mi w oczy chcąc sprawdzić czy wszystko jest dobrze. Kiedy rano wylegujemy się jeszcze razem w łóżku, a Ona dotyka mojej twarzy… Te wszystkie momenty sprawiają, ze moje serce zaczyna bić szybciej. A smutki same gdzieś odpływają.

    Wiem, że za kilka miesięcy kiedy Marianka będzie już bardziej odporna będziemy mogły robić wiele rzeczy wspólnie. Będzie mi mogła towarzyszyć w wielu miejscach i spotkaniach. Wiem, że będzie łatwiej. Aby tylko przetrwać tę jesienną słotę i zimę… A później przyjdzie wiosna i da nam nowe możliwości. Bo z naszą miłością do siebie żaden smutek nie zostanie na dłużej.

  • Małe głupotki. O chwilach, które są tylko nasze

    Większość dnia spędzamy z Marianką tylko we dwie. Jesteśmy do tego przyzwyczajone i czasami kiedy przychodzi weekend to bardzo się cieszymy, że tata jest z nami, ale w poniedziałek znowu czerpiemy radość ze swojej obecności. To naturalne… taka więź matki z dzieckiem.

    Im Mania jest większa tym ten wspólny czas staje się coraz bardziej wartościowy. Mamy swój własny rytm, gesty, których nie trzeba tłumaczyć. To chwile, z których staram się czerpać jak najwięcej, bo wiem, że szybko przeminął. Im Marianka będzie starsza ty bardziej będzie ją interesował świat. Będzie go poznawała i zdobywała, a ja będę szła tuż obok, a z czasem o krok za Nią. Będzie coraz bardziej samodzielna, choć mam nadzieję, że zawsze będzie wiedziała, że może na mnie liczyć. Szybko przestanę być jej całym światem, później wyrocznią, ale mam nadzieję, że nigdy nie przestanę być dla nie autorytetem. Osobą, w której oczach będzie widziała miłość, wsparcie i wiarę.

    Ale zanim to wszystko się wydarzy mamy te nasze wspólne chwile. Chwile, które czasami nawet trudno ująć w słowa. To czasami jedno spojrzenie, które powoduje uśmiech na twarzy. Moment kiedy zdarza jej się przysnąć mi na ręku. Chwila gdy poznając coś nowego trzyma mnie za palec. Długie minuty kiedy leżymy sobie wspólnie po prostu się na siebie patrząc i ucząc się siebie nawzajem. Jest też taki specjalny sposób wzięcia Mani na ręce, Kiedy mogę jednocześnie mocno Ja tulić i patrzeć w Jej piękne oczy. Marianka od razu się wtedy uśmiecha i zaczyna „gadać” po swojemu i aż piszczeć z radości. Jeśli kto inny by Ja próbował wziąć w taki sposób w najlepszym wypadku popatrzyłaby się na niego.

    To wszystko powoduje, że każdy dzień pomimo że podobny do poprzedniego staje się niesamowity. Wiem z całą pewnością, że to co dziś przezywamy wpłynie na jakość naszych relacji w przyszłości. Czułość i miłość, które okazujemy sobie wzajemnie nie wyparują. Ale to przede wszystkim ode mnie zależy jak nasza relacja będzie się rozwijała. Czy nadal będę uczyła Mariankę jak okazywać sobie uczucia, jak ważna jest bliskość i relacje w rodzinie. Patrząc na mnie i męża będzie się uczyła jak budować kontakty z drugą płcią, jak okazywać sobie szacunek, wsparcie i przede wszystkim miłość. To co dziś dostaje ode mnie i męża, zwielokrotni się w przyszłości. I choć nie będzie sobie tego uświadamiała, to właśnie to czego doświadczy w pierwszych miesiącach i latach swego życia wpłynie na Jej rozwój wewnętrzny, ukształtuje wartości i nauczy tworzenia relacji. Dzisiejsze małe głupotki, pieszczoty i czułostki dadzą Jej w przyszłości motywację i siłę do działania.

    Wierzę, że dzisiejsze chwile, które dzielimy między sobą znacząco wpłynął na jej przyszłości. To co daje dziś radość mnie i Mariance, kiedyś pomoże Jej cieszyć się życiem pełnym miłości.

  • Matka Polka… nie, dziękuję!

    Jak ma być dzisiejsza kobieta? Silna, zdeterminowana, opiekuńcza, wielofunkcyjna, atrakcyjna, obowiązkowa, pracowita… Ma pracować, wychowywać dzieci, robić przetwory na zimę, dbać o siebie, jeść zdrowo, ćwiczyć, być seksowną dla męża/ partnera, gotować, prać, sprzątać, realizować się w pracy, mieć pasję, znać się na wszystkim. Czy to źle? Nie wiem. Wiem jednak, że to w większości my same – kobiety, stawiamy sobie tak wygórowane wymagania. Często napędzając się tym, że skoro inna dała radę to czemu ja mam nie dać.

    Chcemy być nowoczesnymi Matkami Polkami, która są w stanie ogarnąć pracę, dom, dzieci, męża i jeszcze się rozwijać. Bo dlaczego nie? Ja też zawsze chciałam być jedną z tych kobiet, które godzą różne role życiowe z najważniejszą – rola matki. Chciałam szybko wrócić do pracy i wykorzystać to czego przez lata się uczyłam i w czym byłam perfekcjonistka – wielofunkcyjność. Nauczyło mnie tego harcerstwo i bardzo się z tego cieszę. Miałam wielkie plany… Wiecie jak to mówią, powiedz Panu Bogu jakie masz plany, a cię wyśmieje. Kiedy urodziła się Mania czas jakby zwolnił. Zrozumiałam, że to jest czas dla nas. W ciągu tych 4 pierwszych miesięcy byłam tylko mamą. Nie było już Sylwii, tylko mama Mani.

    Po pewnym czasie wiedziałam już, że nasze życie nie będzie takie jak zaplanowałam, ale to nie ważne. Wiedziałam, że nie mam na razie szans na powrót do pracy zawodowej. Wiedział, że Marianka będzie w domu wymagała mojej opieki i zaangażowania w dużo większym stopniu niż gdyby urodziła się w terminie. I wiedziałam, że aby nie być tylko mamą Mani (ci samo w sobie nie jest takie złe) będę musiała pokonać w sobie wile rzeczy i wiele spraw uporządkować, niektóre odpuścić. Czy mój dom codziennie świeci czystością? Nie. Czy codziennie mamy coś innego i fit na obiad? Nie. Czy szybko i sprawnie wróciłam do wagi sprzed ciąży? Nieeeeee. Czy Marianka je ugotowane przeze mnie własnoręcznie zupki? Niestety nie. Czy wszystko robię tak jakbym chciała super i wspaniale? Nie. Ale na to wszystko dałam sobie przyzwolenie (oraz oczywiście mój mąż, który bardzo mi pomaga).

    Wyznaczyłam sobie co jest najważniejsze. Co ma tę chwilę mogę odpuścić, aby czerpać radość z bycia mamą Marianki, a jednocześnie nie zwariować. Nie jestem idealną matką polką w pełni tego słowa znaczeniu. Ale uważam, że znalazłam, a przynajmniej próbuję znaleźć złoty środek i nowy sposób na życie. Życie, które tak niespodziewanie się zmieniło. Marianka jest na pierwszym miejscu. Wizyty u lekarzy, stymulowanie jej do rozwoju, a przede wszystkim miłość i czułość, które jej daje. Nie mniej ważny jest mój mąż, który nie tylko angażuje się w pomoc przy Mani, ale też w dzielenie się obowiązkami w kuchni czy przy sprzątaniu. Ważne jest dla mnie też abym nie zgubiła siebie – Sylwii, która byłam. Kobiety, która uwielbiała kontakty z ludźmi, przekazywanie swojej wiedzy i doświadczenia. Kobiety z pasją, nawet więcej niż jedną. Niedawno ktoś mi powiedział, że życie po narodzinach dziecka zmienia się. Oczywiście ale nie można w tym wszystkim zagubić siebie. Bo dzieci kiedyś dorosną, a jak zagubię siebie to za 20 lat już nie odnajdę tej Sylwii, którą bardzo lubiłam ja i chyba sporo innych osób.

    Kiedy okazało się, że na razie nie wracam do pracy zawodowej, zaczęłam zastanawiać się co dalej… Dla kogoś, kto przez ostatnie kilkanaście lat nie spędzał zbyt dużo czasu w domu to dość trudna sprawa. Ale wystarczy tylko się rozejrzeć, a zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. Takie, które jest tuż przed czubkiem nosa 🙂 Od teraz moim rozwojem zawodowym i czymś w rodzaju pracy będzie blog. Dzięki niemu mogę się realizować i robić to co zawsze chciałam… pisać, dzielić się wiedzą, opiniami, mieć kontakt z wieloma ciekawymi ludźmi.

    Tak więc, może nigdy nie będę matką polką. Ale na pewno będę kobieta, która jest spełniona i cieszy się, że jest mamą. A przy okazji realizuje siebie i swoje marzenia… Jeszcze Wam o nich kiedyś opowiem 🙂

  • MY czy Ja i Ty

    Kiedy dziecko zaczyna swój proces opuszczania rodzinnego gniazda? Niestety w chwili kiedy zaczyna rozumieć, że „jest”… Może nie każdy się ze mną zgodzi, ale w momencie kiedy maluch zrozumie, że mama i on to dwie oddzielne osoby stawia pierwszy krok w kierunku niezależności i samodzielności, w kierunku dorosłości. Kiedy dziecko po raz pierwszy stwierdzi, że ma sprawczość nad swoim działaniem możemy zacząć się przyzwyczajać do myśli, że kiedyś opuści rodzinny dom. Bo taka jest kolej rzeczy, a jak cytowałam już wiele razy „Dzieci są gośćmi, którzy pytają o drogę”.

    Te pierwsze miesiące kiedy maluch utożsamia się z mamą są niesamowite. Moja Marianka jeszcze jest w tym etapie choć czuję, że już lada chwila zacznie z niego wchodzić. Myślę, że większość mam potwierdzi, że tak jak maluch jest związany z mamą tak jeszcze mocniej mama jest związana z niemowlakiem. I czasem trudno się przyznać nawet przed samą sobą, że chętnie widziałoby się swoje dziecko jako takie maleństwo dużo dłużej niż to możliwe. Wczoraj nie było mnie w domu całe przedpołudnie. Do tej pory zostawiałam Manię z tatą jedynie na 2 godzinki. I kiedy te właśnie zaczęły mijać wczoraj zadziało się ze mną coś niesamowitego, coś co ciągnęło mnie do Marianki jak ogromny magnez. Nie chodzi o to, że nie ufam mężowi, że coś się Jej stanie. Ja po prostu lubię jak jest blisko. Po powrocie do domu musiałam Manię wyściskać i wycałować, tak się stęskniłam. A Ona… chyba nawet nie zauważyła, że mnie nie było. Tak fajnie się bawiła z tatą. I wiecie co? Było mi smutno… To głupie, ale właśnie tak się poczułam… I wtedy zrozumiałam, że zaczął się ten czas kiedy Marianka będzie potrzebowała mnie już coraz mniej. Oczywiście nie dziś czy nie jutro, ale kiedyś stanie się samodzielną dziewczyną, a później kobietą… Bardzo tego pragnę, ale cząstka mnie chyba na zawsze chciałaby aby Mania pozostała niemowlakiem. Na szczęście jestem tego świadoma i wiem, że moje pragnienia w tym względzie są mniej ważne niż naturalne potrzeby Marianki.

    Z czasem Marianka będzie coraz częściej mówiła i myślała „Ja” i bardzo chcę Ją w tym wspierać. Pragnę Ją nauczyć jak w tym „Ja” być sobą i nie zagubić siebie w tym skomplikowanym świcie. Ale mam też dużą nadzieję, że jednak w tym wszystkim pozostanie też odrobina „My”, a wieź którą stworzyłyśmy i nadal będziemy tworzyć będzie bardzo silna i będzie wspierała „Ja” Marianki. Jakoś sobie z tym poradzę, bo bardzo Manię kocham <3

  • Dlaczego się nie wspieramy?

    Myślę, że większość rodziców, a zwłaszcza mam, choć raz w życiu szukało odpowiedzi na nurtujące je pytanie związane z rodzicielstwem w internecie. O tym, co możemy znaleźć na forach i stronach z takimi informacjami napisze kiedy indziej. Dziś chciałabym opowiedzieć o czym, co zauważyłam niedawno, a bardzo mnie zdziwiło. A mianowicie, że jeśli tylko w dyskusji nad problemem jakaś mama ma inne zdanie niż większość… to zaczyna się hejt. Na początku nie mogłam tego zrozumieć, bo zawsze myślałam, że ludzie którzy są rodzicami powinni się wspierać w tej trudnej roli, ale zapomniałam o jednym. To jakim jesteś rodzicem bardzo zależy od tego jakim jesteś człowiekiem i jak komunikujesz się z innymi. Czy to znaczy, ze jeśli ktoś piszę coś z czym się nie zgadzam nie mogę zareagować? Oczywiście mamy takie prawo, chodzi tylko o to w jakim stylu to zrobimy. Czy nasza odpowiedź będzie wyrażeniem swego zdania z poszanowaniem zdania innych czy zwykłym „wsiadaniem na kogoś”.

    Przykładem może być dyskusja o tym jak, co i kiedy wprowadzać do jadłospisu maluszka. Każda z mam miała inny pomysł na to kiedy zacząć wprowadzać stałe pokarmy i oczywiście jakie. Kiedy pojawiła się mam, która opisała jak je jej dziecko (szybko zaczęło jeść mięso) to zaraz wiele innych kobiet zaczęło jej wypominać, że to nie zdrowe, tuczące, rozpycha żołądek dziecka, będzie kiedyś otyłe, itp. Żadna nie zapytała jak to dziecko funkcjonuje, czy rozwija się dobrze, itp. Przecież każde dziecko jest inne, kiedyś każda kobieta wychowywała swoje pociechy wg instynktu i tego co przekazały jej mama, babcia, ciocie.

    Dlaczego wydaje się nam, że jesteśmy najmądrzejsi, najbardziej doświadczeni, nasz sposób jest najlepszy, najwspanialszy? Powtarzam to jak mantrę zawsze jeśłi chodzi o rozwój dziecka – każde jest inne i każdy rodzic najlepiej czuje co jest dla niego najlepsze. Ja też czasami robię coś przy Mariance co może nie jest wprost zrozumiałe ale czuje, że tak trzeba. Mąż czasami pyta: dlaczego tak ją trzymasz, układasz… właśnie tak? Bo tak czuję.

    Wiem, że mój idealizm jest pewnie daleki od codzienności i nie zawsze wszyscy rodzice będą się wspierali. Ale bardzo bym nie tylko sobie życzyła tego abyśmy wszyscy umieli wyrażać swoje opinie w sposób kulturalny i cywilizowany. Nie ważne czy na forum internetowym, w piaskownicy, w sklepie, przedszkolu, szkole… Bo nikt z nas nie jest nieomylny, a skrzywdzić jest kogoś bardzo łatwo. A jeśli już my usłyszymy takie komentarze pod swoim adresem to pamiętajmy, że to my jesteśmy rodzicami naszych dzieci, kochamy  je najbardziej na świecie i wiemy czego im potrzeba. A jeśli chcemy kogoś prosić o radę, niech to będą osoby zaufane, które nam pomogą, a nie będą hejtowały.