Tag: relacje

  • KOCHAM jak to trudno powiedzieć…

    Coś co powinno być dla rodzica najprostsze na świecie, naturalne i niewymuszone… „Kocham Cię” sprawia wielu z nas problem. Wydaje się takie proste, czasami banalne, rzucone od niechcenia albo przeznaczone na specjalne okazje, wyczekane. Coś co daje dziecku siłę i wiarę. Coś co che się czuć a jednocześnie słyszeć. „Kocham Cię” – coś tak trudnego w swej prostocie. Te dwa proste słowa mają ogromne znaczenie nie tylko dla dzieci. Ale dziś skupimy się właśnie na nich. Jak odbierają te słowa lub ich brak. Kiedy są im potrzebne, kiedy dają najwięcej, a kiedy krzywdzą.

    Niestety nie każdy z nas w dzieciństwie słyszał „Kocham Cię” od rodziców, no może jeszcze od mam częściej ale już tatusiowie to raczej byli bardziej wstrzemięźliwi w tym temacie. Najzwyczajniej w świecie tak zostali wychowani, tak uważali, że jest najlepiej. Ważne aby dzieci czuły, że są kochane, zadbane i zaopiekowane. Nie musiały słyszeć od ojca, którzy trzymał emocje na wodzy „Kocham Cię”. A nawet jeśli już raz na jakiś czas to słyszały, to było to jakieś takie dziwne, krepujące i nie wiadomo było co z tym zrobić.

    Dziś jest całkiem inaczej. Nie boimy się swoich emocji, wiem jak są ważne i że trzeba umieć je nazwać. Uczymy dzieci jak sobie radzić z emocjami i uczuciami, jak je nazywać, jak uzewnętrzniać. A sami? Czy też to robimy. Czy wydaje nam się, że codziennie udowadniamy naszym dzieciom, że je kochamy. Przecież one wiedzą, czują, że tak jest. No i właśnie tu pojawia się problem. Dzieci, zwłaszcza małe nie są w stanie pojąć wszystkich intencji dorosłych, nawet rodziców. Często same nie wiedzą co czują, więc jak mają się domyślić co czują rodzice? Dlatego powinniśmy mówić naszym dzieciom, że je kochamy. I to nie raz na jakiś czas, ale często. Aby wiedziały, że to co od nas dostają to bezwarunkowa miłość, zupełnie niezależna od wszystkiego co się dzieje.

    I tu przechodzimy do kolejnej ważnej sprawy. Jak zadbać o to aby dzieci czuły, że nasza miłość jest bezwarunkowa? Bo niestety nie zawsze tak jest. Wszystko zależy od tego kiedy mówimy „Kocham Cię”. Czy to stwierdzenie pada po tym jak dziecko zrobi coś dobrze, odniesie sukces czy też w innych okolicznościach. Jeśli mówimy dziecku, że je kochamy w chwilach kiedy tak naprawdę czujemy dumę i zadowolenie to niestety nasza pociecha może stwierdzić „Rodzice kochają mnie za moje osiągnięcia i sukcesy”. A przecież nie o to nam chodzi. W takich chwilach trzeba powiedzieć, że jesteśmy dumni, zachwyceni, zadowoleni, uradowani… Bo to właśnie tak naprawdę czujemy, w tej danej chwili. Jeżeli nasze dziecko wpadnie w pułapkę takich myśli, to po każdej awanturze czy gorszych chwilach będzie myślało, że nie jest kochane. Po każdym niepowodzeniu lub zbyt małym jego zdaniem sukcesie – również. A przecież nie o to nam chodzi, prawda?

    Bezwarunkowa miłość polega na tym, że kochamy w każdej chwili i dobrej i złej. I to nasze dzieci powinny wiedzieć. Słowa „Kocham Cię” powinny słyszeć w różnych sytuacjach, najlepiej w takich neutralnych. Ale również po jakiejś kłótni czy nieposłuszeństwie. „Bardzo mi się nie podobało twoje zachowanie, zasmuciło mnie i zdenerwowało. Ale pamiętaj nieważne jak będę na ciebie zła i tak Cię kocham”. To właśnie w takich sytuacjach dzieci najczęściej mają wątpliwości i strach, że rodzić już ich nie kocha. To w takich sytuacjach, kiedy emocje już opadną, czułe słowa i przytulenie dają poczucie bezpieczeństwa. Co oczywiście nie zwalnia z konsekwencji złego zachowania. Bo dla mnie konsekwencja jest oznaką miłości – miłość i konsekwencja to nierozerwalna para.

    Ważne jest więc to aby mówić swoim dzieciom, że je kochamy. Niezmiernie ważny jest moment kiedy to robimy, ale też sposób. Czy jest to rzucone od tak „ja też Cię kocham” czy słowa, które rzeczywiście mają znaczenie. Niezwykle ważny jest kontakt wzrokowy i pewien rodzaj intymności. Ja często mówię Mariance, że Ją kocham tuż przed drzemką, kiedy razem leżymy. Patrzymy sobie w oczy i na słowa „Kocham Cię” moja 16 miesięczna córeczka uśmiecha się, a Jej oczy błyszczą. Widzę w nich, że Ona też mnie kocha, choć może jeszcze nie wie co to do końca oznacza.

    Takie proste dwa słowa… a jednak takie trudne. Słowa, które powiedziane w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób mogą uskrzydlać i dodawać siły… lub wpędzić w ślepy zaułek. Życzę Wam i sobie aby te proste słowa były dla nas proste.

  • Czasami bywa wesoło…

    Bycie rodzicem to nie łatwa sprawa, bywa ciężko… Są dni kiedy chcesz wyjść z domu, trzasnąć drzwiami i się nie odwracać… Są dni kiedy jesteś tak zmęczony, że padasz na twarz i masz ochotę zakopać się w kołdrę i nie wychodzić spod niej przez co najmniej tydzień… Są dni kiedy wszystko idzie nie tak jak powinno i nie tak jak planowaliście… Są dni kiedy spoglądasz za siebie i zastanawiasz się czy było warto… Ale są też dni kiedy jest wesoło…

    Te złe dni często przesłaniają nam radość i szczęście. A przecież tych dobrych jest równie dużo jak złych, a często nawet więcej. Tylko te czarne są bardziej widoczne i wyraźniejsze, mocniej odciskają się na naszych przeżyciach. A te dobre, wesołe i przyjemne są jakby codziennością i wnikają w nią. Stają się normą i nie wywołują takich silnych emocji. A przecież to one powinny dawać siłę i moc nam rodzicom. Tak jak dają ją dzieciom. BO one potrafią cieszyć się z drobnostek.

    Przecież codziennie mamy powody do uśmiechu, radości i wspólnej zabawy. Tylko czasami ich nie zauważmy. Czasami przechodzimy obok nich nie zwracając uwagi. Nie dając im szansy. Wspólne żarty, śmiechy, łaskotki, wygłupy… To z jednej strony tak niewiele, a z drugiej tak dużo… Ile trzeba żeby cieszyć się i radować? Tylko chęci i otwartość…. A przecież dzieci tak szybko dorastają…

    Czasami trzeba się po prostu zatrzymać i dojrzeć szansę na tę radość. Bo przecież rodzicielstwo to ogrom wzruszeń, miłości i radości. Żadne inne doświadczenie nie dostarcza nam takiej masy pozytywnych emocji i tyle szans na radość. I tak naprawdę wesoło nie jest czasami, ale może być zawsze. Często trudne chwile można pokonać właśnie uśmiechem i radością… dodać odrobinę humoru. To niełatwe, ale warto.

    Bo jak chcemy wspominać czas spędzony z naszymi dziećmi… Jak chcemy aby one wspominały ten czas? Podkreślajmy te wspólne cudowne chwile, skupiajmy się na wesołych doświadczeniach. A okaże się, że nie jest tak źle i że nie tylko bywa ale i jest wesoło.

  • Dzień dobry i dobranoc

    Kiedy po kolejnej średnio przespanej nocy o 5:30 lub 6:00 słyszysz, że twój ukochany maluch właśnie rozpoczyna dzień to najczęściej masz ochotę schować się pod kołdrę i udawać, że Cię nie ma? Ja tak mam bardzo często. Jest jednak jedna rzecz, która codziennie od kilku miesięcy sprawia, że o tak niemiłosiernej porze chce mi się ruszyć z łóżka i chcąc nie chcąc rozpocząć nowy dzień… Zgadniesz co to takiego?

    To uśmiech mojej Marianki 🙂 Od dłuższego już czasu kiedy tylko się przebudzi, wstaje w łóżeczku i zagląda w stronę naszego łóżka. Kiedy tylko któreś z nas spojrzy w Jej stronę od razu na Jej buzi pojawia się uśmiech od ucha do ucha. Ostatnio mój mąż stwierdził, że to jakby Mani dzień dobry. Jakby wiedziała, że fajnie jest zacząć ranek od pozytywnych emocji. I rzeczywiście ten uśmiech mnie rozbraja. Wieczorem zaś ma swoje „dobranoc”. Kiedy trzymamy Mariankę na rękach podczas rodzinnej modlitwy przed Jej spaniem przytula się raz do mnie raz do męża. To jest niesamowicie przyjemne. I bardzo mądre.

    Jak się tego nauczyła. Niechcąco 😉 Od początku jak wróciliśmy do szpitala, a może jeszcze wcześniej? Zdecydowanie – wcześniej. Odkąd Marianka była w szpitalu zawsze jak przychodziliśmy witaliśmy się z Nią czule, zwłaszcza uśmiechając. A kiedy wychodziliśmy – starliśmy się przytulić, jeśli się dało, ukochać i dać jak najwięcej czułości. Kiedy wróciliśmy do domu te rytuały przeniosły się na wieczór i ranek. Staraliśmy się aby przebudzając się widział uśmiech. Tak jakoś czuliśmy, że tak jest dobrze. I nie wiadomo kiedy Marianka nauczyła się tego od nas.

    No właśnie dobrych manier i czułości uczymy prze przykład i tak niechcąco. Dzieci obserwują nas i jeśli dostają czułość i dobro to starają się odwdzięczyć tym samym. To nie nasze słowa, a czyny sprawiają, że dzieci przyswajają te zachowania. Jeżeli chcemy aby były „dobrze wychowane” to sami musimy na co dzień postępować zgodnie z tymi zasadami. Nie da się wymagać czegoś czego sami nie stosujemy. Nie oczekujmy, że dzieci będą się witać z sąsiadami jeśli my tego nie robimy. Po prostu róbmy to. Sami możemy być zaskoczeni kiedy nasze dzieci zaczną mówić dzień dobry sąsiadom, czy przepraszać kiedy chcą przejść. Tego nie musimy im mówić. Same to zaobserwują i powtórzą. To naturalne jak oddychanie… tylko muszą mieć odpowiedni „tlen”.

    Tak samo jest z okazywaniem uczyć w rodzinie. To jak będziemy się odnosić do współmałżonka/ partnera i do dzieci – to samo otrzymamy od nich. Jeśli dziecko zaczyna na nas krzyczeć lub wyzywać – zastanówmy się najpierw gdzie to usłyszało. Może jednak w domu? Zanim zaczniemy szukać winy w przedszkolu czy piaskownicy – popatrzmy na siebie. Na to jak rozmawiamy przez telefon, czy ze znajomymi. Dzieci to wszystko słyszą i naśladują. PO mimo że nam się wydaje, że tak nie jest.

    Często trudno jest dostrzec swoje postępowanie, bo przecież chcemy dla dzieci jak najlepiej. Ale wystarczy trochę obiektywizmu i rzeczywistego spojrzenia na siebie. Bo dzieci, zwłaszcza te małe, to nasze odbicia. Czasami przerysowane, ale jednak nasze. A czasami mała zmiana w nas powoduje ogromną zmianę w nich.

    Tak więc życzę Wam i sobie wiele takich „niechcących” perełek w zachowaniu naszych dzieci. Które sprawiają zarówno nam i im wielką przyjemność.

  • Wielkie sukcesy małych ludzi

    Czekamy i czekamy na te raczkowanie… Wszystkie dzieci wokół raczkują… zaczynają chodzić. Trzynaście miesięcy rehabilitacji (z 15 i pół miesiąca życia), wiele z nich przepłakanych, wymęczonych… I nadal czekamy. Nie żeby w ogóle nic się nie działo. Tu dwa „raczki” tam trzy… Idą same ręce, nogi jeszcze nie pracują. Ale to ciągle mało. A przecież tak bardzo chcemy aby się rozwijała, aby Jej trud nie poszedł na marne. Bo przecież tak ciężko pracuje, tyle daje z siebie. A sukcesu nadal brak.

    Ale czy na pewno? Czy dla tej małej istotki te parę „raczków” to rzeczywiście nic? Czy to, że za pomocą rączek i w pozycji do raczkowania przemierzyła pół pokoju to nie sukces? A, że jeszcze nóżki nie są w stanie wspomóc rąk? No właśnie jeszcze nie są w stanie. Ale kiedyś będą. Te godziny, tygodnie i miesiące rehabilitacji nie idą na marne. Te łzy i pot wylewane na zajęciach przez Mariankę przynoszą efekty. Może jeszcze nie taki jakie byśmy chcieli, może nie tak szybko, ale przynoszą. To, że taki szkrabik, pomimo trudności i wysiłku chce iść do przodu, ma w sobie nadal ogromną siłę walki… to jest sukces. I z tego właśnie się cieszymy.

    Jak trudno czasami dostrzec malutkie sukcesy naszych dzieci. Może dlatego, że często to co my uważamy za sukces nie zawsze też jest nim z ich punktu widzenia. Bywa tak, że my stawiamy dzieciom jakieś cele, a ich możliwości, chęci, zainteresowania i upodobania są zupełnie inne. I dotyczy to już maluszków. Chcemy aby mówiły, raczkowały, chodziły, same się bawiły, wcześnie zaczęły czytać, były aktywne w sporcie… A one potrzebują zupełnie czegoś innego. I teraz mamy dwa wyjścia. Albo zaakceptujemy, że nasze oczekiwania nie spełnią się w takim aspekcie jakbyśmy chcieli… albo zostaniemy przy swoim.

    W pierwszym przypadku ważne jest aby zrozumieć, że to nie jest nasza porażka. Po prostu cały czas poznajemy nasze dzieci i sukcesem jest, że dostrzegliśmy ich potrzeby i możemy je wspierać. Nawet jeśli postępy są malutkie z naszego punktu widzenia, dla dzieci mogą być ogromne. Bo to one wkładają wysiłek w opanowanie nowych umiejętności i to one są z tego rozliczane. A tylko osoba ucząca się czegoś jest w stanie określić jak coś jest dla niej trudne. Dostrzegajmy te chwile kiedy dziecko jest z siebie zadowolone i te kiedy nawet nie wie, że powinno być zadowolone bo osiągnęło coś co wymagało wysiłku. Takie nasze postępowanie z pewnością może być rudne, bo często wymaga rezygnacji z naszych pragnień i ambicji. Ale za to bardzo pozytywnie wpływa na relacje i więzi z dzieckiem.

    Kiedy jednak nie chcemy rezygnować ze swoich celów może wydarzyć się kilka rzeczy. Dziecko rzeczywiście stanie na wysokości zadania i osiągnie sukces (tyko czy to będzie jego sukces?). Może też się poddać i stwierdzić, że to dla niego za trudne lub jest beznadziejne bo tego nie potrafi (co oczywiście wpływa na negatywną samoocenę). Może zaprotestować i nie chcieć realizować naszych celów (to może z kolei powodować konflikt). Tak czy inaczej taka sytuacja raczej niekorzystnie wpływa na relacje i więź z dzieckiem.

    To od nas zależy jak sukces będą postrzegały nasze dzieci. Czy będzie to dla nich osiągnięcie czegoś poprzez pracę i zaangażowanie czy zadowalanie innych. To my nauczymy je cieszyć się nawet małymi sukcesami aby budować poczucie własnej wartości i próbować swoich sił w trudniejszych dziedzinach. To wszystko od nas zależy. Ale musimy pamiętać, że to mają być sukcesy naszych dzieci, a nie nasze.

    Kiedy Marianka zacznie raczkować? Za tydzień, miesiąc… a może za trzy? Nie wiem. Wiem za to, że nie przyśpieszymy tego procesu tylko dlatego, że już byśmy chcieli aby raczkowała. Tak jak każda z dotychczasowych umiejętności pojawi się wtedy kiedy będzie wystarczająco wyćwiczona… Więc wspólnie będziemy ćwiczyć. Trzymajcie kciuki.

  • Kiedy radość gdzieś uciekła

    Wiele z nas marzy o macierzyństwie odkąd pamięta. Widzimy te piękne mamy i cudowne dzieci, które spacerują ze wspaniałymi wózkami. Oglądamy je w telewizji, internecie, gazetach, na ulicach. Chcemy być takie jak one. Widzimy te cudowne zdjęcia pięknie ubranych bobasów, które stroją urocze minki. I już nie możemy się doczekać tulenia i całowania takiego cudeńka. A potem zostajemy mamami…

    I nagle okazuje się, że o makijażu już dawno nie pamiętamy, dresy są najwygodniejsze do „podłogowego” stylu życia… wózek, który tak pięknie wyglądał w sklepie jest za ciężki abyśmy same zniosły go z trzeciego piętra (daj Boże)… piękne ubranka, które z taką pieczołowitością wybierałyśmy w trakcie ciąży po pierwszym założeniu mają już plamy, które raczej się nie odpiorą… a zrobienie uroczego zdjęcia maluchowi graniczy z cudem. A wszystko o czym marzymy to zagrzebać się pod kocem i nie wychodzić przez miesiąc, albo wręcz przeciwnie… wyjść i nie oglądać się za siebie. A w głowie pojawia się myśl… co jest ze mną nie tak, przecież to miało wyglądać zupełnie inaczej. Miało być tak uroczo i idealnie, miało być tak pięknie i wspaniale… a jest ciężko, strasznie i często nudno. Brakuje nam kontaktów z dorosłymi (zwłaszcza jeśli do tej pory byłyśmy aktywne) i wysiłku intelektualnego (bo rozmowy o kupie do takich raczej nie należą). Kiedy zaczynamy o tym wszystkim myśleć, często pojawia się kolejna myśl „dlaczego narzekam, przecież tego chciałam, powinnam się cieszyć… chyba jestem złą mama”. I cała radość, która jeszcze do tej pory w nas była, gdzieś ucieka. Przestaje cieszyć nas cokolwiek, a nawet czasem przestaje nas cieszyć kontakt z własnym dzieckiem – co oczywiście powoduje dalsze wyrzuty samej sobie.

    Jak przerwać to zaklęte koło smutku i wyrzutów sumienia? Jak zmienić sytuację, w której utknęłyśmy? Powiem od razu, nie jest to łatwe, ale możliwe i zależy tylko od nas. Przede wszystkim musimy przestać myśleć w kategoriach „muszę – powinnam”. Pozostawmy za sobą wszystko co było nie tak, zwłaszcza ten wyidealizowany obraz mamy umalowanej, uczesanej, w najnowszej kolekcji ubrań, w wysprzątanym do niemożliwości domu, z czystym i uśmiechniętym dzidziusiem. A i oczywiście obowiązkowo gotującej obiad w szpilkach. To nie jest nasze życie, to nie jesteśmy my. Ustalmy co jest dla nas priorytetem w tej chwili, np. czerpanie radości z przebywania z dzieckiem, kontakt z dorosłymi, chwila dla siebie, bycie z partnerem, coś do zjedzenia (np. obiad) czy czysty dom. To już od nas zależy. Zawsze coś będzie ważniejsze, a coś może zostać na końcu. Z pewnością nie mogą zostać na końcu trzy rzeczy (w dowolnej kolejności) – relacje: z naszym dzieckiem, z samym sobą i z partnerem. Kiedy będziemy wiedziały co jest najważniejsze właśnie o to zadajmy. Powiedzmy naszemu partnerowi, rodzinie czy przyjaciółkom jak się czujemy i jakiego wsparcia potrzebujemy – np. opieki nad dzieckiem raz/ dwa razy w tygodniu aby wyjść na basen, aerobik, jogę, spacer czy na kawę. Zawalczmy o siebie i swoje samopoczucie, bo jeśli my będziemy smutne to i nasze dziecko i partner na tym ucierpią. Wchodząc na spacer nie musimy się ubierać w stój na bal, ale jakiś lekki makijaż z pewnością poprawi nam humor. Jeżeli dresy i podkoszulek są w tej chwili najwygodniejsze to niech będą kolorowe lub z jakimś fajnym nadrukiem. Sprawmy aby nasz świat stał się weselszy, a i my się rozweselimy.

    To normalne, że kiedy zostajemy mamami po raz pierwszy nasze oczekiwania mogą się znacznie różnić od rzeczywistości. To nie znaczy, że jesteśmy złymi mamami lub że musimy się pogodzić z tym, że jest beznadziejnie. Poszukajmy wsparcia i pomocy, zawalczymy o siebie i swój nastrój. Bo przecież macierzyństwo to bardzo trudny ale cudowny okres. I jeśli zgubimy w tym czasie radość, możemy nie dostrzec pierwszego uśmiechu naszego dziecka, cudownych oczu wpatrzonych w nas bez końca… łatwo wtedy przegapić jak nasze dziecko się zmienia codziennie i jak uczy się nowych rzeczy… możemy przegapić piękny okres w jego życiu, okres który już się nie powtórzy. Szukajmy więc zgubionej radości, jeśli nie same to z pomocą innych. Bo to nasze życie, a nie pani z telewizji czy zdjęć w internecie.

  • Zaraz i chwila – dwie wielkie bakterie

    Kto z nas słysząc „chwila” lub „zaraz” nie miał czasami ochoty wyskoczyć przez okno? I niezależnie czy słyszymy to od naszego dziecka czy partnera. Te dwa określenia to takie wielkie bakterie, z którymi bardzo ciężko walczyć. Ciężko, bo są z nami od najmłodszych lat. „Zarażamy” się nimi jeszcze we wczesnym dzieciństwie, najpierw są lekko uśpione, a następnie atakują z niezmierną siłą.

    Ktoś może powiedzieć „Jak to, zarażamy się?”. W bardzo prostu sposób. Już malutkie dzieci słyszą od rodziców, czasami dziadków „chwila, poczekaj, zaraz” kiedy czegoś chcą. Przecież nie rzucimy wszystkiego tylko dlatego, że dziecko w tej chwili musi dostać tę zabawkę z wyższej półki, choć już 10 innych ma na podłodze. Dla mnie jest to „oczywista, oczywistość”. Chodzi mi raczej o sposób w jaki informujemy malca, że musi poczekać. A „czekanie” jest dla maluchów bardzo trudne, ale aby funkcjonować w grupie (np. w przedszkolu) muszą się tego nauczyć. Jak więc nauczyć dziecko aby potrafiło zaczekać, aż będziemy mogli do niego podejść, a jednocześnie nie będzie „zarażało się bakteriami”.

    Powiedzmy sobie jasno, dlaczego nie lubimy „zaraz” i „chwila”. Po pierwsze sposób mówienia tych wyrazów od razu nastawia nas negatywnie. Po drugie – te wyrażenia nie są oznaką gotowości do działania, a jedynie odwleczenia jej lub uniknięcia. Wiemy, że jak ktoś mówi „zaraz” to nie ma najmniejszej ochoty zrobić tego o co go prosimy i chce się najprawdopodobniej „wymiksować”. Liczy, że zapomnimy lub odpuścimy.

    Tego właśnie uczymy nasze dzieci, kiedy zamiast wytłumaczyć, w krótkich słowach, dlaczego i ile muszą poczekać, rzucamy im z niecierpliwością „chwila”. Wystarczy poinformować dziecko, że jak tylko skończysz zmywać, smażyć, czy korzystać z toalety 😉 przyjdziesz do niego. Starszym dzieciom możemy powiedzieć, że za 10 minut będziesz do jego dyspozycji. Zadziała to tylko w dwóch przypadkach:

    1) kiedy zapytasz dziecko najpierw o co chodzi, czy nie jest to coś obiektywnie pilnego (bo wiadomo, że to co dla dziecka pilne, wcale nie musi być takie dla nas)

    2) dotrzymasz słowa i rzeczywiście po skończeniu tego co robisz czy po tych 10 minutach będziesz ze swoim dzieckiem

    Tak naprawdę aby mieć szansę na niedopuszczenie „zaraz” i „chwilę” do zaistnienia w życiu naszych dzieci mamy najbardziej kiedy są małe. Wprawdzie nie tylko my mamy z nimi kontakt, ale to my – rodzice jesteśmy wtedy dla nich największym autorytetem. Jeżeli będziemy się do naszych dzieci zwracać z szacunkiem to bez problemu nauczymy je „czekać” i mamy dużą szansę na „niezarażenie” ich „zarazem” i „chwilą”. Jeżeli my będziemy traktować nasze pociech z szacunkiem, one tak samo będą traktowały nas. I jest bardzo duża szansa na to, że jeżeli nie będą miały na coś ochoty, a my je o to prosimy, powiedzą „Mamo, tak bardzo mi się teraz nie chce. Zrobię to za godzinę”. Wierzę też, że to zrobią, bo nas szanują i dotrzymują słowa. Tego sobie i Wam życzę.

  • Zakazany owoc smakuje najlepiej

    Zakazany owoc, dumnie krąży mi nad głową,

    zakazany owoc. marzeń ciemnych tabu.

    Zakazany owoc, znowu szansa przeszła obok

    Choć już czułem ten smak (…)”

    Jeżeli dorastałeś na przełomie lat 80-tych i 90-tych to z pewnością znasz piosenkę Krzysztofa Antkowiaka „Zakazany owoc”. Któż z nas jej wtedy nie nucił z myślą „Jakie to prawdziwe. To o mnie”. Ale nie tylko nastolatki tęsknią za przysłowiowym „zakazanym owocem”.

    Już w Biblii owoc z zakazanego drzewa przyciągał uwagę Adama i Ewy, na tyle że w końcu został zerwany i zjedzony. Ale dlaczego w ogóle istnieją „zakazane owoce”? Jaka jest ich rola? Dlaczego to właśnie my rodzice je „tworzymy”?

    Najczęściej zakazujemy czegoś dzieciom ze względów bezpieczeństwa. Nie chcemy aby zrobiły sobie krzywdę. Chcemy je chronić aby nikt ich nie skrzywdził. Zakazy mają je chronić i dawać poczucie bezpieczeństwa. Ale dzieci tego nie rozumieją. Często wierzą, że są już gotowe na nowe wyzwanie, że sobie poradzą tylko my – rodzice nie chcemy aby się dobrze bawiły. I takie myślenie jest w dziecku niezależnie od wieku.

    Moja Marianka ma na podłodze matę z puzzli piankowych. Jest to wygodne rozwiązanie i dla nas (łatwo utrzymać w czystości) i dla niej (amortyzuje upadki, izoluje od podłogi, jest kolorowo i sympatycznie). Wiadomo, że dbamy o czystość w domu, ale wolałabym aby Mania nie brała do buzi brzegów tej maty. A czego właśnie chce Marianka… jak niczego na świecie pragnie jeść brzegi puzzli. Mogę Ją położyć na środku maty, a wystarczy że się tylko odwrócę a Ona turlając się i pełzając jest już na brzegu. Doszło do tego, że jak tylko się odwrócę to patrzy mi w oczy i czeka na reakcję. Kiedy mówię Jej, że puzzli się nie je, czeka… pomalutku zbliża usteczka do „zakazanego owocu”. Jednak dopóki patrzę i powtarzam „puzzli się nie je” jest posłuszna. I choć moja reakcja zawsze jest taka sama, Mania za każdym razem próbuje, czy i tym razem „owoc jest zakazany”.

    To właśnie ten „zakazany owoc” zdaniem dzieci jest najsmaczniejszy. I trzeba Go spróbować. Gdzieś tam podświadomie dzieci wiedzą, że zakazujemy czegoś dla ich dobra, zwłaszcza jeśli nasze relacje oparte są na szczerości i zaufaniu. Jednak każdy do wszystkiego dorasta, nawet do „zakazanego owocu”. Ważne dla relacji rodzic – dziecko, aby tego nie przegapić. Bo jeżeli nadal będziemy zakazywać dziecku czego na co jest już gotowe to bardzo ucierpi na tym nasza relacja. Dziecko straci zaufanie do nas, które trudno później odzyskać. Tak jak granice zawsze trzeba poszerzać z wiekiem i doświadczeniem dziecka, tak i „zakazane owoce” kiedyś muszą stać się dostępne.

    A jeżeli mamy obawy? Jeżeli wychowujemy dziecko według pewnych zasad, przekazaliśmy mu ważne dla nas wartości i mamy do niego zaufanie… to wszelkie obawy powinniśmy schować głęboko i cieszyć się, że nasze dziecko dorasta. To niełatwe, ale nikt nie obiecywał, że tak będzie 🙂

  • Obowiązek małżeński rodziców

    Jesteśmy tylko we dwoje. Mamy czas dla siebie. Nie ważne czy jesteśmy małżeństwem czy nie. Jeżeli jesteśmy razem z pewnością dobraliśmy się również pod względem intymności i potrzeb seksualnych (przynajmniej fajnie by było). Aż tu nagle pojawia się ktoś trzeci. Mały, absorbujący berbeć, który wywraca wszystko do góry nogami. A to co jeszcze do niedawna było przyjemnością, może rzeczywiście stać się „obowiązkiem”. A pisze o tym dlatego, że brak lub zaburzona relacja intymna ma ogromny wpływ nie tylko na nasz związek ale też na bycie rodzicem.

    Zacznijmy od tego, że ktoś kto nazwał sferę intymną – seksualną „obowiązkiem małżeńskim” zrobił nam wielką krzywdę. Oczywiście nazwa ta wywodzi się z czasów, kiedy ludzie wiązali się ze sobą nie z miłości a z rozsądku i „obowiązek” musiał być spełniony aby przedłużyć nazwisko. Jednak dziś wiele osób nadal traktuje tę sferę życia po narodzinach dzieci jak obowiązek i to nie bardzo przyjemny. Dzieje się tak z kilku przyczyn. Spójrzmy na tę kwestię z dwóch punktów widzenia.

    Kobieta

    Zaraz po porodzie jest bardzo zaabsorbowana dzieckiem i może być najzwyczajniej w świecie zmęczona. Ale też często unika zbliżeń ponieważ nie akceptuje zmian w swoim ciele, które zostały jej po ciąży. Może to się zmienić po powrocie do dawnej sylwetki, ale często tak nie jest. Bywa też tak, że jest tak bardzo zaabsorbowana dzieckiem, że „zapomina” o mężu/ partnerze. Jeszcze inną sytuację mają kobiety, które miały trudny poród i mogą czuć opory przed zbliżenie, ponieważ boją się kolejnej ciąży. Najtrudniejszą sytuację mają chyba jednak panie, które urodziły przedwcześnie, poroniły lub ich dziecko zmarło. Często czują się winne i nie zasługujące na bliskość i przyjemność (a to właśnie paradoksalnie bliskość z partnerem często jest w stanie ukoić ich ból i pomóc wrócić do równowagi).

    Mężczyzna

    Tu brak chęci na seks bywa znacznie rzadszą przypadłością. Jednak może się również pojawić. Kiedy? Jeśli mężczyzna był przy porodzie i skupiał się na „wyjściu” dziecka i na, że tak powiem „dolnych” rejonach ciała, to może później nie czuć pociągu do matki swego dziecka. Bo przestaje ją postrzegać jako partnerkę. Mężczyźni mogą mieć też obawy w momencie kiedy kobiet karmią piersią. Ich „ulubione zabawki” są teraz przeznaczone do czego innego i mogą również stracić na chęciach do współżycia.

    Wyjście

    Tylko jedno i zawsze takie same… ROZMOWA. Szczera, bez obrażania się i bez obaw. To jedyny sposób na budowanie relacji małżeńskich/ partnerskich w takich sytuacjach. Podczas takiej rozmowy może okazać się, że dodatkowe zaokrąglenia w okolicy bioder bardziej podniecają mężczyznę niż ich dotychczasowy brak. Można dowiedzieć się, że kobieta to nie tylko piersi i są inne sposoby na to aby sprawić jej przyjemność. A nawet, może się okazać, że jeśli do tej pory lubiliśmy „długie sesje” to teraz będą nam odpowiadały „szybkie numerki” – bo zmęczenie robi swoje.

    Najgorsze to zostać, ze swoimi obawami i wyobrażeniami, samemu. Bo to pierwszy krok do rozpadu związku.

    Rodzice

    Miałam to szczęście, że byliśmy z mężem na wspaniałym kursie przedmałżeńskim (wiem trudno uwierzyć). Większość zajęć prowadzili świeccy, osoby które w danym temacie miały duże doświadczenie, były specjalistami. Jednym z przesłań tego kursu było to, że mamy być dla siebie najważniejsi. Bo dzieci pokochamy miłością bezgraniczną i bezwarunkową, ale one odejdą, dorosną. A my wybraliśmy siebie i mamy wybierać siebie codziennie. Bo MY zostaniemy razem nawet jak dzieci dorosną i się wyprowadzą.

    Dlatego bliskość, w jej wszystkich wymiarach jest tak bardzo ważna w każdym ze związków. Dlatego aby rodzina trwała, rodzice nie mogą ograniczyć się tylko do „obowiązku”. Współżycie jest jedną z najbardziej intymnych sytuacji w związku i wzmacnia go. Jej brak – z pewnością pomału oddala.

    Dzieci

    Jeśli rodzice będą ze sobą blisko we wszystkich aspektach życia, będzie to również wpływało pozytywnie na ich relacje z dziećmi. Bo szczęśliwy małżonek/ partner ma szansę być szczęśliwym rodzicem. A taki, który jest nieszczęśliwy w swoim związku – będzie te negatywne emocje przekazywał w najróżniejszy sposób na swoją relację z dzieckiem.

    Chęci

    Jeśli są chęci zawsze znajdzie się sposób. Nie będę Wam pisała jak, gdzie i kiedy się kochać, tylko powiem krótko – kochajmy się zawsze i mimo wszystko 🙂

  • Śmiech przedłuża życie

    Być może słyszeliście, że 15 minut szczerego i radosnego śmiechu przedłuża życie o 1 dzień. Czy to nie jest fascynujące i pociągające? Takie zapewnienie sobie dłuższego życia. A naszym dzieciom?

    Nawet jeśli nie wierzyć badaniom to perspektywa jest ciekawa. I niby to takie łatwe. Ale zastanówcie się, ile lub czy codziennie się śmiejecie. Ale tak szczerze i od serca. I czy złożyło by się tego śmiechu całodniowego na 15 minut? Różnie prawda?

    Jakiś czas temu odkryłam, że ostatnio mało się śmieję. Zima, beznadziejna pogoda i brak kontaktu z dorosłymi miał na ten fakt bardzo duży wpływ. Jak to się mówi „łapałam lekkiego doła”. Ale tu na pomoc przyszła mi moja cudowna roczna córeczka Marianka, która jest coraz bardziej świadoma i kontaktowa. Ona potrafi śmiać się z małych głupstewek. Czasami sama nawet nie wiem do końca co Ją bawi. Ale postanowiłam się poddać Jej nastrojowi i zaczęłam się śmiać razem z Manią. To oczywiście napędza Ją jeszcze bardziej i są momenty kiedy wspólnie śmiejemy się, aż mnie policzki bolą, a ona staje się zmęczona 🙂

    Czy to sprawi, że obie będziemy żyły dłużej? Fajnie by było, ale nawet jeśli nie, to żyjemy na pewno radośniej. Dzięki temu, że bawimy się, wygłupiamy i śmiejemy wspólnie wzmacniamy nasza więź i relację. Chcemy razem przebywać, bo jest nam dobrze. I naprawdę nie trzeba dużo abyśmy czuły radość i szczęście. Bo choć Marianka nie mówi jeszcze, to widzę w Jej oczach to wszystko. Poza tym pod wieczór kiedy mamy czas na te wygłupy Mania sama garnie się do mnie i prowokuje te wybuchy śmiechu. Widać, że tak jak ja czeka na te nasze wspólne chwile. Widzę też, że kiedy mąż jest w domu i się do nas przyłącza córeczka jest jeszcze bardziej radosna. Choć nie wiem czy to możliwe 🙂 Szuka z nami kontaktu, takiego radosnego bycia razem.

    Wiadomo, że są dni kiedy jesteśmy zmęczeni i kiedy już nie ma sił. Ja też takie mam. Chętnie bym zrobiła „co trzeba” i poszła spać. Ale kiedy widzę te oczekujące oczka, roześmiane i pełne nadziei na wspólny czas… no cóż… siły się znajdują. A po wszystkim kiedy Mania już śpi, ja mam dużo lepszy humor, a zmęczenie nie jest już takie uciążliwe.

    Może i śmiech nie przedłuża życia, ale warto znaleźć powody i czas do wspólnej radości z dziećmi i partnerem. Nasz rodzinny świat staje się wtedy cieplejszy, a my bliżsi sobie. Problemy dnia codziennego nie przytłaczają już tak bardzo. Więc cieszmy się i radujmy codziennie, a nasze życie z pewnością będzie przyjemniejsze

  • Relacje, więzi i inne trudne słowa

    Rodzice często pytają jak stworzyć wieź z dzieckiem, jak zadbać o relację aby w przyszłości nie mieć problemów z nastolatkiem. Albo jak to wszystko naprawić kiedy już się zepsuło. No i czy mogłabym o tym wszystkim napisać?

    Oczywiście, że bym mogła i robię to kilka razy w tygodniu. Większość moich tekstów, niezależnie od tematu, bazuje właśnie na tworzeniu relacji i wzmacnianiu więzi. Bo to nie jest tak, że można sobie w kalendarz wpisać od 7.45 do 8.15 tworze więzi. Oczywiście można tak zaplanować coś specjalnego, coś co wpłynie na nasze relacje z dziećmi, ale tak naprawdę, to codzienne sytuacje kreują naszą więź. To co dzieje się w ciągu dnia codziennie to jest właśnie relacja. A jaka ona będzie, zależy bardzo dużo od naszej świadomości, od tego co sobie postanowimy, jak postępujemy i czego chcemy.

    Budowanie więzi między rodzicami a dzieckiem zaczyna się w chwili kiedy dowiadujecie się, że ktoś nowy pojawi się w waszym życiu. To nastawienie i emocje, które towarzyszą ciąży już rzutują poniekąd na relacje w przyszłości. Bo ten kontakt tak jak wszystko „powstaje dwa razy, najpierw w głowie, a potem w rzeczywistości” (jak mówi mój zaprzyjaźniony trener, coach i mówca Lechosław Chalecki). Jeśli my jesteśmy negatywnie do kogoś nastawienie to, on z pewnością w którymś momencie to wyczuje i szansa na pozytywne relacja jest niewielka. Tak jest też z dzieckiem. Jeżeli w naszej głowie nie ma pozytywnego obrazu więzi i relacji z nim, ono to wyczuje i bardzo trudno będzie nam to wszystko stworzyć w realu.

    A dlaczego nasze nastawienie w głowie może być negatywne? Z bardzo wielu przyczyn. Od nieplanowanej ciąży, przez problemy z partnerem, po strach i obawy czy damy radę. Każdy dzień po narodzinach dziecka też wpływa na nasze przyszłe relacje. Być może pamiętacie mój wpis „Szanuj potomka swego”, gdzie pisałam o budowaniu autorytetu i szacunku. Tak jest z każdym aspektem naszych relacji. Jeżeli my mamy pozytywny ich obraz i chęci to już połowa sukcesu.

    A jak jest ciężko? Bo wiadomo, że bywa bardzo ciężko i nie ważne czy dziecko jest małe czy duże. Trzeba zachować dystans. Zatrzymać się na chwilę. Ja tak robię. Kiedy w nocy po raz „setny” wstaję do Marianki i już padam na twarz i gdzieś nerw chce wyskoczyć. Mówię sobie „Sylwia, to Ty jesteś dorosła. Ona nie robi tego specjalnie, jest dzieckiem. Twoje nerwy nic nie dadzą, a jeszcze Mania bardziej się rozbudzi. Odpuść” i jest lżej… choć muszę przyznać, że nie raz uroniłam łzę… z bezsilności. Ale to właśnie świadomość relacji jaką mam z córką i jaką chcę mieć w przyszłości sprawia, że stojąc nad łóżeczkiem jakoś daję radę.

    A jeśli jednak coś nam nie wyjdzie, zawalimy? To wszystko da się naprawić. Tylko trzeba chęci i determinacji. Bo dzieci nas kochają, wiedzą że czasem nawalamy i trzeba naprawdę się postarać aby to zepsuć. O ile oczywiście fundamenty naszych relacji były mocne. Czasem się wydaje, zwłaszcza rodzicom nastolatków, że tego już się nie da odbudować. Ale to jest tak jak z wartościami, o których niedawno pisałam. Trzeba czasu i cierpliwości, no i oczywiście chęci.

    Chciałabym bardzo abyście czytając moje teksty szukali podpowiedzi jak w danej sytuacji wzmacniać waszą relację z dziećmi. Bo staram się właśnie takie wskazówki zawsze umieszczać. Ja twierdzę, że nawet w najtrudniejszych sytuacjach da się pracować nad więzią. Skoro ja potrafiłam stworzyć silną wieź z Marianką, pomimo że przez pierwsze 2,5 miesiąca widziałyśmy się 5 godzin dziennie, a przez kolejne 1,5 miesiąca 7 godzin dziennie. To znaczy, ze każdy może. Tylko trzeba chcieć i być świadomym, że to codzienność buduje relacje, a niecodzienność wzmacnia. Powodzenia!