Tag: rodzic

  • Kiedy pada i jest ciemno – co robić z maluchem?

    Jesień i zima to dla maluchów i rodziców nie najłatwiejszy okres. Po lecie, kiedy niemal całe dnie można spędzać na świeżym powietrzu przychodzą zimne, mokre dni, a zaraz po drzemce robi się ciemno. Co wtedy robić? Na pewno nie popadać w zniechęcenie, ale wykorzystać ten czas na zabawę i rozwój naszego dziecka. Ale jak?

    To o czym będę pisała to z pewnością nie jest wiedza tajemna, ale tak właśnie my z Marianką spędzamy czas. To są nasze propozycje dla dzieci w wieku żłobkowym 1 – 3 lata. Oczywiście część z nich będzie dla roczniaków zbyt trudna, ale od czego są ćwiczenia. Trzeba pamiętać, że dzieci same z siebie nie wiedzą jak bawić się w niektóre rzeczy, to my musimy im to pokazać i nauczyć.

    Zapraszamy do wspólnej zabawy 🙂

    Ciastolina i inne masy plastyczne

    To wspaniała zabawa, która rozwija zdolności manualne i ćwiczy koordynację ruchową. Przy maluchach warto bacznie obserwować czy nie będą próbowały jeść ciastoliny. Ma ona specyficzny zapach, a od wąchania do lizania czy gryzienia droga jest już niedaleka 😉

    Ze starszakami warto spróbować innych mas plastycznych, zwłaszcza wykonywanych wspólnie. Przepisy na masę solną czy papierową, kolorowy ryż, jadalną ciastolinę lub piasek księżycowy można znaleźć na wielu portalach internetowych.

    ciastolina

    Wspólne i samodzielne czytanie

    Siły i wartości książek nie można nie doceniać. Obecnie jest tak ogromny wybór książek dla dzieci, że każdy nawet najbardziej wybredny czytelnik znajdzie coś dla siebie. Kampanie takie jak „Cała Polska czyta dzieciom” już od dawna promuje wspólne czytania. Ja zachęcam też do tego aby dzieci miały dostęp do części książeczek – zwłaszcza kartonowych, samodzielnie.

    Rodzice często pytają mnie jak sprawić, żeby maluchy nie niszczyły tych książeczek. U nas Marianka od zawsze była blisko książek. Najpierw tylko słuchała, potem zaczęłyśmy wspólnie oglądać te kartonowe, powtarzaliśmy Jej, że książeczki są do oglądania a nie jedzenia. I kiedy miała około 1,5 roku pozwoliłam Jej samodzielnie je -oglądać. Kilka razy spróbowała je polizać, ze trzy na okładce mają ślady zębów, ale to wszystko. Teraz sama sięga po ulubione pozycje i spędza z nimi sporo czasu.

    ksiazeczki

    Puzzle i układanki

    Rozwijają koordynację wzrokowo – ruchową, ćwiczą skupienie, przygotowują do nauki czytania i pisania. A od czego zacząć? Od tych puzzli, które są drewniane i można je chwycić od góry. Warto wybierać takie, które pod spodem mają taki sam obrazek jak na ruchomym elemencie, to pomoże najmłodszym. Następnie warto sięgnąć po puzzle dwuelementowe. Ciekawe są również układanki typu „uzupełnij element” czy znajdź pary.

    Pamiętajmy, że trzeba dzieciom pokazać jak je powinny składać, bo nie od razu będą wiedziały jak to zrobić.

    puzzledomek-ukladankaukladanka-biedronka

    Klocki

    Ktoś może powiedzieć, że przecież to najprostsza zabawa na świecie. Oczywiście, ale dla maluchów wcale nie takie proste. Zachęcam do tego aby zaczynać od tych klocków z dużymi elementami. Najpierw rodzice budują, a dzieci „rozwalają”, aż w końcu maluchy same spróbują stworzyć np. wieżę. Takie klocki można również wykorzystać do nauki segregowania, kolorów czy sprzątania.

    Kiedy dzieci opanują te najprostsze klocki zachęcam do poszukiwania takich o oryginalnych kształtach kwiatków, kratek, kostek, kół zębatych, itp. Pomogą one rozwijać dziecięcą wyobraźnię – zwłaszcza tę przestrzenną.

    kolckiklocki-wieza

    Wspólne gotowanie

    To niełatwa sztuka, ale zawsze warto spróbować. Oczywiście trudno mówić o gotowaniu z roczniakiem, ale od czegoś trzeba zacząć. Obserwacja to już wiele. Warto wdrażać dzieci do wspólnej pracy, próbowania składników, dawania… Każdy posiłek, choć odrobinę przygotowany przez siebie lepiej smakuje. To tez jeden z pomysłów na „niejadki”. Wiadomo, że zanim zaczniemy gotować trzeba najpierw kupić składniki. Warto w sklepie opowiedzieć dziecku do czego wykorzystamy poszczególne produkty, nazywać je czy wspólnie wybierać.

    dynia

    Zabawy sensoryczne

    Najprościej można nazwać je zabawy rozwijające zmysły: smaku, dotyku, słuchu, węchu, wzroku. Pomysłów zarówno w literaturze jak i internecie jest wiele. Ja zachęcam do samodzielnego tworzenia takich zabaw.

    U nas hitem w zabawach dotykowych jest szukanie kasztanów schowanych w makaronie oraz faktury. Te ostatnie mamy akurat kupne, ale zrobienie ich samodzielnie nie jest trudne. Wystarczy zebrać kilka materiałów o różnych fakturach i przykleić je do kartoników.

    fakturykasztany

    Smak najłatwiej ćwiczyć właśnie podczas zabaw w kuchni.

    Aby rozwijać zmysł słuchy wystarczy kilka prostych instrumentów. Ze starszymi dziećmi można je wykonać samodzielnie. Najprostsze oczywiście będą do wykonania grzechotki, ale pomysłowi rodzice z pewnością mogą pokusić się o wykonanie fletu czy tuby 😉 A potem? Wystarczy wspólny śpiew i muzykowanie. Ze starszakami warto bawić się w próby odtworzenia rytmu lub tworzenia akompaniamentu do znanych piosenek. Można też skorzystać z gotowych dźwięków zwierząt, przedmiotów codziennego użytku czy przyrody i zgadywać „co to?”.

    instrumentyinstrumenty2

    Maluszki czasami nie potrafią „wąchać” na zawołanie. Trzeba pokazać jak to robić. Co możemy wąchać? Co nam wyobraźnia podpowie: przyprawy, kwiatki, potrawy, kosmetyki. Istnieją też gry, w których są gotowe zapachy i trzeba dopasować je do obrazków – Marianka bardzo je lubi.

    nos-w-nos

    Najwięcej zabaw można wymyślić na ćwiczenie wzroku. Bo zaczynamy od książeczek kontrastowych – a może wspólnie stworzyć własną, poprzez szukanie dwóch takich samych rzeczy, segregowanie kolorów czy kształtów, a kończąc na chowaniu rzeczy i zgadywaniu czego brakuje.

    Zabawy plastyczne

    Kredki i farby to coś czego nie powinniśmy unikać. Oczywiście pierwsze prace maluchów nie będę zbyt… podobne do czegokolwiek, ale i tak bardzo ważne. Im szybciej dzieci będą rysowały, malowały i kolorowały, tym szybciej opanują chociażby poprawny chwyt. Nie jest to łatwe i nie należy maluszków od razu do tego zmuszać, ale ważne jest aby dzieci w ogóle chciały rysować i malować. Na początku najczęściej maluchy mają problem ze zbyt delikatnym lub mocnym naciskiem na kredkę. Na szczęście teraz są bardzo fajne, grube kredki, którymi łatwiej rysować.

    Jeżeli chodzi o farby to rodzice często boją się bałaganu i rozlanej wody. Na początku można skorzystać z farb w sztyfcie, kredek wodnych lub farb w pędzlu.

    Im dzieci starsze tym można pokusić się o wydzieranki czy wyklejanki. Tylko wyobraźnia nas ogranicza.

    Pamiętajmy, że mało które dziecko usiądzie do stolika od razu na dłużej. Na początku cieszmy się z minuty czy dwóch. A, że trening czyni mistrza, a dzieci uczą się skupienia to z czasem opanują i tę umiejętność. Pomoże im to również w adaptacji do przedszkola.

    kredki

    Naklejki

    Na początku dzieci nie bardzo potrafią z nich korzystać, warto zacząć jedynie od przyklejania, a to rodzic niech odkleja je. Pomóżmy dziecięcym rączkom nakierować się na odpowiednie miejsce. Można zacząć też jedynie od przyklepywania cała rączką naklejki. Teraz są dostępne książeczki właśnie dla najmłodszych z dużymi elementami do przyklejenia. Dla 2 – 2,5 latków można już zaproponować takie gdzie nie tylko trzeba coś przykleić, ale wykonać do tego jakieś proste zadanie.

    Naklejki rozwijają bardzo koordynację oko – ręka i ćwiczą skupienie oraz dokładność.

    naklejki

    Gry dla najmłodszych

    Niewiele firm proponuje gry dla dzieci poniżej 3 lat, ale nawet te można wykorzystać do zabawy z młodszymi. Wystarczy uprościć zasady lub wymyślić własne. Najbardziej nadadzą się do tego wszelkiego rodzaju loteryjki, dopasowywania par czy memory. Warto na daną grę spojrzeć szerzej i nie skupiać się tylko na tym do czego przeznaczył ją producent. Jakiś czas temu trafiłyśmy na grę z drewnianymi zwierzątkami w różnych kolorach. Trzeba w niej wyrzucić na kostce kolor i zebrać cały zestaw zwierząt. My jednak wykorzystujemy ją do nauki kolorów, segregowania, wyszukiwania „takiego samego”.

    gra-kolorygra-loteryjka

    Bańki mydlane

    Zawsze i wszędzie zajmą maluchy na krótszą lub dłuższą chwilę. My zawsze mamy je pod ręką, choćby po to aby na chwilę odetchnąć przed kolejną zabawą.

    Starszym dzieciom warto zaproponować aby to one puszczały bańki, to wspaniała zabawa logopedyczna.

    banki

    Piasek kinetyczny

    To w sumie jedna z mas plastycznych, ale Marianka go uwielbia. To taki mini substytut piaskownicy i wspomnienie lata. Warto zaopatrzyć się w folię do położenia na miejscu zabawy, łatwiej wtedy sprzątnąć i piasek nie jest wtedy zanieczyszczony niczyim innym.

    Piasek może tez pomóc tym dzieciom, które nie lubią dotykać tego prawdziwego w piaskownicy. W domowych warunkach łatwiej się przełamać i przyzwyczaić do tej specyficznej w dotyku materii.

    piasek-kinetyczny

    I ostatnia ale najważniejsza… zabawa swobodna

    Ktoś mógłby powiedzieć cóż w niej niezwykłego i trudnego zarazem. Ale jest wielu rodziców, którzy wiedzą, że aby dziecko samo się pobawiło musi najpierw być tego nauczone (jak? Przeczytasz tu).

    zabawa-swobodnazabawa-sw

    To tylko kilka pomysłów, które my najczęściej wykorzystujemy. Ale tak naprawdę to wszystko co jest w domu może być inspiracją do wspólnej zabawy. Rodziców, który mają chęć do tworzenia samodzielnego zabawek i to takich rozwijających zachęcam do zajrzenia na Instagramie na profil @zabawy_liliany – tam bardzo kreatywna mama – nauczycielka przedszkola prezentuje swoje pomysły. Bardzo polecam

  • Już za chwilę, za momencik przedszkole nas powita 🙂

    Miesiąc wakacji za nami. A już niektórzy rodzice z niepewnością spoglądają na kalendarz i widniejącą na nim datę 1 września. Patrzą na swoje „malutkie” dzieciaczki, które jeszcze przed chwilą ledwo co raczkowały, a już za miesiąc zostaną przedszkolakami. I nie ważne czy mają 2,5 roku, 3 czy 4 lata. Ten niepokój przeplata się z radością i oczekiwaniem. I to wcale nie u dzieci 😉 Jak sprawić aby przeżyć w miarę bezproblemowo pierwsze dni w przedszkolu?

    Przez 9 lat pracy z przedszkolu co roku oglądałam te same sceny. Co roku rozmawiając z rodzicami rozwiewałam te same wątpliwości… to samo zresztą robiły, robią i będą robiły moje koleżanki i koledzy po fachu nie tylko w Polsce. To normalne, że rodzice denerwują się kiedy ich ukochane dziecko ma zostać na sporą część dnia pod opieka kokoś nieznajomego, w nowym miejscu i wśród nieznanych dzieci. Dziwne byłoby gdybyśmy się choć trochę nie martwili. Łatwiej jest oczywiście rodzicom dzieci, które chodziły do żłobka. Oni ten pierwszy stres mają już za sobą. A dzieci żłobkowe z reguły bardzo szybko przyzwyczajają się do nowego miejsca, bo znają już zasady panujące w grupie rówieśniczej.

    Pamiętajmy o bardzo ważnej rzeczy. To od nas w dużej mierze zależy jak pierwsze chwile i dni odbiorą nasze dzieci. Bo pierwszym nośnikiem informacji o przedszkolu jesteśmy my – ich rodzice. Dzieci bardzo dobrze odpierają nie tylko to co mówimy, ale też nasze emocje i ogólny przekaz niewerbalny. Nie wystarczy tylko mówić, że w przedszkolu będzie super… Trzeba też w to wierzyć. Zakładam, że skoro zdecydowaliśmy się posłać dziecko do przedszkola to musimy mieć choć minimalne zaufanie, że nic mu się nie stanie, będzie zaopiekowane i szczęśliwe. Pamiętajmy o tym, że rozwój społeczny w tym wieku jest niezmiernie ważny i zostawienie dziecka w domu sprawia, że nie tylko może zostać „w tyle” za rówieśnikami jeśli chodzi o wiedzę, ale przede wszystkim o doświadczenie społeczne. Im później pozna zasady panujące w grupie rówieśniczej, tym może być mu trudniej.

    Co więc zrobić aby przekonać siebie i dziecko, że wszystko będzie dobrze?

    1. Poznać przedszkole, do którego dziecko będzie chodziło – zarówno jako budynek/ sale/ łazienkę ale i atmosferę, zwyczaje, panie. Dziś wiele placówek organizuje dni otwarte, zajęcia. Jest szansa obejrzeć przedszkole, poznać panie oraz dzieci z przyszłej grupy. Można też indywidualnie odwiedzić to miejsce. Wszystko zależy od Waszych potrzeb i zwyczajów panujących w przedszkolu. Do takiego spotkania warto się przygotować, spisać nurtujące pytania, wątpliwości. Wychowawcy lub dyrekcja bez problemu powinni na nie odpowiedzieć.

    2. Rozmawiać z dzieckiem o tym co się wydarzy. Może przeczytać parę książeczek o pierwszym dniu w przedszkolu (polecam zwłaszcza takie, w których jest mało wspomnień o płaczu dziecka, aby nic nie sugerować). Może opowiedzieć o fajnych zdarzeniach ze swego pobytu w przedszkolu. Dobrym pomysłem jest też spotkanie się z innym dzieckiem, które chodzi o przedszkola i mu się podoba.

    3. Przygotowanie fizyczne do planu dnia. Dobrze jest się wcześniej dowiedzieć jak wygląda plan dnia w przedszkolu aby co najmniej miesiąc wcześniej zacząć wprowadzać podobny w domu. Ważne to jest zwłaszcza dla młodszych dzieci, które mogą mieć równe pory drzemki i posiłków. Im wcześniej przyzwyczaimy organizm od takiego trybu tym lepiej. Ułatwimy tym samym dziecku pierwsze dni.

    4. Poznajmy też dziecko z pościelą i piżamką, w której będzie spało. Tak aby nie było zdenerwowane, kiedy zobaczy ją pierwszy raz w przedszkolu. Niech wie jak wygląda jego ręcznik, kubeczek, szczoteczka. Zapytajmy się czy można zabrać ze sobą do przedszkola ulubioną zabawkę. Sprawmy aby rzeczy dały poczucie bezpieczeństwa, kiedy nas nie będzie.

    5. I najważniejsze… wierzyć, że dziecku nie stanie się krzywda i będzie pod fachową opieką. Bo to w naszej głowie leżą wszystkie źródła lęków, które przekazujemy dzieciom. Oczywiście lekkie poddenerwowanie to norma, ale płacz proponuje zostawić sobie na chwilę kiedy dziecko będzie już w sali. Dobrym rozwiązaniem jest też, aby pierwsze dni odprowadzał malucha do przedszkola tata. W większości przypadków (choć nie zawsze) – tatusiowie lepiej potrafią ukryć emocje i dzieciom jest łatwiej. Choć to wszystko zależy od każdego z nas.

    Życzę Wam aby ten ostatni miesiąc upłyną na przyjemnych przygotowaniach do przedszkola. I aby Wasze dzieci chętnie do niego chodziły. Bo to wspaniały czas rozwoju i zabawy dla maluchów.

  • Dla kogo zwierzak?

    Ja chcę pieska… kup mi kotka… ale fajnego chomika ma Basia… te rybki są fantastyczne… marzę o myszoskoczku… naprawdę będę się nim opiekował… zrobię wszystko… Wcześniej czy później większość rodziców stanie naprzeciw takich zapewnień. W niektórych domach zwierzęta są jeszcze przed pojawieniem się dzieci i tu problemu nie ma. Jednak w wielu rodzinach dopiero kilkuletnie dziecko po raz pierwszy porusza temat zwierzaka. Wielu rodziców rozważa jakie i kiedy zwierzątko kupić dziecku. Nie zdają sobie jednak sprawy, że nigdy nie kupuje się zwierzęcia dla dziecka…

    tylko dla rodziny. Niezależnie ile dziecko ma lat i jak bardzo jest odpowiedzialne, to my rodzice podejmujemy zobowiązanie wprowadzając do domu zwierzę. Dziecko może być zmęczone, chore i wtedy nie zajmie się zwierzakiem… o on i tak musi być nakarmiony i zaopiekowany (wyprowadzenie na spacer, wymiana pisaku w kuwecie, wody w akwarium czy trocin). To na nas spada ten obowiązek. A wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z tego i ma potem pretensje do dziecka, że obiecywało a nie dba. Im mniejsze dziecko tym mniej zdaje sobie sprawę, że zwierzak to obowiązki na stałe, a nie na kilka dni. A nawet starsze dzieci mają z tym pewne problemy.

    Kiedy miała 15 lat, a moja siostra 10 w pracy u mojego taty urodziły się kocięta. Siostra strasznie prosiła rodziców o to aby jedno z nich zabrać do domu. Jak byłam przeciwna. Mówiłam rodzicom, że z tego będą same problemy. Oznajmiłam, że owszem jak już kot będzie w domu to go pewnie polubię, ale nie będę wyręczała siostry w opiece, a rodzice niech później nie narzekają. Nie cieszyłam się wcale, że miałam rację. Siostra dostała kotka, a większość obowiązków spadło na mamę. Kotka przebywała tylko w domu, nie wychodziła na zewnątrz. Każdy dłuższy wyjazd z domu musiał uwzględniać kogoś kto przyjdzie nakarmić kota. Dzikuska atakowała gości, a jak nas dłużej nie było to ze złości wyrzucała ubrania z szafek. Oczywiście były też o dobre momenty kiedy przychodziła się położyć koło kogoś na kanapie czy w chwilach słabości dała się pogłaskać. Ale jednak sporo było z nią problemów. Większość wynikała z baraku jej „wychowania” ale ja zawsze powtarzałam, żeby nie narzekali bo sami tego chcieli. Kiedy po 14 latach, pod nieobecność rodziców, musiałam Wiktorię uśpić bo bardzo chorowała – tez to przeżyłam, pomimo że byłam już dorosła i nie mieszkałam z rodzicami.

    Czy to znaczy, ze nie należy ulegać i wprowadzać zwierząt do domu. Oczywiście, że nie. Zwierzątko to trening odpowiedzialności, ale kontrolowany i wspomagany przez rodziców. Należy jednak wszystko przemyśleć i porozmawiać zarówno z dzieckiem jak i całą rodziną. Pamiętajmy, że każde zwierze żyje przez dłuższy lub krótszy czas, nie wszystkie da się zabrać ze sobą na wakacje i nie wszędzie. Musimy mieć kogoś zaufanego kto zaopiekuje się zwierzęciem podczas naszej nieobecności. Warto by było sprawdzić czy nasze dzieci nie są alergikami na sierść – jeżeli myślimy o zwierzęciu, które ją ma. Zorientujmy się też jakiej opieki wymaga dane zwierze i czy jesteśmy mu ją w stanie zapewnić. Na przykład jeśli jesteśmy „sowami” i lubimy dłużej pospać, a każde 5 minut rano to dla nas skarb, to może pies, którego trzeba codziennie rano wyprowadzić nie będzie dobrym pomysłem. Znajdźmy takie zwierze, które uzupełni naszą rodzinę a nie będzie sprawiało nam kłopot. Bo oddanie zwierzęcia po kilku tygodniach czy miesiącach… jest nie tylko niefajne ale też nie wychowawcze. Sprawiasz problemy, jest trudno – oddam Cię. Taki przekaz budujemy.

    Oczywiście jest też wiele pozytywów płynących z kontaktu ze zwierzętami. Ogromna dawka czułości i wrażliwości jaką dostają dzieci. Nauka szacunku do każdego żyjącego stworzenia. Zwierzę potrafi też zintegrować rodzinę. A takie, które żyje długo… zapełnić pustkę kiedy dzieci dorastają.

    Zanim zatem zgodzimy się na zwierzę w domu. Pamiętajmy, że nie kupujemy go dla dziecka tylko dla całej rodziny.

  • Mini odbicie w lustrze

    Od urodzenia dzieci obserwują świat aby go poznać. Tak jak każdy człowiek w nowym miejscu chcą się dostosować aby czuć się bezpiecznie i „u siebie”. Dość wcześnie zauważają, że wokół nich są inni do nich podobni. Obserwując ich stają się jedyni z nas. Pierwszymi obiektami ich zainteresowań są rodzice i rodzeństwo. Nie tylko patrzą, ale też z czasem zaczynają naśladować. I w ten sposób zaczyna się zabawa z „lusterko”. Możemy w nim często zobaczyć małą wersję siebie. Czy podoba nam się ten obraz?

    Badania prowadzona już na 4 miesięcznych dzieciach pokazują, że bardzo szybko uczą się przez naśladownictwo. Wystarczy pokazać im jakąś minę czy wyciągnąć język, a po kilku próbach będą już robiły to bezbłędnie. I będzie im to sprawiało wielką przyjemność. Z badań możemy się też dowiedzieć, że jeszcze znacznie szybciej dzieci uczą się poprzez obserwację innych dzieci niż dorosłych. Co to dla nas oznacza? Bardzo dużo.

    Oznacza to, że tak jak my będziemy się zachowywać w różnych sytuacjach, tak też będą się zachowywały nasze dzieci. Czasami nam się wydaje, że wystarczy powiedzieć coś dziecku i ono powinno to zrozumieć i tak robić. Jednak kiedy co innego mówimy, a co innego robimy – to właśnie przekaz niewerbalny trafia bardziej do nich. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze to właśnie obserwacja jest naturalnym i wrodzonym sposobem nauki każdego człowieka. Po drugie dzieci nie zawsze rozumieją wszystkie słowa i kontekst wypowiedzi rodzica. Dlatego przekaz słowny nie zawsze trafia do nich. I to niezależnie od wieku dziecka. Zwłaszcza, że mamy często tendencję do przydługich wypowiedzi i stosowania przenośni czy ironii. Dlatego dopiero połączenia przekazu werbalnego i niewerbalnego daje największy sukces komunikacyjny.

    Dzieci są wspaniałymi obserwatorami, a my nieświadomymi ich inspiratorami. Pamiętam, że podczas rozmowy z jedną mamą mojego wychowanka, ona stwierdziła, że chłopiec używa specyficznych stwierdzeń i intonacji, np. „widziałem” kiedy ktoś coś zrobił. A ja uświadomiłam sobie, że właśnie w ten sposób mówię, kiedy chcę aby dzieci z grupy wiedziały, że widzę co robią i nie podoba mi się to, ale daję szansę aby nie szły w tym dalej. Nie wspomnę już obserwacji maluchów bawiących się w dom i stwierdzeń „przynieś mi trochę piwka żonko” czy „ chodźmy na papieroska”. Z pewnością znacie też te dowcip, że prze dwa pierwsze lata nakłania się dziecko do powiedzenia pierwszych słów, a wystarczy raz powiedzieć przy nim „dupa” a od razu powtórzy. Dzieci naśladują przede wszystkim to co wydaje się im atrakcyjne. A co uważają za takie? To co jest robione i mówione przez dorosłych, starsze rodzeństwo lub podziwianego kolegę.

    Jak sobie radzić z taką sytuacją? Przede wszystkim być autentycznym i zachowywać się tak jak chcemy aby zachowywały się nasze dzieci. Nie przekazujmy sprzecznych komunikatów werbalnych i niewerbalnych. I bądźmy świadomi, że mamy w domu swoje odbicie w lustrze, tylko takie mini. Odbicie, dla którego jesteśmy najważniejsi na świecie. Dla którego jesteśmy alfą i omegą. Tak będzie przez długi czas. Do kiedy? W przedszkolu do osób, które dzieci naśladują zaliczyć można ukochaną panią i kolegów. W pierwszych latach szkoły podstawowej jest podobnie. Z czasem oczywiście zyskują koledzy – grupa rówieśnicza. Ale jeśli powstała w najmłodszych latach więź między rodzicami i dzieckiem jest silna to nadal oni pozostaną głównymi osobami, które naśladują. Często bardzo nieświadomie.

    Czy to źle czy dobrze? Oceńcie sami.

  • Czas z dzieckiem… liczy się jakość

    Ten weekend był naprawdę cudowny. Piękna pogoda i czas spędzony z rodziną. Nigdzie się nie spieszyliśmy. Nigdzie nie biegliśmy. Mieliśmy czas na wspólny spacer, obiad, wygłupy, śmiechy i nic nie robienie. Tak właśnie tworzy się więzi rodzinne, tak tworzy się wspomnienia. Jednak wielu rodziców nadal nie zdaje sobie prawy, że nie tylko ilość czasu spędzanego z dzieckiem się liczy. Najważniejsza jest jego jakość. A co to właściwie oznacza?

    Kilka lat temu prowadziłam spotkanie dla rodziców na temat czasu spędzanego z dziećmi. Okazało się, że jest jego nie aż tak dużo, zwłaszcza jak rodzic pracuje. Im mniejsze dziecko tym ten czas jest krótszy, bo więcej czasu śpi. Analizowaliśmy też czas spędzony z dziećmi pod kątem jego wpływu na relacje (ich tworzenie i wzmacnianie). Uczestnicy doszli do zaskakujących wniosków. Okazało się, że bywają dni, że 15 minut bezpośredniej relacji rodzic – dziecko, takiej która skupia się tylko i wyłącznie na nich, to i tak dużo. Nie wierzycie? Zastanówmy się więc czy to prawda. Jeśli pracujemy, to większość czasu podczas dnia spędzamy bez dziecka. Widzimy go rano oraz po południu i wieczorem. Odliczmy czas na ewentualne powroty z przedszkola, żłobka czy szkoły. Rano to jesteśmy wszyscy w większości zaspani więc skupiamy się, żeby jakoś się zorganizować do wyjścia. W domu jest czas na obiad, chwila na lekcje ze starszymi dziećmi, może jakiś telewizor, kolacja, kąpiel i czas spać. W tym wszystkim łatwo się zagubić. Przy mniejszym dziecku wprawdzie może odpaść praca, ale wszystkie obowiązki domowe już nie. Może zatem w weekend znajdziemy czas. Bywa, że sobota i niedziela to dni, w których staramy się nadrobić to czego nie udało się nam zrobić w ciągu tygodnia, może jakieś większe zakupy, odwiedziny. I czas ucieka. A jak wygląda spacer z małymi dziećmi? Czy jest podczas niego rozmowa, opowiadanie o tym co jest wokół? Czy może przemierzenie osiedla w ciszy? A później słyszę, jak mama mówi „dlaczego on się tak domaga mojej uwagi, przecież jestem z nim cały czas…”

    Sama wiem, że trudno się z tym wszystkim ogarnąć. U nas dochodzą jeszcze w tygodniu codzienne rehabilitacje, terapie czy wizyty u specjalistów. W biegu łatwo jest przegapić najważniejsze.

    A jak temu zaradzić? Nie jest to może łatwe, a może właściwie jest. To kwestia zaangażowania. Bo cóż trzeba aby czas przebywania razem nie był tylko „przebyciem”? Trzeba się zaangażować w relację. Podczas powrotu z przedszkola można rozmawiać o tym co się tam wydarzyło, czego dziecko się nauczyło lub co było na obiad. Można ten czas wykorzystać na wspólne zabawy typu „Co widzi moje bystre oczko”. Zaangażujmy dziecko do wspólnych zakupów czy gotowania. Rozmawiajmy przy tym, tłumaczmy dlaczego tak coś robimy a nie inaczej. To samo tyczy się obowiązków domowych. Wiem, że samemu szybciej pewne rzeczy możemy zrobić. Ale coś za coś. Wygospodarujmy też codziennie czas na zabawę lub grę, którą wybierze dziecko. Nie musi trwać to długo, ale codziennie i zawsze o podobnej porze. Zorganizujmy tak wieczór, żeby nie był bieganiną a czasem wyciszenia i odprężenia. Przed snem niech się znajdzie czas na wspólne czytanie i rozmowę. To właśnie wtedy wiele dzieci mówi najważniejsze rzeczy dotyczące mijającego dnia. Wtedy trzeba wykazać największą czujność aby nie przegapić ważnej informacji. Może to być jakaś ukryta skarga czy coś złego co się wydarzyło. A może właśnie coś co przysporzy nam powodów do dumy.

    To wszystko jest kwestią naszego wyboru. A tworzenie relacji nie jest łatwe. Ale jeżeli nie zadbamy o nie kiedy dzieci są małe, nie liczmy na wiele w momencie kiedy będą nastolatkami. Bo to co zasadzimy dziś, wykiełkuje jutro. Czas z dzieckiem trzeba przeżyć, a nie przebyć. Czego i Wam i sobie życzę.

  • Rozwój fizyczny – jak łatwo zaszkodzić

    Niestety nie zdążyłam uczestniczyć w zajęciach szkoły rodzenia, więc ciężko mi stwierdzić czego bym się tam dowiedziała. Jednak rozmawiają z wieloma mamami dzieci donoszonych mogę stwierdzić, że w jednym przypadku mam lepiej niż one. Ja swoją szkołę opieki nad noworodkiem i niemowlakiem przechodziłam przez kilka miesięcy, praktycznie i pod opieką fachowców – praktyków. Pomagały mi nie tylko położne i pielęgniarki, ale też najbardziej rehabilitantka.

    Po mimo że pracując w żłobku miałam do czynienia z maluchami i przewijaniem – to jednak 780–cio gramowe ciałko wyglądało trochę inaczej. I kiedy już po kilku dniach zaproponowano mi przewinięcie Marianki, zrobiłam to z lekką obawą ale pod okiem położnej. Nie było to łatwe, bo Mania była na respiratorze, ale udało się. A kiedy już nie była podłączona do tak dużej ilości sprzętu, który wymuszał takie a nie inne ruchy, rehabilitantka pokazała mi jak prawidłowo unosić nóżki przy przewijaniu. I muszę stwierdzić, że nie widziałam wcześniej aby jakakolwiek znana mi mama robiła to w taki sposób. Teraz wiem, że właśnie ten prawidłowy sposób zabezpiecza bioderka i stawy. Niby mała rzecz, a jednak.

    Podobnie rzecz się miała z podnoszeniem Marianki. Większość z nas podnosi dzieci pod paszkami… Nie wpływa to jednak pozytywnie na ich rozwój kręgosłupa, mięśni szyjnych i karku. Pokazano mi jak robić to prawidłowo i ćwiczyłam, aż opanowałam (nie jest to bardzo skomplikowane, ale wymaga wprawy).

    Takich drobiazgów jest kilka, może kilkanaście. Wydają się niegroźne, ale w późniejszym czasie mogą negatywnie wpłynąć na rozwój fizyczny naszych dzieci. Na problemy ze skurczami mięśni, skrzywieniem kręgosłupa czy nierównomiernym rozwojem obu stron ciała. Z tych „drobiazgów” warto tu wymienić:

    – kładzenie noworodka raz na jedną stronę, raz na drugą w łóżeczku

    – zbyt wczesne noszenie w pozycji pionowej

    – noszenie i karmienie na jednym ręku

    – noszenie na biodrze

    – kładzenie zabawek lub innych rzeczy zawsze z tej samej strony.

    Jeśli byłyście w szkole rodzenia, w której wam przekazano wiedzę na ten temat to wspaniale. Ale niestety mam takie wrażenia, że nie jest to wiedza powszechna. Ja też jej nie posiadałam. Mając jednak przez ostatnie 10 miesięcy kontakt z rehabilitantami dowiaduję się tak naprawdę za każdym razem czegoś nowego. Chcieliśmy np. kupić Mariance pchacza, nasza rehabilitantka powiedziała aby zwrócić uwagę czy ma hamulce na kołach. Jeśli nie, dziecko będzie się uczyło chodzić w nieprawidłowej pozycji – pochylone do przodu, najprawdopodobniej na palcach, naciągając ścięgna. Nie mówię już o chodzikach, o które trwa walka na wielu forach „mamowych”.

    Czy to znaczy, że wszystkie dzieci „nieprawidłowo” noszone, kładzione, za szybko pionizowane, wkładane w chodziki będą miały problemy z rozwojem fizycznym? Trudno mi to napisać, ale raczej tak. Aczkolwiek nie od razu można to zauważyć. Niektóre problemy mogą się pojawić dopiero w wieku nastu lat lub u osób dorosłych i nie są kojarzone z etapem niemowlęctwa. Oczywiście może też się komuś „udać” i uniknąć powikłań, ale czy warto ryzykować i liczyć, że moje dziecko to ominie.

    Ja nie chcę straszyć, tylko uświadomić, jak z naszej niewiedzy, której jesteśmy nieświadomi możemy przypadkowo zaszkodzić rozwojowi dziecka. Ja miałam to szczęście, że tę wiedzę otrzymałam i otrzymuję na bieżąco. Niestety pozostali rodzice są pozostawieni sami sobie, Internetowi i swojej dociekliwości. Być może w waszym otoczeniu jest ktoś (lekarz, fizjoterapeuta, rehabilitant, położna, doświadczony rodzic) kto Wam będzie w stanie podpowiedzieć jak zadbać o rozwój fizyczny dzieci już od najwcześniejszych chwil ich życia. Czasami trzeba tylko się rozejrzeć.

  • Co za dużo to nie zdrowo, czyli jak zepsuć dziecku każą przyjemność

    Kiedy zbliżają się wyjątkowe dni w roku – urodziny, święta czy jakieś rocznice – rodzice zastanawiają się jak sprawić dziecku przyjemność, jaką zorganizować niespodziankę, jaki kupić prezent aby było miło i dzień był niezapomniany. Już wielokrotnie pisałam, że nie rzeczy są najważniejsze a przeżycia. O zabawkach czy rzeczach szybko się zapomina lub przestają być potrzebne/ użyteczne/ nowoczesne/ itp. A to co się przeżyje to pozostaje w nas. Oczywiście małe dzieci nie zapamiętają, że były np. w ZOO, ale emocje, które im towarzyszyły i sprawiały radość – pozytywnie wpłyną na ich samopoczucie, rozwój i więź z tym, z kim tam były. Nie zawsze przecież pamiętamy co dokładnie robiliśmy jako dzieci, ale wiemy, że było albo fajnie, albo smutno. Dzieciństwo kojarzy się nam jako radosne lub nie. To właśnie emocje i odczucia, których wtedy doświadczyliśmy kształtują nie tylko obraz naszego dzieciństwa ale również to co przeżywamy jako dorośli.

    Skoro to przeżycia są takie ważne cześć rodziców pragnie dostarczyć swoim dzieciom jak najwięcej doświadczeń i emocji. I niestety wpadają w pułapkę „za dużo”. Z pewnością wielu z Was odczuło na własnej skórze jak zachowuje się dziecko po zbyt dużej dawce emocji, np. wieczorem po pierwszych świętach. Dzieje się dużo, za dużo w porównaniu z dniem codziennym i choć dziecko jest szczęśliwe i zadowolone, wieczorem musi odreagować. Każde robi to trochę inaczej, ale musi wypuścić z siebie nadmiar emocji. Moja Marianka np. po wigilii nie mogła bardzo długo zasnąć, choć była już bardzo zmęczona i śpiąca. Sama nie wiedział czego chce, czy się położyć, czy siedzieć, czy stać, czy się bawić… skończyło się na płaczu. Bo tak najczęściej reagują maluchy jak nie wiedzą co się z nimi dzieje, albo dostaną za dużo emocji do „przetrawienia”. Ale podobnie zachowają się dzieci trochę starsze, które w dniu urodzin będą miały nadmiar atrakcji. Jak znaleźć złoty środek?

    Pamiętać trzeba, że atrakcje – to przeżycia i emocje, zwłaszcza jeśli się przeżywa je z bliskimi. Należy stopniować przyjemności, tak aby zakończyć w momencie kiedy emocje będą na wysokim poziomie, ale nie przytłoczą. Pamiętajmy, że dzieci z wiekiem uczą się panować nad odczuciami i emocjami. Maluchom wystarczą więc niewielkie przeżycia – coś nowego, nowe miejsce lub osoba. Z czasem mogą to być większe wyzwania i atrakcje. Najlepszy moment aby „zakończyć” w punt to taki kiedy dzieci bawią się bardzo dobrze, ale nie są jeszcze zmęczone. Tak aby już się „wybawiły” ale chciały jeszcze kiedyś tego spróbować, aby im się nie znudziło. To nie jest łatwe, ale gwarantuje, że dzieci będą miały super wspomnienia i nie zepsujemy im przyjemności. Czasami lepiej rozłożyć np. świętowanie urodzin na dwa dni – jeden z koleżankami/ kolegami a drugi na wspólne wyjście z rodziną. Niech te pozytywne doświadczenia trwają dłużnej, a mniej intensywnie. A wspomnienia naszych dzieci niech mają pozytywny bagaż emocjonalny.

  • Zaraz i chwila – dwie wielkie bakterie

    Kto z nas słysząc „chwila” lub „zaraz” nie miał czasami ochoty wyskoczyć przez okno? I niezależnie czy słyszymy to od naszego dziecka czy partnera. Te dwa określenia to takie wielkie bakterie, z którymi bardzo ciężko walczyć. Ciężko, bo są z nami od najmłodszych lat. „Zarażamy” się nimi jeszcze we wczesnym dzieciństwie, najpierw są lekko uśpione, a następnie atakują z niezmierną siłą.

    Ktoś może powiedzieć „Jak to, zarażamy się?”. W bardzo prostu sposób. Już malutkie dzieci słyszą od rodziców, czasami dziadków „chwila, poczekaj, zaraz” kiedy czegoś chcą. Przecież nie rzucimy wszystkiego tylko dlatego, że dziecko w tej chwili musi dostać tę zabawkę z wyższej półki, choć już 10 innych ma na podłodze. Dla mnie jest to „oczywista, oczywistość”. Chodzi mi raczej o sposób w jaki informujemy malca, że musi poczekać. A „czekanie” jest dla maluchów bardzo trudne, ale aby funkcjonować w grupie (np. w przedszkolu) muszą się tego nauczyć. Jak więc nauczyć dziecko aby potrafiło zaczekać, aż będziemy mogli do niego podejść, a jednocześnie nie będzie „zarażało się bakteriami”.

    Powiedzmy sobie jasno, dlaczego nie lubimy „zaraz” i „chwila”. Po pierwsze sposób mówienia tych wyrazów od razu nastawia nas negatywnie. Po drugie – te wyrażenia nie są oznaką gotowości do działania, a jedynie odwleczenia jej lub uniknięcia. Wiemy, że jak ktoś mówi „zaraz” to nie ma najmniejszej ochoty zrobić tego o co go prosimy i chce się najprawdopodobniej „wymiksować”. Liczy, że zapomnimy lub odpuścimy.

    Tego właśnie uczymy nasze dzieci, kiedy zamiast wytłumaczyć, w krótkich słowach, dlaczego i ile muszą poczekać, rzucamy im z niecierpliwością „chwila”. Wystarczy poinformować dziecko, że jak tylko skończysz zmywać, smażyć, czy korzystać z toalety 😉 przyjdziesz do niego. Starszym dzieciom możemy powiedzieć, że za 10 minut będziesz do jego dyspozycji. Zadziała to tylko w dwóch przypadkach:

    1) kiedy zapytasz dziecko najpierw o co chodzi, czy nie jest to coś obiektywnie pilnego (bo wiadomo, że to co dla dziecka pilne, wcale nie musi być takie dla nas)

    2) dotrzymasz słowa i rzeczywiście po skończeniu tego co robisz czy po tych 10 minutach będziesz ze swoim dzieckiem

    Tak naprawdę aby mieć szansę na niedopuszczenie „zaraz” i „chwilę” do zaistnienia w życiu naszych dzieci mamy najbardziej kiedy są małe. Wprawdzie nie tylko my mamy z nimi kontakt, ale to my – rodzice jesteśmy wtedy dla nich największym autorytetem. Jeżeli będziemy się do naszych dzieci zwracać z szacunkiem to bez problemu nauczymy je „czekać” i mamy dużą szansę na „niezarażenie” ich „zarazem” i „chwilą”. Jeżeli my będziemy traktować nasze pociech z szacunkiem, one tak samo będą traktowały nas. I jest bardzo duża szansa na to, że jeżeli nie będą miały na coś ochoty, a my je o to prosimy, powiedzą „Mamo, tak bardzo mi się teraz nie chce. Zrobię to za godzinę”. Wierzę też, że to zrobią, bo nas szanują i dotrzymują słowa. Tego sobie i Wam życzę.

  • Zakazany owoc smakuje najlepiej

    Zakazany owoc, dumnie krąży mi nad głową,

    zakazany owoc. marzeń ciemnych tabu.

    Zakazany owoc, znowu szansa przeszła obok

    Choć już czułem ten smak (…)”

    Jeżeli dorastałeś na przełomie lat 80-tych i 90-tych to z pewnością znasz piosenkę Krzysztofa Antkowiaka „Zakazany owoc”. Któż z nas jej wtedy nie nucił z myślą „Jakie to prawdziwe. To o mnie”. Ale nie tylko nastolatki tęsknią za przysłowiowym „zakazanym owocem”.

    Już w Biblii owoc z zakazanego drzewa przyciągał uwagę Adama i Ewy, na tyle że w końcu został zerwany i zjedzony. Ale dlaczego w ogóle istnieją „zakazane owoce”? Jaka jest ich rola? Dlaczego to właśnie my rodzice je „tworzymy”?

    Najczęściej zakazujemy czegoś dzieciom ze względów bezpieczeństwa. Nie chcemy aby zrobiły sobie krzywdę. Chcemy je chronić aby nikt ich nie skrzywdził. Zakazy mają je chronić i dawać poczucie bezpieczeństwa. Ale dzieci tego nie rozumieją. Często wierzą, że są już gotowe na nowe wyzwanie, że sobie poradzą tylko my – rodzice nie chcemy aby się dobrze bawiły. I takie myślenie jest w dziecku niezależnie od wieku.

    Moja Marianka ma na podłodze matę z puzzli piankowych. Jest to wygodne rozwiązanie i dla nas (łatwo utrzymać w czystości) i dla niej (amortyzuje upadki, izoluje od podłogi, jest kolorowo i sympatycznie). Wiadomo, że dbamy o czystość w domu, ale wolałabym aby Mania nie brała do buzi brzegów tej maty. A czego właśnie chce Marianka… jak niczego na świecie pragnie jeść brzegi puzzli. Mogę Ją położyć na środku maty, a wystarczy że się tylko odwrócę a Ona turlając się i pełzając jest już na brzegu. Doszło do tego, że jak tylko się odwrócę to patrzy mi w oczy i czeka na reakcję. Kiedy mówię Jej, że puzzli się nie je, czeka… pomalutku zbliża usteczka do „zakazanego owocu”. Jednak dopóki patrzę i powtarzam „puzzli się nie je” jest posłuszna. I choć moja reakcja zawsze jest taka sama, Mania za każdym razem próbuje, czy i tym razem „owoc jest zakazany”.

    To właśnie ten „zakazany owoc” zdaniem dzieci jest najsmaczniejszy. I trzeba Go spróbować. Gdzieś tam podświadomie dzieci wiedzą, że zakazujemy czegoś dla ich dobra, zwłaszcza jeśli nasze relacje oparte są na szczerości i zaufaniu. Jednak każdy do wszystkiego dorasta, nawet do „zakazanego owocu”. Ważne dla relacji rodzic – dziecko, aby tego nie przegapić. Bo jeżeli nadal będziemy zakazywać dziecku czego na co jest już gotowe to bardzo ucierpi na tym nasza relacja. Dziecko straci zaufanie do nas, które trudno później odzyskać. Tak jak granice zawsze trzeba poszerzać z wiekiem i doświadczeniem dziecka, tak i „zakazane owoce” kiedyś muszą stać się dostępne.

    A jeżeli mamy obawy? Jeżeli wychowujemy dziecko według pewnych zasad, przekazaliśmy mu ważne dla nas wartości i mamy do niego zaufanie… to wszelkie obawy powinniśmy schować głęboko i cieszyć się, że nasze dziecko dorasta. To niełatwe, ale nikt nie obiecywał, że tak będzie 🙂

  • Moje dziecko „nie chce”

    Ile razy spotkałam się z tym stwierdzeniem. Czy to w rozmowach bezpośrednich z rodzicami czy czytając dyskusje na forach i grupach rodzicielskich. Oczywiście zdanie to kończyło się różnie „Moje dziecko nie ce…” jeść, spać, rozbić siku na nocnik, sprzątać pokoju, słuchać mnie, założyć ciepłej kurtki, oddać smoczka i co tam jeszcze dusza zapragnie. Wiem, że takie sytuacje są trudne i frustrujące dla rodzica. Bo przecież chcemy dla naszego dziecka jak najlepiej, wiem czego potrzebuje i jak powinniśmy o nie zadbać. Rodzi się więc pytanie dlaczego dzieci „nie chcą” tego lub tamtego.

    Oczywiście pomijając przyczyny medyczne większość z tych problemów będzie miało z pewnością podobne podłoże, a z już na pewno metody rozwiązania tych trudnych sytuacji mogą być bardzo zbliżone.

    Rodzice, którzy wielokrotnie próbowali namówić swoje dzieci do zmiany zdania wiedzą, że nie jest to łatwe. A większość z nich twierdzi, że ich pociechy są uparte. I choć jest duże prawdopodobieństwo, że dzieci, które „nie chcą” mają silne charaktery to daleka byłabym od stwierdzenia, że upierają się dla samej przyjemności „stawania okoniem”. Zwłaszcza małe dzieci, nie są zdolne do takiego patrzenia na świat. Nie robią nam na złość, chcą jedynie nam coś zakomunikować. Tylko co?

    Ja widzę dwa kroki do rozwiązania problemu dziecko „nie chce”. Pierwszy dowiedzieć się dlaczego, drugi przekonać do naszej racji lub odpuścić.

    Dlaczego „nie chce”? Kiedy rozmawiają z rodzicami mającymi ten problem proponuje zapytać dziecko dlaczego czegoś „nie chce”, wszyscy rodzice stwierdzają, że przecież robili to sto razy. I ja im wierzę. Tylko pytanie brzmi: kiedy i jak o to pytali? Bo jeśli pytasz 100 razy w tej samej sytuacji i nie otrzymasz odpowiedzi, to 101 też się nie uda. Proponuję zawsze zmianę momentu rozmowy i scenerii. Bo jeśli dziecko nie chce jeść, a my z bezsilnością przy jedzeniu pytamy „dlaczego?” to na dwieście procent albo nic nam nie powie, albo będzie to coś na doczepnego. Kiedyś w przedszkolu miałam chłopca, który po ponad roku uczęszczania nadal w szatni płakał, a zaraz po wyjściu rodziców się rozweselał. Rodzice oczywiście dopytywali, dlaczego płacze, przecież wrócą, kochają, itp. Nigdy nic nie powiedział, tylko się wtulał mocniej i czasami czekał na coś słodkiego. Któregoś dnia już po wyjściu rodziców, kiedy się dobrze bawiliśmy zapytałam chłopca dlaczego płacze w szatni. Odpowiedź była prosta „Bo jak to przy mamie trochę nie popłakać”. Wydawało mu się, że mama tego od niego oczekuje i być może podświadomie tak było. W każdym razie otworzył się dopiero kiedy sytuacja rannego zostawania już była za nim, kiedy był swobodny i dobrze się czuł. I właśnie tak trzeba spróbować. Porozmawiać z dzieckiem nienachalnie, trochę mimochodem, w trakcie zabawy, kiedy dobrze się czuje. Może nawet czasami poza domem? Kiedy emocje są pozytywne i dobrze się razem czujemy. To daje możliwość swobody i większej otwartości. Ze starszym dzieckiem możemy wyjść coś zjeść, pokazać, że traktujemy je poważnie, szanujemy. Oczywiście problemu jest z tymi dziećmi, które jeszcze nie mówią, ale o tym później.

    Kiedy już wiemy dlaczego „nie chce” warto zastanawiać się co dalej z tym fantem zrobić. Mamy dwa wyjścia, albo próbować dziecko przekonać do naszych racji albo ustąpić. Czasami powód „nie chcenia” może wydać się nam tak banalny, że aż prosi się o zignorowanie. Jednak takie postępowanie tylko oddali nas od dziecka i pokaże, że nie szanujemy jego odczuć i przekonań. Czasami więc warto zastanowić się czy nie opuścić. Może ta sprawa nie jest dla nas tak ważna, a dla dziecka z kolei bardzo ważna. To pokaże nasz szacunek.

    Czasami może okazać się, że dziecko czego „nie chce” bo coś mu się wydaje. Że jest mniej kochana, że go zmuszamy, że nie jest jeszcze gotowe, że jest już gotowe na coś nowego, że nie ma prawa decydować o sobie. W takich sytuacjach dobra rozmowa powinna rozwiązać problemy. Nasze zapewnienia i różne drogi rozwiązań powinny zapewnić dziecku poczucie bezpieczeństwa i odpowiedzialności za samego siebie. A chcą tego już nawet maluchy.

    Wspomniany problem „nie jestem jeszcze gotowy” lub „jestem już gotowy” często leży też w nas rodzicach. Wydaje nam się, że dziecko już powinno coś opanować, a ono jeszcze „nie chce” albo z kolei już „nie chce” bo czuje, że jest gotowe na następny krok, a my się jeszcze obawiamy. Tu musimy najpierw przekonać samych siebie co jest prawdą, a co nam się wydaje. Tak jest z siedzeniem Marianki. Jak się ją posadzi to teoretycznie siedzi, dopóki się nie zorientuje, że to robi. A później albo pada, albo próbuje się oprzeć. I choć nam się wydaje, że ona „nie chce” wiem, że jeszcze coś jej przeszkadza. Być może jest to Jej jakieś przekonanie, strach? Trudno stwierdzić, możemy tylko zgadywać. Z kolei my jesteśmy przekonani, że skoro ma problem z siedzeniem, nie mówiąc już o samodzielnym siadaniu to nie powinna brać się za stanie i chodzenie. Marianka udowadnia nam, że to nie prawda. Pokazuje, że dla Niej jest to łatwiejsze z Jej funkcjonowaniem mięśni i koniec. Można ją przewiązać do podłogi, a i tak będzie szukała i próbowała jak tu wstać. Z maluchami czasami trzeba po prostu na wyczucie.

    Zanim stwierdzimy kategorycznie, że nasze dziecko czegoś „nie chce”. Spokojnie zastanówmy się dlaczego i jak możemy dojść do konsensu. Zróbmy to w chwili wolnej od negatywnych emocji. Wspólnie postarajmy się znaleźć rozwiązanie.