Tag: problemy

  • Fundacja Mali Wojownicy

    Wszystko ma znaczenie… Pojawienie się Marianki w naszym życiu sprawiło, że inaczej zaczęliśmy postrzegać świat oraz problemy innych osób.

     

    Dlatego zdecydowaliśmy się założyć Fundację, która lokalnie będzie wszechstronnie wspierała rodziców wcześniaków i dzieci z problemami okołoporodowymi. Przygotowujemy dokumenty do rejestracji, ale już dziś możecie być na bieżąco z naszymi działaniami oraz dowiedzieć się więcej o radościach i problemach rodziców, których będziemy wspierać.

    Zapraszamy na nasz fanpage 🙂

  • Proszę nie róbcie tego swoim dzieciom

    Naprawdę bardzo dużo się o tym mówi. Jest wiele wpisów na forach, grupach „mamowych”, artykułów. Ale spacerując ostatnio z Marianką nadal widzę wielu rodziców, którzy robią krzywdę swoim dzieciom. Mam nadzieję, że są nieświadomi, a nie tylko wygodni. Mimo wszystko postanowiłam o tym napisać. Być może choć kila osób przejrzy na oczy i uchroni swoje dzieci przed tragedią.

    Pieluszka na budce wózka

    Nie powiem, że w zeszłym roku sama kilka razy nie użyłam pieluszki do ochrony Marianki przed słońcem. Po prostu nie wiedziałam, że robię Jej wilczą przysługę. Na szczęście nasz wózek nie chciał w tym względzie współpracować, pieluszka się osuwała (może dlatego, że zakrywałam tylko połowę budki?) i po 2 – 3 razach stwierdziłam, że wygodniej będzie kupić parasolkę. Na szczęście. Niedługo potem przeczytałam bardzo mądrą wypowiedź lekarza, który zadał proste pytania „Czy w budce zakrytej pieluszką jest czym oddychać? Czy jest tam chłodno i przewiewnie?”. Odpowiedź na te pytania brzmi oczywiście NIE. Pod pozorem ochrony przed słońcem fundujemy dzieciom przegrzanie – udar cieplny, brak powietrza – podduszenie. I jeśli to czytając myślicie, że przesadzam lub panikuję, to zapewniam Was, że tak nie jest. W sieci możecie przeczytać nie jedną i nie kilka historii maluchów, które trafiły do szpitala z udarem cieplnym lub problemami z oddychaniem po ochronie przed słońcem w upalny dzień. Jeśli myślisz, nas to nie spotka… to zastanów się czy chcesz eksperymentować na swoim dziecku i sprawdzić ile razy Wam się uda.

    Może to co pisze jest brutalne, ale to prawda. Czasem trzeba coś powiedzieć głośno tysiąc albo i więcej razy aby trafiło do zbiorowej wiedzy.

    A jak chronić dziecko w upalne dni przed słońcem? Ubierać odpowiednio do pogody, nie przegrzewać, używać kremu z dużym filtrem oraz zaopatrzyć się w dobrą parasolkę do wózka. A przede wszystkim zastanowić się czy w największy upał wychodzić z dzieckiem z domu.

    Nosidełko zamiast gondoli

    Bardzo modne są od jakiegoś czasu wózki 3w1. Moim osobistym zdaniem powinno się zabronić ich produkcji. Dlaczego? Bo nieświadomi (mam nadzieję, że nie leniwi) rodzice używają nosidełka zamiast gondoli. Z pewnością jest to wygodne, zwłaszcza na zakupach, czy gdzieś na wyjeździe. Nie trzeba targać ze sobą gondoli, wypinasz nosidełko z samochodu, wpinasz w stelaż i gotowe. Gotowe problemy dla naszego malucha.

    Znowu przesadzam? Znowu straszę? Znowu panikuję? NIE

    Bo to nieprawda, że inni tak robią i ich dzieci są zdrowe. Ta moda jest od kilku lat i większość dzieci tak wożonych jeszcze nie „pokazała” wszystkich swoich problemów. A jakie to mogą być problemy? Różne. Od wszelakich skrzywień kręgosłupa, problemem z napięciem mięśniowym, nauka PRAWIDŁOWEGO chodzenia, po wszelkiego rodzaju przykurcze. I większość z tych problemów pojawi się nie dziś nie jutro, a często nawet za kilka lub kilkanaście lat. I niestety nikt nie będzie pamiętał, że dziecko było wożone w nosidełku i to jest przyczyną.

    Zanim zabrałam Mariankę do domu ze szpitala, nasza rehabilitantka udzieliła nam wiele cennych rad. Jedną z nich było „Jak najmniej nosidełka”. Oczywiście, podczas przewożenia dziecka w samochodzie to jedyny sposób, ale potem… U nas nosidełko zostało wypięte z samochodu może kilka razy. Nawet jak szłam do lekarza, zostawiałam je, a Manię brałam na ręce. A dlaczego to wszystko?

    Czy zastanawialiście się kiedyś jak czuje się dziecko w takim nosidełku? Z pewnością nie siedzi w pozycji dla siebie naturalnej. Zwłaszcza najmniejsze dzieciaczki, które tak naprawdę nie są gotowe jeszcze do pozycji siedzącej czy nawet półsiedzącej. Często główka chowa się pomiędzy ramionkami, a bioderka są częściowo zablokowane. Zresztą… nie możemy mówić o jakiejkolwiek swobodzie, która jest tak wskazana dla maluszków. A gondola jak najbardziej sprzyja swobodzie ruchów i naturalnej pozycji.

    Jeśli to wszystko Was nie przekonuje, to po prostu spróbujcie sami usiąść w podobnej pozycji i zastanowić się czy będzie Wam wygodnie. A później pomyślcie o bólach kręgosłupa, skurczach mięśni i godzinach rehabilitacji. Nie dziś to za kilka, kilkanaście lub więcej lat. To dopiero początek życia naszych dzieci… nie nadwyrężajmy ich małych ciałek i nie fundujmy im początków problemów, których możemy uniknąć.

    Mam ogromną prośbę, jeżeli nie jesteście wśród osób, które używają pieluszek do ochrony przed słońcem i nosidełek zamiast gondoli, ale ktoś z Waszej rodziny lub znajomych to robi… spróbujcie go przekonać aby tego nie robił. Może moim tekstem, a może innymi krążącymi w internecie. My z Manią rehabilitujemy się od ponad roku i jeszcze wiele przed nami… nie ma sensu fundować tego dzieciom na własne życzenie. Bardzo Was wszystkich o to proszę… dla tych wszystkich dzieci pod pieluszkami i w nosidełkach.

  • Szanuj potomka swego, jak siebie samego

    „Dzisiejsza młodzież to nikogo nie szanuje” – takie stwierdzenie można usłyszeć często podczas rozmów o młodym pokoleniu. Kiedyś zastanawiam się dlaczego tak jest. Im dłużej pracowałam z dziećmi i młodzieżą tym częściej spotykałam się z tym, że rodzice mają problem z tym aby ich szanowano. Przez ostatnie 18 lat wiele rzeczy się zmieniło w podejściu do wychowania w rodzinach. I stąd m. in. wynikają takie problemy z szacunkiem i autorytetem.

    Po mimo iż ja w kontaktach z moimi podopiecznymi nie miałam takich problemów, zaczęłam się jakiś czas temu intensywnie zastanawiać gdzie tak naprawdę jest pies pogrzebany. Obserwując dorosłych i ich kontakt z dziećmi oraz analizując swoje metody wychowawcze doszłam do kilku wniosków. Najważniejszym był ten, że my jako dorośli często nie traktujemy dzieci jak ludzi, a jak przyszłych ludzi… dorosłych. A dokładnie? Nie rozmawiamy z dziećmi, a jedynie komunikujemy to co mamy do powiedzenie. Dokonujemy przy nich czynności higieniczno – opiekuńczych nie informując co tak właściwie i po co robimy. Podejmujemy decyzje. Omawiamy sprawy dzieci z innymi dorosłymi, kiedy one to słyszą. Mogłabym wymieniać dalej. A wyobraźmy sobie, że ktoś nas tak traktuje. Czy czulibyśmy się dobrze? Czy odpowiadałoby to nam? Czy szanowalibyśmy tę osobę? Czy wiedzielibyśmy czym w ogóle jest szacunek? A dzieci muszą to znosić. A wierzcie mi, nie jest im to obojętne i bardzo dużo rozumieją.

    O tym pisze również Tracy Hogg w swojej książce „Język niemowląt”. Podstawą każdego kontaktu z dzieckiem, nie ważne w jakim jest wieku powinien być szacunek. Kiedy czytałam o tym wydało mi się to tak banalne, że nie warte aby o tym pisać. Ale za chwilę uświadomiłam sobie, że dla mnie jest to naturalne ale nie dla wszystkich dorosłych. Nie każdy chce rozmawiać z dzieckiem mniejszym czy większym jak z rozumnym człowiekiem. Nie każdy informuje dlaczego coś teraz będziemy robili i po co. Nie każdy włącza dziecko w proces decyzyjny dotyczący jego osoby i spraw rodzinnych. Nie każdy… Nie zrozumcie mnie źle, jestem daleka od „dziecikracji”, ja tylko uważam, że każdemu człowiekowi od urodzenia należy się szacunek. A jeśli pozna te uczucie od małego, to będzie w stanie szanować osoby zarówno te, które go tego nauczyły, jak i inne tego warte. Jeśli wytłumaczymy dlaczego coś będziemy robili, łatwiej to dziecko zaakceptuje. Jeśli będzie mogło podejmować najpierw małe decyzje dotyczące np. swego ubioru (z dwóch czy trzech propozycji przygotowanych przez rodzica), czy zabawki zabieranej do przedszkola, jeśli będzie mogło się wypowiedzieć w sprawach rodzinnych. To nie tylko okażemy dziecku szacunek, ale również pokażemy jak ważne jest samodzielne i odpowiedzialne decydowanie o sobie.

    Jeśli czytaliście o okresie kiedy urodziła się Marianka i była w inkubatorze to pewnie wiecie, że od początku z Nią rozmawiałam. Tłumaczyłam, opowiadałam, kiedy trzeba przepraszałam. Ona z pewnością nie rozumiała sensu moich słów, ale już intonacje i intencję jak najbardziej. A poza tym, ja przyzwyczajałam się aby właśnie w taki sposób się do niej zwracać. Kiedy ją przewijam mówię co będę robiła, kiedy gdzieś się wybieramy opowiadam Jej o tym. Chcę aby wiedział co się dzieje. Często zadaję Jej pytania, dając szansę na odpowiedź. I choć na razie są to dźwięki, to za chwilę nasze rozmowy staną się bardziej zrozumiałe. Wiecie też, że jestem zwolenniczką wyznaczania granic, w ramach których dziecko się porusza. To też wyraz szacunku, bo jasno określam co i dlaczego. Granice i ich rozszerzanie w procesie dorastania, rozmowa o nich to też wyraz szacunku zarówno do dziecka jak i do rodzica.

    Po między wychowaniem dyrektywnym, a uległym jest złoty środek. Wychowanie demokratyczne – naznaczone szacunkiem do dziecka. Wychowanie, które poprzez granice daje poczucie bezpieczeństwa i wolności. Uczy samodzielności i szacunku. To jest wychowanie, które sprawi, że dziecko będzie szczęśliwe a rodzice będą odczuwali radość i satysfakcję.

    Jeśli my nie będziemy traktować od urodzenia dzieci z szacunkiem, to nie możemy wymagać aby one nas szanowały. Bo niby skąd mają wiedzieć czym jest szacunek. Z tą wiedzą się nie rodzą, muszą ją posiąść w trakcie dorastania. Nie można powiedzieć szanuj mnie, ni można opowiedzieć czy jest szacunek. Trzeba go pokazać, dziecko musi go poczuć. A wtedy żadne dodatkowe tłumaczenie nie będzie potrzebne.

    To jest mój przepis na sukces, choć nie jest on prosty… a może właśnie jest?