Tag: metody wychowawcze

  • Dzień dobry i dobranoc

    Kiedy po kolejnej średnio przespanej nocy o 5:30 lub 6:00 słyszysz, że twój ukochany maluch właśnie rozpoczyna dzień to najczęściej masz ochotę schować się pod kołdrę i udawać, że Cię nie ma? Ja tak mam bardzo często. Jest jednak jedna rzecz, która codziennie od kilku miesięcy sprawia, że o tak niemiłosiernej porze chce mi się ruszyć z łóżka i chcąc nie chcąc rozpocząć nowy dzień… Zgadniesz co to takiego?

    To uśmiech mojej Marianki 🙂 Od dłuższego już czasu kiedy tylko się przebudzi, wstaje w łóżeczku i zagląda w stronę naszego łóżka. Kiedy tylko któreś z nas spojrzy w Jej stronę od razu na Jej buzi pojawia się uśmiech od ucha do ucha. Ostatnio mój mąż stwierdził, że to jakby Mani dzień dobry. Jakby wiedziała, że fajnie jest zacząć ranek od pozytywnych emocji. I rzeczywiście ten uśmiech mnie rozbraja. Wieczorem zaś ma swoje „dobranoc”. Kiedy trzymamy Mariankę na rękach podczas rodzinnej modlitwy przed Jej spaniem przytula się raz do mnie raz do męża. To jest niesamowicie przyjemne. I bardzo mądre.

    Jak się tego nauczyła. Niechcąco 😉 Od początku jak wróciliśmy do szpitala, a może jeszcze wcześniej? Zdecydowanie – wcześniej. Odkąd Marianka była w szpitalu zawsze jak przychodziliśmy witaliśmy się z Nią czule, zwłaszcza uśmiechając. A kiedy wychodziliśmy – starliśmy się przytulić, jeśli się dało, ukochać i dać jak najwięcej czułości. Kiedy wróciliśmy do domu te rytuały przeniosły się na wieczór i ranek. Staraliśmy się aby przebudzając się widział uśmiech. Tak jakoś czuliśmy, że tak jest dobrze. I nie wiadomo kiedy Marianka nauczyła się tego od nas.

    No właśnie dobrych manier i czułości uczymy prze przykład i tak niechcąco. Dzieci obserwują nas i jeśli dostają czułość i dobro to starają się odwdzięczyć tym samym. To nie nasze słowa, a czyny sprawiają, że dzieci przyswajają te zachowania. Jeżeli chcemy aby były „dobrze wychowane” to sami musimy na co dzień postępować zgodnie z tymi zasadami. Nie da się wymagać czegoś czego sami nie stosujemy. Nie oczekujmy, że dzieci będą się witać z sąsiadami jeśli my tego nie robimy. Po prostu róbmy to. Sami możemy być zaskoczeni kiedy nasze dzieci zaczną mówić dzień dobry sąsiadom, czy przepraszać kiedy chcą przejść. Tego nie musimy im mówić. Same to zaobserwują i powtórzą. To naturalne jak oddychanie… tylko muszą mieć odpowiedni „tlen”.

    Tak samo jest z okazywaniem uczyć w rodzinie. To jak będziemy się odnosić do współmałżonka/ partnera i do dzieci – to samo otrzymamy od nich. Jeśli dziecko zaczyna na nas krzyczeć lub wyzywać – zastanówmy się najpierw gdzie to usłyszało. Może jednak w domu? Zanim zaczniemy szukać winy w przedszkolu czy piaskownicy – popatrzmy na siebie. Na to jak rozmawiamy przez telefon, czy ze znajomymi. Dzieci to wszystko słyszą i naśladują. PO mimo że nam się wydaje, że tak nie jest.

    Często trudno jest dostrzec swoje postępowanie, bo przecież chcemy dla dzieci jak najlepiej. Ale wystarczy trochę obiektywizmu i rzeczywistego spojrzenia na siebie. Bo dzieci, zwłaszcza te małe, to nasze odbicia. Czasami przerysowane, ale jednak nasze. A czasami mała zmiana w nas powoduje ogromną zmianę w nich.

    Tak więc życzę Wam i sobie wiele takich „niechcących” perełek w zachowaniu naszych dzieci. Które sprawiają zarówno nam i im wielką przyjemność.

  • Czyj to przyjaciel?

    Nie baw się z nim, nie widzisz jaki to łobuz. Idź do Krzysia to grzeczny chłopiec i będziecie się ładnie bawić… Czy ty naprawdę nie możesz znaleźć sobie innej koleżanki? Przecież wiesz z jakiej ona jest rodziny… Tylko od lekcji Cie odciągają ci twoi koledzy. Co ty w nich widzisz?… Taki obdarty zajączek Ci się podoba? Popatrz masz tyle innych zabawek, wybierz do spania coś innego… Wybierz… znajdź… lepszego… grzeczniejszego… lepiej się uczącego… z lepszej rodziny… mądrzejszego… ciekawszego… innego przyjaciela. Być może kiedyś sami usłyszeliście coś podobnego lub powiedzieliście tak komuś. Ale czy to coś złego?

    Z pewnością osoby wypowiadając przytoczone powyżej kwestie miały dobre intencje. Przecież chcemy aby nasze dzieci przebywały z osobami, które będą miały na nie dobry wpływ. Chcielibyśmy aby nawiązały przyjaźnie na całe życie. Aby na wspaniałych przyjaciół mogły liczyć zawsze. Aby mieli wspólne przygody i wspomnienia. A wszystko w otoczce bezpieczeństwa, rozsądku i naszej aprobaty.

    Zastanówmy się jednak czym jest przyjaźń dla naszych dzieci. Już maluchy nawiązują bliskie relacje z rówieśnikami. Rzadko mogą one przetrwać dłużej niż znajomość z piaskownicy czy przedszkola, ale są i takie. W tym wieku przyjaźnie zawiązują się tak samo szybko jak rozpadają. Są jednak naszym dzieciom potrzebne aby rozwijać się społecznie i emocjonalnie. Niestety nie zawsze te znajomości będą się nam podobały. Dzieci przyciągają często rówieśnicy, którzy są przebojowi, pomysłowi i energiczni. Co za tym idzie często uważamy takie osoba za „rozrabiaki”. Boimy się, że nasze dzieci też zaczną się tak zachowywać. Co zatem zrobić aby nasze pociechy nie nabrały złych nawyków, a jednocześnie abyśmy nie zaburzali ich emocjonalnego rozwoju. Co zrobić aby wspierać dziecko, a nie zachowania których nie akceptujemy?

    Zapytajmy dziecko dlaczego właśnie lubią Stasia czy Kasię. Powiedzmy, że cieszymy się, że mają przyjaciela, ale nie zmienia to zasad panujących w domu. Ustalmy, że nadal oczekujecie zachowania takiego jak do tej pory. Wytłumaczcie, że to iż przyjaciel w jakiś sposób się zachowuje, nie oznacz, że dziecko musi robić tak samo. Oczywiście dzieci powiedzą „To on już mnie nie będzie lubił”. Wytłumaczcie, że prawdziwy przyjaciel akceptuje nas takim jakim jesteśmy. Możecie sobie w tym pomóc np. jakąś książeczką (z pewnością znajdziecie jakąś propozycję w jednym z moich „książkowych” wpisów). Grunt to to, że nie zabraniamy się przyjaźnić – nie krytykujemy przyjaciela tylko przypominamy o panujących u nas zasadach. W ten sposób okazujemy szacunek i tego samego oczekujemy.

    W podobny sposób postępujemy przy starszych dzieciach. Rozmawiamy o przyczynach przyjaźni, jak powinna wyglądać, na jakich warunkach się opierać. Przypominamy o zasadach. Nie zabraniamy kontaktu, a jedynie nieakceptowalnych zachowań.

    Inny problem pojawia się w sytuacji kiedy nie akceptujemy przyjaciela, bo wydaje nam się zbyt mało „warty” naszego dziecka. To jest bardzo trudny problem, który tkwi w nas. Bo jakie mamy prawo aby oceniać jakim ktoś jest człowiekiem i jakim będzie przyjacielem. Jeśli jego zachowanie nie zagraża naszemu dziecku to kontakt z kimś kto jest inny niż nasza pociecha tylko może rozwinąć osobowość. Przyjaciel słabszy w nauce – pomoc zawsze rozwija. Ktoś z biedniejszego domu – nawet nie będę komentowała… Czasami warto zastanowić się nad samym sobą a nie oceniać innych.

    Pamiętajmy, że tak jak my nie chcielibyśmy aby nam ktoś wybierał znajomych, przyjaciół czy partnera – to samo tyczy się naszego dziecka. O ile taka znajomość nie zagraża jego zdrowiu i życiu nie mamy prawa ingerować. To brak szacunku i z pewnością wpływa niekorzystnie na naszą relację z dzieckiem. Pamiętajmy, że każdy kontakt z innym człowiekiem to szansa na rozwój naszego dziecka. W dużej mierze to od nas zależy czy będzie to doświadczenie pozytywne czy nie.

  • Zarządzenie najwyższej wagi!

    UWAGA! UWAGA! Ogłoszenie dla wszystkich rodziców! Aby nie zwariować, aby nie stracić radości bycia rodzicem swoich dzieci zarządzam dzień lenia! Żadnego sprzątania, zbytecznych obowiązków domowych, zamartwiania się, przyjmowania i chodzenia w gości, żadnej pracy, e-maili i innych temu podobnych… To jest właśnie ten dzień, kiedy Ty i twoja rodzina macie wynudzić się i leniuchować cały dzień! Tak powiedziałam ja. Czołowa propagatorka i praktykująca DZIEŃ LENIA 😉

    A tak na poważnie, to rzeczywiście każdemu z nas co jakiś czas przydaje się taki dzień lenia. Kiedy byłam jeszcze zabieganą singielką, raz na miesiąc lub na dwa robiłam sobie taki dzień. Telefon wyłączałam lub odkładałam gdzieś daleko, komputer też odpoczywał. Cały dzień wylegiwałam się w łóżku z lekką książką lub przed telewizorem oglądając raczej mało ambitne komedie amerykańskie lub programy na kanałach kobiecych. Ktoś z Was mógłby powiedzieć, że trwoniłam lub marnowałam te dni. Ktoś inny zaś, że dla niego to nie odpoczynek tylko „odmóżdżenie”. I od razu odpowiadam. Te dni były po to abym dała organizmowi odpocząć. Życie w ciągłym biegu dawało mu się we znaki, a raz na jakiś czas potrzebował się zrestartować. Dotyczyło to zawłaszcza mózgu, który zazwyczaj pracował na największych obrotach. I choć zazwyczaj odpoczywam raczej w sposób aktywny, czy to podróżując czy spotykając się ze znajomymi, to właśnie takie odizolowanie bardzo było mi potrzebne.

    No dobrze, singiel to sobie może pozwolić na wszystko. A co z rodzicami? My też mamy prawo, a wręcz obowiązek aby organizować dla siebie i rodziny dzień lenia. Dzięki temu nauczymy nasze dzieci, że czasami warto się wyłączyć i dać swemu organizmowi odpocząć. Wiadomo, że taki dzień trzeba zaplanować. A właściwie nie planować na ten dzień nic szczególnego. Obowiązki domowe mogą poczekać. Zamiast stać przy garach pół dnia zjedzmy coś co już mamy w lodówce lub zamówmy jakiś domowy obiad do domu. A kto wie, może nawet pizzę 😉 Urządźmy wspólne długie leżenie w łóżku, chodzenie do południa w pidżamach czy dzień bez makijażu. Przygotujmy coś fajnego do oglądania, może domowy popcorn? Niech ten dzień będzie bez pośpiechu, bez „spiny”, bez nikogo oprócz naszej rodziny. Taki nudny wspólny dzień. Gdzie będzie czas na turlanie się po łóżku, przytulanie, wygłupy i nic nie robienie. Pokażmy naszym dzieciom, że to też jest fajne.

    Oczywiście z maluchami może to być trochę kłopotliwe, ale nie niemożliwe. Można przecież zabrać je do swojego łóżka z zabawkami, abyśmy mogli się wylegiwać, a one żeby się bawiły. Wcześniej przygotujmy jedzenie, aby tego dnia „pracę” ograniczyć do minimum.

    Dużo się śmiejmy i odpoczywajmy. Tulmy i wariujmy. Wyłączmy się na innych, a włączmy na siebie. Dajmy odpocząć swemu organizmowi, a zwłaszcza mózgowi. A zobaczycie jak wspaniale się nam odwdzięczą. A dzieci będą czekały na kolejny DZIEŃ LENIA 🙂 Miłego odpoczynku <3

  • Dla kogo zwierzak?

    Ja chcę pieska… kup mi kotka… ale fajnego chomika ma Basia… te rybki są fantastyczne… marzę o myszoskoczku… naprawdę będę się nim opiekował… zrobię wszystko… Wcześniej czy później większość rodziców stanie naprzeciw takich zapewnień. W niektórych domach zwierzęta są jeszcze przed pojawieniem się dzieci i tu problemu nie ma. Jednak w wielu rodzinach dopiero kilkuletnie dziecko po raz pierwszy porusza temat zwierzaka. Wielu rodziców rozważa jakie i kiedy zwierzątko kupić dziecku. Nie zdają sobie jednak sprawy, że nigdy nie kupuje się zwierzęcia dla dziecka…

    tylko dla rodziny. Niezależnie ile dziecko ma lat i jak bardzo jest odpowiedzialne, to my rodzice podejmujemy zobowiązanie wprowadzając do domu zwierzę. Dziecko może być zmęczone, chore i wtedy nie zajmie się zwierzakiem… o on i tak musi być nakarmiony i zaopiekowany (wyprowadzenie na spacer, wymiana pisaku w kuwecie, wody w akwarium czy trocin). To na nas spada ten obowiązek. A wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z tego i ma potem pretensje do dziecka, że obiecywało a nie dba. Im mniejsze dziecko tym mniej zdaje sobie sprawę, że zwierzak to obowiązki na stałe, a nie na kilka dni. A nawet starsze dzieci mają z tym pewne problemy.

    Kiedy miała 15 lat, a moja siostra 10 w pracy u mojego taty urodziły się kocięta. Siostra strasznie prosiła rodziców o to aby jedno z nich zabrać do domu. Jak byłam przeciwna. Mówiłam rodzicom, że z tego będą same problemy. Oznajmiłam, że owszem jak już kot będzie w domu to go pewnie polubię, ale nie będę wyręczała siostry w opiece, a rodzice niech później nie narzekają. Nie cieszyłam się wcale, że miałam rację. Siostra dostała kotka, a większość obowiązków spadło na mamę. Kotka przebywała tylko w domu, nie wychodziła na zewnątrz. Każdy dłuższy wyjazd z domu musiał uwzględniać kogoś kto przyjdzie nakarmić kota. Dzikuska atakowała gości, a jak nas dłużej nie było to ze złości wyrzucała ubrania z szafek. Oczywiście były też o dobre momenty kiedy przychodziła się położyć koło kogoś na kanapie czy w chwilach słabości dała się pogłaskać. Ale jednak sporo było z nią problemów. Większość wynikała z baraku jej „wychowania” ale ja zawsze powtarzałam, żeby nie narzekali bo sami tego chcieli. Kiedy po 14 latach, pod nieobecność rodziców, musiałam Wiktorię uśpić bo bardzo chorowała – tez to przeżyłam, pomimo że byłam już dorosła i nie mieszkałam z rodzicami.

    Czy to znaczy, ze nie należy ulegać i wprowadzać zwierząt do domu. Oczywiście, że nie. Zwierzątko to trening odpowiedzialności, ale kontrolowany i wspomagany przez rodziców. Należy jednak wszystko przemyśleć i porozmawiać zarówno z dzieckiem jak i całą rodziną. Pamiętajmy, że każde zwierze żyje przez dłuższy lub krótszy czas, nie wszystkie da się zabrać ze sobą na wakacje i nie wszędzie. Musimy mieć kogoś zaufanego kto zaopiekuje się zwierzęciem podczas naszej nieobecności. Warto by było sprawdzić czy nasze dzieci nie są alergikami na sierść – jeżeli myślimy o zwierzęciu, które ją ma. Zorientujmy się też jakiej opieki wymaga dane zwierze i czy jesteśmy mu ją w stanie zapewnić. Na przykład jeśli jesteśmy „sowami” i lubimy dłużej pospać, a każde 5 minut rano to dla nas skarb, to może pies, którego trzeba codziennie rano wyprowadzić nie będzie dobrym pomysłem. Znajdźmy takie zwierze, które uzupełni naszą rodzinę a nie będzie sprawiało nam kłopot. Bo oddanie zwierzęcia po kilku tygodniach czy miesiącach… jest nie tylko niefajne ale też nie wychowawcze. Sprawiasz problemy, jest trudno – oddam Cię. Taki przekaz budujemy.

    Oczywiście jest też wiele pozytywów płynących z kontaktu ze zwierzętami. Ogromna dawka czułości i wrażliwości jaką dostają dzieci. Nauka szacunku do każdego żyjącego stworzenia. Zwierzę potrafi też zintegrować rodzinę. A takie, które żyje długo… zapełnić pustkę kiedy dzieci dorastają.

    Zanim zatem zgodzimy się na zwierzę w domu. Pamiętajmy, że nie kupujemy go dla dziecka tylko dla całej rodziny.

  • Wielkie problemy małych ludzi

    To były piękne czasy, kiedy największym problemem było to, że nie mogę pobawić się akurat tą zabawką, na którą mach ochotę lub nie dostałem lodów. Nic mnie nie interesowało, nie maiłem „dedlajnów”, rachunków i marudnego szefa na głowie. Nie to co teraz. Ile razy zdarzyło się nam pomyśleć – „Boże chciałbym mieć takie problemy” – słuchając o bolączkach swoich dzieci? A ile razy powiedzieć „Nie przesadzaj”. Bo przecież co to za problemy. A jak to się ładne mówi „Zapomniał wół, jak cielęciem był”. Dorastając zapominamy jak postrzegaliśmy świat jako dzieci i jak wpływały na nas trudności.

    Mając 9 czy 10 lat chciałam dołączyć do kółka tanecznego w klubie przy garnizonie na naszym osiedlu. Marzyłam o tym, aby móc tańczyć i być członkiem zespołu. Na „przesłuchania” pędziłam jak na skrzydłach… a wracałam z płaczem. Nikt nie wytłumaczył dlaczego dostały się te a nie inne dzieci, ale ja byłam przekonana, że nie wzięli mnie z powodu mojej puszystej postury. W domu płakałam godzinami. Wydawało mi się, że świat się skończył. Przecież miałam zostać tancerką… a teraz co? Dla mnie była to taka tragedia, że jeszcze dziś myśląc o tym jest mi przykro. Ktoś mógłby powiedzieć, cóż się stało, może spróbuj czegoś innego, nie było Ci pisane, itp. I choć mama próbowała mnie pocieszać na różne sposoby to uczucie niesprawiedliwości i krzywdy było tak silne, że uspokoiłam się dopiero kiedy fizycznie mnie już to zmęczyło. Bo w tym wszystkim chodzi o emocje jakie człowiek przeżywa.

    Nie ważne ile się ma lat smutek, żal, poczucie krzywdy są takie same. Ich przyczyny, rozwiązanie problemów mogą być różne ale same uczucia czy emocje nie zmieniają się zasadniczo. Powstają w tej samej części mózgu i tak samo są w stanie zawładnąć naszymi umysłami i ciałami. Dlatego tak ważne jest aby w trudnych emocjonalnie chwilach udzielać wsparcia dzieciom. Nie bagatelizować ich problemów, a skupić się na emocjach właśnie. Bo z pewnością same dziecięce problemy jesteś w stanie dość szybko i prosto rozwiązać. Ale to właśnie emocji nie możemy zbagatelizować.

    Nam wydaje się, że problem małego dziecka jest mały. Ale dla niego jest ogromy. Często staje przed takim problemem po raz pierwszy w życiu. Nigdy nie był w takiej sytuacji, a do tego pojawiają się emocje i uczucia, których nie potrafi opanować. Jedynie wsparcie i zrozumienie ze strony rodziców jest w stanie pomóc dziecku nauczyć się radzenia z problemami. Jeżeli raz, drugi zbagatelizujemy problem, bo naszym zdaniem jest błahy, to będzie kiedyś problem poważny, a dziecko do nas nie przyjdzie… przecież i tak nie ma co szukać u nas zrozumienia.

    Dlatego warto od najmłodszych lat wspierać dziecko w pokonywaniu jego problemów. Jest to tez okazja do nauki określania swoich emocji i radzenia sobie z nimi. Ale przede wszystkim do budowania silnej relacji z dzieckiem opartej na zaufaniu. Czasami warto spojrzeć na problem oczyma dziecka i przypomnieć sobie jak sami byliśmy w jego wieku. Wystarczy tak niewiele.

  • Nie będę siedziała i płakała

    Wiele osób dziwi się, że tak dobrze poradziłam sobie z przedwczesnym porodem, pierwszymi ponad 4 miesiącami życia Marianki spędzonymi w szpitalu, wizytami u nastu specjalistów, ciągłymi rehabilitacjami czy codziennymi ćwiczeniami terapeutycznymi w domu. A ja im odpowiadam „A jak mam się zachowywać ?” Mam siedzieć i płakać? To by nie było dziwne? Wtedy byłabym normalna?

    W życiu spotykają nas najróżniejsze trudności i przeciwności losu. To jak sobie z nimi radzimy wynika z wielu rzeczy. Choćby naszego charakteru, ale też w dużej mierze z tego jak nauczyliśmy sobie z trudnościami radzić w dzieciństwie. Są sytuacje, które będą dla nas ważne mniej lub bardziej. O jedne z nich będziemy walczyć, a inne sobie odpuścimy. Czasami przecież nie warto się kopać z koniem. Ale to wszystko przychodzi z czasem, doświadczeniem i mądrością. A do tego wszystkiego jeszcze trzeba dorzucić nasze emocje i jak potrafimy sobie z nimi poradzić. Czy jesteśmy je w stanie opanować czy też biorą nad nami górę. To wszystko nie jest łatwe. A może właśnie jest?

    Istnieje wiele sposobów na radzenie sobie z trudnymi życiowymi sytuacjami. I każdy ma jakiś sposób. Nawet jeśli nie jest tego świadomy. I ten właśnie sposób radzenia sobie z trudnymi sytuacjami jest pierwszym jaki widzą nasze dzieci. Czy one też będą tak postępowały? Nie koniecznie i nie wszystkie. Jest jednak szansa, że jeżeli nie poznają innych sposobów radzenia sobie z trudnymi sytuacjami – zachowają się tak jak my. A jeśli nawet nie pójdą w nasze ślady – to wpłynie to na ich spojrzenie na nas.

    Warto jest się więc zastanowić nad sobą i swoim postępowaniem. Co robimy kiedy spotyka nas coś niemiłego, trudnego bądź przygnębiającego? Załamujemy się, walczymy, potrzebujemy czasu, jesteśmy zdezorientowani, rozczulamy się nad sobą… Myśleliście kiedyś o tym? Jak nas wtedy widzą nasze dzieci? Jak nas oceniają? Czy dajemy im poczucie bezpieczeństwa? Co pokazujemy swoim zachowaniem?

    Ja miałam to szczęście, że odkąd pamiętam zawsze w sytuacjach kryzysowych działałam. To działanie dawało mi poczucie, że nie stoją bezczynnie z założonymi rękami. Dawało mi poczucie sprawstwa. Pozwalało zająć głowę i robić coś aby sytuacja była lepsza. Zadanie, zadanie… działanie… To mój sposób na trudne sytuacje. Czy jest najlepszy? Z pewnością nie. Ale dla mnie dobry. Muszę tylko pamiętać, aby w tych zadaniach nie zgubić swoich emocji i uczuć. Pamiętać, że one też mają swój czas i miejsce… aby nie zwariować. Mam nadzieję, że Marianka będzie zawsze widziała mamę zwartą i gotową do mierzenie się ze wszystkimi trudnościami. Mamę, która pokaże, że warto walczyć o siebie, bliskich i to co dla nas ważne. Chciałabym w Jej oczach być osobą, która się nie załamuje tylko próbuje zmieniać świat. Czy mi się to uda? Nie wiem. Ważne, że jestem świadoma swoich wad i zalet. Czy nie mam chwil załamania? Oczywiście, że tak, ale wiem, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach. A reszta zależy od Mani.

    Mam nadzieję, że każdy z Was jest zadowolony z tego jak radzi sobie z trudnymi sytuacjami oraz tym w jaki sposób postrzegają go wtedy dzieci. Jeżeli nie… to zawsze można to zmienić. Nie jest to łatwe, ale warto. Bo to miłe uczucie czuć się dobrze z samym sobą i tym jak nas postrzegają dzieci.

  • Empatia… po co to komu?

    W dzisiejszym świecie kiedy liczy się pieniądz, szybkość działania, sukces, parcie do przodu można zadać pytanie po co komu ta cała empatia i gadanie o niej. Przecież empatią nie zapełnię garnka, nie zapłacę za wczasy, nie napełnię baka w samochodzie. Za to jest ona w stanie oderwać mnie od moich spraw, na których powinienem się skupić. Więc może przestać gadać, a zacząć działać. Przestać się rozczulać, a wziąć się w garść. Nie oglądać się na innych, tylko zająć swoimi sprawami. Bo przecież mamy to, co sami wypracujemy i osiągniemy. Nie ma co tracić czasu na jakąś empatię. Ale czy na pewno?

    Słowo empatia oznacza zdolność odczuwania stanów psychicznych, emocjonalnych innych osób. Inaczej to umiejętność spojrzenia na daną sytuację z perspektywy innej osoby. Według badań taka umiejętność ułatwia nawiązywanie i utrzymanie głębszych relacji międzyludzkich. Jeszcze do niedawno nie przykładano do niej tak dużej uwagi, ale coraz częściej nawet pracodawcy zwracają uwagę czy przyszli lub obecni pracownicy ją posiadają.

    Kojarzycie może Sheldon`a z „Teorii wielkiego podrywu” („The Big Bang thoery”)? Ten zdolny fizyk nie posiada empatii. Nie potrafi się wczuć w sytuację innych osób, co powoduje ciągłe spięcia i nieprzyjemne sytuacje. Nie potrafi nawet udawać, że odczytuje stan emocjonalny znajomych i nieznajomych. Jego życie towarzyskie nie jest łatwe. Oprócz grupy najbliższych przyjaciół i rodziny, którzy zaakceptowali Sheldon`a takim jakim jest bardzo trudno mu nawiązać nowe kontakty i znajomości. Czy właśnie tego chcemy dla naszych dzieci? Nie sądzę.

    Oczywiście taki ekstremalnych przykładów jak w serialu jest niewielu. Ale na co dzień możemy spotkać ludzi, którzy nie potrafią lub nie chcą spojrzeć z perspektywy innej osoby. Nie próbują odczytać jak się czuje ich rozmówca. To powoduje, że nie są raczej lubiani i trudno im wykonywać niektóre zawody. Zwłaszcza te, które wymagają kontaktów z klientem czy kontrahentem. Jak więc pomóc naszym dzieciom aby mogły rozwinąć w sobie empatię?

    Przede wszystkim należy zacząć od małego. I jak z każdą umiejętnością to nie słowa a czyny sprawią, że nasze dzieci ją posiądą. Oczywiście przy empatii na pewno pomocna będzie umiejętność nazywania własnych odczuć i emocji. Bo bez tego trudno mówić o rozpoznawaniu ich u innych. Jeśli sami jesteśmy osobami empatycznymi będzie nam łatwiej. Bo wtedy odruchowo uczymy tego nasze dzieci. A jeśli nie? No cóż, empatii można się nauczyć, trzeba tylko chcieć.

    Warto z dziećmi rozmawiać o tym jak się czują inne osoby w danej sytuacji. Pozwoli to maluchom i starszakom na nawiązanie nowych przyjacielskich znajomości. Należy zacząć od rodziny i najbliższych znajomych, z którymi dziecko ma kontakt. Ale z czasem warto rozmawiać o tym jak mogą czuć się obcy. Dobrym sposobem na naukę empatii jest udział w akcjach charytatywnych, pomocowych. Wtedy warto powiedzieć dziecku dlaczego pomagamy. W jakiej sytuacji są osoby, którym chcemy pomagać. Spróbujmy pokazać dzieciom jak wygląda życie tych osób i jak nasza pomóc, może je zmienić. Czasami wystarczy niewiele. Kupno pokarmów z długim terminem ważności czy przyborów do szkoły i wrzucenie ich do koszyków organizacji pomocowych. Innym razem to pomoc finansowa (wpłaty indywidualne, 1%, udział w licytacjach, itp.). Za każdym razem mówmy dzieciom dlaczego to robimy.

    Jeśli pomożemy naszym dzieciom rozwinąć empatię, będzie im łatwiej w życiu nawiązać kontakty. Choć z pewnością dużo trudniej będzie im obojętnie przejść koło krzywdy innych osób. Ale czy dzięki temu świat nie stanie się choć odrobinę lepszy. A przecież chcemy aby właśnie w ciut lepszym świecie dorastały nasze dzieci. Twórca skautingu w swoim testamencie zostawił takie przesłanie „Zostawcie ten świat trochę lepszym niż go zastaliście”. Ja właśnie tak chcę. Chcę też nauczyć empatii Mariankę aby i ona mogła zmieniać świat. Czy jestem idealistką? Nie, uważam, że to od nas zależy jak żyjemy i czego uczymy nasze dzieci. A również badania dowodzą, że pośród kompetencji poszukiwanych w XXI empatia jest jak najbardziej pożądana.

  • Jestem złą matką…

    Mama, ma, mama, mam, ma, ma, mama… Do tego łzy jak groch, siąpiący nos, drżące ręce, buzia w podkówkę… Ostatnich kilka tygodni tak wyglądają nie tylko rehabilitacje, ale też chwile w domu kiedy muszę wyjść z pomieszczenia. Niby wiem, że to jest etap rozwoju mojej słodkiej Marianki, ale gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się myśl „popełniłam gdzieś błąd, jestem złą mamą…” I jak z taką myślą cieszyć się się z bycia rodzicem? Jak samej nie usiąść i nie zacząć płakać?

    Myślę, że nie jestem jedyną mamą na świecie, której takie myśli pojawiają się w głowie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że każdej z nas choć raz w życiu coś takiego przeszło przez głowę. I nic w tym dziwnego, przecież kochamy nasze dzieci najbardziej na świecie, chcemy aby były szczęśliwe. Kiedy więc pojawia się jakiś problem, którego racjonalnie niby nie możemy rozwiązać, szukamy winy w sobie. Nie powiem, że nigdy nie popełniam błędów. Jestem tylko człowiekiem. Ale i ja i Wy nie jesteśmy winni wszystkim problemom, które mają nasze dzieci. A jeśli nawet czasem zrobimy coś źle, to zawsze można naprawić błąd. Trzeba tylko mieć do siebie dystans i dużą samoświadomość.

    Ale jak tu mieć do siebie dystans kiedy dziecko płacze i ty masz ochotę na to samo? Nie jest to łatwe. Trzeba się na chwilę zatrzymać. Odetchnąć głęboko kilka razy, może wyjść na świeże powietrze… Ale najważniejsze to spojrzeć na siebie w lustrze i powiedzieć „Kocham swoje dziecko najbardziej na świecie. Chce dla niego jak najlepiej i nawet jak coś nie poszło po mojej myśli damy radę. Bo jak nie my to kto!”. A następnie… wziąć się w garść i poszukać rozwiązania problemu. Bo nie ma sytuacji bez wyjścia. Jeśli nie potrafimy poradzić sobie sami to poszukajmy wsparcia. A czasami powiedzmy sobie, trzeba to przeczekać i dać szansę naszemu dziecku dojrzeć.

    Czy mam ochotę czasami płakać razem z Manią? Mam. Czy chcę na rehabilitacji wziąć ją na ręce i utulić? Oczywiście, że tak. A czy to robię? Nie. Bo choć serce mnie boli, a myśl o byciu złą mamą jest z tyłu głowy, staram się myśleć o tym co dla Marianki jest najlepsze. I iść za tą myślą, a Manię kochać jak najbardziej potrafię.

  • Mini odbicie w lustrze

    Od urodzenia dzieci obserwują świat aby go poznać. Tak jak każdy człowiek w nowym miejscu chcą się dostosować aby czuć się bezpiecznie i „u siebie”. Dość wcześnie zauważają, że wokół nich są inni do nich podobni. Obserwując ich stają się jedyni z nas. Pierwszymi obiektami ich zainteresowań są rodzice i rodzeństwo. Nie tylko patrzą, ale też z czasem zaczynają naśladować. I w ten sposób zaczyna się zabawa z „lusterko”. Możemy w nim często zobaczyć małą wersję siebie. Czy podoba nam się ten obraz?

    Badania prowadzona już na 4 miesięcznych dzieciach pokazują, że bardzo szybko uczą się przez naśladownictwo. Wystarczy pokazać im jakąś minę czy wyciągnąć język, a po kilku próbach będą już robiły to bezbłędnie. I będzie im to sprawiało wielką przyjemność. Z badań możemy się też dowiedzieć, że jeszcze znacznie szybciej dzieci uczą się poprzez obserwację innych dzieci niż dorosłych. Co to dla nas oznacza? Bardzo dużo.

    Oznacza to, że tak jak my będziemy się zachowywać w różnych sytuacjach, tak też będą się zachowywały nasze dzieci. Czasami nam się wydaje, że wystarczy powiedzieć coś dziecku i ono powinno to zrozumieć i tak robić. Jednak kiedy co innego mówimy, a co innego robimy – to właśnie przekaz niewerbalny trafia bardziej do nich. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze to właśnie obserwacja jest naturalnym i wrodzonym sposobem nauki każdego człowieka. Po drugie dzieci nie zawsze rozumieją wszystkie słowa i kontekst wypowiedzi rodzica. Dlatego przekaz słowny nie zawsze trafia do nich. I to niezależnie od wieku dziecka. Zwłaszcza, że mamy często tendencję do przydługich wypowiedzi i stosowania przenośni czy ironii. Dlatego dopiero połączenia przekazu werbalnego i niewerbalnego daje największy sukces komunikacyjny.

    Dzieci są wspaniałymi obserwatorami, a my nieświadomymi ich inspiratorami. Pamiętam, że podczas rozmowy z jedną mamą mojego wychowanka, ona stwierdziła, że chłopiec używa specyficznych stwierdzeń i intonacji, np. „widziałem” kiedy ktoś coś zrobił. A ja uświadomiłam sobie, że właśnie w ten sposób mówię, kiedy chcę aby dzieci z grupy wiedziały, że widzę co robią i nie podoba mi się to, ale daję szansę aby nie szły w tym dalej. Nie wspomnę już obserwacji maluchów bawiących się w dom i stwierdzeń „przynieś mi trochę piwka żonko” czy „ chodźmy na papieroska”. Z pewnością znacie też te dowcip, że prze dwa pierwsze lata nakłania się dziecko do powiedzenia pierwszych słów, a wystarczy raz powiedzieć przy nim „dupa” a od razu powtórzy. Dzieci naśladują przede wszystkim to co wydaje się im atrakcyjne. A co uważają za takie? To co jest robione i mówione przez dorosłych, starsze rodzeństwo lub podziwianego kolegę.

    Jak sobie radzić z taką sytuacją? Przede wszystkim być autentycznym i zachowywać się tak jak chcemy aby zachowywały się nasze dzieci. Nie przekazujmy sprzecznych komunikatów werbalnych i niewerbalnych. I bądźmy świadomi, że mamy w domu swoje odbicie w lustrze, tylko takie mini. Odbicie, dla którego jesteśmy najważniejsi na świecie. Dla którego jesteśmy alfą i omegą. Tak będzie przez długi czas. Do kiedy? W przedszkolu do osób, które dzieci naśladują zaliczyć można ukochaną panią i kolegów. W pierwszych latach szkoły podstawowej jest podobnie. Z czasem oczywiście zyskują koledzy – grupa rówieśnicza. Ale jeśli powstała w najmłodszych latach więź między rodzicami i dzieckiem jest silna to nadal oni pozostaną głównymi osobami, które naśladują. Często bardzo nieświadomie.

    Czy to źle czy dobrze? Oceńcie sami.

  • Czas z dzieckiem… liczy się jakość

    Ten weekend był naprawdę cudowny. Piękna pogoda i czas spędzony z rodziną. Nigdzie się nie spieszyliśmy. Nigdzie nie biegliśmy. Mieliśmy czas na wspólny spacer, obiad, wygłupy, śmiechy i nic nie robienie. Tak właśnie tworzy się więzi rodzinne, tak tworzy się wspomnienia. Jednak wielu rodziców nadal nie zdaje sobie prawy, że nie tylko ilość czasu spędzanego z dzieckiem się liczy. Najważniejsza jest jego jakość. A co to właściwie oznacza?

    Kilka lat temu prowadziłam spotkanie dla rodziców na temat czasu spędzanego z dziećmi. Okazało się, że jest jego nie aż tak dużo, zwłaszcza jak rodzic pracuje. Im mniejsze dziecko tym ten czas jest krótszy, bo więcej czasu śpi. Analizowaliśmy też czas spędzony z dziećmi pod kątem jego wpływu na relacje (ich tworzenie i wzmacnianie). Uczestnicy doszli do zaskakujących wniosków. Okazało się, że bywają dni, że 15 minut bezpośredniej relacji rodzic – dziecko, takiej która skupia się tylko i wyłącznie na nich, to i tak dużo. Nie wierzycie? Zastanówmy się więc czy to prawda. Jeśli pracujemy, to większość czasu podczas dnia spędzamy bez dziecka. Widzimy go rano oraz po południu i wieczorem. Odliczmy czas na ewentualne powroty z przedszkola, żłobka czy szkoły. Rano to jesteśmy wszyscy w większości zaspani więc skupiamy się, żeby jakoś się zorganizować do wyjścia. W domu jest czas na obiad, chwila na lekcje ze starszymi dziećmi, może jakiś telewizor, kolacja, kąpiel i czas spać. W tym wszystkim łatwo się zagubić. Przy mniejszym dziecku wprawdzie może odpaść praca, ale wszystkie obowiązki domowe już nie. Może zatem w weekend znajdziemy czas. Bywa, że sobota i niedziela to dni, w których staramy się nadrobić to czego nie udało się nam zrobić w ciągu tygodnia, może jakieś większe zakupy, odwiedziny. I czas ucieka. A jak wygląda spacer z małymi dziećmi? Czy jest podczas niego rozmowa, opowiadanie o tym co jest wokół? Czy może przemierzenie osiedla w ciszy? A później słyszę, jak mama mówi „dlaczego on się tak domaga mojej uwagi, przecież jestem z nim cały czas…”

    Sama wiem, że trudno się z tym wszystkim ogarnąć. U nas dochodzą jeszcze w tygodniu codzienne rehabilitacje, terapie czy wizyty u specjalistów. W biegu łatwo jest przegapić najważniejsze.

    A jak temu zaradzić? Nie jest to może łatwe, a może właściwie jest. To kwestia zaangażowania. Bo cóż trzeba aby czas przebywania razem nie był tylko „przebyciem”? Trzeba się zaangażować w relację. Podczas powrotu z przedszkola można rozmawiać o tym co się tam wydarzyło, czego dziecko się nauczyło lub co było na obiad. Można ten czas wykorzystać na wspólne zabawy typu „Co widzi moje bystre oczko”. Zaangażujmy dziecko do wspólnych zakupów czy gotowania. Rozmawiajmy przy tym, tłumaczmy dlaczego tak coś robimy a nie inaczej. To samo tyczy się obowiązków domowych. Wiem, że samemu szybciej pewne rzeczy możemy zrobić. Ale coś za coś. Wygospodarujmy też codziennie czas na zabawę lub grę, którą wybierze dziecko. Nie musi trwać to długo, ale codziennie i zawsze o podobnej porze. Zorganizujmy tak wieczór, żeby nie był bieganiną a czasem wyciszenia i odprężenia. Przed snem niech się znajdzie czas na wspólne czytanie i rozmowę. To właśnie wtedy wiele dzieci mówi najważniejsze rzeczy dotyczące mijającego dnia. Wtedy trzeba wykazać największą czujność aby nie przegapić ważnej informacji. Może to być jakaś ukryta skarga czy coś złego co się wydarzyło. A może właśnie coś co przysporzy nam powodów do dumy.

    To wszystko jest kwestią naszego wyboru. A tworzenie relacji nie jest łatwe. Ale jeżeli nie zadbamy o nie kiedy dzieci są małe, nie liczmy na wiele w momencie kiedy będą nastolatkami. Bo to co zasadzimy dziś, wykiełkuje jutro. Czas z dzieckiem trzeba przeżyć, a nie przebyć. Czego i Wam i sobie życzę.