Tag: metody wychowawcze

  • Mrówki, ślimaki i inne żuczki

    „Zostaw tego robaka! Coś ty znowu znalazł! Nie znoś mi tego paskudztwa!”. Zdarza mi się słyszeć takie wypowiedzi od mam lub innych osób zajmujących się maluchami. Kilkulatek z zapałem obserwuje mrówki czy próbuje pogłaskać żuka, a dorosły nie jest tym zachwycony…

    Wiosna w pełni, coraz więcej czasu spędzamy z dziećmi na świeżym powietrzu. Aura sprzyja spacerom, zabawom na placu zabaw czy dalszym wyprawom. To doskonały czas aby nasze dzieci nie tylko były na świeżym powietrzu ale też doświadczyły przyrody na „własnej skórze”.

    Kiedyś pisałam już o zbawiennym wpływie natury na dzieci wychowane w wirze cywilizacyjnym. Nie zawsze jednak możemy spędzić dwa tygodnie w lesie czy choćby weekend co kilka tygodni. Nasze dzieci często same odkrywają, że przyroda otacza nas z każdej strony nawet w dużym mieści. Mrówki, robaczki, żuczki… ale też ptaki, rośliny otaczają nas niezmiennie od lat. Jednak wielu z nas nie zwraca na nie uwagi. Bo niby po co? Łatwiej albo w ogóle nie zwracać na to wszystko uwagi lub skupić ją na bardzie „edukacyjnych” sprawach. A właśnie wiosna i lato sprzyjają praktycznej edukacji przyrodniczej oraz uwrażliwianiu naszych dzieci, nauki empatii i zainteresowanie środowiskiem, w którym żyjemy. Jak to zrobić?

    Po pierwsze nie przeszkadzać 🙂 Kiedy maluchy obserwują, pokazują nam lub dotykają tego wszystkiego co jest wokół nas warto czuwać nad bezpieczeństwem ale nie ingerować kiedy nic się nie dzieje. Przecież to, że dziecko weźmie dżdżownicę do ręki nie oznacza od razu konieczności dezynfekowania wszystkiego wokół. Ale już branie rzeczonej dżdżownicy do buzi nie jest dobrym pomysłem. Czemu nie pozwolić maluchowi pogłaskać trawy czy też położenia się na niej? Warto oczywiście zwrócić uwagę czy nie jest ona upstrzona kupami 😉 Wszechstronny i harmonijny rozwój naszego dziecka nie może obyć się bez tego typu doświadczeń. Nie wystarczy zawieść malucha raz na jakiś czad do zoo (choć oczywiście jest to fajne), przyrody trzeba doświadczyć.

    Kiedy dziecko „powinno” się zainteresować tego typu doświadczeniami? Oczywiście im wcześniej tym lepiej, ale nic na siłę. Odbędzie się to naturalnie jeśli od wczesnego dzieciństwa my również będziemy zwracali uwagę na to. Na spacerach warto zwracać uwagę dziecka „wózkowego” na drzewa, krzewy czy ptaki. Jeśli jest taka możliwość niech dotknie liści, gałązek… nie pędźmy, postójmy chwilę obserwując gołębie czy inne ptaki. Kiedy rano wychodzimy słychać śpiew ptaków zatrzymajmy się i posłuchajmy. Sami pokażmy, że pod naszymi nogami jest życie… obserwujmy pracowitą mrówkę, która niesie ziarenko większe od niej… pająka tkającego sieć, czy motyla który siada na kwiatek.

    To wszystko wymaga od nas tylko chwili zatrzymania się i uwagi. A jeżeli pokażemy dziecku ten piękny świat, to życie dziejące się między blokami, w parku czy na skwerze damy mu ogromny dar wrażliwości i uważności. Tego nie da się wypracować w zamkniętym domu, na najlepszym materiale edukacyjnym, choćby nie wiem jak był atrakcyjny i profesjonalny. Nie zmarnujmy tego letniego czasu. Zabawy domowe, prace plastyczne i inne aktywności możemy zostawić sobie na wieczory, gorszą pogodę czy przeziębienie. Zmieńmy nasze spacery czy zabawę na placu zabaw w wielką przygodę przyrodniczą. Nie zmuszajmy tylko pokażmy, że nie jesteś sami. Dzieciństwo przeminie… teraz jest najlepszy czas na mrówki, ślimaki i żuki… teraz bez martwienia się o czyjąkolwiek opinie jest czas na głaskanie kwiatków, przytulanie się do trawy czy całowanie drzewa… Bo kiedy nasze dzieci podrosną będzie im trudniej swobodnie być częścią przyrody jeśli nie poczują z nią więzi teraz.

    Bajka, laptop, komórka czy tablet nie uciekną i nigdy nie zastąpią żywego kontaktu z naturą… za to ona… jest w stanie dać nam dużo więcej niż nam się wydaje.

  • Pedagogika Montessori – cykl poznaj różne przedszkola

    Coraz więcej mówi się o metodzie Montessori, zarówno jeśli chodzi o funkcjonowanie przedszkoli czy szkół jak i w kontekście wychowania domowego. Ale czym tak naprawdę jest ta metoda? Jakie korzyści z jej stosowania może dać naszym dzieciom? I czy w ogóle ma realnie jakieś korzyści? Czy warto wybrać przedszkole prowadzone właśnie tą metodą?

    Postaram się opowiedzieć Wam o metodzie zarówno z perspektywy nauczyciela pracującego w przedszkolu, w którym wykorzystywano wiele jej elementów oraz mamy, która stara się z niej korzystać w domu.

    Maria Montessori urodziła w 1870 roku we Włoszech. Rodzice chcieli aby otrzymała solidne wykształcenie i tak też się stało. I choć studia medyczne, wtedy nie dostępne dla kobiet, nie były najłatwiejsze, jako jedna z pierwszych kobiet we Włoszech zdobyła tytuł lekarza medycyny. Studiowała również biologię, psychologię i filozofię we Francji, Wielkiej Brytanii i we Włoszech. Podczas pracy w klinice psychiatrycznej dla dzieci upośledzonych stwierdziła, że bardziej niż pomocy lekarskiej wymagają wsparcie pedagogicznego. Prowadziła Instytut Ortofrenii gdzie zajmowała się dziećmi z deficytami funkcji poznawczych i upośledzeniem umysłowym. Była przekonana, że należy stymulować ich rozwój, a dzięki temu staną się bardziej aktywni i pewni siebie. Podkreślała ważność praw i godności tych dzieci.

    Praca z dziećmi upośledzonymi oraz dokonania dwóch francuskich lekarzy Jeana Itarda i jego ucznia Eduarda Seguina zainspirowały Marię do badań nad tym, co utrudnia pełen rozwój dzieciom bez takich obciążeń oraz zaproponowanie im opracowanych przez siebie metod pedagogicznych. Co niebawem mogła sprawdzić w szkole, która powierzono Jej opiece. Dzięki bieżącym obserwacjom dzieci i sposobów poznawania przez nie świat Maria Montessori stworzyła metodę, którą do dziś wykorzystuje się w pracy na całym świecie. A to dzięki temu, że Pedagogika Montessori ma służyć rozwojowi każdego i edukacji przyczyniającej się do pokoju na świecie.

    Zdaniem Montessori główną cechą charakterystyczną dziecka jest chłonny umysł, który oznacza zdolność absorbowania wszystkiego, co je otacza. Jest to stan mentalny, w którym może ono chłonąć swoje doświadczenia, a następnie je integrować i budować samo siebie. Od 3 roku życia dziecko jest coraz bardziej świadome, buduje zatem swoją osobowość w zależności od tego, czego dostarcza mu otoczenie lub czego go pozbawia.

    Montessori mówiła też o okresach wrażliwości, które są wewnętrznymi predyspozycjami, popychającymi dziecko, aby zainteresowało się pewnymi aspektami otaczającej go rzeczywistości, która w danej chwili jest mu niezbędny do rozwoju. Wrażliwość ta jest szczególna i przemijająca. Zasadniczymi okresami są wrażliwość na: porządek, ruch, język, doznania zmysłowe, drobne przedmioty i życie społeczne. Okresy te nie są sztywne, często zachodzą na siebie, a przede wszystkim są indywidualne dla każdego dziecka.

    Pedagogika Montessori dzieli rozwój na kilka etapów życia. Nas interesuje okres 3 – 6 lat czyli okres przedszkolny. Warto zapamiętać:

    • „Pomóż mi być sobą, abym miał szacunek do samego siebie” – mówi nam dziecko poniżej 3 roku życia

    • „Pomóż mi działać i reagować samodzielnie, abym czuł pewność siebie” – mówi nam dziecko w wieku 3 – 6 lat

    • „Pomóż mi myśleć samodzielnie” – mówi nam dziecko powyżej 6 lat

    Zdaniem Montessori podstawowym sposobem reagowania na ewolucyjne potrzeby dziecka jest obdarzenie go zaufaniem. Oznacza to, że naszym zadaniem jest towarzyszyć każdemu dziecku z przekonaniem, iż jest ono w zdolne zbudować samo siebie. Należy przy tym pamiętać, że każda zbędna pomoc może być przeszkodą w jego naturalnym i harmonijnym rozwoju.

    W interesującym nas okresie najważniejszymi zasadami pedagogiki Montessori są: wolność, samodyscyplina, działanie na otoczenie, szanowanie indywidualnego tempa, nauka przez doświadczanie, indywidualna aktywność, edukacja jako pomoc w życiu.

    Zasady te wykorzystywane są w codziennej pracy z dziećmi podczas pracy na materiale opracowanym przez Montessori oraz jej następców. Należy pamiętać, że to nie tylko suche frazesy, lecz oparte na obserwacji i sprawdzone w praktyce zasady. Można tez powiedzieć o nich szerzej:

    • wolny wybór aktywności przyczynia się do kształtowania woli oraz samodyscypliny, a to z kolei zapewnia wewnętrzna wolność,

    • bardziej efektywne jest wpływanie na otoczenie dziecka, a nie bezpośrednio na nie,

    • należy szanować wolność komunikowania się dziecka i jego swobodę poruszania się

    • zainteresowanie prowadzi do zwrócenia na coś uwagi i skupienia się na tym, to z kolei prowadzi do uruchomienia procesów wewnętrznej konstrukcji

    • szanujemy każde tempo działania, bo każde dziecko jest inne i inna ilość czasu potrzebna jest na opanowanie konkretnych działań

    • dziecko w wieku przedszkolnym uczy się lepiej poprzez doświadczenie wszystkiego osobiście

    • edukacja ma służyć pomocy w życiu – jeśli weźmiemy się pod uwagę potrzeby każdego dziecka, wówczas przejawia ono m.in.: miłość do innych, empatię, zamiłowanie do koncentracji pracy, umiejętność dokonywania wyborów, autonomie i niezależność, pragnienie spokoju i radość uczenia się.

    Jak to wygląda w praktyce? Aby dziecko chętnie i samodzielnie się uczyło jego otoczenie musi być przystosowane odpowiednio, zarówno jeśli chodzi o meble jak i pomoce edukacyjne. Chodzi tu o wielkość, atrakcyjność wyglądu oraz dostępność. W salach Montessori mebelki są mała, a pomoce leżą w dostępnych dla dzieci miejscach. Jest wiele rzeczy codziennego użytku, roślin, jeśli jest taka możliwość zwierzęta. Materiał edukacyjny jest ułożony w taki sposób aby dziecko maiło dostęp najpierw do łatwiejszego, a potem coraz trudniejszego. Dzieci samodzielnie wybierają materiał na którym pracują w danej chwili, biorą go z półki i pracują albo na stoliku, albo na małym dywaniku, który wyznacza miejsce pracy. Po raz pierwszy to nauczyciel prezentuje każdą pomoc i pokazuje po kolei czynności z nią związane. Później dziecko samo decyduje jak wykona zadanie. Najważniejszy nie jest efekt ale droga, to czy dziecko wykona ostatecznie zadanie również nie jest najważniejsze. Czasami nad jednym materiałem dziecko może pracować kilka lub kilkanaście razy aż stwierdzi, że już go opanowało lub będzie chciało wykonywać co innego. Zawsze może wrócić do zadania innym razem lub za parę tygodni. Indywidualność i wolny wybór jest tu kluczem do sukcesu.

    Metoda Montessori jest znana przede wszystkim ze swoich materiałów – pomocy, które są z naturalnych materiałów, bardzo estetyczne i ciekawe. Skupiają się wokół kilku grup/ rodzin: z życia codziennego, sensorycznych, matematycznych, językowych, przyrodniczych, historycznych i geograficznych, muzycznych i związanych ze sztuką. Wszystkie mają za zadanie w sposób przystępny, praktyczny i odpowiadającym okresom wrażliwości pomóc dziecku przejść od konkretu do abstrakcji.

    Największymi atutami pedagogiki Montessori są nastawienie na samodzielność, wolny wybór i rozwój we właściwym sobie tempie. Opiera się ona na szacunku wychowawcy/ rodzica do dziecka i towarzyszeniu w drodze do rozwoju. Niektórych może zniechęcać materiał Montessori, który dla rodziców może wydawać się nieatrakcyjny lub nudny, ale to właśnie on jest jednym z kluczy do sukcesu. Bo te metody to nie tylko drewniane wieże, cylindry i puzzle ale piękne ilustracje, przyjazne materiały, ciekawe ćwiczenia i nienachalny wygląd.

    Powstaje coraz więcej miejsc, w których wykorzystuje się albo elementy pedagogiki Montessori albo całą jej filozofię. Ja przez kilka lat miałam przyjemność pracować w Przedszkolu Niepublicznym PUCHATEK w Białymstoku gdzie przede wszystkim zasady pedagogiki ale również i materiał pedagogiczny były wykorzystywany. Na własne oczy widziałam, że to po prostu działa. Starsze dzieci chętnie pomagają młodszym, wybór i postawienie na samodzielność w czynnościach życia codziennego wpływają na funkcjonowanie dziecka zarówno w przedszkolu jak i w domu, ale też na jego pewność siebie.

    Jeśli zatem szukacie przedszkola gdzie nie tylko podstawa programowa jest ważna, ale również sposób w jaki dzieci poznają świat i budują swoją osobowość to właśnie przedszkola z pedagogika Montessori są czymś odpowiednim dla Waszych dzieci.

  • Trudne, magiczne słowa

    Kiedyś jeden z tatusiów w przedszkolu zapytał mnie jak nauczyłam jego dziecko mówić dzień dobry, bo on nie potrafił tego zrobić. Odpowiedziałam, że dzieci w przedszkolu, wśród rówieśników szybciej się uczą… ale była to tylko cześć prawdy…

    Jest cześć rodziców, która ma problem z nauczeniem dzieci „magicznych słów”. Maluchy za nic w świecie nie chcą powiedzieć „proszę, dziękuję i przeprasza” ale często też mają problem ze zwykłym „dzień dobry” lub „do widzenia”. Czasami wynika to z nieśmiałości, innym razem z przekory, ale w większości przypadków nie mówią tych słów, ponieważ nie zostały tego nauczone. Zaraz odezwą się osoby, które powiedzą „przecież uczę swoje dziecko – zawsze każę mu mówić dzień dobry”. Często zapominamy jednak, że dzieci najszybciej uczą się przez naśladownictwo, a zasad współżycia z innymi (w tym słów grzecznościowych) najłatwiej nauczyć maluszki.

    Kiedy wymagamy od dziecka aby mówiło „dzień dobry” czy „do widzenia” zastanówmy się czy sami tak robimy? Ważne jest też kiedy zaczynamy wymagać od dziecka by witało się i żegnało. Nie raz widziałam rodziców, którzy chcieli aby ich dziecko powiedziało „dzień dobry” ale sami tego nie robili. Skoro mama lub tata nie mówią tego na powitanie dlaczego ja mam to robić. Bywa też, że kiedy dziecko idzie do przedszkola z dnia na dzień chcemy aby się witało czy żegnało. A to tak nie działa. A jak to zrobić w miarę łatwo i naturalnie? Przede wszystkim wymagać od siebie, witać się z sąsiadami czy w miejscach publicznych i to od samego początku kiedy dziecko nam towarzyszy. Kiedy jest ono na tyle świadome aby panować nas swoimi gestami lub zaczyna mówić warto zachęcać i wprowadzać „pa pa” na pożegnanie a zamiast powitania jakiś gest, np. podanie ręki czy jej uniesienie. Z czasem kiedy dziecko będzie potrafiło samo powiedzieć „dzień dobry/ do widzenia” zacznie to robić naturalnie i bez przymuszania.

    Tak samo sprawa się ma jeśli chodzi o „przepraszam, dziękuję, proszę”. Tu bardzo ważne jest aby od początku w towarzystwie dziecka, ale także w stosunku do niego używać tych słów. Są one nie tylko grzecznościowe ale świadczą też o szacunku do drugiej osoby. A to, że dziecko jest noworodkiem lub niemowlakiem wcale nie oznacza, że mamy nie traktować Go z szacunkiem. Jeśli teraz tego nie zrobimy, to kiedy? To musi wynikać z nas. Jeżeli my będziemy szanować dziecko, zwracać się do niego grzecznie… jeśli dziecko będzie widziało, że tak sama traktujemy innych ludzi… takie zachowanie będzie dla niego naturalne.

    Oczywiście w momencie kiedy dziecko uczy się mówić lub już to potrafi warto mu pomóc w określeniu sytuacji kiedy trzeba użyć słów „magicznych”. Wytłumaczyć w trakcie sytuacji „podziękuj tacie”, „przeproś babcię”, „poproś o klocki”. Kiedy dziecko jeszcze nie mówi można zastosować gesty lub określenia tymczasowe. Przecież babcię można przytulić czy pogłaskać. Należy jednak pamiętać aby ten okres „zastępczy – przejściowy” zamknął się w momencie kiedy dziecko sprawnie opanuje mowę. Maluchy chętnie unikają słów kiedy mogą, bo tak jest łatwiej.

    Pamiętajmy, że zawsze najpierw musimy wymagać od siebie, a potem od dzieci. A szacunek należy się maluchom od chwili urodzenia. Jeżeli tak będziemy postępować nie będziemy najprawdopodobniej mieli problemów z określeniami grzecznościowymi u naszych dzieci.

  • Dlaczego dzieci bywają agresywne?

    Oczywiście na temat agresji u dzieci powstało wiele książek, artykułów i wpisów. Jest wiele teorii, które opierają się na badaniach naukowych z całego świata. Ja jednak chciałabym Wam opowiedzieć o tym dlaczego dzieci bywają agresywne na podstawie nie tylko wiedzy teoretycznej, ale przede wszystkim praktyki – 9 lat pracy w przedszkolu i 19 lat pracy z dziećmi i młodzieżą jako instruktor harcerski.

    Trzeba zaznaczyć, że dzieci nie rodzą się agresywne. Wszystkie instynkty, w które są wyposażone po przyjściu na świat są nastawione bardziej na ochronę siebie niż atak. Co nie znaczy, że już maluchy nie potrafią być agresywne w stosunku do innych lub siebie (autoagresja).

    Pierwszą grupę przyczyn nazwałabym „chorobowe/ zaburzeniowe” – ogólnie neurologiczne i są one w większości związane z większymi lub mniejszymi (a nawet mikro) uszkodzeniami mózgu. Mogą to być powikłania po niedotlenieniu okołoporodowym, wylewach dokomorowych, urazach. Często nie da się ich przewidzieć i może być trudno poradzić sobie z agresją wywołaną właśnie nimi. Na pewno pomogą tu różnego rodzaje terapie, rehabilitacje, zajęcia z integracji sensorycznej. Starsze dzieci mogą korzystać z różnych technik wyciszania się i relaksowania.

    Jeżeli nasze dziecko ma problem z agresją – zwłaszcza autoagresją, warto jest się zastanowić czy nie wchodzą tu w grę przyczyny neurologiczne. Zawsze w chwilach wątpliwości warto jest się udać do specjalisty, nawet tylko po to aby wykluczył nasze podejrzenia. My wiedząc, że Marianka miała wylewy dokomorowe, po rozmowie z neurologiem dziecięcym specjalizującym się we wcześniakach potrafiliśmy zareagować na jej autoagresję. Właśnie zajęcia z integracji sensorycznej, ćwiczenia w raczkowaniu i kołderka obciążeniowa, pomogły nam na tę chwilę zapanować na tym.

    Inną przyczyną tego, że dzieci bywają agresywne jest ich nieumiejętność radzenia sobie z emocjami. Niektórym przychodzi to łatwiej innym trudniej. Może to wynikać z braku wiedzy na ten temat. Nikt nigdy im nie pokazał jak to się robi, nie były w stanie zaobserwować w swoim najbliższym otoczeniu tego. U małych dzieci wynika to również z tego, że ich mózg jeszcze nie jest na tyle zintegrowany, że trudno im pojąć tę naukę. Z tą przyczyną agresji też nie jest aż tak łatwo sobie poradzić, jednak zdeterminowani rodzice są w stanie to zrobić. Oczywiście pomoc psychologa jest wskazana, ale praca w domu, nad sobą też przynosi bardzo duże efekty. Jeżeli to my pokażemy dzieciom jak radzić sobie z emocjami, dodamy do tego umiejętność wyciszania się i techniki relaksacyjne… to wspólnie możemy sobie z tym poradzić. Polecam również lekturę książki „Zintegrowany mózg – zintegrowane dziecko”, która dokładnie tłumaczy tę sferę.

    Najbardziej jednak popularną przyczyną agresywności dzieci jest to…, że nauczyły się tego od nas dorosłych (czasami również od rówieśników). Dziecko, które doświadczyło agresji najprawdopodobniej samo też będzie jej w przyszłości używało. Ktoś może powiedzieć „ale moja rodzina nie jest patologiczna, to sąd agresja u mego dziecka”. Pamiętajmy, że agresja to nie tylko podniesienie ręki czy klaps, to też wszystko co ma związek z agresją słowną czy emocjonalną. Dzieci rodząc się nie wiedzą, że można kogoś uderzyć, zwyzywać czy poniżyć. Tego uczą się. Gdzie? Wszędzie… w domu, u dziadków, opiekunki, w żłobku, przedszkolu, w piaskownicy, szkole. Bardzo pomaga im w tym telewizja, internet, media społecznościowe… To, że powiemy na dziecko „głupi jesteś czy jak?” to też agresja. Jeżeli dziecko znajduje się w trudnej dla siebie sytuacji reaguje na nią tak jak zostało „nauczone”. A, że uczy się przez obserwację. To, że nigdy rodzic nie podniósł ręki na dziecko, ale już na partnera tak… to też modelowanie zachowania.

    Aby poradzić sobie z tą przyczyną agresji należy zidentyfikować osobę/ miejsce gdzie się takiego sposobu reakcji na problem dziecko nauczyło. Warto się tu zastanowić zawsze nad samym sobą. A potem pokazać prawidłowe wzorce zachowania. Nie tylko wytłumaczyć jak sobie poradzić z tym , ze ktoś Ci zabrał zabawkę, ale też na co dzień, w działaniu i swoim postępowaniu utwierdzać, że można inaczej. Z pewnością nie „wypędzimy” z dziecka agresji naszą złością i agresją. Bo agresja zawsze rodzi agresję. Ktoś kto dziś jest zastraszony, w przyszłości może znaleźć kogoś słabszego i również stosować agresję lub mieć bardzo niskie poczucie własnej wartości i stosować autoagresję.

    Kiedy zauważamy lub ktoś nam mówi, że nasze dziecko bywa agresywne zawsze należy z nim porozmawiać i wspólnie znaleźć przyczynę takiego zachowania. Pamiętajmy, że to nie dziecko jest agresywne, tylko jego zachowania są takie. Zachowanie dużo prościej zmienić niż człowieka. A jeżeli dziecko uwierzy, że jest agresywne będzie mu trudniej sobie z tym poradzić (czytaj tu).

    Należy tu wspomnieć też o agresji, która pojawia się przy testowaniu granic rodzicielskich. Maluchy około 2 – 3 roku życia często sprawdzają czy mogą kogoś uderzyć, jak ktoś zareaguje. Może to się wydawać na początku urocze lub śmieszne, ale od razu trzeba to ukrócić. To tylko test. Nie należy oddawać, czy uderzać po rączkach. Warto z dzieckiem porozmawiać, wytłumaczyć i za każdym razem stanowczo mówić, że tak nie wolno i my się na to nie godzimy. Dziecko musi wiedzieć dlaczego nie wolno, ale odstępstw nie może być.

    Zachęcam do szukania prawdziwych przyczyn dziecięcej agresji. Nie bójmy się spojrzeć także na siebie, nasze relacje w domu, z rodziną i znajomymi. Na to wszystko co widzi (choć często sobie z tego nie zdajemy sprawy) dziecko. Ono się uczy… I zawsze i wszędzie pamiętajmy, że klaps to tuż agresja… a agresja zawsze rodzi jakiś rodzaj innej agresji.

  • Robisz źle, a nie jesteś zły

    Na mojej liście tematów, ten zapisany był już bardzo dawno temu. Po części nawiązywałam do niego już w kilku tekstach. Ale dopiero teraz, kiedy ten problem pojawił się w mojej rodzinie trafił na pierwsze miejsce. Może dlatego, że tak wiele osób już o tym pisało – nawet całe książki, wydawało mi się, że już wszyscy o tym wiedzą i są w stanie stosować to w wychowaniu dzieci… ale jakże się myliłam.

    Kiedy dziecko zrobi coś źle lub nas nie słucha, co w pierwszej chwili nasuwa się nam na język? „Nie bądź niegrzeczny” lub „Ale jesteś niegrzeczny”. I tu pojawia się problem… i to taki, który łatwo przeoczyć. Bo tak naprawdę powinniśmy powiedzieć „Nierób tak”, „Nie postępuj niegrzecznie”. Inny przykład, który ostatnio pojawił się u nas w domu… „Kto jest łobuzem?”, a powinno być „Kto łobuzuje?”. Widzicie różnice? Dla wszystkiego już tłumaczę.

    Pierwsze zdania w przykładach są określeniami osoby, a te poprawne to określenia zachowania. Czym to się różni? Jeżeli w jakiś sposób, zwłaszcza negatywny, określamy dziecko – nadajemy mu etykietkę. Jeżeli słyszy to często, zaczyna w tę etykietkę wierzyć, samo się z nią identyfikuje. Jeżeli np. dziecko słyszy cały czas, że jest niegrzeczne, jest łobuzem, jest nieposłuszne, itp. zaczyna w to wierzyć… tak się zachowuje aby potwierdzić tę etykietkę. I tu pojawia się błędne koło. Jeżeli zaś określamy jego zachowanie, to nie musi ono być stałe, zachowanie zawsze można zmienić, zachowanie jest w danej chwili takie, a zaraz może być inne. Nadanej etykietki nie da się tak łatwo zmienić. To wszystko tkwi w głowie, nie tylko dziecka, ale też naszej.

    Kiedy ktoś dla nas ważny mówi coś o nas, określa nas to wierzymy w to. A przecież my – rodzice jesteśmy dla naszych dzieci najważniejsi na świecie. Dlatego tak ważne jest to jak je określamy. Jeżeli dziecko słyszy od rodziców, że jest głupie, bezmyślne i beznadziejne… to nawet jeśli za 10 minut zaproponujemy wspólne spędzenie czasu to w głowie dziecka pozostanie „Jestem głupi, bezmyślny i beznadziejny” i to niezależnie czy ma 3 czy 13 lat. Tak działa nasz umysł.

    Jak więc strofować dzieci? Po porostu określać ich zachowanie „robisz, postępujesz, zachowujesz się” i pokazać, ze można to zachowanie zmienić i jak. Nie nadawać etykietek, nie uzależniać dziecka od swoich oczekiwań prawdziwych czy wyimaginowanych przez dziecko.

    A jeżeli babcia, ciocia czy koleżanka nawet w żartach powiedzą do waszego dziecka „Kto jest łobuzem?” odpowiedzieć, że chyba babcia, ciocia lub koleżanka, bo wasze dziecko to ewentualnie „łobuzuje” 😉

  • Sprzątać czy nie? Oto jest pytanie…

    Przez wiele lat pracując w przedszkolu obserwowałam różne dzieci, które zaczynały swoją przygodę z edukacją. Były w różnym wieku (2,5 – 5 lat), posiadały różne umiejętności, wiedziały mnie czy więcej. W wielu sprawach były do siebie podobne, ale też w wielu inne. Nigdy nie spotkałam dwójki takich samych, nawet jeśli chodzi o bliźniaki. Jednak rodzice zazwyczaj byli do siebie podobni. Zdenerwowani pierwszymi krokami w samodzielność swoich dzieci, często zaskoczeni jak sobie dobrze radzą. Ale przede wszystkim często zdziwieni tym co ich dzieci potrafią i robią w przedszkolu… a w domu nie. Jedną z takich umiejętności jest sprzątanie po sobie.

    Nawet jeśli placówka przedszkolna jest mała i grupy są małoliczne to i tak nauczyciel nie byłby w stanie sprzątać zabawek po każdym dziecku. Dlatego od pierwszego dnia mówi się przedszkolakom aby odkładały zabawki na miejsce zanim wezmą następne. I o dziwo, większość dzieci robi to od razu (niektóre są nauczone tego w domu), a innym trzeba czasami o tym przypominać. Jest wielu rodziców, którzy widząc takie pozytywne zachowanie swego dziecka są zaskoczeni. Wiele razy słyszałam „Jak to pani zrobiła? Przecież w domu to nawet ręką nie ruszy”. Jest na to prosta odpowiedź – w przedszkolu nie ma wyboru. Nawet 2,5 roczne dziecko jest w stanie odłożyć zabawkę na miejsce, a jeśli nawet na początku nie pamięta gdzie ona leżała to po przypomnieniu nie jest to już problem. Czasami jest gorzej z chęciami, ale o tym zaraz.

    Jak więc nauczyć dzieci sprzątać? Kiedy to robić? I właściwie po co?

    No właśnie, po co? Niektórzy rodzice (zwłaszcza mamy) twierdzą, że same najlepiej posprzątają, zrobią to szybciej i dokładniej. „Żałują” swoich maleństw, które po zabawie są zmęczone. A potem maleństwa mają kilkanaście lat i mamy się dziwią, że sprzątanie ich nie interesuje… Można i tak.

    Od kiedy uczyć dzieci sprzątać? Ja zaczęłam kiedy Marianka już stabilnie siedziała i zaczynała zabawę już dość świadomie. Za wcześnie? Moim zdaniem nie. Ale można to zrobić i później.

    Jak to zrobić? Kiedy maluch kończy zabawę po prostu wspólnie sprzątamy. Niech to też będzie zabawa. Ważne aby używać słowa SPRZĄTAMY. Dziecko wie wówczas czym jest ta czynność. Oczywiście najpierw Marianka głównie obserwowała, wrzucając np. jedną zabawkę do pudełka, ale z czasem to się zwiększało. Warto skorzystać z tego, że maluchy lubią rzucać i może to być dla nich zajmujące. Jest to dla nich jednocześnie bardzo dobre ćwiczenie rozwojowe, ponieważ doskonalą manipulowanie przedmiotami, poznają znaczenie słów „podaj mi”, „proszę”, „dziękuję”. Oczywiście u tak małych dzieci sprzątanie musi być wspólne. Zanim stanie się nawykiem potrafi minąć i rok albo dłużej, ale warto zaczynać jak najwcześniej. Niech będzie dla nich czymś normalnym, że najpierw sprzątamy a potem bierzemy do zabawy coś nowego. Będą to rozumiały i łatwiej będzie im to uznać za regułę.

    A kiedy dzieciom się „nie chce”? Oczywiście najlepiej zaproponować wspólne sprzątanie. Ważne aby nie skończyło się na tym, że dziecko siedzi a my sprzątamy. Możemy też ustalić, że odpoczywamy 10 – 15 minut i wtedy zaczniemy sprzątać. Ale w tym czasie nie bierzemy nic nowego.

    Oczywiście to my decydujemy kiedy wprowadzać dziecko w tajniki sprzątania po sobie. I czy jest to nam potrzebne. Z pewnością naszym dzieciom tak. Nie tylko w przedszkolu, ale też w przyszłości… zwłaszcza kiedy będą mieszkały już same. Warto o tym pomyśleć „żałując” naszego maleństwa 😉

  • Komu są potrzebne plan dnia i rytuały?

    Na forach i grupach „mamowych” co i rusz pojawiają się pytania dotyczące ilości drzemek czy pory kładzenia spać. Wiele młodych mam narzeka, że ich kilku – kilkunasto miesięczne dzieci chodzą spać o 22, 23 a czasami nawet 24. Inne żalą się, że nic nie mogą zaplanować, bo dziecko co i rusz zasypia o różnej porze, jest marudne lub je różne ilości pokarmów w zależności od dnia. I o ile nie są to problemy związane ze zdrowiem dziecka, dla każdej z tych mam mam jedną radę… Wprowadzenie planu dnia i rytuałów.

    Ktoś może powiedzieć, że ja miałam łatwiej, bo przez 4 miesiące w szpitalu Marianka przyzwyczaiła się do stałych pór jedzenie i innych rzeczy. Może i trochę tak, ale nie do końca. Dom i wszystko inne było dla Niej nowością i na początku wcale nie funkcjonowała jak w szpitalu, może poza jedzeniem. Ale przecież to akurat ja kontrolowałam. To wprowadzony przeze mnie plan dani i rytuały z tym związane sprawiły, że już od dłuższego czasu Marianka idzie spać między 19:30, a 20:00.

    Kiedy zacząć wprowadzać plan dnia? Od początku. Oczywiście zaraz po powrocie ze szpitala najpierw trzeba poznać swoje dziecko. Czego potrzebuje, jakie jest. A dopiero później, po kilku dniach wprowadzać stałości. I to niezależnie czy jest karmione piersią czy z butelki, czy śpi w swoim łóżeczku czy rodzicami. Plan jest potrzebny i dla dziecka i dla rodzica.

    Dziecko dzięki planowi i rytuałom czuje się bezpieczne. Wie co po czym następuje. Wie czego może się spodziewać. Porządkuje to jego świat, który wydaje się mu taki obcy i nieprzyjemny. Stałość zawsze wprowadza poczucie bezpieczeństwa. Rodzice dzięki planowi też mają szansę poczuć się bezpiecznie. Wiedzą co po czym mają robić, do czego się przygotować.

    Warto pamiętać, że plan dnia jest stały, ale powinien być dostosowany do potrzeb dziecka i jeśli ono się zmienia, plan też powinien ulec zmianie. My zmienialiśmy plan kilka razy. Jeśli widzieliśmy, że coś nie odpowiada Mariance szukaliśmy rozwiązań. Zamienialiśmy kolejność kąpieli i jedzenia, spacerów i drzemki. Jak miała niespełna rok zauważyliśmy, że pora spania się Jej wydłuża przez co jest markotna i gorzej śpi. Zrezygnowaliśmy z popołudniowej drzemki i wszystko się ułożyło. Kiedy zamiast jeść o 23 (jadła przez sen) zaczęła się wybudzać i marudzić – zrezygnowaliśmy z tego karmienia, przesuwając lekko poranne. I właśnie na tym polega dobry plan dnia – odpowiada potrzebom dziecka.

    Czym są rytuały? To właśnie czynności, które wykonujemy w tej samej kolejności, w taki sam sposób. Zwłaszcza te przed snem, które pozwalają się wyciszyć, pomagają dzieciom spokojnie pójść spać.

    A jeśli do tej pory nie mieliśmy planu dnia? To czas najwyższy zmierzyć się z tym. Z doświadczenia wiem, że trudniej przeżywają to rodzice niż dzieci. A im młodsze tym łatwiej. Przeważnie stawiają opór 3 – 4 dni, starsze do tygodnia. Ale jeżeli czują w tym naszą stanowczość, a jednocześnie miłość i wsparcie, szybko odnajdą się w nowej rzeczywistości.

    Pamiętajmy, że plan dnia powinien zawierać nie tylko pory spania i jedzenia, ale również czas na aktywność, zabawy na świeżym powietrzu czy spacer, nie powinno zabraknąć też momentu na zabawę swobodną (dotyczy to wszystko również maluszków).

    Plan dnia porządkuje nasze życie, ale daje też szansę na dobrą zabawę i spontaniczność. Pozwala nam i naszym dzieciom poczuć się bezpiecznie i nie być zmęczonym. A co za tym idzie cieszyć się z bycia razem.

  • Rodzinka peel

    W poprzednim stuleciu (wiem jak to strasznie brzmi, bo byłam już wtedy dorosła) mówiąc o polskiej rodzinie, z pewnością wiele osób użyłoby takich określeń jak wielopokoleniowa, duża, utrzymująca kontakty, spotykająca się na święta/ wesela/ imieniny i inne uroczystości. Ostatnio na moim profilu na Instagramie zapytałam właśnie o rodzinę. Kim jest dla Was bliska rodzina? Z kim utrzymujecie kontakty? Jak duże są Wasze rodziny. I muszę przyznać, że odpowiedzi raczej mnie nie zaskoczyły. A obraz „Rodzinki peel” nie jest taki oczywisty, a co za tym idzie i wychowanie do życia w rodzinie (nie mylić z przedmiotem nauczania) jest różne. A jakie?

    Nadal jest wiele rodzin, które przy wigilijnym stole czy innych uroczystościach zasiadają w 20 – 30 czy więcej osób. Zdaje się jednak, że w są to rodziny, które od dłuższego czasu – może kilku pokoleń mieszkają w jednej okolicy. Są to duże rodziny, w których jest po kilkoro dzieci lub jako bliską rodzinę traktuje się też kuzynów. W takich rodzinach nawet jeśli ktoś wyjeżdża za pracą czy na studia gdzieś dalej, stara się w ważnych chwilach życia rodziny wracać. Dla takich osób czymś normalnym jest, że każde święta spędzają w rodzinnym domu, nawet jak jest on oddalony o kilka tysięcy kilometrów. Jak taka rozległa rodzina wpływa na wychowanie dziecka? Z pewnością może ono wiele skorzystać. Kontakty z dużą ilością zaufanych, bliskich osób wpływają na otwartość, naukę nawiązywania relacji i bycia w środowisku osób w różnym wieku/ wykształceniu/ poglądach/ itp. Oczywiście mogą wystąpić też minusy. U osób wychowanych w takich rodzinach może występować przeświadczenie, że nie łatwo się przebić, czasami trudno zostać dostrzeżonym w dużej grupie lub czuć się przytłoczonym. W dużych rodzinach w dzisiejszych czasach można też poczuć smutek w powodu braku czasu na codzienny kontakt ze wszystkimi najbliższymi.

    Coraz więcej jest też rodzin, które za najbliższą rodzinę uznają oprócz swoich dzieci, rodziców i rodzeństwo. A nawet z nimi czasami nie mają kontaktu codziennego. Często jest to spowodowane rozrzuceniem rodziny po różnych zakątkach Polski i nie tylko. Ale też wydarzeniami z przeszłości. Oczywiście wychowanie w takiej rodzinie ma również swoje plusy i minusy. Do tych pierwszych możemy zaliczyć skupienie się na relacjach z mniejsza liczbą osób, poczucie że jest się dostrzeganym i ważnym. Co może być jednocześnie minusem – bo czasami chcielibyśmy się gdzieś schować. Minusem może być również zamknięcie się na bliższe kontakty z większą ilością osób, mała ilość kontaktów interpersonalnych niezależnych od pokolenia czy poglądów.

    W którym rodzaju rodziny łatwiej, lepiej wychować dziecko? Nie znam na to pytanie odpowiedzi. Sama pochodzę z rodziny gdzie dzieci ciotecznego rodzeństwa moich rodziców to bardzo bliska rodzina. U nas zawsze było tłoczno, radośnie i głośno. I choć teraz może nie spotykamy się tak często to relacje nasze nadal są bardzo bliskie. Ale dostrzegam też wartość mniejszych rodzin. Z takiej wywodzi się mój mąż. I tu czasami może pojawić się problem. Bo zazwyczaj rodzina kojarzy się nam z naszą i jeśli spotyka się dwójka ludzi wychowanych w innych typach rodzin, to może być trudno. Bo to w czym się wychowaliśmy jest dla nas naturalne i tak chcemy aby wyglądała nasza rodzina. Ważne aby te różnice nie wpłynęły na dzieci. Musimy pewne rzeczy ustalić zanim one przyjdą na świat lub kiedy są bardzo małe. Aby nie miały sprzecznych komunikatów. Bo najlepsza rodzina to jest taka, którą my stworzymy. I nie ważne czy jest obok nas 30 najbliższych jej członków czy tylko 5. Najważniejsze jest abyśmy się kochali i cieszyli z bycia razem, a zwłaszcza z bycia rodzicami swoich dzieci.

  • Magia optymizmu

    Często ludzie się pytają, jak to robimy, że Marianka jest non stop uśmiechnięta i radosna. Po pierwsze to nie prawda, bo jak każde dziecko bywa marudna i płaczliwa (kiedy czegoś chce lub jest zmęczona). A po drugie, w sumie to od zawsze taka była. Czy to tylko kwestia genów, charakteru i innych cech wrodzonych? A może to my, rodzice zrobiliśmy czy robimy coś co sprawia, że przez większość czasu nasza córeczka jest uśmiechnięta?

    Myślę, że z pewnością i jedno i drugie. Z jednej strony gdyby miała inne cechy wrodzone (choć to sprawa sporna, bo różni naukowcy mają inne teorie co do cechy wrodzonych) to być może moglibyśmy nawet stawać na głowie, a Marianka i tak nie byłaby chodzącą „radochą”. Uważam jednak, tak jak wielu specjalistów, że to środowisko, w którym wychowuje się dziecko ma duży wpływ na rozwój jego cechy zarówno wrodzonych jak i nabywanych w trakcie procesu wychowania. Co więc się stało, że Mania jest wesołkiem?

    Moim zdaniem jest to siła optymizmu. Od pierwszych chwil Jej życia słyszeliśmy, że do inkubatora mamy podchodzić z nadzieją, radością i optymizmem. Bo dzieci czują nastrój rodziców i ma to wpływ na ich wyniki. I rzeczywiście, widać było, że jeżeli któreś z nas ma słabszy dzień to jakiekolwiek próby zbliżenia się do Marianki powodowały spadki Jej saturacji. Przypadek? Nie sądzę. Tak więc zarówno w te gorsze jak i lepsze dni szukaliśmy w sobie pozytywnych uczuć. Nauczyliśmy się czerpać radość ze wspólnego przebywania, choćby i w warunkach szpitalnych. Tak było przez ponad 4 miesiące. A w domu? Radość z tego, że jesteśmy razem była i jest tak wielka, że przepełnia nas wszystkich. Nawet kiedy jesteśmy zmęczeni lub zdenerwowani staramy się szukać sposobów na optymizm. Dla Marianki… i dla siebie.

    Jeżeli dziecko wychowuje się w atmosferze nie tylko miłości, ale radości i optymizmu, samo się tego uczy. Oczywiście inne uczucia też są ważne i potrzeba je w naturalny sposób poznać. Ale czy na co dzień to nie radość z bycia rodziną… radość z życia… radość, że mamy siebie… czy to nie właśnie to powinno napędzać nas do działania.

    Ktoś mógłby się zapytać z czego tu się cieszyć. Żyjemy w takim a nie innym kraju, w takich a nie innych czasach, zarabiamy tyle a tyle… Uwierzcie mi, jest z czego się cieszyć. I pomimo że od zawsze raczej patrzyłam z nadzieją i optymizmem na świat, to perspektywa inkubatora pokazała mi, prawdziwe powody do radości. Są nimi nasze dzieci, to że je mamy i możemy je wychowywać.

    Taki jest sekret radości Marianki. Ma rodziców, którzy cieszą się i dziękują za każdy dzień spędzony z Nią. Wychowywana jest w atmosferze miłości, bezpieczeństwa i optymizmu. Każdy tak może.

  • Kochanie złap wiewiórkę… czyli jesteśmy częścią przyrody

    Spacerujemy sobie po parku z Marianką. Patrzymy… a tu wiewiórka przycupnęła pod drzewem. Zatrzymujemy się i próbujemy pokazać Mani zwierzątko. Zresztą kilka innych osób też z zaciekawieniem przygląda się rudemu stworzonku. Aż tu nagle słyszę za sobą głos „Kochanie popatrz wiewiórka… złap ją” i widzę pięcio- może sześciolatkę rzucającą rower, pędzącą bez opamiętania w stronę rudzielca. Nadal słyszę w głowie śmiech TYCH rodziców, widzących jak zwierzak z przerażeniem ucieka na drzewo przed ich córką. I tylko chyba dobre wychowanie i szok powstrzymały mnie przed skomentowaniem na głos tego co widziałam. A w głowie zrodziło się pytanie – Co Ci rodzice robią swemu dziecku… i nam wszystkim.

    Ktoś może powiedzieć, ot wielkie rzeczy, dziecko pogoniło wiewiórkę, bo to pierwsze i ostatnie dziecko? Z pewnością nie. I nie sam fakt, że dziecko próbowało złapać zwierzaka wprawiło mnie z równowagi. Ale jego rodzice. To, że to był ich pomysł oraz fakt, że bawiło ich, że córka z miną szaleńca rzuciła się w jednej chwili za ta nieszczęsną wiewiórką. Zresztą tak to też skomentowali na głos, co ich dziecko również słyszało.

    Dzieci mają prawo poznawać przyrodę, tak jak potrafią. Nasza Marianka też próbuje złapać gołębia lub zbliżyć się do wygrzewającej się na słońcu kaczki. Ale Jej na to nie pozwalamy. To wszystko są istoty żywe i należy im się szacunek. Jeżeli dzieci nie nauczymy szacunku do zwierząt to i z tym do ludzi będzie problem. Bo wszyscy jesteśmy częścią przyrody, razem żyjemy i koegzystujemy. Bez zwierząt, roślin nasz świat nie istniałby, takim jakim jest. A my go sukcesywnie niszczymy. A zamiast uczyć nasze dzieci szacunku do otaczającego świata, każemy im „łapać wiewiórki”.

    Zresztą cały czas słyszymy o wydarzeniach, które pokazują jak mało szanujemy to co nas otacza. Jak mało znamy. Jak nie doceniamy. I jak butnie podchodzimy do tego, że opanowaliśmy ten świat. Słyszeliście pewnie o tatusiu, który w ramach poznawania świata włożył dziecko do wybiegu w ZOO? Każde zwierze ma prawo się bronić. Każde ma swoje zwyczaje. A to, że ich nie znamy i nie doceniamy to tylko nasza ignorancja. Ja jestem człowiekiem, panem świata i robię wszystko co mi się podoba. Dziękuję Bogu, że temu dziecku nic się nie stało.

    Jaki piękny piesek, w sam raz na prezent… Jaki niedobry pies, zjada mi buty, trzeba go wyprowadzać… Zostawmy go gdzieś, oddajmy, porzućmy…

    Jakie piękne widoki… las, strumyk, słońce, cisza… w sam raz na wybudowanie apartamentowców… a że połowę tego lasu trzeba wyciąć….

    Zobacz jaka sarenka… sama jest… zabierzmy ją… A to, że nie wiemy, iż z pewnością jej mama jest blisko… cóż, po co znać zwyczaje dzikich zwierząt…

    Straciliśmy gdzieś z oczy bardzo ważną kwestię. A jeżeli sami o niej nie pamiętamy, to jak przekażemy ją naszym dzieciom. To wszystko co nas otacza zostało nam dane nie w posiadanie ale w opiekę… i jakoś to nam marnie wychodzi. Chcemy jeździć w cudowne miejsca, spędzać czas z rodziną, mieć piękne zdjęcia wśród maków… Ale zanim się obejrzymy tego wszystkiego nie będzie. Nie szanujemy przyrody… Nie uczymy tego naszych dzieci. A szacunek zaczyna się od najmniejszych spraw. O nim się nie mówi, go się czuje. Nie zdziwmy się kiedy nasze dzieci nie tylko przyrody nie będą szanować… ale i nas.

    Jeszcze jest czas… jeszcze możemy to zmienić. Wystarczy aby każdy z nas pokazał dzieciom jak piękny jest nasz świat i że warto się nim opiekować, a od przyrody dostaniemy tak wiele. A dziecko, które kocha to co je otacza wyrasta na człowieka, który szanuje wszystko i wszystkich.