Tag: metody wychowawcze

  • Reklamy… zmora rodziców

    Piękne obrazki… coś się rusza… coś gra… wspaniale, kolorowo… i wszystko takie cudowne… i wszystko musisz mieć… i wszystko takie prawdziwe… Tak właśnie dzieci, do pewnego wieku, postrzegają reklamy. Widząc coś, co jest w telewizji i w to wierzą. Nie odróżniają świata realnego od fikcji. Dla nich wszystko co zobaczą i usłyszą jest prawdziwe, a zwłaszcza w telewizji. Dla nich słowo reklama nic nie znaczy, a raczej tyle samo co informacje.

    I tu pojawia się problem wielu rodziców. Skoro dzieci wierzą, że to co jest w reklamie to prawda, przyjmują za sprawdzoną informację, to wszystko chcą mieć. A jak wiadomo rodzice raczej nie są zainteresowani kupnem wszystkich zabawek na świecie. Idzie to jeszcze dalej. W sklepie dzieci potrafią namawiać do zakupy żywności lub chemii danej firmy, bo „pani w telewizji mówiła, że jest najlepszy”. A co za tym idzie, jeżeli rodzic myśli inaczej, co bardziej krnąbrne maluchy potrafią urządzić awanturę o płatki lub proszek do prania. Nie wspominam tu o zabawkach, bo chyba każdy rodzic, którego dziecko obejrzało najnowszą reklamę lalki, samochodu, klocków czy pluszaków z filmu myśląc o wizycie w sklepie z działem zabawkowym zaczyna się pocić. Czy zatem my jako rodzice mamy możliwość się bronić? Oczywiście! Trzeba tylko pamiętać o kilku ważnych sprawach.

    Reklamy przyciągają

    Są nagrane w taki sposób aby były interesujące, kolorowe i angażujące. Czasami dziecko nawet nie spojrzy w telewizor kiedy „leci” jakiś serial lub film, a już na reklamy tak. W końcu przygotowują je specjaliści. Starajmy się aby dzieci, zwłaszcza te najmniejsze, jak najmniej miały styczność z reklamami. Aby nie przyciągały ich uwagi, zawsze można zmienić kanał, choć często reklamy są w podobnym czasie 🙁 Można wybrać program bez reklam lub na chwilę wyciszyć lub wyłączyć telewizor. Oczywiście nalepie odciągnąć uwagę dziecka poprzez wejście z nim w interakcję.

    Dla dzieci wszystko jest realne

    Do momentu, w którym dziecko nie zacznie myśleć krytycznie, wszystko jest dla niego prawdą. To oczywiście w dużej mierze zależy od rodziców i ogólnego rozwoju dziecka, kiedy to nastąpi. Jak możemy pomóc zrozumieć dziecku co jest prawdą a co fikcją? Tłumacząc i rozmawiając. Nie tylko o reklamach i telewizji, ale o wszystkim co nas otacza. O książkach, które czytam. O bajkach, które ogląda. Czasami kontrolnie można zadać dziecku pytanie „Jak myślisz, to jest naprawdę czy na niby?”. Jesteśmy w stanie sprawdzić wówczas czy rozumie o czym mówimy.

    Zasady i umowy

    Jeżeli jednak dziecko jeszcze nie rozróżnia fikcji od rzeczywistości to zostaje nam jedno. Przed każdymi zakupami ustalić co kupujemy oraz, że to rodzice podejmują decyzje. Można powiedzieć „Rozumiem, że pani w telewizji powiedziała, że ten proszek jest najlepszy. Jednak ja kupuję ten, bo go sprawdziłam i uważam, że jest dla mnie najlepszy.”. Jeśli zaś chodzi o zabawki… Możemy się umówić, że pójdziemy obejrzeć, ale dziś nic nie kupimy. Niech to będą oględziny przed świętami, urodzinami czy inną okazją. Albo jeśli mamy zamiar coś kupić to już w domu ustalmy co, ilość rzeczy lub kwotę do jakiej możemy wydać. I tego się trzymamy. Bo jak raz ulegniemy… Zresztą sami wiecie 😉

    Nie sprawimy raptem, że reklamy zniknąć i nasze dzieci nie będą pod ich wpływem. Ale możemy im pomóc zrozumieć świat.

  • Książka i bajka nie wystarczy

    Jest wiele mądrych książek i bajek, które pozwalają zrozumieć dzieciom świat. Jest też wiele takich, które po prostu bawią i dają ogromną radość. Nie wykluczają się wzajemnie, często to te same pozycje. A nawet jeśli nie, to każda z nich jest potrzebna w rozwoju dziecka. Niestety nawet przeczytanie najbardziej edukacyjnej książki czy obejrzenie bajki to za mało. A wręcz czasami może być niebezpieczniej, zwłaszcza u młodszych dzieci.

    Dlaczego? Pamiętajmy, że dzieci dopiero poznają świat, uczą się co jest dobre, co złe. Nie zawsze ich myślenie przyczynowo – skutkowe jest już rozwinięte na wysokim poziomie. Postrzegają świat przez pryzmat dotychczasowych doświadczeń i obserwacji. A nie zawsze są one bogate. Każda przeczytana książka czy obejrzana bajka pozostawia w dziecku ślad, powoduje przemyślenia. A jakie? No właśnie, może zupełnie inne niż intencje jakie mieli twórcy. Dziecko może wyciągnąć wnioski sprzeczne z morałem, lub stwierdzić, że bycie dobrym się wcale nie opłaca. To wszystko dzieje się w głowie malucha już w trakcie czytania lub oglądania. Warto więc upewnić się od razu jak zrozumiał daną historię. Jakie wnioski wyciągnął, jaki schemat myślowy uruchomił. Nie jest to łatwe, zarówno dla dziecka jak i dla nas. Zwłaszcza jeśli do tej pory o tym nie rozmawialiśmy. Od czego więc rozpocząć?

    Jeżeli dziecko już mówi, warto po każdym czytaniu i oglądaniu zapytać jak się podobało? Co najbardziej zapamiętało, w skrócie wspólnie opowiedzieć historię. Zastanowić się czy bohaterowie mogli postąpić inaczej i jak by się to mogło dla nich skończyć. Warto też zapyta jak dziecko postąpiłoby w takiej sytuacji i dlaczego. Jeżeli jakakolwiek wypowiedź dziecka nas zaniepokoi (w aspekcie nie zrozumienia przekazu utworu) należy od razu to wyjaśnić to. Rozmowa zawsze daje ogromnie dużo, wpływa na relacje rodzic – dziecko i wzmacnia więzi. Oczywiście jeżeli jest prowadzona w poszanowaniu każdej ze stron.

    A co jeśli dziecko jeszcze nie mówi? Wtedy to nasza rola… mówić. Czasami w książkach lub bajkach używane są słowa i sformowania, których dziecko może nie zrozumieć. Może to wpłynąć na odbiór i zrozumienie. Kiedy coś jest długie, maluch może stracić wątek i też nie wszystko zrozumieć. Dlatego warto w prostych słowach streścić to co przed chwilą usłyszał lub zobaczył. To naszym zadaniem jest powiedzieć dziecku co było najważniejsze, jaki jest morał i co może „wyciągnąć” dla siebie z tej historii. Może się to wydawać dziwne, zwłaszcza jeśli dziecko jest małe. Jednak zapewniam Was, że warto. Marianka raz dziennie (nie codziennie) ogląda bajkę „Bing”, która trwa jakieś 4 – 5 min. Są to przygody zwierzątek maluchów, takich małych przedszkolaków. Fajne w tej bajce jest to, że na koniec główny bohater wyjaśnia jeszcze raz co się wydarzyło, jak się czuł i czego się nauczył. I choć Mania czasami nie ogląda całej bajeczki to i tak na bieżąco opowiadam Jej co się dzieje. A na koniec jeszcze raz podsumowuje jednym zdaniem. W ten sposób nie tylko próbuję Jej przekazać morał, ale też uczę. Czego? Wielu rzeczy. Jak wyszukiwać najważniejszych treści w bajce czy książce. Wskazuje bohaterów i to czego się uczą. Ale przede wszystkim budować wypowiedź o tym co zobaczyła czy wysłuchała. Kiedy zacznie mówić, będziemy mogły wspólnie o tym rozmawiać.

    Wiem, że takie podejście do tematu wymaga od rodziców aby się mocniej zaangażowali. I nie dziwi to przy książkach, które i tak czytamy. Ale już przy bajkach może stać się problemem. Bo przecież często bajki są zajęciem dziecka w chwili kiedy musimy coś zrobić… Wiem i rozumiem. Ale warto wiedzieć co oglądają nasze dzieci, a zwłaszcza maluchy i co z tego zostaje im w głowach.

  • Trudny wybór – tego można nauczyć

    Jejku, no zdecyduj się wreszcie na coś. Nie będę za ciebie wybierała do końca życia.” „Ale ona jest niezdecydowana. Życie przeleci jej przed oczami, a ona nadal nie będzie wiedziała czego tak naprawdę chce.” „Nigdy sam nie zdecyduje. Zawsze radzi się mamusi.” Znacie to? Słyszeliście o takich ludziach? A może macie ich w swoim otoczeniu, rodzinie? Zastanawialiście się kiedyś dlaczego tacy są? Z dużą dozą pewności mogę powiedzieć, że większość tych osób najzwyczajniej w świecie nie umie podjąć samodzielnie decyzji. Nikt ich tego wystarczająco wcześnie nie nauczył.

    Rodzice chcą wychować swoje dzieci tak aby w przyszłości podejmowały dobre decyzje. To znaczy jakie? Takie, które pozwolą im żyć w szczęściu, zdrowiu i dostatku. Jednak podjęcie decyzji to wzięcie odpowiedzialności za nią. Wymaga odwagi i pewności siebie oraz wiedzy, że każda decyzja ponosi za sobą konkretne konsekwencje. I nie jest to łatwa. Czym innym bowiem jest zaciąganie opinii i samodzielne podjęcie decyzji, a czym innym zdanie się na innych bez żadnej refleksji.

    Aby dorosły człowiek mógł odpowiedzialnie, sprawnie i na bieżąco podejmować samodzielne decyzji musi zdobyć w tym względzie doświadczenie. A im wcześniej tym lepiej. Wielu rodziców czuje to intuicyjnie i od najmłodszych lat pozwala dzieciom decydować o sobie (oczywiście w granicach rozsądku). Tak naprawdę wystarczy niewiele aby wdrożyć nasze dziecko do samodzielnych decyzji. Pamiętajmy jednak, że to my za nie odpowiadamy i za decyzje, które podejmują jesteśmy też odpowiedzialni. Ale od początku.

    Już maluchy mogą uczyć się decydowania, np. czym chcą się bawić. Starsze mogą decydować co chcą założyć, zjeść na podwieczorek czy z kim się bawić. Rada moja jest taka – ograniczcie wybór, najlepiej do dwóch rzeczy. Takich, które są możliwe do zrealizowania (żeby np. w zimie dziecko nie chciało wyjść w klapkach). Z czasem, tak jak ze wszystkim ilość możliwości wyboru należy rozszerzać. Bo chcemy dziecko nauczyć, a nie nim manipulować.

    Tak samo sfery w jakich dziecko może dokonać wyboru powinny z każdym nowym etapem jego życia się rozszerzać. Kiedy dzieci mają jeszcze problem z myśleniem przyczynowo – skutkowym warto im wytłumaczyć konsekwencje każdego z wyborów, ale ostatecznie niech same zadecydują. I poniosą konsekwencje swego wyboru.

    Dobrym ćwiczeniem jest również włączanie dziecka do rozmów rodzinnych, przed podjęciem ważnych decyzji. Oczywiście nie mam tu na myśli rocznego czy dwuletniego dziecka, ale już trzy – czterolatek może się wypowiedzieć na temat nowego samochodu, że chciałby np. zielony. Czy kupimy zielony? Nie koniecznie ale trzeba wtedy dziecku wytłumaczyć dlaczego jego zdanie nie zostało uwzględnione. Ważne są również tematy jakie podczas takich rozmów poruszamy oraz wiek. Dziecko uczestnicząc w takich rozmowach, nawet jako obserwator, ma możliwość zobaczenia w jaki sposób przebiega grupowe podejmowanie decyzji. Pamiętajmy jednak aby rozmowy przebiegały w poczuciu szacunku i godności dla wszystkich członków rodziny. Bardzo wzmocni to więź nie tylko rodzica z dzieckiem, ale całej rodziny.

    Pamiętajmy, że to czego dzieci nauczą się dzisiaj, wykorzystają jako dorośli. Czasami trudno nam się pogodzić, że są coraz starsze i chcemy je przy sobie zatrzymać jak najdłużej. Nieświadomie uzależniamy dzieci od nas i naszego wsparcia nie tylko w podejmowaniu decyzji. A później się dziwimy dlaczego sobie nie radzą jako dorośli. Martwimy się jak będą funkcjonowali kiedy nas zabraknie.

    Już dziś wdrażajmy nasze dzieci do samodzielnego podejmowania decyzji, aby mogły być szczęśliwymi dorosłymi.

  • Zaraz i chwila – dwie wielkie bakterie

    Kto z nas słysząc „chwila” lub „zaraz” nie miał czasami ochoty wyskoczyć przez okno? I niezależnie czy słyszymy to od naszego dziecka czy partnera. Te dwa określenia to takie wielkie bakterie, z którymi bardzo ciężko walczyć. Ciężko, bo są z nami od najmłodszych lat. „Zarażamy” się nimi jeszcze we wczesnym dzieciństwie, najpierw są lekko uśpione, a następnie atakują z niezmierną siłą.

    Ktoś może powiedzieć „Jak to, zarażamy się?”. W bardzo prostu sposób. Już malutkie dzieci słyszą od rodziców, czasami dziadków „chwila, poczekaj, zaraz” kiedy czegoś chcą. Przecież nie rzucimy wszystkiego tylko dlatego, że dziecko w tej chwili musi dostać tę zabawkę z wyższej półki, choć już 10 innych ma na podłodze. Dla mnie jest to „oczywista, oczywistość”. Chodzi mi raczej o sposób w jaki informujemy malca, że musi poczekać. A „czekanie” jest dla maluchów bardzo trudne, ale aby funkcjonować w grupie (np. w przedszkolu) muszą się tego nauczyć. Jak więc nauczyć dziecko aby potrafiło zaczekać, aż będziemy mogli do niego podejść, a jednocześnie nie będzie „zarażało się bakteriami”.

    Powiedzmy sobie jasno, dlaczego nie lubimy „zaraz” i „chwila”. Po pierwsze sposób mówienia tych wyrazów od razu nastawia nas negatywnie. Po drugie – te wyrażenia nie są oznaką gotowości do działania, a jedynie odwleczenia jej lub uniknięcia. Wiemy, że jak ktoś mówi „zaraz” to nie ma najmniejszej ochoty zrobić tego o co go prosimy i chce się najprawdopodobniej „wymiksować”. Liczy, że zapomnimy lub odpuścimy.

    Tego właśnie uczymy nasze dzieci, kiedy zamiast wytłumaczyć, w krótkich słowach, dlaczego i ile muszą poczekać, rzucamy im z niecierpliwością „chwila”. Wystarczy poinformować dziecko, że jak tylko skończysz zmywać, smażyć, czy korzystać z toalety 😉 przyjdziesz do niego. Starszym dzieciom możemy powiedzieć, że za 10 minut będziesz do jego dyspozycji. Zadziała to tylko w dwóch przypadkach:

    1) kiedy zapytasz dziecko najpierw o co chodzi, czy nie jest to coś obiektywnie pilnego (bo wiadomo, że to co dla dziecka pilne, wcale nie musi być takie dla nas)

    2) dotrzymasz słowa i rzeczywiście po skończeniu tego co robisz czy po tych 10 minutach będziesz ze swoim dzieckiem

    Tak naprawdę aby mieć szansę na niedopuszczenie „zaraz” i „chwilę” do zaistnienia w życiu naszych dzieci mamy najbardziej kiedy są małe. Wprawdzie nie tylko my mamy z nimi kontakt, ale to my – rodzice jesteśmy wtedy dla nich największym autorytetem. Jeżeli będziemy się do naszych dzieci zwracać z szacunkiem to bez problemu nauczymy je „czekać” i mamy dużą szansę na „niezarażenie” ich „zarazem” i „chwilą”. Jeżeli my będziemy traktować nasze pociech z szacunkiem, one tak samo będą traktowały nas. I jest bardzo duża szansa na to, że jeżeli nie będą miały na coś ochoty, a my je o to prosimy, powiedzą „Mamo, tak bardzo mi się teraz nie chce. Zrobię to za godzinę”. Wierzę też, że to zrobią, bo nas szanują i dotrzymują słowa. Tego sobie i Wam życzę.

  • W kolejce dzieci się nudzą, to ogólnie znana rzecz

    Od kiedy wyszliśmy z Marianką ze szpitala w maju odwiedzamy lekarzy nawet kilkanaście razy w miesiącu. A u wielu z nich nadal nie można umówić się na konkretną godzinę, albo trzeba czekać pomimo wszystko. Czasami to trwa kilkanaście minut, a innym razem nawet dwie godziny. W czasie tych oczekiwań można zauważyć jedno… Dla dzieci to męczące, ale przede wszystkim nudne. I każdy rodzic, któremu choć raz przyszło czekać u lekarza to potwierdzi. A jak dziecko się nudzi, to zaczyna marudzić – wiadomo.

    Zauważyłam, że wielu rodziców ma swoje sprawdzone sposoby na czekanie… to komórka/ tablet…. i to niezależnie od wieku dziecka. Widziałam nieraz 1 – 1,5 roczne dzieci wpatrzone przez 40 minut w malutki ekranik. Nie będę się wypowiadała o wpływie takiej „zabawy” na rozwój dziecka, bo już bardzo wiele o tym pisano. Nie chcę też krytykować rodziców, którzy decydują się na takie rozwiązanie. To ich decyzja i mam nadzieję, że świadoma. Jednak dla rodziców, którzy nie chcą tak właśnie „zabijać czasu” w kolejce lub nie mają pomysłów mam kilka propozycji.

    Korzystaj z tego co jest wokół

    Maluszkowi możesz pokazywać różne rzeczy, osoby i je opisywać. Wiele dzieci, chętnie zwraca uwagę na to, o czym opowiadają im rodzice. Często w poradniach dziecięcych są rysunki lub obrazki. Warto pokazać je dziecku. Jeśli potrafi już mówić można zadawać mu pytania. Co widzisz? Pokaż gdzie jest kaczuszka? Jaki kolor ma ten domek? Wspólna wymiana zdań nie tylko rozwija słownictwo ale też buduje więź.

    Ze starszym dzieckiem można pobawić się w „Moim bystrym oczkiem widzę”. Wybierasz jakąś rzecz lub osobę, a dziecko zadaje pytania, na które możesz odpowiedzieć TAK/ NIE. Aż zgadnie. Następnie zamieniacie się rolami.

    Planuj oczekiwanie – zabierz coś z sobą

    Ulubiona zabawka lub książeczka zawsze umili czas oczekiwania. Weź kilka aby co chwilę można było je zmieniać. Jeśli w czasie oczekiwania wypada czas drzemki zastanów się jak możesz to dziecku ułatwić. Może ulubiony kocyk, poduszeczka?

    Dla starszaka można przygotować książeczkę z obrazkami lub zagadkami, może jakąś kolorowankę. Jest też wiele gier w wersji kieszonkowej, w które możecie zagrać.

    Starszemu dziecku zaproponuj aby wzięło ze sobą coś co ma niedokończone (może pracę domową), książkę lub zagadki logiczne (takie drewniane).

    Korzystaj z wyobraźni i gier z dzieciństwa

    Papier, nożyce, kamień? W prawej czy w lewej ręce? Zabawy paluszkowe? To tylko kilka propozycji zabaw, które z pewnością znasz. Tylko trzeba je sobie przypomnieć 😉 Budują wieź z dzieckiem i sprawiają, że czas oczekiwania staje się przyjemny.

    To od nas zależy czy oczekiwanie w kolejce u lekarza będzie uciążliwe dla nas i dla naszych dzieci. Może to być czas „przebyty” lub „przeżyty”, możemy go zmarnować lub wykorzystać do budowania naszych relacji. Wybór zależy od nas.

  • Wartości jak to łatwo powiedzieć

    Kiedy na świat przychodzi mały człowiek jest jak biała, niezapisana kartka. No może nie do końca, bo ma już jakąś fakturę – cechy charakteru, dziedziczne, ale nadal jest wiele do zapisania w jego księdze. W śród wielu rzeczy, które pojawią się na tych białych kartkach znajdzie się z czasem system wartości, którym ten jeszcze mały człowiek, będzie się w życiu kierował.

    Wartości są niezmiernie ważnym tematem dla mnie. Swego czasu dużo o nich czytałam, rozmawiałam, myślałam, prowadziłam zajęcia i pisałam. Wartości to coś czego człowiek uczy się w międzyczasie, obserwując i poznając świat. I choć nie wiem jakbyśmy się starali inaczej jak przez pośredniość nie przekażemy naszym dzieciom wartości, które są dla nas ważne. Oczywiście, że należy już z najmłodszymi dziećmi rozmawiać na te tematy, ale nic to nie da jeśli będziemy mówili jedno a robili drugie. Dziecko zawsze lepiej przyswoi to co widzi niż słyszy. Jeśli mówimy dziecku, że rodzina jest najważniejsza a większość czasu spędzamy w pracy to dziecko nie zrozumie, że jest to dla dobra tej rodziny. Bo będzie czuło, że jak coś jest ważne to poświęca się mu czas. Jeśli będziemy mówili o miłości, a dziecko co chwila będzie słyszało kłótnie rodziców to też nie uwierzy. Bo już maluszek uczy się przez naśladownictwo.

    Im mniejsze dziecko tym łatwiej przekazać mu nasz system wartości, ale z czasem będzie coraz trudniej. Pojawią się koledzy, szkoła, znajomi, media, rożne organizacje. Wszyscy będą Go bombardować informacjami często sprzecznymi. W wieku około 13 lat często dzieci, a właściwie już nastolatki, zaczynają się buntować przeciwko wartościom jakie przekazali im rodzice. Jedne będą to robiły szumnie, z przytupem, inne w zaciszu pokoju, z pamiętnikiem od poduszką. Jak im pomóc aby się nie zagubiły? Nadal żyć według wyznawanych wartości, być obok i pokazać, że mogą na nas liczyć. Nie udowadniać, że tylko my mamy rację. Bo to tylko powoduje większy dystans. Najzwyczajniej w świecie pokazać, że nasze wartości mają sens.

    W wieku około 16 – 18 lat nastolatki mają już jako tako ustabilizowany system wartości. Często jest on trochę sprzeczny z tym czego my ich nauczyliśmy, ale nie ma co panikować. To nie koniec. Nasza postawa i życie to najlepsza reklama naszych wartości. Przyjdzie moment kiedy zaczną się usamodzielniać i jeśli fundament, który od nas trzymali był silny, a nasze życie z nim zgodne… Zresztą to chyba sami wiecie jak często po czasie przyznajemy rację naszym rodzicom i jak chętnie wracamy do tego co było dla nas ważne u zarania naszego życia.

    Ja już dziś myślę o tym jakie wartości są dla mnie najważniejsze i jakie chciałabym przekazać Mariance. I choć będzie miała dopiero roczek wierzę, że już pierwsze wyrazy na Jej białych kartkach zapisują się. A później… wytrwałość i życie zgodnie z wyznawanymi przeze mnie wartościami – to powinno pomóc Mani w stworzeniu własnego systemu wartości 🙂

  • Moje dziecko „nie chce”

    Ile razy spotkałam się z tym stwierdzeniem. Czy to w rozmowach bezpośrednich z rodzicami czy czytając dyskusje na forach i grupach rodzicielskich. Oczywiście zdanie to kończyło się różnie „Moje dziecko nie ce…” jeść, spać, rozbić siku na nocnik, sprzątać pokoju, słuchać mnie, założyć ciepłej kurtki, oddać smoczka i co tam jeszcze dusza zapragnie. Wiem, że takie sytuacje są trudne i frustrujące dla rodzica. Bo przecież chcemy dla naszego dziecka jak najlepiej, wiem czego potrzebuje i jak powinniśmy o nie zadbać. Rodzi się więc pytanie dlaczego dzieci „nie chcą” tego lub tamtego.

    Oczywiście pomijając przyczyny medyczne większość z tych problemów będzie miało z pewnością podobne podłoże, a z już na pewno metody rozwiązania tych trudnych sytuacji mogą być bardzo zbliżone.

    Rodzice, którzy wielokrotnie próbowali namówić swoje dzieci do zmiany zdania wiedzą, że nie jest to łatwe. A większość z nich twierdzi, że ich pociechy są uparte. I choć jest duże prawdopodobieństwo, że dzieci, które „nie chcą” mają silne charaktery to daleka byłabym od stwierdzenia, że upierają się dla samej przyjemności „stawania okoniem”. Zwłaszcza małe dzieci, nie są zdolne do takiego patrzenia na świat. Nie robią nam na złość, chcą jedynie nam coś zakomunikować. Tylko co?

    Ja widzę dwa kroki do rozwiązania problemu dziecko „nie chce”. Pierwszy dowiedzieć się dlaczego, drugi przekonać do naszej racji lub odpuścić.

    Dlaczego „nie chce”? Kiedy rozmawiają z rodzicami mającymi ten problem proponuje zapytać dziecko dlaczego czegoś „nie chce”, wszyscy rodzice stwierdzają, że przecież robili to sto razy. I ja im wierzę. Tylko pytanie brzmi: kiedy i jak o to pytali? Bo jeśli pytasz 100 razy w tej samej sytuacji i nie otrzymasz odpowiedzi, to 101 też się nie uda. Proponuję zawsze zmianę momentu rozmowy i scenerii. Bo jeśli dziecko nie chce jeść, a my z bezsilnością przy jedzeniu pytamy „dlaczego?” to na dwieście procent albo nic nam nie powie, albo będzie to coś na doczepnego. Kiedyś w przedszkolu miałam chłopca, który po ponad roku uczęszczania nadal w szatni płakał, a zaraz po wyjściu rodziców się rozweselał. Rodzice oczywiście dopytywali, dlaczego płacze, przecież wrócą, kochają, itp. Nigdy nic nie powiedział, tylko się wtulał mocniej i czasami czekał na coś słodkiego. Któregoś dnia już po wyjściu rodziców, kiedy się dobrze bawiliśmy zapytałam chłopca dlaczego płacze w szatni. Odpowiedź była prosta „Bo jak to przy mamie trochę nie popłakać”. Wydawało mu się, że mama tego od niego oczekuje i być może podświadomie tak było. W każdym razie otworzył się dopiero kiedy sytuacja rannego zostawania już była za nim, kiedy był swobodny i dobrze się czuł. I właśnie tak trzeba spróbować. Porozmawiać z dzieckiem nienachalnie, trochę mimochodem, w trakcie zabawy, kiedy dobrze się czuje. Może nawet czasami poza domem? Kiedy emocje są pozytywne i dobrze się razem czujemy. To daje możliwość swobody i większej otwartości. Ze starszym dzieckiem możemy wyjść coś zjeść, pokazać, że traktujemy je poważnie, szanujemy. Oczywiście problemu jest z tymi dziećmi, które jeszcze nie mówią, ale o tym później.

    Kiedy już wiemy dlaczego „nie chce” warto zastanawiać się co dalej z tym fantem zrobić. Mamy dwa wyjścia, albo próbować dziecko przekonać do naszych racji albo ustąpić. Czasami powód „nie chcenia” może wydać się nam tak banalny, że aż prosi się o zignorowanie. Jednak takie postępowanie tylko oddali nas od dziecka i pokaże, że nie szanujemy jego odczuć i przekonań. Czasami więc warto zastanowić się czy nie opuścić. Może ta sprawa nie jest dla nas tak ważna, a dla dziecka z kolei bardzo ważna. To pokaże nasz szacunek.

    Czasami może okazać się, że dziecko czego „nie chce” bo coś mu się wydaje. Że jest mniej kochana, że go zmuszamy, że nie jest jeszcze gotowe, że jest już gotowe na coś nowego, że nie ma prawa decydować o sobie. W takich sytuacjach dobra rozmowa powinna rozwiązać problemy. Nasze zapewnienia i różne drogi rozwiązań powinny zapewnić dziecku poczucie bezpieczeństwa i odpowiedzialności za samego siebie. A chcą tego już nawet maluchy.

    Wspomniany problem „nie jestem jeszcze gotowy” lub „jestem już gotowy” często leży też w nas rodzicach. Wydaje nam się, że dziecko już powinno coś opanować, a ono jeszcze „nie chce” albo z kolei już „nie chce” bo czuje, że jest gotowe na następny krok, a my się jeszcze obawiamy. Tu musimy najpierw przekonać samych siebie co jest prawdą, a co nam się wydaje. Tak jest z siedzeniem Marianki. Jak się ją posadzi to teoretycznie siedzi, dopóki się nie zorientuje, że to robi. A później albo pada, albo próbuje się oprzeć. I choć nam się wydaje, że ona „nie chce” wiem, że jeszcze coś jej przeszkadza. Być może jest to Jej jakieś przekonanie, strach? Trudno stwierdzić, możemy tylko zgadywać. Z kolei my jesteśmy przekonani, że skoro ma problem z siedzeniem, nie mówiąc już o samodzielnym siadaniu to nie powinna brać się za stanie i chodzenie. Marianka udowadnia nam, że to nie prawda. Pokazuje, że dla Niej jest to łatwiejsze z Jej funkcjonowaniem mięśni i koniec. Można ją przewiązać do podłogi, a i tak będzie szukała i próbowała jak tu wstać. Z maluchami czasami trzeba po prostu na wyczucie.

    Zanim stwierdzimy kategorycznie, że nasze dziecko czegoś „nie chce”. Spokojnie zastanówmy się dlaczego i jak możemy dojść do konsensu. Zróbmy to w chwili wolnej od negatywnych emocji. Wspólnie postarajmy się znaleźć rozwiązanie.

  • Musisz być idealną matką i mieć idealne dziecko czyli nie ma jak rodzinka

    Święta zbliżają się ku końcowi, a niektóre z nas pewnie mają już ich dość. No może nie do końca Świąt, ale spotkań z „wspaniałymi i zatroskanymi” ciotkami, kuzynkami i pociotkami.

    A miało być tak pięknie. Świąteczna atmosfera, spotkania w gronie najbliższych… cud, miód i orzeszki. A tu okazuje się, że wszyscy dookoła wiedzą lepiej jak wychować twoje dziecko. Najpierw niewinne pytania: Jeszcze nie raczkuje? Samo nie siedzi? Nie je stałych pokarmów? A gluten już wprowadziłaś? A jajko? Nie karmisz piersią? Jak to słoiczki? Pozwalasz jeść rękoma? Nie umie zrobić pa, pa? Nadal w pampersie? Nie mówi pełnymi zdaniami? I milion innych możliwych. A zaraz potem każdy ma złotą radę, która rozwiąże twój problem. Chociaż z pewnością do tej pory nawet nie wiedziałaś, że masz problem. A z każdą radą albo czujesz się coraz gorszą matką, albo masz ochotę wszystkich rozszarpać.

    Po pierwsze nie czuj się złą mamą. To ty wiesz najlepiej jak się zająć swoim dzieckiem, ty je wychowujesz. A jeżeli rzeczywiście widzisz jakiś problem to szukasz pomocy. Jeśli o nią nie prosiłaś, to albo od razu podziękuj za rady, albo olej – wpuść jednym uchem, a wypuść drugim. A jeśli masz ochotę na rzucanie mięsem to daruj sobie. Przecież są święta. Zrób sobie prezent, pomyśl, że wszystkim tym osobom tak bardzo zależy na Tobie i twoim dziecku, że się martwią i są nadopiekuńcze. Podziękuj i zrób to co w pierwszym przypadku.

    Pamiętaj, każde dziecko jest inne i to rodzice wiedzą najlepiej kiedy potrzebują pomocy. Oczywiście czasami zdarza się najlepszym nie dostrzec problemu dlatego zawsze warto wysłuchać podpowiedzi innych, ale nie mogą się one stać wyrocznią. Popatrzmy z DYSTANSU na sprawę i obiektywnie oceńmy czy życzliwi mają rację, czy po prostu są nadgorliwi. I w razie czego wtedy szukamy pomocy. Czasami niektórzy po prostu chcą się wykazać.

    Ja też nie jeden raz usłyszałam dobre rady o cioć i krewnych. Niestety, a może na szczęście, nikt z nich nie wychowywał wcześniaka i nie wiedział z jakimi problemami się borykamy. Dla nich wszystko wydawało się proste i czarno – białe. Ale wychowanie dzieci ma wiele odcieni i my rodzice znamy barwy naszych pociech najlepiej.

    Nie dajmy się zwariować. Nie dajmy sobie popsuć świąt. Cieszmy się rodzinną atmosferą i byciem razem z naszymi dziećmi. Czerpmy radość z bycia rodzicem w Święta.

  • Czytanie książek dzieciom – po co, jakie, od kiedy zacząć i jak czytać?

    Kocham książki. To takie moje dziwactwo, ale książki są dla mnie jak dobrzy znajomi, do których lubię wracać. Jest masa książek, które czytałam po kilka razy. W domu mam ponad 1500 najróżniejszych pozycji. Dużo jest beletrystyki, popularno – naukowych, edukacyjnych, związanych z moją pracą trenera i wychowawcy oraz z racji zawodu książek dla dzieci. W pracy codziennie czytałam na głos moim podopiecznym swoje ulubione. Marżę o tym aby Marianka również pokochała czytanie.

    Między innymi dzięki akcji „Cała Polska czyta dzieciom” w wielu domach dzieci mają codzienny kontakt z książkami. Czytanie przed snem dla niektórych stało się swego rodzaju modą. Po prostu wypada czytać dziecku. I pomimo różnych intencji i pobudek najważniejsze, że dzieci mają możliwość od małego spotkać się z literaturą.

    Po co?” czytamy

    Każde świadome działanie jest skuteczniejsze. Przed wszystkim kontakt z literaturą od najmłodszych lat rozwija w dziecku wyobraźnię, kreatywność. Pozwala zatopić się w świat fantazji gdzie wszystko jest możliwe, a ogranicza nas jedynie nasz umysł. Dzieci, którym wcześnie czytano szybciej same próbują czytać, chętniej jako nastolatki czy dorośli sięgają po książki. Słuchanie głośnego czytania ćwiczy koncentrację, uwagę i pamięć, rozwija logiczne myślenie. Takie dzieci maja większy zasób słownictwa, a w przyszłości mniejsze problemy z ortografią. Kontakt z literaturą w znacznym stopniu wpływa na rozwój intelektualny dzieci, nie tylko zresztą ich 🙂 Czytanie przez rodzica buduje więź i wzmacnia relacje.

    Jakie książki wybierać

    Z pewnością dostosowane do wieku dzieci. Jeśli nie mamy swoich ulubionych autorów warto zajrzeć na stronę akcji „Całą Polska czyta dzieciom” na której można znaleźć rekomendację książek dla dzieci w danym wieku. Dzieci chętnie słuchają opowieści o swoich rówieśnikach, dzięki czemu łatwiej im jest wyobrazić siebie na ich miejscu. Warto również wybierać takie pozycje, które nie będą się wydawały nam nudne. Bo łatwo przekażemy nasze nastawienie dzieciom. Często maluchy mają swoje ulubione pozycje, które czytamy im codziennie. Możemy zaproponować, że np. co drugi lub trzeci dzień my zaproponujemy coś nowego, co może im się spodoba.

    W jednym z kolejnych wpisów znajdziecie zestawienie moich ulubionych autorów i ich książki.

    Od kiedy zacząć

    Od początku chciało by się rzec. Ale to tylko tak łatwo powiedzieć. Oczywiście jak najbardziej zachęcam przyszłe mamy do czytania na głos swoim dzieciom już w brzuchu. Maluszki poznają głos mamy i odbiorą pozytywne emocje. A po porodzie? Myślę, że wtedy kiedy maluch już nie przesypia większości dnia. Nie nastawiajmy się, że od razu będzie potrafił się skupić. Słuchać trzeba się nauczyć. Z pewnością mogą pomóc kolorowe obrazki. Możemy też zacząć od wspólnego oglądania książeczek i opowiadania dziecku co jest na obrazkach oraz od czytania na głos przed snem, kiedy maluch jest już w łóżeczku.

    Ja czytałam Mariance prawie od samego początku. To poprzez głos rozpoznawała mnie kiedy była w inkubatorze. Czytałam jej wtedy nawet kilka godzin dziennie. Kiedy wróciłyśmy do domu próbowałam kilka razy wrócić do tego, ale nie byłyśmy na to gotowe. Kiedy miała niecałe 9 miesięcy (5,5 skorygowane) zaczęłam jej czytać przed snem. Jaki czas temu zainteresowała się kartonowymi książeczkami z wierszykami i zaczęłyśmy podczas popołudniowej zabawy robić sobie przerwy na ich czytanie. Teraz je uwielbia. A prozę czytamy leżąc wspólnie w dużym łóżku przed drzemką lub kąpielą.

    Ale tak naprawdę można zacząć w każdym momencie. Jeśli wasze dziecko ma rok, trzy czy pięć lat to też jest dobry czas na start.

    Jak czytać

    Normalnie? Może wydać się głupie, ale na głos trzeba umieć czytać. Ja na przykład musiałam się tego nauczyć, bo zjadałam końcówki i dzieci mnie nie rozumiały. Jak czytamy sobie po cichu nasz mózg uprasza wiele rzeczy. Dlatego głośne czytanie wymaga wprawy. Jeśli macie wątpliwości jak Wam wyjdzie, spróbujcie sami sobie poczytać na głos.

    Czytając uwzględniajmy interpunkcję, bo to ona nadaje często znaczenie danym zdaniom. W ten sposób uczymy dziecko konstruowania zdań złożonych, tworzenia dłuższych wypowiedzi.

    Dzieci bardzo lubią kiedy posługujemy się intonacją. Zmieniamy głosy, raz czytamy wolniej, raz szybciej, ciszej, głośniej. To wszystko nadaje charakteru opowieści.

    Nie bójmy się czytać. Nawet jeśli nam na początku słabo idzie, dzieci o tym nie wiedzą. Dla nich i tak jesteśmy super, a czas wspólnie spędzony bezcenny. A z czasem będzie szło nam lepiej, sami poczujemy się z głośnym czytaniem dobrze. Będziemy mogli czerpać radość z czytania i bycia z dzieckiem.

  • Przychodzi matka zapisać córkę do ginekologa…

    Jakiś czas temu na moim FB przytoczyłam sytuację, której byłam obserwatorką. Matka przyszła, przy okazji bycia w przychodni, zapisać dorosłą córkę do ginekologa. Pani w recepcji zapytała czy córka jest w ciąży, na co matka ze zdziwieniem odparła „Nie, jest studentką”. Mój komentarz był taki, że zdaniem mamy najlepszą metodą antykoncepcji jest studiowanie 🙂 Pod postem była krótka dyskusja, w której jedna z pań stwierdziła, że ona zaprowadziłaby sama taką córkę – studentkę do lekarza po środki antykoncepcyjne. Z pewnością różnica postępowania obu pań wynikała z ich wieku i świadomości. Zaczęłam się zastanawiać jak to z nami – polakami jest, jeśli chodzi o rozmowy na temat płciowości. Zwłaszcza rozmowy między rodzicami i dziećmi.

    Głównym dylematem wielu rodziców jest to, że z nimi nikt o tym nie rozmawiał. I nie mówię tu o seksie ale nawet o dojrzewaniu. Bo jak tu zacząć? Kiedy? Jak o TYM mówić? A może niech się wszystkiego dowiedzą w szkole? Na szczęście coraz więcej rodziców ma świadomość, że dziecko powinno z domu wynieść podstawową wiedzę dotyczącą płci, dojrzewania czy współżycia. Często nie wiedzą jak się do tego zabrać. Oto moich kilka rad.

    Odpowiadać na pytania

    Dzieci dość wcześnie zaczynają dostrzegać różnice płciowe. Zaczynają pytać. Pytania te nie mają żadnego podtekstu, dzieci są po prostu ciekawe. Pytają czemu mama nie ma siusiaka, dlaczego tata nie sika na siedząco, dlaczego babcia ma takie duże piersi, itp. Pytania najczęściej dotyczą cech zewnętrznych. Nie trzeba unikać odpowiedzi i wymyślać niestworzone rzeczy. Dzieciom wystarczą proste wyjaśnienia. Bo ktoś jest chłopcem, a ktoś dziewczynką. Później pojawiają się pytania „skąd się biorą dzieci”. Odradzam wersje przynoszenia, itp. (maluchy twierdzą, że dzieci kupuje się na allegro, w sklepie za 5 zł, przynosi listonosz oraz bardziej znane: bocian, kapusta, słoik). Tu też wystarczy prosta odpowiedź, że mama i tata bardzo się kochają, przytulają i wtedy powstaje w mamy brzuszku dziecko. Jest wiele książeczek dla dzieci, tłumaczących ten temat, warto z nich skorzystać. Zwłaszcza jeśli w rodzinie ma się pojawić kolejne dziecko. Osobiście polecam „Horror, czyli sąd się biorą dzieci” mego ulubionego Grzegorza Kasdepke.

    Dokształcić się

    Jeśli się krępujemy i nie wiemy jak odpowiadać na pytania starszych dzieci, proponują samemu się dokształcić. Jest wiele książkowych pozycji dla rodziców dotyczących rozmów na tematy intymne.

    Nie wstydzić się

    Jeśli sami się krępujemy rozmów dotyczących płciowości to i nasze dzieci szybko przestaną szukać wiedzy u nas. Albo same zaczną się krępować, czując, że jest to tema tabu. Albo poszukają wiedzy w internecie lub u kolegów. A jak wiemy ta wiedza raczej nie jest rzetelna.

    Jeżeli wstydzimy się takich rozmów, poćwiczmy je z partnerem lub koleżanką, zaufaną osobą. Im częściej będziemy o tym mówić tym łatwiejsze zadanie przed nami. Oczywiście chodzi mi o rzeczową rozmowę, dotyczącą faktów, emocji i naszego ciała.

    Brak wiedzy ma katastrofalne skutki

    My się jakoś dowiedzieliśmy, to i nasze dzieci jakoś sobie poradzą. No, nie do końca tak jest. Kiedy my byliśmy młodzi o sprawach dojrzewania, płci i współżycia najczęściej rozmawialiśmy z rówieśnikami, starszym rodzeństwem, może ktoś coś gdzieś usłyszał, obejrzał jakąś gazetę lub film ukradkiem. Dziś pornografia jest na każdym kroku, dostępna na wyciągnięcie ręki. Jeśli nasze dzieci nie zaspokoją głodu wiedzy w domu będą na własną rękę szukały odpowiedzi przed wszystkim w internecie. A tam nie znajdą nic co będzie mówiło o emocjach, o wsparciu czy miłości.

    Dziś dzieci dojrzewają dużo szybciej. Zarówno mentalnie jak i fizycznie. Jeśli nie uprzedzimy ich co się zacznie dziać z ich ciałem i umysłem, w najlepszym razie mogą się przestraszyć. Wielokrotnie podczas wyjazdów harcerskich spotykałam się z tym, że 11, 12 czy nawet 13-letnie dziewczynki nic nie wiedziały o miesiączce, no może poza tym, że mówi się „mam okres”. A właśnie na obozie dostawały ją po raz pierwszy. Na szczęście zawsze znalazła się jakaś zastępowa, przyboczna czy drużynowa, które wytłumaczyła co i jak, ale dziewczynki przeważnie były przerażone. My – dorosłe, doświadczone instruktorki byłyśmy wyczulone na pewne zachowanie młodych nastolatek, które mogły wskazywać o zbliżającym się okresie. Udawało się nam czasami wyprzedzić wydarzenia i porozmawiać z nimi. Zresztą dotycz to nie tylko dziewczynek, bo chłopcy też się krępują, nie wiedząc np. czym są zmazy nocne.

    Nie róbmy naszym dzieciom tego. Nie skazujmy na niekomfortowe doświadczanie dorastania. Nie bójmy się, rozmawiać o współżyciu. Badania dowodzą, że rzetelna wiedza i wychowanie seksualne w rodzinie wcale nie prowadzą do wcześniejszego podejmowania współżycia. Wręcz przeciwnie. Nastolatki z domów gdzie nie straszono, nie zabraniano, ale otwarcie i odpowiedzialne rozmawiano na tematy miłości i seksu, podejmują inicjację seksualną dużo później. Ich świadomość jest większa, są mniej podatni na presję rówieśniczą w tym względzie.

    Wszystko opiera się na relacjach

    Z pewnością rozmowy na takie trudne tematy będą dużo łatwiejsze, jeżeli od urodzenia traktowaliśmy dziecko z szacunkiem, miłością i otwartością. To właśnie relacje oparte na tych filarach pozwalają zaufać sobie nawzajem i czasami powiedzieć „To jest dla mnie trudny temat, ale wiem, że dla Ciebie ważny. Spróbujmy więc porozmawiać. Bądź wyrozumiała a ja postaram się jak najlepiej odpowiedzieć na twoje wątpliwości”

    A wszystkim mamom i sobie, życzę aby pierwsza wizyta córki u ginekologa byłą ich inicjatywą i aby wspólnie przeżyły ją jako ważny moment w życiu.