Tag: relacje

  • Jak wychowuje mózg męski, a jak kobiecy

    Jak to szło? „Mężczyźni są z Marsa, kobietą są z Wenus”? Chyba każdy z nas słyszą to określenie i ma na ten temat własne zdanie. Dobrze wiemy, że kobiety i mężczyźni różnią się od siebie nie tylko pod względem fizycznym ale tez psychicznym. Naukowcy od dawna mówią o tym, że mózg mężczyzny i mózg kobiety różnią się od siebie. Jeśli tylko poszukacie, w internecie znajdziecie bardzo dużo artykułów, wpisów czy filmików na ten temat. Ale czy te różnice mają wpływ na wychowanie dzieci?

    Najbardziej obrazowo i w skrócie można powiedzieć, że mózg mężczyzny to wiele szuflad, z których otwarta jest przeważnie jedna, na której się skupia. Wśród nich znajdziecie: rodzinę, pracę, znajomych, zainteresowania, odpoczynek, itp. Mózg kobiety podobny jest do jej torebki – wszystko razem wymieszane, na wszelki wypadek bo może się przydać. Kilka rzeczy jest tak samo ważnych, kilka niepotrzebnych, wszystko razem stanowi wielki miszmasz. I właśnie to „zorganizowanie” mózgu wpływa na nasze działanie, a co za tym idzie wychowanie dzieci.

    Mężczyźni traktują wszystko bardzo zadaniowo, wielu z nich właśnie tak podchodzi do wychowania i codziennej opieki. Skupiają się często na efektach i one są ważne, a nie wszystko co jest po drodze. Ważne są rozwiązania danego problemu, a nie roztrząsanie się nad przyczynami i analizowanie wszystkiego dookoła. Mężczyźni działają. Z racji ich „szufladek” jak są skupieni na pracy to nie na rodzinie, jak na rodzinie to nie na pasji, itd. Kobiety często zarzucają mężczyznom, że one to w czasie opieki nad dzieckiem zrobią pranie, ugotują obiad i przygotują plany na wakacje, a oni… tylko dziecko. To właśnie wynika z „szufladek”. Mężczyźni angażują się w opiekę nad dzieckiem i na tym skupiają, a reszta w tym czasie jest „zamknięta”. Twierdzą, że aby zrobić coś dobrze trzeba się na tym skupić i temu poświecić.

    Mężczyźni częściej są opanowani, są w stanie zapanować nad swymi emocjami i odczuciami. Oczywiście ma to swoje dobre i złe strony. Wiadomo, że dzieci uczą się przez naśladownictwo, a kiedy widzą ukrywanie uczuć, im samy może być trudno nad nimi zapanować i poradzić sobie. Z drugiej strony, tatuś który prowadzi w pierwszych dniach dziecko do żłobka czy przedszkola bez widocznej paniki i łez w oczach to skarb.

    Kobiety zazwyczaj są bardziej emocjonalne. Analizują wszystko co dzieje wokoło. Ważne jest to w jaki sposób dochodzą do celu, potrafią godzinami rozważać różne warianty rozwiązań lub decyzje podejmować intuicyjne. Ich „bałagan w głowie” to z jednej strony multizadaniowość, która może prowadzić do pobieżnego wykonywania zadań lub najzwyczajniej w świecie do wypalenia. Wykonywanie kilku rzeczy naraz sprawia, że coś zawsze ucierpi, bo nie skupują się na konkretach. Wiele razy słyszałam „Jak to moje dziecko domaga się więcej uwagi? Przecież spędzam z nim cały dzień?” Pytanie ile z tego czasu naprawdę jest w 100% skupione na relacji i uwagę. Przysłowiowy „bałagan w głowie” sprawia, że kobiety czasami, pomimo swego perfekcyjnego zorganizowanie, są chaotyczne w komunikatach. Często wysyłają dzieciom za dużo komunikatach naraz, których one nie są w stanie od razu wykonać. To może powodować stres i konflikty.

    Emocjonalność kobiet ma również swoje plusy i minusy. Pokazują dzieciom emocje „na talerzu”, ich wszystkie odcienie. A jednocześnie mogą blokować rozwój dzieci i moment „odcięcia pępowiny”.

    Te różnice oczywiście wpływają na rodzaje kontaktów tata – dziecko i mama – dziecko. Ale właśnie o to chodzi. Najważniejsze jest aby rodzice mieli podobną wizję wychowania, a sam sposób jej realizowania nie musi być identyczny. Dobrze, aby dziecko miała różne – pozytywne relacje z rodzicami, bo to sprawia, że potrafi nawiązywać kontakty z różnymi ludźmi. Problem pojawia się kiedy rodzice nie rozumieją siebie wzajemnie, swego postrzegania świata i spojrzenia na wychowanie. Brak rozmów na temat naszych wątpliwości i odczuć zawsze będzie powodował niezrozumienie i wzajemne wyrzuty.

    Warto dostrzec plusy w funkcjonowaniu mózgu i kobiety i mężczyzny i wykorzystać je na korzyść całej rodziny. A minusy… po prostu zrozumieć i przekuć w zalety. Bo choć czasami kiedy kobieta wraca do domu i widzi wszystkie zabawki na podłodze to może zamiast się denerwować i skupiać na tym, że znowu sprzątanie na jej głowie… ucieszyć się, że tata i dzieci cudownie spędzili czas, zbliżyli się do siebie… i zaproponować kolejne zadanie, otworzyć kolejną „szufladkę – sprzątanie” 😉

    PS: oczywiście zaraz usłyszę głosy, że nie wszyscy mężczyźni czy kobiety tak myślą i funkcjonują… i ja się z tym zgadzam. Pisze jak zawsze o tendencjach i skłonnościach. I jak zawsze mam nadzieję, że nie skupicie się na szczegółach, tylko na myśli przewodniej całego tekstu i podsumowaniu

  • Dwie walizki i jedno łóżko

    Spotykamy na swojej drodze kogoś bardzo wyjątkowego… okazuje się, że to ten jedyny/ ta jedyna. Być może mamy wspólne pasje, zainteresowania, znajomych… a może jesteśmy tak różni, że właśnie to nas do siebie przyciąga. Jedno jest pewne… chcemy być razem… zaczynamy wspólne życie. Jakie będzie? Pragniemy aby było szczęśliwe… ale jedno czego możemy być pewni, to to, że na nasze wspólne życie będzie miało wpływ to, co każde z nas „wniosło w walizce” do związku.

    Co znajduje się w tej walizce? Czy tego chcemy czy nie – cała nasza przeszłości. Wszystkie uświadomione i nieuświadomione przeżycia, relacje, uczucia i emocje. To jak wyglądało nasze dzieciństwo, dorastanie i dotychczasowa dorosłość. Wszystkie wartości, zarówno te które wpajano nam w dzieciństwie jak i te, które stały się dla nas ważne w procesie dorastania i dorosłości. Metody wychowawcze naszych rodziców. To wszystko co nam się nie podobało i to co dawało nam poczucie bezpieczeństwa. Każde święta, uroczystości i tradycje… to wszystko „wnosimy” do naszego wspólnego życia.

    Jakie to ma znaczenia dla związku i naszych dzieci? Bardzo duże. Bo w zależności od tego co jest w naszych walizkach i jak bardzo są do siebie podobne lub różnią się, jak wiele jest w nich rzeczy nieuświadomionych… tak będziemy budowali nasze rodzinne relacje. A wszystko zaczyna być widoczne znacznie później niż pierwsze westchnienia i pocałunki.

    Bo o ile sprawa rozrzuconych skarpetek lub nie pozmywanych naczyń może być drażliwa… to już spojrzenie na wychowanie dzieci i relacje rodzinne może stanowić dość duży problem. Bo jeżeli jedno z nas było wychowywane liberalnie i ceni sobie taki rodzaj wychowania, a drugie jest zadowolone z rządów twardej ręki to trudno już mówić o wspólnej myśli wychowawczej. Ma to ogromne znaczenie bo jeżeli dzieci nie mają jasnych i sprecyzowanych przekazów co do granic i oczekiwań rodziców lub komunikaty wysyłane przez dorosłych różnią się to:

    • dzieci tracą poczucie bezpieczeństwa

    • rodzicie tracą wiarygodność

    • dzieci zaczynają wykorzystywać rozbieżności pomiędzy rodzicami

    • wieź zarówno pomiędzy dziećmi i rodzicami jak i samymi dorosłymi słabnie, a wraz z nią rozpadają się relacje rodzinne.

    Jak można temu zapobiec? Jest kilka sposób. Po pierwsze dość wcześnie „rozpakować” walizkę i zacząć rozmawiać o ważnych rzeczach. Jak chcemy wychowywać nasze dzieci. Jak my byliśmy wychowani. Co nam odpowiadało w wychowaniu naszych rodziców, a co nie. Jakie relacje z pozostałymi członkami rodziny mamy i chcielibyśmy utrzymywać. Jak sobie wyobrażamy relacje pomiędzy nami. Jak będziemy rozwiązywać trudne sprawy i konflikty. Z czego możemy zrezygnować, a co jest dla nas bardzo ważne. Co możemy zaakceptować, a co jest dla nas trudne. Te tematy powinny się pojawić w naszych rozmowach zanim podejmiemy decyzję o założeniu rodziny. Bo nawet największa miłość kiedy stanie naprzeciw trudności związanych z naszymi „walizkami” może nie przetrwać.

    No dobrze, a co zrobić jeśli nasze „walizki” zaczęliśmy rozpakowywać dopiero teraz. Albo nawet nie wiedzieliśmy, że mamy „takie rzeczy” w ich środku. Bo nagle może się okazać, że nasze deklaracje to jedno a kiedy pojawiają się dzieci okazuje się, że jednak metoda mamy lub taty siedzi w nas tak głęboko, że dopiero teraz widzimy, że coś jest dla nas ważne?

    Odpowiedź jest prosta i zawsze ta sama… spokojna i rzeczowa rozmowa. Wiem, że te tematy są bardzo emocjonujące i dotykające naszych najbardziej wewnętrznych spraw. Ale warto się zastanowić nad konsekwencjami pozostawienia spraw samym sobie… zamiecenia wszystkiego pod dywan… i czekania aż wszystko samo się ułoży… lub ignorowania problemu. To wszystko samo się nie ułoży. A jeżeli zależy nam na rodzinie, zaufaniu dzieci i relacjach z partnerem… to sprawa jest prosta. Trzeba usiąść i ustalić wspólne zasady panujące w naszej rodzinie. Tak aby zarówno dorośli jak i dzieci wiedzieli czego się od nich wymaga a czego mogą sami oczekiwać. To nie są łatwe rozmowy. Zwłaszcza jeśli coś jest dla nas bardzo ważne. Ale od tego jest umiejętność kompromisów, odpuszczenia mnie ważnych spraw na rzecz tych najważniejszych.

    Bo nie ma nic ważniejszego co wesprze naszą miłość jak iść w jednym kierunku… a żeby było lżej stwórzmy swoją wspólną walizkę.

  • O ulubionych zabawkach słów kilka

    Myślę, że większość z nas miała w dzieciństwie swoją ulubioną zabawkę. Czy to maskotkę, lalkę, koparkę czy misia. Co niektórzy być może mają ją jeszcze do dziś, u siebie lub u rodziców czy dziadków w domu. Może ktoś nawet zostawił ją sobie z myślą o swoich przyszłych dzieciach?

    Ja miałam ukochanego misia, który spał ze mną dość długo. Znał wszystkie moje sekrety, a obecnie jest tak sfatygowany, że teraz najlepiej go nie ruszać, bo głowa trzyma się na słowo honoru, a przyszyć ją bardzo trudno. Miałam też kilka innych maskotek, które lubiłam. Dość ważny był dla mnie Kubuś Puchatek, którego uwielbiam jako postać. Marzyło mi się kiedyś, że moje dziecko też będzie go lubiło i może nawet zostanie jego ulubioną zabawką. Ale jak za pewne wiecie dzieci są dziwne – zwłaszcza małe i raczej nieobliczalne. Mój Kubuś nie przypadł Mariance za bardzo do gustu i choć uwielbia słuchać opowiadań o nim (już w inkubatorze dobrze na niego reagowała) to jako zabawka nie wzbudził oczekiwanego zachwytu. Jako maluszek zaś zakochała się w lwie Leosiu, którego dostała od kuzynów. Cóż było robić, kiedy maskotce oberwało się „ulewaniem” szybko trafiał do prania i na grzejnik, towarzyszył nam wszędzie. Aż do czasu… kiedy jakoś przestał wzbudzać zainteresowania. Te zaś zostało przeniesione na lalkę Anię, która przez kilka pierwszych tygodni przeleżała jak to się mówi „w kącie”. Ania jest teraz towarzyszka na rehabilitacji, podczas spacerów i zabawy. Niedawno dołączył do niej pies, wielkości Marianki, Awa. Na szczęście jeszcze nie zabieramy go ze sobą wychodząc z domu. Ale nie zarzekam się, że do tego nie dojdzie.

    Dlaczego godzę się na to wszystko? Bo ulubione zabawki dzieci, chociażby były przez nas znienawidzone, są dla ich rozwoju bardzo ważne. Maluchy często nie potrafią przekazać nam swoich uczuć, tego co w nich „siedzi”. Problem stanowi nie tylko niemoc werbalna, ale i często emocjonalna. Ulubiona zabawka jest powiernikiem, który bez słów wszystko zrozumie, pocieszy i utuli. Nawet traktor bez jednego koło może być dobrym słuchaczem. Te zabawki dają poczucie bezpieczeństwa, poczucie więzi z domem, rodzicami. Pozwalają dzieciom czuć pewną stałość i niezmienność. Ich dotyk, zapach a czasami nawet smak sprawiają, że dziecko się wycisza, uspakaja i zaczyna wierzyć, że wszystko będzie dobrze.

    Nie jesteśmy w stanie wpłynąć na wybór dziecka, jeżeli chodzi o ulubioną zabawkę, ani zmienić jego uczuć. Czasami dziecko pod presją może zrezygnować z ulubieńca, ale robi to z wielkim bólem serca i z miłości do rodzica. Ale nawet jeśli wydaje się nam, że dobrze to znosi, w środku zostaje uczucie, że musiało zrezygnować z KOGOŚ ważnego dla rodzica… że musiało dokonać wyboru… że straciło kogoś ważnego… A to negatywnie wpływa na naszą relację i więź z dzieckiem. Bo to co dla nas wydaje się błahostką, dla dziecka może urosnąć do rangi bardzo dużego problemu emocjonalnego.

    Tak więc zaakceptujmy ulubieńców naszych dzieci, wspierajmy w poczucie bezpieczeństwa które dają te zabawki. Bo dzieci kiedyś dorosną, a zabawki trafią do pudeł z pamiątkami… a nasza relacje nadal będzie trwała.

  • Po co i jak zadbać o dziecięce MY

    Od dawna dużo się mówi, że w życiu jest ważne poczucie własnej wartości. Pomaga realizować cele, tworzyć związki, rozwijać się i żyć w zgodzie z sobą. Coraz częściej jednak okazuje się, że tym czego brakuje osobom wchodzącym w dorosłość wcale nie jest niska samoocena. Dziś liczy się coś jeszcze, a z dnia na dzień będzie to coraz cenniejsze. Dziś młody człowiek nie tylko powinien dostrzegać JA ale i MY. Dlaczego? I Jaki ma to związek z naszymi dziećmi?

    Obecnie większość zawodów związana jest w pracą z zespole lub z klientem. Nawet informatycy muszą liczyć się ze współpracą z innymi. Dziś w firmach cenione są nie tylko wykształcenie, inteligencja, doświadczenie ale przede wszystkim umiejętność pracy w zespole. Dziś geniusz, który nie jest wstanie być częścią MY, ma bardzo trudno. Okazuje się, że młodzi ludzie trafiając do pierwszej pracy mają zbudowane poczucie własnej wartości (przecież się mówi o tym od tylu lat), ale trudno im się odnaleźć w pracy na rzecz całości, zespołu. Nie zdają sobie sprawy, że sukcesu zespołu to sukces pojedynczych osób i odwrotnie – pojedyncze osoby nie odniosą sukcesu bez sukcesu zespołu.

    Tak bardzo skupiliśmy się, na rozwoju indywidualnych cech dzieci, zajęciach dodatkowych, budowaniu wysokiej samooceny, że zapomnieliśmy o tym, że nie żyjemy i nie pracujemy w próżni. I chociaż coraz więcej rodziców dostrzega potrzebę rozwoju społecznego, to jednak nadal za mało.

    Bycie częścią społeczeństwa jest dla nas tak naturalne jak oddychanie. Od wieków tworzymy mniejsze i większe grupy. Dziecko powinno potrafić odnaleźć się w rożnych strukturach – rodzinnych, rówieśniczych, związanych z zainteresowaniami, czy nawet przypadkowymi. Ale aby mogły swobodnie w nich funkcjonować, to my rodzice musimy zadbać aby miały możliwość ich poznania, działania w nich i obcowania z innymi. Ważne jest tu nauka szacunku, kompromisu, współpracy, komunikacji oraz innych umiejętności. Tego wszystkiego nie da się nauczyć z książek, w biegu czy na dystans. Dzieci muszą mieć możliwość rozwoju społecznego w grupach formalnych, ale przede wszystkim tych nieformalnych.

    Dziś kiedy nasze życie jest w pełnym biegu czasami nie ma czasu na takie zwykłe zatrzymanie się i bycie. Nasze dzieci nie nauczą się żyć w społeczeństwie samotnie spacerując w wózku, wychodząc z placu zabaw kiedy pojawiają się inne dzieci, uczestnicząc w tysiącu zajęć dodatkowych. Nie możemy czekać aż pójdą do przedszkola czy szkoły. Pomóżmy im już dziś być częścią społecznego MY.

    Jeśli dziś pokażemy naszym dzieciom co to znaczy być częścią MY, pamiętając o wyjątkowym JA, z pewnością będą miały łatwiejszy start nie tylko w dalekiej przyszłości. Przedszkole czy szkoła to też MY – a przecież chcemy aby dzieci się tam dobrze czuły.

  • Randka z mężem to ważna sprawa

    Spędzamy razem mnóstwo czasu. W domu wspólnie oglądamy filmy, gotujemy, w niedzielę wylegujemy się do południa w łóżku… Wychodzimy do kina, restauracji, na leniwe spacery… Jeździmy w ciekawe miejsca… Możemy planować z wyprzedzaniem albo spontanicznie coś zorganizować… Spotkać się z przyjaciółmi… Szalejemy, ryzykujemy, nudzimy się… Wolność z osobą, którą kochamy. Ta bliskość i dostępność… To wszystko sprawia, że uczucie kwitnie i chcemy być razem… Nie wspomnę już o bliskości fizycznej… kiedy chcemy i jak chcemy… A potem rodzi się pierwsze dziecko… i wszystko się zmienia.

    Często obiecujemy sobie, że narodziny dziecka nic nie zmienią. Ale to nie prawda. W naszym życiu mamy już nie jedną najważniejszą osobę, a dwie. Dziecko jest bezbronne i niesie ze sobą ten rodzaj miłości, której do tej pory nie znaliście. Bo nie da się jej opisać, często mówimy, że dopóki nie urodzi się nam dziecko nie wiemy czym jest czysta i bezwarunkowa miłość. I to jest prawda. A co z nami? Co z kobieta i mężczyzną dzięki którym, to dziecko pojawiło się na świecie… Często zaczynamy się mijać, bo jesteśmy zmęczeni. Rozmawiamy tylko o dziecku. Zapominamy o „dwóch połówkach”.

    Mieliśmy to szczęście z mężem, że trafiliśmy przed ślubem na naprawdę bardzo dobry kurs przedmałżeński. Tematy były ciekawe, prowadzone przez specjalistów, którzy byli otwarci na pytania i bardzo profesjonalnie podchodzili do tematów. Zarówno od księdza odpowiedzialnego za kurs, jak i od pani z poradni małżeńskiej (mamy trójki dzieci) usłyszeliśmy bardzo ważną rzecz „dzieci kiedyś dorosną, a wy możecie zostać albo z bardzo bliską osobą albo z kimś kogo kiedyś znaliście”. Bo miłość jest jak ogień, gorąca i cudowna, ale kiedy jest nie podsycana… gaśnie. Wiadomo, że nie jesteśmy w stanie prowadzić życia tak samo jak przed urodzeniem dziecka ale zostając rodzicami nie możemy przestać być swymi partnerami. Nie możemy zapominać o wzajemnych potrzebach emocjonalnych, psychicznych i fizycznych. Jak to zrobić?

    My z mężem znaleźliśmy sposób. Sprawy związane z Marianką staramy się omawiać na bieżąco, po południu lub rano. Wieczorem kiedy śpi mamy czas dla siebie. Czasami to dwie – trzy godziny, a czasami pół – zależy to od obowiązków domowych. Ale najważniejsze są nasze randki. Raz w miesiącu Marianka zostaje z dziadkami, a my staramy się zorganizować sobie coś fajnego, coś takiego co raczej z Nią byśmy nie zrobili. Byliśmy np. kręgielni, w kinie w „logickrom” do tego oczywiście jakiś obiad czy kawa z ciastkiem. W trakcie naszych wyjść staramy się skupić na nas, naszych emocjach i relacji. Czy w ogóle nie wspominamy o Mani? Oczywiście, że wspominamy 🙂 Ale raczej mimochodem, nie rozstrzygamy ważnych spraw, nie planujemy. Każda taka randka jest dużym ładunkiem na kolejne dni. Wzmacnia naszą relację i związek. A pamiętajmy, że jeśli rodzice są szczęśliwi to i dzieci.

    Ktoś może się śmiać, mówić że to głupota, marnowanie czasu i pieniędzy. A ja twierdzę, że nie. Bo kiedy dzieci będą coraz starsze i coraz więcej czasu będą spędzać poza domem, my nie będziemy mieli problemu ze spędzaniem tego czasu tylko we dwójkę. Nie będziemy musieli uczyć się bycia z sobą od nowa. A syndrom opustoszałego gniazda nie dotknie nas aż tak bardzo. Bo dzieci są tylko wędrowcami pytającymi o drogę, którzy będą tworzyli własne ścieżki. A my? My weszliśmy na wspólną drogę i chcemy nią kroczyć do końca. A bycie razem dziś pomoże nam być razem jutro i pojutrze.

  • Komu są potrzebne plan dnia i rytuały?

    Na forach i grupach „mamowych” co i rusz pojawiają się pytania dotyczące ilości drzemek czy pory kładzenia spać. Wiele młodych mam narzeka, że ich kilku – kilkunasto miesięczne dzieci chodzą spać o 22, 23 a czasami nawet 24. Inne żalą się, że nic nie mogą zaplanować, bo dziecko co i rusz zasypia o różnej porze, jest marudne lub je różne ilości pokarmów w zależności od dnia. I o ile nie są to problemy związane ze zdrowiem dziecka, dla każdej z tych mam mam jedną radę… Wprowadzenie planu dnia i rytuałów.

    Ktoś może powiedzieć, że ja miałam łatwiej, bo przez 4 miesiące w szpitalu Marianka przyzwyczaiła się do stałych pór jedzenie i innych rzeczy. Może i trochę tak, ale nie do końca. Dom i wszystko inne było dla Niej nowością i na początku wcale nie funkcjonowała jak w szpitalu, może poza jedzeniem. Ale przecież to akurat ja kontrolowałam. To wprowadzony przeze mnie plan dani i rytuały z tym związane sprawiły, że już od dłuższego czasu Marianka idzie spać między 19:30, a 20:00.

    Kiedy zacząć wprowadzać plan dnia? Od początku. Oczywiście zaraz po powrocie ze szpitala najpierw trzeba poznać swoje dziecko. Czego potrzebuje, jakie jest. A dopiero później, po kilku dniach wprowadzać stałości. I to niezależnie czy jest karmione piersią czy z butelki, czy śpi w swoim łóżeczku czy rodzicami. Plan jest potrzebny i dla dziecka i dla rodzica.

    Dziecko dzięki planowi i rytuałom czuje się bezpieczne. Wie co po czym następuje. Wie czego może się spodziewać. Porządkuje to jego świat, który wydaje się mu taki obcy i nieprzyjemny. Stałość zawsze wprowadza poczucie bezpieczeństwa. Rodzice dzięki planowi też mają szansę poczuć się bezpiecznie. Wiedzą co po czym mają robić, do czego się przygotować.

    Warto pamiętać, że plan dnia jest stały, ale powinien być dostosowany do potrzeb dziecka i jeśli ono się zmienia, plan też powinien ulec zmianie. My zmienialiśmy plan kilka razy. Jeśli widzieliśmy, że coś nie odpowiada Mariance szukaliśmy rozwiązań. Zamienialiśmy kolejność kąpieli i jedzenia, spacerów i drzemki. Jak miała niespełna rok zauważyliśmy, że pora spania się Jej wydłuża przez co jest markotna i gorzej śpi. Zrezygnowaliśmy z popołudniowej drzemki i wszystko się ułożyło. Kiedy zamiast jeść o 23 (jadła przez sen) zaczęła się wybudzać i marudzić – zrezygnowaliśmy z tego karmienia, przesuwając lekko poranne. I właśnie na tym polega dobry plan dnia – odpowiada potrzebom dziecka.

    Czym są rytuały? To właśnie czynności, które wykonujemy w tej samej kolejności, w taki sam sposób. Zwłaszcza te przed snem, które pozwalają się wyciszyć, pomagają dzieciom spokojnie pójść spać.

    A jeśli do tej pory nie mieliśmy planu dnia? To czas najwyższy zmierzyć się z tym. Z doświadczenia wiem, że trudniej przeżywają to rodzice niż dzieci. A im młodsze tym łatwiej. Przeważnie stawiają opór 3 – 4 dni, starsze do tygodnia. Ale jeżeli czują w tym naszą stanowczość, a jednocześnie miłość i wsparcie, szybko odnajdą się w nowej rzeczywistości.

    Pamiętajmy, że plan dnia powinien zawierać nie tylko pory spania i jedzenia, ale również czas na aktywność, zabawy na świeżym powietrzu czy spacer, nie powinno zabraknąć też momentu na zabawę swobodną (dotyczy to wszystko również maluszków).

    Plan dnia porządkuje nasze życie, ale daje też szansę na dobrą zabawę i spontaniczność. Pozwala nam i naszym dzieciom poczuć się bezpiecznie i nie być zmęczonym. A co za tym idzie cieszyć się z bycia razem.

  • Rodzinka peel

    W poprzednim stuleciu (wiem jak to strasznie brzmi, bo byłam już wtedy dorosła) mówiąc o polskiej rodzinie, z pewnością wiele osób użyłoby takich określeń jak wielopokoleniowa, duża, utrzymująca kontakty, spotykająca się na święta/ wesela/ imieniny i inne uroczystości. Ostatnio na moim profilu na Instagramie zapytałam właśnie o rodzinę. Kim jest dla Was bliska rodzina? Z kim utrzymujecie kontakty? Jak duże są Wasze rodziny. I muszę przyznać, że odpowiedzi raczej mnie nie zaskoczyły. A obraz „Rodzinki peel” nie jest taki oczywisty, a co za tym idzie i wychowanie do życia w rodzinie (nie mylić z przedmiotem nauczania) jest różne. A jakie?

    Nadal jest wiele rodzin, które przy wigilijnym stole czy innych uroczystościach zasiadają w 20 – 30 czy więcej osób. Zdaje się jednak, że w są to rodziny, które od dłuższego czasu – może kilku pokoleń mieszkają w jednej okolicy. Są to duże rodziny, w których jest po kilkoro dzieci lub jako bliską rodzinę traktuje się też kuzynów. W takich rodzinach nawet jeśli ktoś wyjeżdża za pracą czy na studia gdzieś dalej, stara się w ważnych chwilach życia rodziny wracać. Dla takich osób czymś normalnym jest, że każde święta spędzają w rodzinnym domu, nawet jak jest on oddalony o kilka tysięcy kilometrów. Jak taka rozległa rodzina wpływa na wychowanie dziecka? Z pewnością może ono wiele skorzystać. Kontakty z dużą ilością zaufanych, bliskich osób wpływają na otwartość, naukę nawiązywania relacji i bycia w środowisku osób w różnym wieku/ wykształceniu/ poglądach/ itp. Oczywiście mogą wystąpić też minusy. U osób wychowanych w takich rodzinach może występować przeświadczenie, że nie łatwo się przebić, czasami trudno zostać dostrzeżonym w dużej grupie lub czuć się przytłoczonym. W dużych rodzinach w dzisiejszych czasach można też poczuć smutek w powodu braku czasu na codzienny kontakt ze wszystkimi najbliższymi.

    Coraz więcej jest też rodzin, które za najbliższą rodzinę uznają oprócz swoich dzieci, rodziców i rodzeństwo. A nawet z nimi czasami nie mają kontaktu codziennego. Często jest to spowodowane rozrzuceniem rodziny po różnych zakątkach Polski i nie tylko. Ale też wydarzeniami z przeszłości. Oczywiście wychowanie w takiej rodzinie ma również swoje plusy i minusy. Do tych pierwszych możemy zaliczyć skupienie się na relacjach z mniejsza liczbą osób, poczucie że jest się dostrzeganym i ważnym. Co może być jednocześnie minusem – bo czasami chcielibyśmy się gdzieś schować. Minusem może być również zamknięcie się na bliższe kontakty z większą ilością osób, mała ilość kontaktów interpersonalnych niezależnych od pokolenia czy poglądów.

    W którym rodzaju rodziny łatwiej, lepiej wychować dziecko? Nie znam na to pytanie odpowiedzi. Sama pochodzę z rodziny gdzie dzieci ciotecznego rodzeństwa moich rodziców to bardzo bliska rodzina. U nas zawsze było tłoczno, radośnie i głośno. I choć teraz może nie spotykamy się tak często to relacje nasze nadal są bardzo bliskie. Ale dostrzegam też wartość mniejszych rodzin. Z takiej wywodzi się mój mąż. I tu czasami może pojawić się problem. Bo zazwyczaj rodzina kojarzy się nam z naszą i jeśli spotyka się dwójka ludzi wychowanych w innych typach rodzin, to może być trudno. Bo to w czym się wychowaliśmy jest dla nas naturalne i tak chcemy aby wyglądała nasza rodzina. Ważne aby te różnice nie wpłynęły na dzieci. Musimy pewne rzeczy ustalić zanim one przyjdą na świat lub kiedy są bardzo małe. Aby nie miały sprzecznych komunikatów. Bo najlepsza rodzina to jest taka, którą my stworzymy. I nie ważne czy jest obok nas 30 najbliższych jej członków czy tylko 5. Najważniejsze jest abyśmy się kochali i cieszyli z bycia razem, a zwłaszcza z bycia rodzicami swoich dzieci.

  • O jedno słowo za dużo

    Z pewnością nie raz przez rodzicielski umysł przewijają się pytania „Co on/ ona sobie ubzdurał?”, „Skąd mu/ jej się to wzięło?”, „Cóż to znowu za głupoty siedzą w tej głowie?”. Kiedy się pojawiają? Wtedy gdy się okazuje, że w głowie dziecka jest jakieś przeświadczenie, które nie ma racjonalnych podstaw. Na przykład, że jest głupie, grube, zbyt wolne, nierozważne, itp. Lub kiedy dziecko myśli, że coś się wydarzy lub wydarzyło – a tak nie jest. Na przykład, że po kąpieli i założeniu piżamki pępek znika. No więc skąd to się bierze? Przeważnie z naszego „jednego, nieświadomego słowa za dużo”.

    Chcemy czy nie jesteśmy dla naszych dzieci pierwszą wyrocznią. Nawet kiedy dorastają, to nasza opinia jest jedną z najważniejszych w ich życiu. Nawet jeśli się do tego nie przyznają, nasze zdanie o nich, jest dla dzieci bardzo ważne. A ponieważ wielu z nas na co dzień w prost nie mówi dzieciom co o nich myśli, albo nasze opinie są tak formułowane, że dla dzieci są wiarygodne. To słowa rzucone często mimochodem, przy okazji, od niechcenia, w trakcie zdenerwowania trafiają do dziecięcej świadomości bardzo szybko. Nawet jeśli nie są prawdą, a my tak naprawdę nie myślimy w ten sposób.

    Czasami wystarczy choćby raz użyć jakiegoś sformułowania aby wyryć w dziecięcej głowie coś czego nie chcieliśmy. Już klasycznym przykładem są dziewczynki, które nawet stajać się kobietami mają fiksację na temat własnej figury bo usłyszały kiedyś od taty, że wyglądają jak kluseczka czy określane były mianem „pączuszka”. Już nie mówię o bezpośrednim powiedzeniu „wyglądasz grubo”. I dotyczy to dziewczyn, które wcale nie są przy sobie. Kiedy byłyśmy jeszcze z Marianką na reanimacji, jeden z tatusiów zapytał położnej „ile moja córka przytyła” (urodziła się z wagą 680g). Pani powiedziała, że córka to przybrała na wadze i zapytała czy jak będzie starsza tata też będzie mówił, że przytyła.

    Ale takie „słowo za dużo” mówimy w różnych sytuacjach. Kiedy dziecko coś zrobi niechcącą „czy ty głupi jesteś?”. Kiedy chwalimy inne dziecko „Zobacz Tomek to dopiero jest super sportowcem”. Kiedy dziecko nie chce wracać z placu zabaw „To zostań, ja sobie pójdę i nie wrócę po Ciebie”. Kiedy żartujemy „O zaraz pępek zniknie” (sytuacja autentyczna, Marianka od kilku dni płacze zakładając po kąpieli piżamkę, bo tata zażartował, że pępek zniknie).

    Czasami jesteśmy już zmęczeni, zdenerwowani, rozkojarzeni i rzucamy coś od tak. Ale nasze słowa mają moc. Te słowa wpadają do dziecięcych główek i zakorzeniają się w nich na stałe. Niestety często podcinają skrzydła. Dlatego tak ważne jest aby myśleć co i kiedy mówimy do naszych dzieci, o naszych dzieciach i w obecności naszych dzieci. Bo łatwo jest je wpędzić w kompleksy. Na pocieszenie dodam, że również łatwo jest dodać im skrzydeł. Kiedy nasze słowa mają moc pozytywnych emocji i mają osadzenie w realiach życia naszych dzieci. Ale chwalić też trzeba potrafić. Bo nie każda nasza pochwała jest przez dziecko odbierana pozytywnie.

    Warto więc zastanowić się czasami i ugryźć się w język. Bo nasze słowa mają moc, a powiedziane jedno za dużo mogą wyrządzić wiele złego.

  • Magia optymizmu

    Często ludzie się pytają, jak to robimy, że Marianka jest non stop uśmiechnięta i radosna. Po pierwsze to nie prawda, bo jak każde dziecko bywa marudna i płaczliwa (kiedy czegoś chce lub jest zmęczona). A po drugie, w sumie to od zawsze taka była. Czy to tylko kwestia genów, charakteru i innych cech wrodzonych? A może to my, rodzice zrobiliśmy czy robimy coś co sprawia, że przez większość czasu nasza córeczka jest uśmiechnięta?

    Myślę, że z pewnością i jedno i drugie. Z jednej strony gdyby miała inne cechy wrodzone (choć to sprawa sporna, bo różni naukowcy mają inne teorie co do cechy wrodzonych) to być może moglibyśmy nawet stawać na głowie, a Marianka i tak nie byłaby chodzącą „radochą”. Uważam jednak, tak jak wielu specjalistów, że to środowisko, w którym wychowuje się dziecko ma duży wpływ na rozwój jego cechy zarówno wrodzonych jak i nabywanych w trakcie procesu wychowania. Co więc się stało, że Mania jest wesołkiem?

    Moim zdaniem jest to siła optymizmu. Od pierwszych chwil Jej życia słyszeliśmy, że do inkubatora mamy podchodzić z nadzieją, radością i optymizmem. Bo dzieci czują nastrój rodziców i ma to wpływ na ich wyniki. I rzeczywiście, widać było, że jeżeli któreś z nas ma słabszy dzień to jakiekolwiek próby zbliżenia się do Marianki powodowały spadki Jej saturacji. Przypadek? Nie sądzę. Tak więc zarówno w te gorsze jak i lepsze dni szukaliśmy w sobie pozytywnych uczuć. Nauczyliśmy się czerpać radość ze wspólnego przebywania, choćby i w warunkach szpitalnych. Tak było przez ponad 4 miesiące. A w domu? Radość z tego, że jesteśmy razem była i jest tak wielka, że przepełnia nas wszystkich. Nawet kiedy jesteśmy zmęczeni lub zdenerwowani staramy się szukać sposobów na optymizm. Dla Marianki… i dla siebie.

    Jeżeli dziecko wychowuje się w atmosferze nie tylko miłości, ale radości i optymizmu, samo się tego uczy. Oczywiście inne uczucia też są ważne i potrzeba je w naturalny sposób poznać. Ale czy na co dzień to nie radość z bycia rodziną… radość z życia… radość, że mamy siebie… czy to nie właśnie to powinno napędzać nas do działania.

    Ktoś mógłby się zapytać z czego tu się cieszyć. Żyjemy w takim a nie innym kraju, w takich a nie innych czasach, zarabiamy tyle a tyle… Uwierzcie mi, jest z czego się cieszyć. I pomimo że od zawsze raczej patrzyłam z nadzieją i optymizmem na świat, to perspektywa inkubatora pokazała mi, prawdziwe powody do radości. Są nimi nasze dzieci, to że je mamy i możemy je wychowywać.

    Taki jest sekret radości Marianki. Ma rodziców, którzy cieszą się i dziękują za każdy dzień spędzony z Nią. Wychowywana jest w atmosferze miłości, bezpieczeństwa i optymizmu. Każdy tak może.

  • Cud przekupstwa

    Tata przychodzi po córeczkę do przedszkola. Ona wychodzi do niego obrażona, bo przecież to mama miała ją odebrać. W szatni zaczynają się posiskiwanie, marudzenia, a na końcu płacz. Dziecko kategorycznie odmawia założenia ubrań i wyjścia z szatni. Zmęczony, trochę zawstydzony, a na pewno bardzo zdenerwowany tata szepce dziewczynce do ucha „Ubieraj się i nie marudź to pójdziemy na lody”. Koniec sceny… a właściwie scen na dziś… A co z dużym prawdopodobieństwem wydarzy się następnym razem i dlaczego?

    Nie tylko w takich sytuacjach zdarza się każdemu z nas próbować przekupić dziecko. Czasami bo nam się spieszy, innym razem bo robi sceny, a jeszcze kiedy indziej aby dodać mu otuchy (naszym zdaniem). Jak dobrze wiemy często kończy się to tym, że w podobnej sytuacji dziecko już samo oczekuje „nagrody”. Dlaczego tak się dzieje? Czy to złośliwość dziecka? A może chęć pozyskania korzyści? Co sprawia, że nawet najmniejsze dzieci szybko uczą się, że w danych sytuacjach mogą konkretnym zachowaniem zyskać.

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Odpowiadają za to neurony, a właściwie połączenia między nimi. Nasz mózg ciągle się zmienia. Ogromna ilość neuronów tworzy, umacnia lub „zrywa” połączenia między sobą. Każda nowa sytuacja jest porównywana do naszych dotychczasowych doświadczeń i jeśli nie zostaną odnaleziona znaczne podobieństwo tworzone jest nowe połączenie pomiędzy neuronami. Jeżeli zaś podobna sytuacja miała już miejsce połączenie te zostaje jakby umocnione. Co w najprostszych słowach można wytłumaczyć tak:

    1) dziecko zachowuje się w jakiś sposób – robi awanturę bo przyszedł tata, a nie mama

    2) rodzic stosuje przekupstwo – nowa sytuacja – powstaje nowe połączenie po między neuronami

    3) dziecko ponownie znajduje się w takiej samej sytuacji – przyszedł tata

    4) połączenie między neuronami się „uaktywania” – dziecko oczekuje „nagrody” inaczej robi jeszcze większą awanturę

    Oczywiście mamy kilka rozwiązań takiej sytuacji. Najłatwiejsze starać się nie wspierać tworzenia nowych połączeń nerwowych, które będą związane z przekupstwem. Ale jak wiemy czasami przez stras, zmęczenie i zabieganie możemy po prostu o tym nie pomyśleć. Jeżeli jednak już tak się stało ważne abyśmy nie utrwalali tego połączenia. Jeżeli tata znowu przyjdzie po córkę, a ona będzie nie zadowolona, niech przetrwa awanturę. Może wziąć dziecko „pod pachę” i zabrać do domu. Może przeczekać. Może wytłumaczyć… Ważne aby znowu nie zabrał na lody czy inną atrakcję. Bo każde utrwalenie zachowania będzie powodowało coraz to większe oczekiwania.

    Nie wińmy więc dzieci, że oczekują od nas „nagrody”, ponieważ najczęściej to my sami oddziałujemy na ich mózg, a dokładniej neurony, które działają tak jak zostały do tego stworzone. Ale jeśli już wiemy jak działają, to możemy tę wiedzę wykorzystać. Dzięki wiedzy możemy sprawić, że nasze rodzicielstwo będzie łatwiejsze a relacja z dzieckiem bliższa.