Tag: metody wychowawcze

  • Co z tym Świętym? Jest czy Go nie ma?

    Pracując tyle lat w dziećmi i młodzieżą spotkałam się z różnym podejściem rodziców do Świętego Mikołaja. Od takich, którzy nawet nastolatkom wmawiali, że Święty przynosi prezenty – do takich, którzy nawet nigdy nie wspomnieli o „gościu” swoim dzieciakom. Najczęściej jednak rodzice utrzymują, że Święty Mikołaj istnieje, aż do momentu kiedy dziecko samo temu zaprzeczy lub ktoś inny mu powie, albo do momentu jak samo jakoś się wyjaśni. Więc jak z tym Świętym jest? Sprawa niby błaha, a jednak nie do końca. Cała sytuacja ma kilak aspektów wychowawczych.

    Przede wszystkim wiara w Świętego Mikołaja, Zajączka Wielkanocnego, krasnoludki, Zębową Wróżkę czy inne magiczne istoty jest nieodzownym elementem dzieciństwa. Jest potrzebna dzieciom aby rozwijały wyobraźnię, kreatywność i pomysłowość. Odbierając dziecku ten czas pozbawiamy je kwintesencji dzieciństwa – możliwości patrzenia na świat przez różowe, fioletowe czy tęczowe okulary.

    Dzieci myślą w innych kategoriach niż dorośli. Wiara w Świętego Mikołaja nie przeszkadza w przyjęciu informacji o prawdziwym biskupie, który został świętym. W głowach dzieci to się nie kłóci. Był biskup, który rozdawał ubogim swój majątek, został świętym. A teraz Święty Mikołaj rozdaje prezenty. I cóż w tym dziwnego. Nie bójmy się tej konfrontacji.

    Przychodzi czas, że dziecko zaczyna powątpiewać. Jak to możliwe, że jedna noc i tyle domów. A dlaczego miał buty jak sąsiad? Sama kiedyś zapytałam o to mamę 🙂 Skoro Mikołaj przynosi prezenty, to po co my niesiemy podarunek dla babci? A Krzyś powiedział, że Mikołaja nie ma. Dlaczego prezenty, które miał przynieść Mikołaj znalazłam w pojemniku na pościel w kanapie? Dlaczego na ulicy stało kilku Mikołajów? Pytania, których rodzice się boją. A tak naprawdę nie ma powodu. Jak na nie reagować?

    Po pierwsze nie kręcić. Nie czekać aż znajdzie odpowiedzi u rówieśników lub starszych kolegów. Jeśli dziecko jest już w dość duże wytłumaczyć. Ale jak. Bardzo prosto. Na biegunie mieszka Święty Mikołaj – prawda. Jednak dzieci jest tak dużo, że musi mieć pomocników. Nie jest w stanie kupić wszystkim dzieciom tego o czym marzą, więc pomagają mu w tym dorośli. Każdy chciałby dostać prezent na święta dlatego obdarowujemy nimi tych których lubimy i kochamy. Zresztą możemy pomóc Mikołajowi i prezenty zrobić wspólnie – takie spodobają się dziadkom czy ciociom najbardziej. Banalne? Może, ale wzmacnia naszą więź z dzieckiem. Dlaczego? Nie czuje się ono przez nas oszukiwane. Może trochę inną wersję zdarzeń znało, ale jest już starsze i więcej rozumie dlatego mówimy mu jak jest. Rozwijamy też w ten sposób empatię. Zachęcamy do okazywania uczuć i bycia szczerym. Wpływa to bezpośrednio na naszą rodziców wiarygodność.

    Nie zachęcam do mówienia czego w typie „Wiesz, to bajeczka dla dzieci. Jesteś już duży. Co mam Ci kupić na święta?” To sprawi, że dziecko patrząc na dotychczasowe święta poczuje się rozczarowane, że dawało się nabrać. Radość, ta wewnętrzna, gdzieś pryśnie. Nawet jeśli kupimy najnowszy model telefonu.

    Ja wierzę w Świętego Mikołaja. Ideę obdarowywania się prezentami z przyjaciółmi, bliskimi, rodziną. Przekazywania sobie ciepłą i miłości. Chciałabym aby moja córka czuła magię dobroci, która temu towarzyszy. Czego i Wam życzę 🙂

  • Planszówki to nasza pasja

    Nazywam się Leszek Talipski i jestem mężem i ojcem dwóch synów. Wspólnie z żoną zależy nam, aby jak najwięcej czasu spędzać z naszymi chłopakami, dlatego szukamy różnych pomysłów na wykorzystanie wolnego czasu. Bieganie, piłka nożna, wyjście na mecz, wspólne wyjazdy to niektóre z naszych pomysłów na weekend. W dobie komputerów chcemy pokazać dzieciom ciekawe miejsca, piękno przyrody. Zawsze podczas wyjazdów nie może też zabraknąć gier planszowych.

    Każdy z nas wybiera kilka swoich hitów, jednak wśród nich nie może zabraknąć nowości. Aby je poznać bierzemy m.in. udział w wielu spotkaniach poświęconych grom. Dziesięcioletni syn jest wielbicielem Carcassonne wraz z dodatkami, Munchkina, 7 cudów świata, Wyspa Skye, Wsiąść do pociągu i wszelkiego rodzaju gier logicznych. Pięcioletni syn lubi grać w Dobble, Owocowy zawrót głowy, Halli Galli, Torcik, Pszczółki, Epokę Kamienia Junior. Obaj z przyjemnością grają też w Mistakos, Gobblety, Seta, Speed Cups.

    26 listopada kolejny już raz wybraliśmy się na Warszawski Festiwal Gier „Planszówki na Narodowym”. Po wyczerpującym tygodniu ten dzień był jak święto. Granie, turnieje, stoiska wydawnicze i Stadion Narodowy. Teraz, gdy wieczory są coraz dłuższe lubimy znaleźć choć chwilę, żeby razem spędzić czas przy planszówce. Bo planszówki to nasza pasja, która przerodziła się w pracę…. To właśnie z pasji powstała Pomysłowa Kredka, miejsce, gdzie można kupić, wypożyczyć, pograć w gry planszowe, wziąć udział w turniejach. A jeśli ktoś rozpoczyna przygodę z planszówkami lub potrzebuje pomocy w doborze gry to chętnie pomożemy. Duża ilość otwartych gier pozwala na zapoznanie się z zawartością pudełka i zasadami omówionymi przez nas. Pomocne też może okazać się wypożyczenie gry, aby sprawdzić, czy jest dla nas odpowiednia.

    Planszówki to sposób na pogłębianie naszych relacji, to pretekst do wspólnych spotkań z przyjaciółmi, to też sposób na naukę poprzez zabawę. Podczas gry czasem stajemy na podium jak zwycięzca, a czasem musimy znieść porażkę.

  • Ja sama… instrukcja jak niechcąco zabić samodzielność

    Brudna buzia, ręce, uszy, oczy, nos, broda, włosy… a i ja. Wszystko w zupie/ obiadku. A jak do tego doszło? Marianka kilka dni temu podczas karmienia wyrwała mi łyżkę z ręki i sama zaczęła ją pchać do buzi. Kilka razy już próbowała sama jeść łyżeczką, ale tylko przez chwilę. Od kilku dni w porze obiadowej ja tylko nakładam jedzenie na łyżkę, a Mania sama pakuje je do buzi, lub gdzie tam trafi 🙂 I o ile się ciesze, że chce sama jeść i to bez mojej jakiejś specjalnej zachęty, to jak po takim jedzeniu wygląda Ona, ja i krzesełko już takie fajne nie jest. Dodam tylko, że nie bardzo lubię dotykać rękoma paćkowatych rzeczy, jak gotuje to co chwila myję ręce. Tak więc zupa wszędzie powoduje u mnie lekkie mrowienie na plecach. Ale trzymam się bo wiem, że próby samodzielnego jedzenie to kolejny krok Marianki w usamodzielnianiu się. A od Jej urodzenia jedną z najczęstszych próśb w czasie modlitwy było właśnie to, aby w przyszłości była samodzielna i nie wymagała niczyjej dodatkowej opieki. Tak więc moje lekkie fobie i bałagan są niczym wobec chęci wyjścia naprzeciw samodzielności mojej córeczki. Ale przez wiele lat pracując z dziećmi w przedszkolu i z zuchami obserwowałam stan zupełnie odmienny. Mam wrażanie, że jestem inna, próbując uczyć samodzielności Mariankę od Jej urodzenia.

    Najczęściej spotykałam się i spotykam z bardzo kochającymi rodzicami, którzy zrobiliby i oddaliby dla swego dziecka wszystko. A kończy się na tym, że wychowują dziecko, nastolatka a później dorosłego, który ma dwie lewe ręce i nie potrafi – choćby chciał nic zrobić. Ale bardzo często nie chce, bo uważa, że wszystko się mu należy. I wtedy jest płacz rodziców i zgrzytanie zębów. Bo wymaga, bo żąda, bo nic nie robi, bo nie pomaga. Nie widzą, że sami do tego doprowadzili. Ile razy spotkałam się z sytuacją kiedy rodzic przychodzi po dziecko do przedszkola, a ono zamienia się w „patyczaka”. W szatni nie założy bucików, kurtki czy czapki. A kilka godzin wcześniej idąc na spacer robiło to samodzielnie. Jak to się dzieje. Dziecko wie, że rodzic zrobi to za nie. A rodzic chcąc zrobić to szybciej, sprawniej po prostu wyręcza. Inna sytuacja. Jesteśmy na kolonii zuchowej. Przyjeżdżają rodzice odwiedzić dzieci i pytają „Kto pościelił Ci tak ładnie łóżko?”, a kiedy dowiadują się, że dziecko zrobiło to samo są zdziwieni. Bo w domu to nigdy. Ale pytanie czy kiedykolwiek pokazali mu jak to zrobić, pomogli, pochwalili? Kiedyś jedna mama nie mogła uwierzyć, że pozwoliłam 6 – 8 latkom zrobić sobie kanapki na kolację. Oczywiście dostali noże do masła i byłam przy tym, ale zuchy były w siódmym niebie. Większość robiła to po raz pierwszy. A zjadły dwa razy więcej kanapek niż normalnie. Bo same je robiły. Powiem więcej, pozwalałam smarować masło na kanapki 4-latkom (noże plastikowe)… horror.

    Dzieci na każdym etapie rozwoju mają naturalny pęd do usamodzielniania się. I to od momentu urodzenia. Zwłaszcza nam mamom trudno jest to zaakceptować. Ale taka jest prawda. To iż jest to naturale zjawisko nie znaczy, że nie można go zatrzymać lub zahamować. Wystarczy dziecku nie dać czegoś zrobić samodzielnie kilka razy, wyręczyć czy zakazać. Bo zrobi sobie krzywdę, bo się pobrudzi, bo zmęczy, bo zrobię to lepiej, szybciej… Dziecko się zniechęci, złapie lenia i po wszystkim.

    Czasami nauka samodzielności jest dla nas uciążliwa. Bo trzeba posprzątać cały bałagan po samodzielnym jedzeniu. Bo trzeba zabezpieczyć mieszkanie kiedy dziecko zaczyna chodzić (zamiast zamykać na cały dzień w kojcu). Trzeba przeznaczyć dłuższy czas na wyjście z dzieckiem po zakupy bez wózka aby ćwiczyło chodzenie. Bo potrzeba cierpliwości aby dziecko nauczyło się nowej umiejętności. Ale to wszystko procentuje. Na przyszłość. Jeśli dziś pozwolimy dziecku uczyć się nowy rzeczy będzie to chętnie robiło przez całe życie. Będzie odważne, otwarte i samodzielne… Nie przeszkodzi temu procesowi usamodzielniania jeśli raz na jakiś czas wyręczymy dziecko. Bo każdemu należy się czasami dzień leniucha 🙂

    Ale do tego wszystkiego trzeba ogromnej dozy cierpliwości, spokoju i patrzenia w przyszłość… Czy ja zawsze mam tę cierpliwość? Nie, ale staram się pamiętać na jaką osobę chcę wychować Mariankę. W trudnych chwilach biorę głęboki oddech i patrzę w przyszłość, szukam skutków mego postępowania. Ale przede wszystkim staram nie skupiać się na trudnościach ale cieszyć z każdej próby bycia samodzielną. Bo to oznacza, że Mania rozwija się dobrze, a ja Jej w tym nie przeszkadzam. Bo przy uczeniu się samodzielności rodzic powinien być obserwatorem, ewentualnie od czasu do czasu trenerem, który udziela wsparcia.

    A potem żyli długo, szczęśliwie i samodzielnie 🙂

  • Mówił dziad do obrazu czyli dziecko też człowiek

    „Ona mnie kompletnie nie słucha. Mogę gadać godzinami, a i tak nic do niej nie trafia. A jak powiem czekolada/ lody/ bajka to zawsze usłyszy”. Słyszałam to już niejednokrotnie od rodziców czy dziadków. Zrozpaczeni szukali pomocy, mówiąc o złośliwości czy wręcz perfidii dzieci. A muszę tu powiedzieć, że o ile rzeczywiście nie mamy do czynienia ze zbuntowanym nastolatkiem (choć czasem w takich sytuacjach również) większość tego „niesłuchania” jest naszą – dorosłych winą. Pisałam jakiś czas temu o intencji i intonacji – czyli głosie i słowotoku. Dziś chciałabym opowiedzieć o kilku innych problemach komunikacyjnych, przez które mamy wrażenie, że dziecko nas nie słucha.

    Jednym z takich powodów jest to, że nie mówimy do dziecka. „Jak to? Przecież jak czegoś od niego chcę to zawsze mówię do niego.” No właśnie nie. Często mówimy gdzieś w przestrzeń, poza dziecko, w innym kierunku. Mało kiedy prosząc o wykonanie czegoś patrzymy dziecku w oczy. „No, ale przecież ono wie, że mówię do niego”. Nie do końca. O ile starsze dziecko z pewnością się domyśli z kontekstu wypowiedzi, że jest to skierowane do niego, to już młodsze nie koniecznie. Pomyślmy jak my się czujemy kiedy ktoś mówi do nas, nie patrząc nam w oczy czy chociaż w naszą stronę? Nie za dobrze. I nawet jak wiemy, że mówi do nas, to wcale nie rzucamy się chętnie do wykonywania jego prośby. Bo nie czujemy, że ktoś wypowiedział się z szacunkiem. A przecież dziecko jest człowiekiem, o czym przekonywała nas już dawno Stary Doktor – Janusz Korczak. Należy mu się szacunek, a nie uwaga rzucona mimochodem. Od tak sobie. A później się dziwimy, że nas „nie słucha”. Ciężko jest wykonać polecenia kogoś, kto nas nie szanuje. Pomyślcie jak to jest z Wami kiedy musicie coś zrobić, a szef traktuje Was jak kogoś gorszego. Dzieci już od bardzo małego czują jak je traktujemy, a zwracanie się do nich jest pierwszym przejawem.

    No właśnie, prosimy dziecko aby coś zrobiło. Ale czy to jest naprawdę prośba? Czy tylko zwrot grzecznościowy. Bo jeśli to jest prośba, to dziecko może odmówić. „Czy możesz zrobić?” Każde sformułowanie, które się tak zaczynam daje pole do dyskusji. Która sama w sobie jest oczywiście dobra, ale nie zawsze tego oczekujemy. Tak więc jeżeli chcemy uczyć nasze dzieci kultury i zasad dobrego wychowania mówmy „proszę cię, zrób to”. Nie dajemy pola do manewru, ale traktujemy z szacunkiem. Oczywiście dziecko może zapytać dlaczego, ale nie pytamy czy to zrobi czy nie. Możemy dyskutować o czasie wykonania i przyczynie/ potrzebie, ale nie o samej czynności. Bo cóż ma na celu pytanie malucha „Czy zjemy obiadek?” Czy chcemy dać mu tak naprawdę o tym zdecydować? Czy to tylko takie sformułowanie? A jeśli tak, to co ma na celu? Dyskutujmy z naszymi dziećmi, ale o tych sprawach gdzie jest na to miejsce. To jest forma nauki i przejaw szacunku.

    I to jest słowo klucz SZACUNEK. Jeśli my będziemy szanować nasze dzieci, mówić bezpośrednio do nich, jeśli będziemy uczyć dyskutować, a nie dawać złudne poczucie decyzyjności – łatwiej będzie nam się porozumieć. Nasze słowa będą szybciej docierały, a relacje będą silniejsze. Jest jeszcze kila aspektów komunikacji, które zniwelują problem „nie słucha mnie”, ale o tym innym razem…

  • Matka wariatka, czyli każdy ma jakiegoś bzika

    Chyba w życiu nie spotkałam żadnej mamy, która nie miałaby fioła na jakim aspekcie wychowania czy opieki nad swoim dzieckiem. A miałam do czynienia z dużą ilością rodzicielek. I nawet jeśli mama jest najbardziej wyluzowana na świecie z pewnością ma jakiegoś bzika. W sumie to dobrze, bo gdybyśmy wszystkie były idealne to co to byłby za świat 😉

    A tak na serio to rzeczywiście jest tak, że każdy z rodziców zwraca szczególną uwagę na jakiś szczegół dotyczący wychowania dziecka. Niezależnie czy to jest mama czy tata. Dobrze jest jak się ze sobą zgadzają, albo przynajmniej akceptują swoje „bziki”. Ważne też aby samemu sobie uświadomić co jest takim aspektem mego rodzicielstwa. Jaka sprawa kontrolowana jest niegroźna, a kiedy wymknie się nam to może być niebezpieczna dla dziecka lub naszych relacji z nim.

    Teraz pewnie część z Was myśli sobie, że „to mnie nie dotyczy, ja tak nie mam”. Ale jest to raczej mało prawdopodobne. Jakie mogą być „bziki”? Najróżniejsze. Od ilości czy jakości jedzenia, przez ciepłe bądź lekkie ubieranie, zajęcia dodatkowe, naukę języków, karmienie piersią, wdrażanie do samodzielności, wyznaczanie granic lub nie, swobodę myśli i poglądów, edukację, zdobycie dobrego zawodu… mogłabym wymieniać i wymieniać. Jeszcze raz stanowczo powiem, że jeśli jest coś dla nas ważne to bardzo dobrze, ale nie pozwólmy zapanować temu nad naszym życiem i relacjami z dzieckiem. Przykład? Bardzo proszę.

    Marianka jako wcześniak ważyła zawsze mało (zaczynała od 780 g, a nawet 680 g). W szpitalu każde 50 czy 100 g witaliśmy z uśmiechem. Pierwszy kilogram to było święto. Raz przybierała lepiej, raz gorzej. Kiedy wychodziła ze szpitala była mała w porównaniu z dziećmi w podobnym stanie – 3,4 kg. Ale w domu zaczęła szybko nadrabiać. Nie wiem kiedy wskoczyła na 6 kg, później zaczęła trochę zwalniać. Zawsze lubiła jeść. Wiadomo jak wprowadzaliśmy stałe pokarmy raz zjadła więcej, raz mniej ale jakoś szło. Była dumna. Wyprzedziła, nie nawet zostawiła daleko w tyle swoje rówieśniczki ze szpitala. I przyszedł listopad… przybierała coraz wolniej (co oczywiście jest normalne), ale przede wszystkim zbuntowała się na jedzenie. Tak naprawdę byłam w stanie nakarmić ją normalnie tylko późnym wieczorem przez butelkę. W dzień ani butelka, ani kasza, ani owoce, o zupie czy obiadku już nie wspomnę. A kilka dni wcześniej zaczęła zjadać już całe porcje. A tu strajk. Dwa tygodnie… każde karmienie to koszmar i próba podania choćby połowy porcji, szukanie pomysłów i sposobów. Wiedziałam, że pierwszy raz po wyjściu ze szpitala waga zaczęła spadać. Wiedziałam to, choć nie ważyłam Marianki. Pomału zaczęła wracać do jedzenia kaszy, owoców. Ale zupa to nadal była trauma. I dla Niej i dla mnie. Zdążało się, że po godzinie karmienie gdzie zjadała mniej niż połowę siadałam i płakałam. Myślicie sobie, trzeba było odpuścić, niech się przegłodzi to by zjadła. Też bym to radziła rodzicom. Ale tu uruchomił się mój „bzik” – spadek wagi. Dziś Mania od jakiegoś tygodnia znowu je wszystko. Jak to się stało? Proste. Ja. To ja stanowiłam problem. Ja i mój „bzik”. Marianka miała po prosu na początku jakiegoś focha, każde dziecko ma. Ale ja tego nie zauważyłam. Może dawałam Jej za dużo na łyżeczce, może za szybko? W każdym razie coś było nie tak i mała się zacięła. Musiała zatrzymać się i powiedzieć stop. Nie stresuj się. Niech zjada tę połowę zupy, nadrobi kaszą. Kiedy ja trochę odpuściłam, wyluzowałam, Marianka wyszła mi naprzeciw i zaczęła pięknie otwierać buzię i zjadać. Czasami jeszcze się buntuje przez chwilę, ale wtedy ja odczekuje i jemy dalej. Nadal w głowie mam jeszcze tego maluszka, który urodził się ważąc mniej niż torebka cukru. I pewnie długo tak mi zostanie. Ale teraz wiem, że muszę wyluzować i czasami zadowalać się pewnym minimum. Ważne żeby rosła i była zdrowa, a waga to rzecz wtórna.

    No właśnie, czasami problem, który mają nasze dzieci tak naprawdę jest naszym problemem. Uświadomionym lub nie. To nasze „bziki” sprawiają, że relacje stają się napięte. Ja nie chcę wspominać tych poprzednich trzech tygodni. Było okropnie, nie lubiłyśmy z Manią tych momentów, źle się czułyśmy w swoim towarzystwie. Na szczęście jest mała, trwało to stosunkowo krótko i nie będzie tego pamiętać.

    Zastanówmy się czasem w trudnych sytuacjach nad sobą. Czy naprawdę dziecko musi założyć na siebie tę dodatkową warstwę? My siedzimy na ławce, on biega i odczuwa temperaturę inaczej. Czy musi ćwiczyć tyle na instrumencie? Może wcale tego nie chce. Czy do tej bluzki muszą być założone te spodenki, bo innych kolor jest zły? To nie są ważne rzeczy, a wpływają na nasze relacje.

    Czasem te nasze „bziki” wynikają ze strachu, kiedy indziej z doświadczeń życiowych – zwłaszcza z dzieciństwa. Zmierzmy się z nimi, bo są nasze. A nasze dzieci i relacje z nimi, niech będą od nich wolne. Zostawmy sobie „bziki” w formie malutkiej i nieszkodliwej. Bo jeśli są malutkie, to świat jest bardziej kolorowy, bo my jesteśmy różni.

  • Kto wychowuje nasze dzieci? My czy głosy w naszej głowie?

    Dzisiaj wiele przyszłych mam bardzo rzetelnie przygotowuje się do nowej roli. Czytają książki, poradniki, zaglądają na strony internetowe, rozmawiają z koleżankami i krewnymi. Zresztą po porodzie też zasięgają opinii – często na forach internetowych czy grupach dyskusyjnych.

    Jednak okazuje się, że rady i zasady, które super sprawdziły się u innych na moje dziecko nie działają. I wtedy zaczyna się koszmar. Czy to ja jestem złą matką? Czy to z moim dzieckiem jest coś nie tak? W książce napisali, że już powinno trzymać główkę, a to słabo wychodzi. Ile i co powinno jeść mając 2 miesiące i 8 dni? Czy coś zaniedbuję? Czy przegapiłam? Dziecko pluje moimi zupkami, ale słoiczka nie dam bo przecież nikt tym nie karmi dzieci… Wszyscy chodzą z 1,5 rocznym dzieckiem na jakieś zajęcia dodatkowe, a ja nie… będzie miało gorszy start… Moja babcia, mama, siostra, koleżanki karmią piersią i ja też muszę, to nic że dziecko nie chce, przecież nie będę złą matką i nie podam butelki… Nie nosić czy nosić… Reagować od razu na płacz czy czekać… Spać z dzieckiem czy odkładać je do łóżeczka… Gdzie kupić kurczaka grzebiącego i zjadającego to co znajdzie… Jak? Gdzie? Kiedy? Wszyscy… Wszystko… Nigdy…

    Można się załamać, oszaleć, a tak w ogóle to najlepiej zakręcić się w koc i schować. Tylko jak skoro dziecko znowu płacze?

    Jest na to wszystko jedna rada… Zdrowy rozsądek. Bez tego ani rusz. Warto się zastanowić jakimi rodzicami chcemy być. Zestresowanymi, szukającymi poparcia z zewnątrz? Czy może takimi, którzy na spokojnie analizują wszystko, a zaczynają od siebie, swego dziecka i intuicji. Nie bójmy się wierzyć intuicji. Przecież chcemy dla naszego dziecka jak najlepiej. Wsłuchajmy się w to jakie sygnały nam daje dziecko, czego potrzebuje. Jeśli my jesteśmy zestresowani to i maluch to odczuwa. To oczywiste, że nie wiemy od razu wszystkiego. Nikt nie wie. Wszystkiego można się nauczyć, wszystko można opanować. Trzeba tylko chcieć i nie panikować. Na wszystko trzeba czasu. Nie ma idealnych rodziców. Są jednak tacy, którzy są najlepsi jacy mogą być dla swojego dziecka.

    Czy w takim razie mamy nie pytać nikogo, nie prosić o pomoc? Oczywiście, że pytać i prosić. Pamiętajmy jednak, że ostatecznie to my jesteśmy rodzicami naszych dzieci. My znamy je najlepiej, wiemy czego im trzeba. To my słuchając różnych rad, obserwując nasze dziecko i sprawdzając jak my sami się z tym czujemy, podejmujemy decyzje. Oczywiście jeśli czujemy w jakiejś sferze niepokój warto diagnozować u lekarza lub specjalisty, ale nie na forum internetowym. Tam pytajmy o rzeczy praktyczne, pamiętając że to co u innych się sprawdziło u naszego dziecka nie musi, bo każde dziecko jest inne. Wysłuchajmy rad mamy, teściowe, siostry, koleżanek czy ciotek i zróbmy tak jak czujemy.

    Nie czujmy się złym rodzicem, bo robimy coś inaczej niż wszyscy. Jeśli tylko nasze dziecko rozwija się prawidłowo, nie choruje, jest szczęśliwe, a my z nim ufajmy swojej intuicji. A rady traktujmy jak rozszerzenie horyzontów a nie wyrocznie.

  • Matka, żona i kochanka… praczka, sprzątaczka i kucharka… czyli pokaż kotku co masz w środku

    Kim jest dzisiejsza kobieta? Kim jestem? Zastanawiałaś się kiedyś? Nigdy? Często? Kim jesteśmy i kim chcemy, żeby były nasze córki?

    Kiedyś było wiadomo. Kobieta prowadzi dom, wychowuje dzieci, dba o męża. A potem okazało się, że czasy się zmieniły. Emancypacja kobiet, wojny, prawa wyborcze, feminizm… zmieniło się wszystko. Dziś kobieta może wszystko. I przeważnie robi wszystko. Dom, kariera, dzieci, mąż, sport, znajomi, pasja… Wszystko, a jednak czasami czujemy się jakby to wszystko było jak nic. Chcemy być równie dobre lub lepsze od mężczyzn, chcemy być lepsze niż koleżanki, chcemy być perfekcyjne, musimy być… W ciągłym biegu, ciągle coś mamy na głowie, ktoś na nas czego, coś na nas czeka… Gubimy siebie, znika nam z oczu to co najważniejsze. Często nawet tego nie zauważamy. Dostrzegamy to dopiero na starość, albo w ogóle. Czy chcemy dla siebie takiego życia? A dla naszych córek. Bo one nas widzą, wzrastają w poczuciu, że tak wygląda życie kobiety i tak będzie wyglądać ich życie. Oczywiście część się zbuntuje i poszuka własnej drogi, ale tylko część. Inne będą brnęły dalej. Znam dziewczynę, a właściwie kobietę, która właściwie nigdy nie przepadała za dziećmi. W sumie pracowała z nimi trochę i szło jej nieźle, ale nie „rozpływała” się na widok niemowlaka, nie marzyła z zapartym tchem o macierzyństwie. Ale kiedy zaczęła się zbliżać do trzydziestki znalazła mężczyznę, który nadawał się na męża – bo tak trzeba, tak jest kolej rzeczy. Pokochała go. Postanowiła, że czas na dziecko – bo tak trzeba. Pokochała je. A potem drugie. Pokochała je. Ale czy tak naprawdę pragnęła takiego życia. Chyba sama tego tak naprawdę nie wie. Czy jest szczęśliwa? Mam nadzieję, że tak. Czy o tym marzyła? Nie wiem.

    Ja chciałabym aby moja córka świadomie podejmowała decyzje co do swojego życia. Aby się w nim odnalazła. Aby szukała swojego szczęścia. Jak chcę to zrobić? Na swoim przykładzie. Chciałabym aby dorastają obserwowała swoją mamę, która jest szczęśliwa. Która dokonała wyborów w życiu i ich nie żałuje, która świadomie podejmowała decyzje co do swego życia prywatnego i zawodowego. Ale aby tak było JA muszę wiedzieć kim jestem i jakie są moje priorytety. JA muszę się czuć dobrze sama ze sobą, z tym jaka jestem i co robię. Czy tak jest? Pracuję nad tym intensywnie 😉

    Życie dzisiejszych kobiet nie jest łatwe, bo z prawami otrzymałyśmy bardzo wielką odpowiedzialność. A same często chcąc pokazać, że jesteśmy silne dokładamy sobie jeszcze zadania. Warto czasem zatrzymać się na chwilę i zastanowić się czy jestem szczęśliwa? Czy to jak żyje daje mi poczucie spełnienia? Czy jestem wzorem dla mojej córki? Czy chce dla niej takiego życia? To trudne pytania, ale bardzo ważne. Bo czasami wystarczy maleńka zmiana w myśleniu i zmiana się bardzo wiele. Bo po zadaniu sobie takich pytań może się okazać, że właśnie jest dobrze. Że właśnie tak chciałam żyć i jestem szczęśliwa. Wtedy warto dbać o to, aby było tak nadal. Aby nasze córki, ale też i synowie widzieli, że można… że można być szczęśliwym. Kiedy się wie, czego się pragnie i to się realizuje.

    Czego i Wam i sobie życzę 🙂

  • Szanuj potomka swego, jak siebie samego

    „Dzisiejsza młodzież to nikogo nie szanuje” – takie stwierdzenie można usłyszeć często podczas rozmów o młodym pokoleniu. Kiedyś zastanawiam się dlaczego tak jest. Im dłużej pracowałam z dziećmi i młodzieżą tym częściej spotykałam się z tym, że rodzice mają problem z tym aby ich szanowano. Przez ostatnie 18 lat wiele rzeczy się zmieniło w podejściu do wychowania w rodzinach. I stąd m. in. wynikają takie problemy z szacunkiem i autorytetem.

    Po mimo iż ja w kontaktach z moimi podopiecznymi nie miałam takich problemów, zaczęłam się jakiś czas temu intensywnie zastanawiać gdzie tak naprawdę jest pies pogrzebany. Obserwując dorosłych i ich kontakt z dziećmi oraz analizując swoje metody wychowawcze doszłam do kilku wniosków. Najważniejszym był ten, że my jako dorośli często nie traktujemy dzieci jak ludzi, a jak przyszłych ludzi… dorosłych. A dokładnie? Nie rozmawiamy z dziećmi, a jedynie komunikujemy to co mamy do powiedzenie. Dokonujemy przy nich czynności higieniczno – opiekuńczych nie informując co tak właściwie i po co robimy. Podejmujemy decyzje. Omawiamy sprawy dzieci z innymi dorosłymi, kiedy one to słyszą. Mogłabym wymieniać dalej. A wyobraźmy sobie, że ktoś nas tak traktuje. Czy czulibyśmy się dobrze? Czy odpowiadałoby to nam? Czy szanowalibyśmy tę osobę? Czy wiedzielibyśmy czym w ogóle jest szacunek? A dzieci muszą to znosić. A wierzcie mi, nie jest im to obojętne i bardzo dużo rozumieją.

    O tym pisze również Tracy Hogg w swojej książce „Język niemowląt”. Podstawą każdego kontaktu z dzieckiem, nie ważne w jakim jest wieku powinien być szacunek. Kiedy czytałam o tym wydało mi się to tak banalne, że nie warte aby o tym pisać. Ale za chwilę uświadomiłam sobie, że dla mnie jest to naturalne ale nie dla wszystkich dorosłych. Nie każdy chce rozmawiać z dzieckiem mniejszym czy większym jak z rozumnym człowiekiem. Nie każdy informuje dlaczego coś teraz będziemy robili i po co. Nie każdy włącza dziecko w proces decyzyjny dotyczący jego osoby i spraw rodzinnych. Nie każdy… Nie zrozumcie mnie źle, jestem daleka od „dziecikracji”, ja tylko uważam, że każdemu człowiekowi od urodzenia należy się szacunek. A jeśli pozna te uczucie od małego, to będzie w stanie szanować osoby zarówno te, które go tego nauczyły, jak i inne tego warte. Jeśli wytłumaczymy dlaczego coś będziemy robili, łatwiej to dziecko zaakceptuje. Jeśli będzie mogło podejmować najpierw małe decyzje dotyczące np. swego ubioru (z dwóch czy trzech propozycji przygotowanych przez rodzica), czy zabawki zabieranej do przedszkola, jeśli będzie mogło się wypowiedzieć w sprawach rodzinnych. To nie tylko okażemy dziecku szacunek, ale również pokażemy jak ważne jest samodzielne i odpowiedzialne decydowanie o sobie.

    Jeśli czytaliście o okresie kiedy urodziła się Marianka i była w inkubatorze to pewnie wiecie, że od początku z Nią rozmawiałam. Tłumaczyłam, opowiadałam, kiedy trzeba przepraszałam. Ona z pewnością nie rozumiała sensu moich słów, ale już intonacje i intencję jak najbardziej. A poza tym, ja przyzwyczajałam się aby właśnie w taki sposób się do niej zwracać. Kiedy ją przewijam mówię co będę robiła, kiedy gdzieś się wybieramy opowiadam Jej o tym. Chcę aby wiedział co się dzieje. Często zadaję Jej pytania, dając szansę na odpowiedź. I choć na razie są to dźwięki, to za chwilę nasze rozmowy staną się bardziej zrozumiałe. Wiecie też, że jestem zwolenniczką wyznaczania granic, w ramach których dziecko się porusza. To też wyraz szacunku, bo jasno określam co i dlaczego. Granice i ich rozszerzanie w procesie dorastania, rozmowa o nich to też wyraz szacunku zarówno do dziecka jak i do rodzica.

    Po między wychowaniem dyrektywnym, a uległym jest złoty środek. Wychowanie demokratyczne – naznaczone szacunkiem do dziecka. Wychowanie, które poprzez granice daje poczucie bezpieczeństwa i wolności. Uczy samodzielności i szacunku. To jest wychowanie, które sprawi, że dziecko będzie szczęśliwe a rodzice będą odczuwali radość i satysfakcję.

    Jeśli my nie będziemy traktować od urodzenia dzieci z szacunkiem, to nie możemy wymagać aby one nas szanowały. Bo niby skąd mają wiedzieć czym jest szacunek. Z tą wiedzą się nie rodzą, muszą ją posiąść w trakcie dorastania. Nie można powiedzieć szanuj mnie, ni można opowiedzieć czy jest szacunek. Trzeba go pokazać, dziecko musi go poczuć. A wtedy żadne dodatkowe tłumaczenie nie będzie potrzebne.

    To jest mój przepis na sukces, choć nie jest on prosty… a może właśnie jest?

  • Czego i po co uczymy?

    Czy zastanawialiście się kiedykolwiek czego tak naprawdę dzieci uczą się w szkole i po co? I teraz pewnie pomyślicie sobie, że co najmniej uderzyłam się czymś ciężkim w głowę. Przecież każdy z nas chodził do szkoły i wie, czego się w niej uczy. A po co? To do końca nie wiadomo. Bo któż z nas w codziennym życiu używa całek czy oblicza pojemność dziesięciościanu. Nie mówiąc już o znajomości cyklu życia rozrodczego żaby. Z pewnością każdy rodzic, który ma dziecko w szkole potrafiłby wskazać multum rzeczy, których ich latorośl uczy się tylko na pamięć, a później z tego nie korzysta. Więc po co właściwie posyłamy nasze dzieci do szkoły? Po co uczą się tych wszystkich sinusów i partykuł? Po co je tak obciążać?

    Są tacy rodzice, którzy odpowiadając sobie na te pytania wybrali alternatywę dla swoich dzieci czy to naukę w domu, czy np. szkołę demokratyczną (o której więcej, mam nadzieję niedługo przeczytacie w dziale „gościnnie”) czy inne nowatorskie rozwiązania. Ale większość z nas, może i narzeka, ale w gruncie rzeczy akceptuje stan, który jest obecnie.

    Chciałabym abyśmy na naukę w szkole spojrzeli trochę z szerszej perspektywy, bardziej celowo i perspektywicznie. Spróbujmy spojrzeć na nią nie przez pryzmat tylko i wyłącznie informacji, jakie otrzymują nasze dzieci, ale tego co wynoszą ze szkoły jako wartość dodaną.

    Trochę zagmatwane? Już tłumaczę o co mi chodzi na przykładzie. Prowadząc szkolenia dla instruktorów harcerskich mówiłam im, że podczas nauki terenoznawstwa uczą tak naprawdę czego innego. Bo jakie jest dziś prawdopodobieństwo, że dziecko ze szkoły podstawowej zgubi się samo w lesie bez komórki? No raczej niewielkie. Ale, że młody człowiek w wieku licealnym pojedzie samo do nowego miasta… już większe. Więc ucząc sposobów wyznaczania północy bez kompasu, uczymy tak naprawdę pewności, że skoro poradziłbym sobie w lesie sam, to w mieście tym bardziej. Mogę skorzystać z planu miasta (w formie tradycyjnej – papierowej lub internetowej), mogę zapytać o drogę. Wiem, że dam rady.

    I tak jest ze wszystkim czego uczymy się również w szkole. Pośredniość (które jest jedną z cech metody harcerskiej) jest nierozerwalnie złączona z nauką sformalizowaną. Niestety wielu moich kolegów nauczycieli zapomina o tym, że nie najważniejsza jest treść, ale coś więcej. Muszę tu dodać na ich usprawiedliwienie, że sam system edukacji narzuca ramy poza, które ciężko wyjść. Ale chcieć to znaczy móc.

    I tak podczas nauki gramatyki języka polskiego ważne jest np. poczucie, że potrafię się porozumiewać w sposób jasny i klarowny z innymi. Nauka tabliczki mnożenia to nie tylko „tłuczenie” na pamięć ale bardzo dobre ćwiczenie pamięciowe, które pozwala nam rozwijać swój umysł i otwierać na nowe informacje. Zajęcia z plastyki to nie tylko malowanie czy wyklejanie, ale przede wszystkim uwrażliwianie na piękno i dobro. Zadania z matematyki czy innych przedmiotów ścisłych to przede wszystkim szukanie rozwiązań problemów. Rozpatrywanie rożnych rozwiązań i dochodzenie do sedna problemu. Takie przykłady mogłabym mnożyć. Szkoda tylko, że tak mało się o tym mówi. Bo chodzi przede wszystkim o celowość (kolejna cecha metody harcerskiej) działań edukacyjnych. Uczeń nie musi w nauce widzieć czegoś więcej, ale z pewnością nauczyciel tak. I nie ma to być nauczenie treści czy zrealizowanie podstawy programowej. Ale głębokie wewnętrzne przekonanie, że poprzez proste czynności czy informacje rozwijamy w dzieciach i młodzieży coś więcej. Coś co pozwoli im w przyszłości znaleźć swoje miejsce na ziemi. Wybrać drogę, którą chcą podążać. I niezależnie jaka to będzie droga, każda treść jaką poznali w całej swej edukacji będzie wspierała a nie wadziła. Będzie otwierała na świat, poszerzały światopogląd, pokazywała więcej i dalej…

    To nie są moje marzenia. To jest realne. Ale w tym aby tak wyglądała nauka naszych dzieci muszą pomóc dorośli. Zarówno nauczyciele jak i rodzice.

    Patrzymy dalej i szerzej, chciejmy od edukacji więcej… dla naszych dzieci i dla nas samych.

  • Wesołe jest życie staruszka?

    Jeszcze tylko parę wiosen, jeszcze parę przygód z losem

    Jeszcze tylko parę zim i refrenem zabrzmisz tym:

    Wesołe jest życie staruszka, wesołe jak piosnka jest ta

    Gdzie stąpnie zakwita mu dróżka i świat doń śmieje się: ha, ha”

    Tak starość w swojej piosence opisywał Jerami Przybora. Jednak dziś zarówno starość definiujemy inaczej, jak i samo życie wielu seniorów raczej nie przypomina ukwieconej łąki.

    Kiedyś pięćdziesięciolatek był dziadkiem zarówno w zawiązku z wiekiem jak i posiadanymi wnukami. Dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie to aktywni zawodowo ludzie, ciekawi świata, którzy często jeszcze nie mają wnuków. Bo albo sami mieli dzieci po 30-tce, albo ich potomkowie jeszcze się nie ustatkowali. Mają przed sobą perspektywę wielu lat pracy, ale również możliwości dostępu do rozwoju osobistego, mediów społecznościowych, podróży. Żyć nie umierać? Może i tak. Mają odchowane dzieci, a jeszcze wystarczająco sił aby „podbijać” świat.

    Z drugiej strony mamy emerytów, którzy pamiętają czasy innego ustroju, kiedy może i na półkach nie było nic prócz octu, ale zawsze można było jakoś przeżyć. Coś zdobyć, wystać w kolejce, załatwić… Dziś mają kilkaset złotych emerytury lub renty, a stojąc przy okienku w aptece muszą decydować, które leki wykupić a które nie. Oczywiście są i tacy seniorzy, którzy radzą sobie dobrze, mają dobre emerytury albo pomagają im dzieci czy wnuki.

    I tu dochodzimy do klu problemu. Wsparcie dzieci lub wnuków… Pisze o tym w perspektywie bycia rodzicem bo po pierwsze, my też jeśli dobrze pójdzie kiedyś będziemy seniorami, a po drugie nasi rodzice czy dziadkowie już nimi są. I to od nas zależy zarówno nasz los, jak i ich.

    Wielu seniorów nie oczekuje strikte pomocy finansowej. Często brakuje im towarzystwa, osób z którymi mogliby porozmawiać (stąd np. częste wizyty w przychodniach lekarskich), poczucia że są potrzebni. Wielu starszym osobom brakuje sensu życia. Ale problemem jest również brak szacunku od młodych.

    Czy chcemy takiej starości dla naszych rodziców, dziadków? Dla nas? Ja na pewno nie. Dlatego już dziś warto zastanowić się zarówno nad swoim zachowaniem i postępowaniem oraz zadbać aby nasze dzieci szanowały osoby starsze. Oczywiście nie osiągniemy tego jeśli nam samym szacunek dla seniorów jest obcy. Jeśli nie widzimy potrzeby i sensu kontaktów z nimi. Jeśli nie dostrzegamy jaką wartością jest dla dzieci kontakt ze starszymi osobami.

    Już kiedyś pisałam co ja zawdzięczam mojej babci. Nie będę rozdrabniała się nad tym, że gdyby nie seniorzy nie byłoby nas. Warto jednak wspomnieć, że bardzo często są oni żywymi „nośnikami” wartości jakie chcielibyśmy przekazać naszym dzieciom. Kontakt z nimi może w namacalny sposób pokazać zarówno starszym jak i młodszym dzieciom czym jest życie i jak warto, a jak nie warto go przeżyć. Mówię tu zarówno o kontakcie ze starszymi osobami z naszej rodziny jak i w zasadzie obcymi. Parę dni temu zakończyła się wspaniała akcja „Pamiętamy” – wysyłanie pocztówek do Powstańców Warszawskich. Udział w niej nie tylko sprawił bohaterom przyjemność, ale uczył dzieci, że był ktoś przed nami. Nasz świat nie powstał wczoraj, aktywnie tworzyli go ludzie, którzy dzisiaj często już tylko obserwują co my z nim robimy. Warto uzmysłowić to dzieciom.

    To jak dziś ukażemy seniorów i ich los naszym dzieciom będzie miało bezpośredni wpływ na to jak one potraktują kiedyś nas. Może warto czasami zastanowić się co mówimy o starszych ludziach, jak z nimi postępujemy, czy ich szanujemy. Bo może okazać się, że wcale nie będziemy:

    Trzęsiesz się z niecierpliwości żeby dożyć tych radości

    Guzik rwiesz i wdzianko mniesz tak już być staruszkiem chcesz”