Tag: miłość

  • Randka z mężem to ważna sprawa

    Spędzamy razem mnóstwo czasu. W domu wspólnie oglądamy filmy, gotujemy, w niedzielę wylegujemy się do południa w łóżku… Wychodzimy do kina, restauracji, na leniwe spacery… Jeździmy w ciekawe miejsca… Możemy planować z wyprzedzaniem albo spontanicznie coś zorganizować… Spotkać się z przyjaciółmi… Szalejemy, ryzykujemy, nudzimy się… Wolność z osobą, którą kochamy. Ta bliskość i dostępność… To wszystko sprawia, że uczucie kwitnie i chcemy być razem… Nie wspomnę już o bliskości fizycznej… kiedy chcemy i jak chcemy… A potem rodzi się pierwsze dziecko… i wszystko się zmienia.

    Często obiecujemy sobie, że narodziny dziecka nic nie zmienią. Ale to nie prawda. W naszym życiu mamy już nie jedną najważniejszą osobę, a dwie. Dziecko jest bezbronne i niesie ze sobą ten rodzaj miłości, której do tej pory nie znaliście. Bo nie da się jej opisać, często mówimy, że dopóki nie urodzi się nam dziecko nie wiemy czym jest czysta i bezwarunkowa miłość. I to jest prawda. A co z nami? Co z kobieta i mężczyzną dzięki którym, to dziecko pojawiło się na świecie… Często zaczynamy się mijać, bo jesteśmy zmęczeni. Rozmawiamy tylko o dziecku. Zapominamy o „dwóch połówkach”.

    Mieliśmy to szczęście z mężem, że trafiliśmy przed ślubem na naprawdę bardzo dobry kurs przedmałżeński. Tematy były ciekawe, prowadzone przez specjalistów, którzy byli otwarci na pytania i bardzo profesjonalnie podchodzili do tematów. Zarówno od księdza odpowiedzialnego za kurs, jak i od pani z poradni małżeńskiej (mamy trójki dzieci) usłyszeliśmy bardzo ważną rzecz „dzieci kiedyś dorosną, a wy możecie zostać albo z bardzo bliską osobą albo z kimś kogo kiedyś znaliście”. Bo miłość jest jak ogień, gorąca i cudowna, ale kiedy jest nie podsycana… gaśnie. Wiadomo, że nie jesteśmy w stanie prowadzić życia tak samo jak przed urodzeniem dziecka ale zostając rodzicami nie możemy przestać być swymi partnerami. Nie możemy zapominać o wzajemnych potrzebach emocjonalnych, psychicznych i fizycznych. Jak to zrobić?

    My z mężem znaleźliśmy sposób. Sprawy związane z Marianką staramy się omawiać na bieżąco, po południu lub rano. Wieczorem kiedy śpi mamy czas dla siebie. Czasami to dwie – trzy godziny, a czasami pół – zależy to od obowiązków domowych. Ale najważniejsze są nasze randki. Raz w miesiącu Marianka zostaje z dziadkami, a my staramy się zorganizować sobie coś fajnego, coś takiego co raczej z Nią byśmy nie zrobili. Byliśmy np. kręgielni, w kinie w „logickrom” do tego oczywiście jakiś obiad czy kawa z ciastkiem. W trakcie naszych wyjść staramy się skupić na nas, naszych emocjach i relacji. Czy w ogóle nie wspominamy o Mani? Oczywiście, że wspominamy 🙂 Ale raczej mimochodem, nie rozstrzygamy ważnych spraw, nie planujemy. Każda taka randka jest dużym ładunkiem na kolejne dni. Wzmacnia naszą relację i związek. A pamiętajmy, że jeśli rodzice są szczęśliwi to i dzieci.

    Ktoś może się śmiać, mówić że to głupota, marnowanie czasu i pieniędzy. A ja twierdzę, że nie. Bo kiedy dzieci będą coraz starsze i coraz więcej czasu będą spędzać poza domem, my nie będziemy mieli problemu ze spędzaniem tego czasu tylko we dwójkę. Nie będziemy musieli uczyć się bycia z sobą od nowa. A syndrom opustoszałego gniazda nie dotknie nas aż tak bardzo. Bo dzieci są tylko wędrowcami pytającymi o drogę, którzy będą tworzyli własne ścieżki. A my? My weszliśmy na wspólną drogę i chcemy nią kroczyć do końca. A bycie razem dziś pomoże nam być razem jutro i pojutrze.

  • KOCHAM jak to trudno powiedzieć…

    Coś co powinno być dla rodzica najprostsze na świecie, naturalne i niewymuszone… „Kocham Cię” sprawia wielu z nas problem. Wydaje się takie proste, czasami banalne, rzucone od niechcenia albo przeznaczone na specjalne okazje, wyczekane. Coś co daje dziecku siłę i wiarę. Coś co che się czuć a jednocześnie słyszeć. „Kocham Cię” – coś tak trudnego w swej prostocie. Te dwa proste słowa mają ogromne znaczenie nie tylko dla dzieci. Ale dziś skupimy się właśnie na nich. Jak odbierają te słowa lub ich brak. Kiedy są im potrzebne, kiedy dają najwięcej, a kiedy krzywdzą.

    Niestety nie każdy z nas w dzieciństwie słyszał „Kocham Cię” od rodziców, no może jeszcze od mam częściej ale już tatusiowie to raczej byli bardziej wstrzemięźliwi w tym temacie. Najzwyczajniej w świecie tak zostali wychowani, tak uważali, że jest najlepiej. Ważne aby dzieci czuły, że są kochane, zadbane i zaopiekowane. Nie musiały słyszeć od ojca, którzy trzymał emocje na wodzy „Kocham Cię”. A nawet jeśli już raz na jakiś czas to słyszały, to było to jakieś takie dziwne, krepujące i nie wiadomo było co z tym zrobić.

    Dziś jest całkiem inaczej. Nie boimy się swoich emocji, wiem jak są ważne i że trzeba umieć je nazwać. Uczymy dzieci jak sobie radzić z emocjami i uczuciami, jak je nazywać, jak uzewnętrzniać. A sami? Czy też to robimy. Czy wydaje nam się, że codziennie udowadniamy naszym dzieciom, że je kochamy. Przecież one wiedzą, czują, że tak jest. No i właśnie tu pojawia się problem. Dzieci, zwłaszcza małe nie są w stanie pojąć wszystkich intencji dorosłych, nawet rodziców. Często same nie wiedzą co czują, więc jak mają się domyślić co czują rodzice? Dlatego powinniśmy mówić naszym dzieciom, że je kochamy. I to nie raz na jakiś czas, ale często. Aby wiedziały, że to co od nas dostają to bezwarunkowa miłość, zupełnie niezależna od wszystkiego co się dzieje.

    I tu przechodzimy do kolejnej ważnej sprawy. Jak zadbać o to aby dzieci czuły, że nasza miłość jest bezwarunkowa? Bo niestety nie zawsze tak jest. Wszystko zależy od tego kiedy mówimy „Kocham Cię”. Czy to stwierdzenie pada po tym jak dziecko zrobi coś dobrze, odniesie sukces czy też w innych okolicznościach. Jeśli mówimy dziecku, że je kochamy w chwilach kiedy tak naprawdę czujemy dumę i zadowolenie to niestety nasza pociecha może stwierdzić „Rodzice kochają mnie za moje osiągnięcia i sukcesy”. A przecież nie o to nam chodzi. W takich chwilach trzeba powiedzieć, że jesteśmy dumni, zachwyceni, zadowoleni, uradowani… Bo to właśnie tak naprawdę czujemy, w tej danej chwili. Jeżeli nasze dziecko wpadnie w pułapkę takich myśli, to po każdej awanturze czy gorszych chwilach będzie myślało, że nie jest kochane. Po każdym niepowodzeniu lub zbyt małym jego zdaniem sukcesie – również. A przecież nie o to nam chodzi, prawda?

    Bezwarunkowa miłość polega na tym, że kochamy w każdej chwili i dobrej i złej. I to nasze dzieci powinny wiedzieć. Słowa „Kocham Cię” powinny słyszeć w różnych sytuacjach, najlepiej w takich neutralnych. Ale również po jakiejś kłótni czy nieposłuszeństwie. „Bardzo mi się nie podobało twoje zachowanie, zasmuciło mnie i zdenerwowało. Ale pamiętaj nieważne jak będę na ciebie zła i tak Cię kocham”. To właśnie w takich sytuacjach dzieci najczęściej mają wątpliwości i strach, że rodzić już ich nie kocha. To w takich sytuacjach, kiedy emocje już opadną, czułe słowa i przytulenie dają poczucie bezpieczeństwa. Co oczywiście nie zwalnia z konsekwencji złego zachowania. Bo dla mnie konsekwencja jest oznaką miłości – miłość i konsekwencja to nierozerwalna para.

    Ważne jest więc to aby mówić swoim dzieciom, że je kochamy. Niezmiernie ważny jest moment kiedy to robimy, ale też sposób. Czy jest to rzucone od tak „ja też Cię kocham” czy słowa, które rzeczywiście mają znaczenie. Niezwykle ważny jest kontakt wzrokowy i pewien rodzaj intymności. Ja często mówię Mariance, że Ją kocham tuż przed drzemką, kiedy razem leżymy. Patrzymy sobie w oczy i na słowa „Kocham Cię” moja 16 miesięczna córeczka uśmiecha się, a Jej oczy błyszczą. Widzę w nich, że Ona też mnie kocha, choć może jeszcze nie wie co to do końca oznacza.

    Takie proste dwa słowa… a jednak takie trudne. Słowa, które powiedziane w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób mogą uskrzydlać i dodawać siły… lub wpędzić w ślepy zaułek. Życzę Wam i sobie aby te proste słowa były dla nas proste.

  • Lubię być mamą 🙂

    Są takie dni kiedy trzeba sobie przypomnieć dlaczego tak bardzo lubi się być rodzicem. A przynajmniej ja lubię być mamą 🙂 I choć bywa ciężko ogarnąć wszystkie obowiązki, a jednocześnie odstawić na chwilę na boczny tor swoje dotychczasowe życie, to są takie momenty w życiu rodzica kiedy wszystko zostaje wynagrodzone. Nie ważne ile pieluszek zmieniłeś, ile razy się przebierałaś dziennie bo dziecku się ulało czy ile spotkań ze znajomymi Cię ominęło. To są chwilę dla, których warto żyć. Miewasz takie?

    Marianka ma teraz okres „bez mamy ani rusz”. Z jednej strony jest to piękne, że jest do mnie tak przywiązana, a z drugiej lekko uciążliwe. To teraz trochę taki rzep, który płacze jak go odczepisz. I ja Manię odczepiam co jakiś czas i zostawiam z tatą aby mogli pobyć trochę razem, ja żebym mogła odetchnąć, ale przede wszystkim aby Marianka nauczyła się, że ja zawsze wrócę. No i te powroty są najpiękniejsze. Kiedy widzę rozpromienioną na mój widok córeczkę, kiedy czuję biorąc Ją na ręce jak cała podskakuje ze szczęścia… tego nie da się opisać.

    Są czasami chwile trudne nie związane z rodzicielstwem. Jakieś zmartwienie, smutek. Moja córeczka zagląda mi wtedy w oczy i potrafi się tak przytulić, że od razu jest lepiej. Dziecko to taki termoforek, który ogrzewa ciało, ale przede wszystkim też duszę.

    Marianka o każdą umiejętność motoryczną musi walczyć. Wszystko to co już umie w sferze ruchowej zawdzięcza ciężkiej pracy i pomocy rehabilitantów. I kiedy po wielu próbach w końcu uda Jej się samodzielnie coś wykonać… ja za każdym razem płacze ze szczęścia. I niezależnie czy jest to samodzielne wstanie w łóżeczku czy zrobienie „pa pa”. A moja reakcja sprawia, że Mania chce robić to jeszcze raz i jeszcze i jeszcze… Czuje, widzi i słyszy, że ją kocham, wspieram. Każdy taki moment to miód na moje serce. Zbliża Mariankę do samodzielności, o którą tak na początku Jej życia się baliśmy.

    Mówi się, że pierwsze „mama” to radość, a jak „mama” słyszysz kilkanaście razy na minutę to już zdenerwowanie. Może i tak bywa. Kiedy ja słyszę cały czas „mama, mamo, ma…” to wiem, że jestem Jej potrzebna. Czuję, że jest ktoś kogo kocham miłością bezwarunkową i kto tę miłość odwzajemnia. I choć „mama” słyszane za drzwi łazienki już tak nie rozczula to nadal cieszy.

    Jest jeszcze jeden moment, który sprawia, że uwielbiam być mamą. Kiedy kładziemy się z Marianką na drzemkę, Ona patrzy mi w oczy… ja mówię Jej „kocham Cię”… a Marianka spod smoczka uśmiecha się najszerzej jak potrafi, a Jej oczy błyszczą. Tego nie trzeba komentować.

    Jest jeszcze wiele chwil, które uwielbiam. A jeszcze więcej przede mną. Zawsze o nich myślę, kiedy jest trochę ciężej… Bo ja naprawdę lubię być MAMĄ Marianki <3

  • Panaceum na wszystkie smutki. Czyli rodzic na dopingu

    Życie rodzica nigdy nie było, nie jest i nie będzie łatwe. Wiedziałam to na długo zanim sama zostałam mamą czy zanim zaczęłam pracę jako wychowawca. Kiedy widziała moją mamę wracającą zmęczoną z pracy, „ciągnącą” ze sobą zakupy, od razu zabierająca się za robienie obiadu, nie mówiąc już o praniu czy sprzątaniu, wiedziałam, że nie jest łatwo. Ale też patrząc na Nią wiedziałam podświadomie, że warto. Jakoś tak od zawsze wiedziałam, że bardzo chcę być mamą. Nie wyobrażałam sobie innego życia.

    Jednak los przed długi czas w tym względzie nie był dla mnie łaskawy. Zanim spotkałam mego męża i mogliśmy myśleć o dzieciach byłam już po trzydziestce. Ale odkąd byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej moje życie było pełne. Tak to chyba najwłaściwsze słowo – pełne. Czas oprócz szkoły, studiów, a później pracy wypełniało mi harcerstwo. Z czasem zbiórki, szkolenia, spotkania, wyjazdy, pełnienie funkcji na szczeblach powiatowych, wojewódzkich czy centralnych pozwoliło mi zagospodarować czas. Potem doszły też inne rzeczy: praca na uczelni, szkolenia zewnętrzne, współpraca z wieloma podmiotami, prowadzenie warsztatów i szkoleń… To był cały mój świat. Świat, który czekał na rodzinę.

    Prawdę mówiąc tylko trochę to się zmieniło kiedy poznałam mego męża. Nie wiem jakim cudem jak to się mówi „nie pogonił mnie”, tylko zrozumiał. Może dlatego, ze sam był kiedyś harcerzem? Zwalniać zaczęłam dopiero będąc w ciąży. Chciałam cieszyć się tymczasem, odpocząć. Zrezygnowałam z wielu obowiązków, wybierając tylko to co było najważniejsze. Wydawało mi się, że wszystko zmieniło się kiedy urodziła się Marianka. Jednak teraz już wiem, że to nie prawda. Po prostu przekierowałam całą swoją energię i zaangażowanie z dotychczasowego życia w walkę o Jej życie. Te cztery miesiące w szpitalu to nadal była ogromna aktywność z mojej strony.

    Teraz wiem, że wszystko się zmieniło kiedy już ułożyłyśmy sobie z Manią życie w domu. Kiedyś miałam kontakt z wieloma ludźmi codziennie. Teraz bywają dni, że jedynym dorosłym z jakim rozmawiam jest mój mąż. Kocham moją córeczkę i mówię do niej cały czas, bo wiem, że mnie rozumie. Ale po prostu brak mi grupy rówieśniczej.

    To bardzo trudne zwłaszcza dla bardzo aktywnych kobiet zmienić życie na domowe pielesze. Oczywiście wychodzimy na spacery, jeździmy na rehabilitacje i wizyty u specjalistów. Wychodzę też na aqua aerobik i do sklepu… Ale czasami po prostu brakuje mi wyzwań intelektualnych. Bo choć czasami wiele sprytu i wykorzystania wielu metody wychowawczych potrzeba aby zachęcić Mariankę do zjedzenia lub spania, to jednak to coś innego. I choć może to dziwne, bo Mania za chwilę skończy 9 miesięcy, to może przez tę pogodę, zmęczenie i jeszcze coś niezidentyfikowanego, czasami czuję się jakbym miała w tzw. baby blus. Są dni lub chwile kiedy miałabym ochotę usiąść i płakać. Czasami nawet z Marianką. Myślę, że wiele mam ma takie chwile. I wydaje mi się, że nie wynikają one nawet z bezradności tylko tak po prostu. Ostatnio właśnie miałam kilka takich dni. Nawet trudno mi się pisało, choć przeważnie to właśnie blog i jego poradzenie motywowały mnie do wysiłku intelektualnego. Do „rozmowy” z innymi dorosłymi.

    Dziś rano jednak pomyślałam, że jednak zawsze wiedziałam co jest moim lekarstwem na wszystkie smutki. Nawet przyszedł mi do łowy tekst na bloga „Kiedy kocham najbardziej”. Ale nie oszukujmy się kocham Ją zawsze bardziej niż chwilę wcześniej. W każdej sekundzie, w każdej sytuacji. Najwięcej siły dają mi jednak momenty. Takie mojej i Marianki. Ona rano budzi się pierwsza, leży w łóżeczku i bawi się pieluszką lub rączkami. Kiedy do Niej zajrzę, a Ona zobaczy moją twarz od razu się uśmiecha. Rozpływam się wtedy. Kiedy wtula się we mnie bo się zawstydziła kogoś. Kiedy je, marudzi, pluje, aż tu nagle z buzią pełną zupki uśmiecha się tym bezzębnymi usteczkami. Kiedy się czegoś przestraszy i szuka u mnie wsparcia. Lub kiedy jestem smutna lub płaczę (czasami nawet ze szczęścia) a Marianka z troską zagląda mi w oczy chcąc sprawdzić czy wszystko jest dobrze. Kiedy rano wylegujemy się jeszcze razem w łóżku, a Ona dotyka mojej twarzy… Te wszystkie momenty sprawiają, ze moje serce zaczyna bić szybciej. A smutki same gdzieś odpływają.

    Wiem, że za kilka miesięcy kiedy Marianka będzie już bardziej odporna będziemy mogły robić wiele rzeczy wspólnie. Będzie mi mogła towarzyszyć w wielu miejscach i spotkaniach. Wiem, że będzie łatwiej. Aby tylko przetrwać tę jesienną słotę i zimę… A później przyjdzie wiosna i da nam nowe możliwości. Bo z naszą miłością do siebie żaden smutek nie zostanie na dłużej.

  • Małe głupotki. O chwilach, które są tylko nasze

    Większość dnia spędzamy z Marianką tylko we dwie. Jesteśmy do tego przyzwyczajone i czasami kiedy przychodzi weekend to bardzo się cieszymy, że tata jest z nami, ale w poniedziałek znowu czerpiemy radość ze swojej obecności. To naturalne… taka więź matki z dzieckiem.

    Im Mania jest większa tym ten wspólny czas staje się coraz bardziej wartościowy. Mamy swój własny rytm, gesty, których nie trzeba tłumaczyć. To chwile, z których staram się czerpać jak najwięcej, bo wiem, że szybko przeminął. Im Marianka będzie starsza ty bardziej będzie ją interesował świat. Będzie go poznawała i zdobywała, a ja będę szła tuż obok, a z czasem o krok za Nią. Będzie coraz bardziej samodzielna, choć mam nadzieję, że zawsze będzie wiedziała, że może na mnie liczyć. Szybko przestanę być jej całym światem, później wyrocznią, ale mam nadzieję, że nigdy nie przestanę być dla nie autorytetem. Osobą, w której oczach będzie widziała miłość, wsparcie i wiarę.

    Ale zanim to wszystko się wydarzy mamy te nasze wspólne chwile. Chwile, które czasami nawet trudno ująć w słowa. To czasami jedno spojrzenie, które powoduje uśmiech na twarzy. Moment kiedy zdarza jej się przysnąć mi na ręku. Chwila gdy poznając coś nowego trzyma mnie za palec. Długie minuty kiedy leżymy sobie wspólnie po prostu się na siebie patrząc i ucząc się siebie nawzajem. Jest też taki specjalny sposób wzięcia Mani na ręce, Kiedy mogę jednocześnie mocno Ja tulić i patrzeć w Jej piękne oczy. Marianka od razu się wtedy uśmiecha i zaczyna „gadać” po swojemu i aż piszczeć z radości. Jeśli kto inny by Ja próbował wziąć w taki sposób w najlepszym wypadku popatrzyłaby się na niego.

    To wszystko powoduje, że każdy dzień pomimo że podobny do poprzedniego staje się niesamowity. Wiem z całą pewnością, że to co dziś przezywamy wpłynie na jakość naszych relacji w przyszłości. Czułość i miłość, które okazujemy sobie wzajemnie nie wyparują. Ale to przede wszystkim ode mnie zależy jak nasza relacja będzie się rozwijała. Czy nadal będę uczyła Mariankę jak okazywać sobie uczucia, jak ważna jest bliskość i relacje w rodzinie. Patrząc na mnie i męża będzie się uczyła jak budować kontakty z drugą płcią, jak okazywać sobie szacunek, wsparcie i przede wszystkim miłość. To co dziś dostaje ode mnie i męża, zwielokrotni się w przyszłości. I choć nie będzie sobie tego uświadamiała, to właśnie to czego doświadczy w pierwszych miesiącach i latach swego życia wpłynie na Jej rozwój wewnętrzny, ukształtuje wartości i nauczy tworzenia relacji. Dzisiejsze małe głupotki, pieszczoty i czułostki dadzą Jej w przyszłości motywację i siłę do działania.

    Wierzę, że dzisiejsze chwile, które dzielimy między sobą znacząco wpłynął na jej przyszłości. To co daje dziś radość mnie i Mariance, kiedyś pomoże Jej cieszyć się życiem pełnym miłości.

  • Miłość i konsekwencja – dwie siostry

    Ostatnio na kilku forach przyglądałam się dyskusjom na temat metod wychowawczych polecanych przez specjalistów. Mamy preferujące rodzicielstwo bliskości starły się z tym, które są za konsekwencją. Przywoływane są tam porady różnych bardziej lub mniej znanych „super Niań” oraz literatura z najprzeróżniejszych źródeł. Ogólne to cieszę się, że mamy prowadzą dyskusje dotyczące tak ważnego aspekty życia dziecka jak wychowanie, bo to znaczy, że im zależy. Mam jednak kilka wątpliwości.

    Po pierwsze wydaje mi się, że wiele mam „idzie” za modą w wychowaniu, którą teraz jest rodzicielstwo bliskości. Nie do końca rozumieją czym ono jest, czasami posiłkują się jakąś literaturą, częściej szczątkowymi informacjami z Internetu. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie krytykuje tej metody wychowawczej. Mam tylko wrażenie, że niektóre z mam czują presję jej stosowania, choć podskórnie czują, że czegoś im w niej brakuje. Zapominają, że każde dziecko jest inne, rodzina jest inna oraz doświadczenia. I nie w każdej sytuacji, zawsze to samo się sprawdza. Idea bliskości z dzieckiem jest czymś fantastycznym moim jednak zdaniem czasami to trochę za mało.

    Po drugie negowanie metod wychowawczych, które się sprawdzają u innych jest moim zdaniem bardzo nie fair. Zresztą już o tym pisałam.

    Wydaje mi się, że części z tych mam umyka bardzo ważna rzecz. Nie ma miłości bez konsekwencji i odwrotnie. Inaczej nie miałoby to sensu i nie nazwałabym tego skuteczną metodą wychowawczą. Bo sama bezgraniczna miłość może prowadzić do rozpieszczania (ale oczywiście nie musi), a z kolei konsekwencja bez wsparcia i codziennego okazywania pozytywnych uczuć to prosta droga do despotyzmu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żebym stawiała granice mojej Mariance, a jednocześnie nie okazywała jej wsparcia i miłości. Abyśmy w wyznaczonych ramach nie miały wspólnie czuć się bezpiecznie i radośnie. To, że ustalam zasady nie znaczy, że nie tulę dziecka, nie całuję i nie jestem czuła. Konsekwencją pokazujemy dzieciom, że nam na nich zależy i są dla nas ważne. Dla mnie to najwyższe możliwe okazanie miłości – wyznaczenie granic, w których dziecko może bezpiecznie się poruszać. Granic, w których okazuję mu zaufanie i uczę odpowiedzialności.

    Dla maluchów takimi granicami może być plan dnia. Ja też taki mam. Wyznacza on pory posiłków i pomaga nam wyznaczyć czas na zabawę i drzemki. Planując wizyty u lekarza czy jakiekolwiek wyjście uwzględniam go i staram się przestrzegać. Pokazuje w ten sposób, że potrzeby mojego dziecka są ważne i dbam o jego komfort. Każde większe zaburzenie w planie sprawia, że Mania jest rozdrażniona i poddenerwowana. Nie chcę aby tak się czuła. Czy w tym planie nie ma miejsca na odrobinę szaleństwa? Oczywiście, że jest. Są dni kiedy biorę rano Mariankę do swojego łóżka i wspólnie trochę dłużej leniuchujemy, okazując sobie czułość. Bo plan to ramy, które delikatnie można przesuwać tak aby było miejsce na uczucie między dzieckiem a rodzicem.

    Uważam, że najlepszym sposobem na to aby dziecko czuło się dobrze na każdym etapie swojego rozwoju, aby miało wspaniały kontakt z rodzicami jest dać mu bezpieczną i wyznaczoną przestrzeń do funkcjonowania i okazywać czułość oraz miłość. Dzięki temu jesteśmy w stanie nauczyć najpotrzebniejszych rzeczy w życiu. To właśnie mój sekret na wychowanie, z którego będą zadowolone dzieci i rodzice.