Tag: rodzic

  • Ja sama… instrukcja jak niechcąco zabić samodzielność

    Brudna buzia, ręce, uszy, oczy, nos, broda, włosy… a i ja. Wszystko w zupie/ obiadku. A jak do tego doszło? Marianka kilka dni temu podczas karmienia wyrwała mi łyżkę z ręki i sama zaczęła ją pchać do buzi. Kilka razy już próbowała sama jeść łyżeczką, ale tylko przez chwilę. Od kilku dni w porze obiadowej ja tylko nakładam jedzenie na łyżkę, a Mania sama pakuje je do buzi, lub gdzie tam trafi 🙂 I o ile się ciesze, że chce sama jeść i to bez mojej jakiejś specjalnej zachęty, to jak po takim jedzeniu wygląda Ona, ja i krzesełko już takie fajne nie jest. Dodam tylko, że nie bardzo lubię dotykać rękoma paćkowatych rzeczy, jak gotuje to co chwila myję ręce. Tak więc zupa wszędzie powoduje u mnie lekkie mrowienie na plecach. Ale trzymam się bo wiem, że próby samodzielnego jedzenie to kolejny krok Marianki w usamodzielnianiu się. A od Jej urodzenia jedną z najczęstszych próśb w czasie modlitwy było właśnie to, aby w przyszłości była samodzielna i nie wymagała niczyjej dodatkowej opieki. Tak więc moje lekkie fobie i bałagan są niczym wobec chęci wyjścia naprzeciw samodzielności mojej córeczki. Ale przez wiele lat pracując z dziećmi w przedszkolu i z zuchami obserwowałam stan zupełnie odmienny. Mam wrażanie, że jestem inna, próbując uczyć samodzielności Mariankę od Jej urodzenia.

    Najczęściej spotykałam się i spotykam z bardzo kochającymi rodzicami, którzy zrobiliby i oddaliby dla swego dziecka wszystko. A kończy się na tym, że wychowują dziecko, nastolatka a później dorosłego, który ma dwie lewe ręce i nie potrafi – choćby chciał nic zrobić. Ale bardzo często nie chce, bo uważa, że wszystko się mu należy. I wtedy jest płacz rodziców i zgrzytanie zębów. Bo wymaga, bo żąda, bo nic nie robi, bo nie pomaga. Nie widzą, że sami do tego doprowadzili. Ile razy spotkałam się z sytuacją kiedy rodzic przychodzi po dziecko do przedszkola, a ono zamienia się w „patyczaka”. W szatni nie założy bucików, kurtki czy czapki. A kilka godzin wcześniej idąc na spacer robiło to samodzielnie. Jak to się dzieje. Dziecko wie, że rodzic zrobi to za nie. A rodzic chcąc zrobić to szybciej, sprawniej po prostu wyręcza. Inna sytuacja. Jesteśmy na kolonii zuchowej. Przyjeżdżają rodzice odwiedzić dzieci i pytają „Kto pościelił Ci tak ładnie łóżko?”, a kiedy dowiadują się, że dziecko zrobiło to samo są zdziwieni. Bo w domu to nigdy. Ale pytanie czy kiedykolwiek pokazali mu jak to zrobić, pomogli, pochwalili? Kiedyś jedna mama nie mogła uwierzyć, że pozwoliłam 6 – 8 latkom zrobić sobie kanapki na kolację. Oczywiście dostali noże do masła i byłam przy tym, ale zuchy były w siódmym niebie. Większość robiła to po raz pierwszy. A zjadły dwa razy więcej kanapek niż normalnie. Bo same je robiły. Powiem więcej, pozwalałam smarować masło na kanapki 4-latkom (noże plastikowe)… horror.

    Dzieci na każdym etapie rozwoju mają naturalny pęd do usamodzielniania się. I to od momentu urodzenia. Zwłaszcza nam mamom trudno jest to zaakceptować. Ale taka jest prawda. To iż jest to naturale zjawisko nie znaczy, że nie można go zatrzymać lub zahamować. Wystarczy dziecku nie dać czegoś zrobić samodzielnie kilka razy, wyręczyć czy zakazać. Bo zrobi sobie krzywdę, bo się pobrudzi, bo zmęczy, bo zrobię to lepiej, szybciej… Dziecko się zniechęci, złapie lenia i po wszystkim.

    Czasami nauka samodzielności jest dla nas uciążliwa. Bo trzeba posprzątać cały bałagan po samodzielnym jedzeniu. Bo trzeba zabezpieczyć mieszkanie kiedy dziecko zaczyna chodzić (zamiast zamykać na cały dzień w kojcu). Trzeba przeznaczyć dłuższy czas na wyjście z dzieckiem po zakupy bez wózka aby ćwiczyło chodzenie. Bo potrzeba cierpliwości aby dziecko nauczyło się nowej umiejętności. Ale to wszystko procentuje. Na przyszłość. Jeśli dziś pozwolimy dziecku uczyć się nowy rzeczy będzie to chętnie robiło przez całe życie. Będzie odważne, otwarte i samodzielne… Nie przeszkodzi temu procesowi usamodzielniania jeśli raz na jakiś czas wyręczymy dziecko. Bo każdemu należy się czasami dzień leniucha 🙂

    Ale do tego wszystkiego trzeba ogromnej dozy cierpliwości, spokoju i patrzenia w przyszłość… Czy ja zawsze mam tę cierpliwość? Nie, ale staram się pamiętać na jaką osobę chcę wychować Mariankę. W trudnych chwilach biorę głęboki oddech i patrzę w przyszłość, szukam skutków mego postępowania. Ale przede wszystkim staram nie skupiać się na trudnościach ale cieszyć z każdej próby bycia samodzielną. Bo to oznacza, że Mania rozwija się dobrze, a ja Jej w tym nie przeszkadzam. Bo przy uczeniu się samodzielności rodzic powinien być obserwatorem, ewentualnie od czasu do czasu trenerem, który udziela wsparcia.

    A potem żyli długo, szczęśliwie i samodzielnie 🙂

  • Żeby wiedzieć jak pomóc

    Panika… najczęściej towarzyszy nam kiedy stanie się coś nieprzewidzianego. Widziałam wielu rodziców, zwłaszcza mam, które w obliczu niespodziewanego zdarzenia zaczynały panikować. Kiedy dziecko ma nawet jakiś drobny wypadek ostatnie czego mu potrzeba to właśnie takie zachowanie. Do tego dochodzi często użalanie się „Oj, bardzo boli” lub coś w tym stylu. Najważniejsze zaś w takiej sytuacji jest zachowanie zdrowego rozsądku. I nie ważne czy mówimy tu o skaleczeniu czy o poważniejszym urazie.

    Pamiętam, kiedy byłam w ostatniej klasie szkoły podstawowej i prowadziłam samorząd uczniowski organizowaliśmy bal karnawałowy dla młodszych klas. Na sali gimnastycznej była dyskoteka dla dzieci, a w salach lekcyjnych poczęstunek. Jakiś czwartoklasista biegł po schodach po jakieś picie czy słodycze i się przewrócił. Działo się to na moich i koleżanki oczach. Zaprowadziłyśmy go do wychowawczyni i rodziców, a tam dzika panika, bo bolała go ręka. Nikt nie próbował go nawet obejrzeć tylko „co tu robić, co tu robić”. Widząc to nie czekałyśmy z koleżanką długo (też była harcerką) tylko zobaczyłyśmy tę rękę – zaczynała puchnąć, bolała przy poruszani, ale palcami dał radę poruszać. Usztywniłyśmy prowizorycznie i kazałyśmy dorosłym zadzwonić po pogotowie. Niby proste, a jednak ktoś to musiał zrobić. Nie piszę o tym aby się pochwalić tylko abyście mogli zobaczyć jak łatwo można stracić głowę w sytuacji, kiedy nie jest tragicznie ale trzeba pomóc. Trzeba zachować zimną krew i zdrowy rozsądek.

    Wiem, że bywa to trudne. Mam to szczęście, że w sytuacjach kryzysowych potrafię wziąć się w garść. Pewnie po części wynika to z mojego charakteru, ale też dużą zasługę ma w tym moja wiedza i doświadczenie. Jako harcerka już od małego byłam uczona jak postępować w nagłych przypadkach. Takich najzwyklejszych: skręcenie, złamanie, omdlenie, krew z nosa, skaleczenie. Byłam uczona, ze po prostu trzeba pomóc. I tyle. Te podstawy poszerzyłam później na kursie dla harcerskich ratowników medycznych. Tam dowiedziałam się jak zaradzić w poważniejszych przypadkach: wypadkach komunikacyjnych, zatrzymaniach akcji serca, resuscytacji, itp. Skoro wiem jak mogę pomóc to nie panikuję, tylko to robię. Wiedza i umiejętności praktyczne dają mi pewność, że dam radę. A kiedy nie wiem co zrobić, po prostu wzywam pomoc.

    Korzystałam z tej wiedzy i umiejętności wielokrotnie podczas pracy w przedszkolu czy żłobku, opieki nad zuchami i harcerzami na zbiórkach czy wyjazdach. Pozwoliła mi też ona pewniej poczuć się w roli matki, zwłaszcza matki wcześniaka. Wiem, że jeśli coś się stanie to nie będę panikowała tylko działał.

    Wiem, ze trudno się czasami zmienić. Ciężko jest przezwyciężyć swoje przyzwyczajenia i skłonności. Ale my rodzice, powinniśmy wystrzegać się panikowania w sytuacjach kryzysowych. Bardzo pomaga w tym wiedza. Zachęcam wszystkich rodziców i przyszłych rodziców do tego aby ją zdobyli. Nie jest to wiedza tajemna. Wystarczy wybrać się na krótkie lub dłuższe szkolenia, aby nie tylko teoretycznie ale i praktycznie nauczyć się jak pomóc swemu dziecku i najbliższym, jeśli coś im się stanie.

    Życzę Wam i sobie, abyśmy tej wiedzy nigdy nie musieli wykorzystywać. Ale warto wiedzieć jak pomóc.

  • Czasami Cię nie lubię… choć zawsze kocham

    Jeśli macie dzieci, które już w miarę dobrze mówią pewnie choć raz w życiu słyszeliście „Nie lubię Cię”… a czasami patrząc na potomka lub partnera sami to pomyśleliście. Ja rzadko kłócę się z moim mężem, ale jeśli już, to wtedy często pada stwierdzenie „W tej chwili Cię nie lubię… choć nadal kocham”. Bo tak jest.

    Czasami denerwujemy się na naszych bliskich. To normalne. Zwłaszcza kiedy nam na kimś zależy. I wtedy właśnie tak jest, że w tym momencie, w tej chwili nie czujemy sympatii do tej osoby. Dzieci są odważne i mówią to co czują (w odróżnieniu od wieli dorosłych). Dorośli kiedy słyszą takie słowa, robi im się przykro. Obrażają się, zamiast zastanowić się dlaczego nasze dziecko tak się poczuło. Co takiego się wydarzyło, czy może jednak coś zrobiliśmy nie tak. A może po prostu to czego wymagamy od dziecka nie psuje mu? Może jest złe, choć wie, że mamy rację?

    Inni rodzice zaczynają dziecku tłumaczyć, że tak nie można mówić, że to nieładnie, że trzeba kochać mamusię i tatusia. Tylko czy takie słowa mają cokolwiek wspólnego z miłością dziecka do nas? Nic, a nic. Dziecko komunikuje to co czuje w danym momencie i w danej sytuacji. A my chcemy je nauczyć, żeby nie wyrażało swoich emocji.

    Więc co zrobić? Oczywiście można powiedzieć, że jest mi przykro, że tak dziecko czuje. Ale w żadnym razie nie należy podważać tego, że właśnie to czuje. I rozumiemy i nadal je kochamy. Można powiedzieć, że mam nadzieję, że kiedy już się pogodzimy i rozwiążemy nasz problem, znowu dziecko będzie nas lubiło. Można też się zapytać dlaczego konkretnie nas nie lubi, wtedy być może będzie łatwiej nam dojść do porozumienia.

    A czy samemu warto mówić, że się kogoś nie lubi? To zależy. Jeśli ma się siłę i chęci… to tak. Zwłaszcza bliskim dorosłym. A dzieciom? To dużo zależy od wieku i relacji między rodzicem, a dzieckiem. Warto jednak pamiętać, że jeżeli chcemy to powiedzieć to zawsze należy dodać „w tej chwili” oraz „ale nadal cię kocham”. Dziecko nie może poczuć choć na chwilę wątpliwości czy rodzic je kocha. W trudnych rozmowach z dziećmi warto używać sformowań „Bardzo Cię kocham, ale jestem teraz na Ciebie zły/ zdenerwowany…” można dodać „potrzebuję przez moment być sam”. To też pokazuje dzieciom w jaki sposób można się komunikować.

    Przecież wszyscy czasami mamy negatywne emocje. Są one trudne, ale trzeba nauczyć się sobie z nimi radzić. Nie cisnąć w sobie. A jak to zrobić lepiej niż poprzez obserwacje jak radzą sobie rodzice.

    Nie bójmy się swoich negatywnych emocji. Strach, złość czy zdenerwowanie nie są złe i nie wpływają na naszą miłość do drugiej osoby. Pokażmy dzieciom, jak sobie z nimi radzić oraz to, że nawet po najgorszej awanturze trzeba się przytulić i ukochać 🙂 Bo nie warto długo rozpamiętywać złych rzeczy.

  • Kto wychowuje nasze dzieci? My czy głosy w naszej głowie?

    Dzisiaj wiele przyszłych mam bardzo rzetelnie przygotowuje się do nowej roli. Czytają książki, poradniki, zaglądają na strony internetowe, rozmawiają z koleżankami i krewnymi. Zresztą po porodzie też zasięgają opinii – często na forach internetowych czy grupach dyskusyjnych.

    Jednak okazuje się, że rady i zasady, które super sprawdziły się u innych na moje dziecko nie działają. I wtedy zaczyna się koszmar. Czy to ja jestem złą matką? Czy to z moim dzieckiem jest coś nie tak? W książce napisali, że już powinno trzymać główkę, a to słabo wychodzi. Ile i co powinno jeść mając 2 miesiące i 8 dni? Czy coś zaniedbuję? Czy przegapiłam? Dziecko pluje moimi zupkami, ale słoiczka nie dam bo przecież nikt tym nie karmi dzieci… Wszyscy chodzą z 1,5 rocznym dzieckiem na jakieś zajęcia dodatkowe, a ja nie… będzie miało gorszy start… Moja babcia, mama, siostra, koleżanki karmią piersią i ja też muszę, to nic że dziecko nie chce, przecież nie będę złą matką i nie podam butelki… Nie nosić czy nosić… Reagować od razu na płacz czy czekać… Spać z dzieckiem czy odkładać je do łóżeczka… Gdzie kupić kurczaka grzebiącego i zjadającego to co znajdzie… Jak? Gdzie? Kiedy? Wszyscy… Wszystko… Nigdy…

    Można się załamać, oszaleć, a tak w ogóle to najlepiej zakręcić się w koc i schować. Tylko jak skoro dziecko znowu płacze?

    Jest na to wszystko jedna rada… Zdrowy rozsądek. Bez tego ani rusz. Warto się zastanowić jakimi rodzicami chcemy być. Zestresowanymi, szukającymi poparcia z zewnątrz? Czy może takimi, którzy na spokojnie analizują wszystko, a zaczynają od siebie, swego dziecka i intuicji. Nie bójmy się wierzyć intuicji. Przecież chcemy dla naszego dziecka jak najlepiej. Wsłuchajmy się w to jakie sygnały nam daje dziecko, czego potrzebuje. Jeśli my jesteśmy zestresowani to i maluch to odczuwa. To oczywiste, że nie wiemy od razu wszystkiego. Nikt nie wie. Wszystkiego można się nauczyć, wszystko można opanować. Trzeba tylko chcieć i nie panikować. Na wszystko trzeba czasu. Nie ma idealnych rodziców. Są jednak tacy, którzy są najlepsi jacy mogą być dla swojego dziecka.

    Czy w takim razie mamy nie pytać nikogo, nie prosić o pomoc? Oczywiście, że pytać i prosić. Pamiętajmy jednak, że ostatecznie to my jesteśmy rodzicami naszych dzieci. My znamy je najlepiej, wiemy czego im trzeba. To my słuchając różnych rad, obserwując nasze dziecko i sprawdzając jak my sami się z tym czujemy, podejmujemy decyzje. Oczywiście jeśli czujemy w jakiejś sferze niepokój warto diagnozować u lekarza lub specjalisty, ale nie na forum internetowym. Tam pytajmy o rzeczy praktyczne, pamiętając że to co u innych się sprawdziło u naszego dziecka nie musi, bo każde dziecko jest inne. Wysłuchajmy rad mamy, teściowe, siostry, koleżanek czy ciotek i zróbmy tak jak czujemy.

    Nie czujmy się złym rodzicem, bo robimy coś inaczej niż wszyscy. Jeśli tylko nasze dziecko rozwija się prawidłowo, nie choruje, jest szczęśliwe, a my z nim ufajmy swojej intuicji. A rady traktujmy jak rozszerzenie horyzontów a nie wyrocznie.

  • Czego i po co uczymy?

    Czy zastanawialiście się kiedykolwiek czego tak naprawdę dzieci uczą się w szkole i po co? I teraz pewnie pomyślicie sobie, że co najmniej uderzyłam się czymś ciężkim w głowę. Przecież każdy z nas chodził do szkoły i wie, czego się w niej uczy. A po co? To do końca nie wiadomo. Bo któż z nas w codziennym życiu używa całek czy oblicza pojemność dziesięciościanu. Nie mówiąc już o znajomości cyklu życia rozrodczego żaby. Z pewnością każdy rodzic, który ma dziecko w szkole potrafiłby wskazać multum rzeczy, których ich latorośl uczy się tylko na pamięć, a później z tego nie korzysta. Więc po co właściwie posyłamy nasze dzieci do szkoły? Po co uczą się tych wszystkich sinusów i partykuł? Po co je tak obciążać?

    Są tacy rodzice, którzy odpowiadając sobie na te pytania wybrali alternatywę dla swoich dzieci czy to naukę w domu, czy np. szkołę demokratyczną (o której więcej, mam nadzieję niedługo przeczytacie w dziale „gościnnie”) czy inne nowatorskie rozwiązania. Ale większość z nas, może i narzeka, ale w gruncie rzeczy akceptuje stan, który jest obecnie.

    Chciałabym abyśmy na naukę w szkole spojrzeli trochę z szerszej perspektywy, bardziej celowo i perspektywicznie. Spróbujmy spojrzeć na nią nie przez pryzmat tylko i wyłącznie informacji, jakie otrzymują nasze dzieci, ale tego co wynoszą ze szkoły jako wartość dodaną.

    Trochę zagmatwane? Już tłumaczę o co mi chodzi na przykładzie. Prowadząc szkolenia dla instruktorów harcerskich mówiłam im, że podczas nauki terenoznawstwa uczą tak naprawdę czego innego. Bo jakie jest dziś prawdopodobieństwo, że dziecko ze szkoły podstawowej zgubi się samo w lesie bez komórki? No raczej niewielkie. Ale, że młody człowiek w wieku licealnym pojedzie samo do nowego miasta… już większe. Więc ucząc sposobów wyznaczania północy bez kompasu, uczymy tak naprawdę pewności, że skoro poradziłbym sobie w lesie sam, to w mieście tym bardziej. Mogę skorzystać z planu miasta (w formie tradycyjnej – papierowej lub internetowej), mogę zapytać o drogę. Wiem, że dam rady.

    I tak jest ze wszystkim czego uczymy się również w szkole. Pośredniość (które jest jedną z cech metody harcerskiej) jest nierozerwalnie złączona z nauką sformalizowaną. Niestety wielu moich kolegów nauczycieli zapomina o tym, że nie najważniejsza jest treść, ale coś więcej. Muszę tu dodać na ich usprawiedliwienie, że sam system edukacji narzuca ramy poza, które ciężko wyjść. Ale chcieć to znaczy móc.

    I tak podczas nauki gramatyki języka polskiego ważne jest np. poczucie, że potrafię się porozumiewać w sposób jasny i klarowny z innymi. Nauka tabliczki mnożenia to nie tylko „tłuczenie” na pamięć ale bardzo dobre ćwiczenie pamięciowe, które pozwala nam rozwijać swój umysł i otwierać na nowe informacje. Zajęcia z plastyki to nie tylko malowanie czy wyklejanie, ale przede wszystkim uwrażliwianie na piękno i dobro. Zadania z matematyki czy innych przedmiotów ścisłych to przede wszystkim szukanie rozwiązań problemów. Rozpatrywanie rożnych rozwiązań i dochodzenie do sedna problemu. Takie przykłady mogłabym mnożyć. Szkoda tylko, że tak mało się o tym mówi. Bo chodzi przede wszystkim o celowość (kolejna cecha metody harcerskiej) działań edukacyjnych. Uczeń nie musi w nauce widzieć czegoś więcej, ale z pewnością nauczyciel tak. I nie ma to być nauczenie treści czy zrealizowanie podstawy programowej. Ale głębokie wewnętrzne przekonanie, że poprzez proste czynności czy informacje rozwijamy w dzieciach i młodzieży coś więcej. Coś co pozwoli im w przyszłości znaleźć swoje miejsce na ziemi. Wybrać drogę, którą chcą podążać. I niezależnie jaka to będzie droga, każda treść jaką poznali w całej swej edukacji będzie wspierała a nie wadziła. Będzie otwierała na świat, poszerzały światopogląd, pokazywała więcej i dalej…

    To nie są moje marzenia. To jest realne. Ale w tym aby tak wyglądała nauka naszych dzieci muszą pomóc dorośli. Zarówno nauczyciele jak i rodzice.

    Patrzymy dalej i szerzej, chciejmy od edukacji więcej… dla naszych dzieci i dla nas samych.

  • Bądź grzeczny! Zachowuj się! Czyli jakie banały mówimy naszym dzieciom

    Każdemu z rodziców lub wychowawców choć raz w życiu zdarzyło się w ten sposób zwrócić uwagę dziecku. Mówimy im o grzeczności, dobrym zachowaniu. A później okazuje się, że dzieci nas nie słuchają. Dlaczego?

    Sprawa jest bardzo prosta. Nie wiedzą czego od nich oczekujemy. Bo to co dla nas znaczy słowo „grzeczność” to już nie koniecznie jest zrozumiała dla dzieci. Jeśli mówimy „zachowuj się” to przecież niezależnie od tego co robi dziecko – jakoś się zachowuje. Przecież zawsze jakoś się zachowujemy. Dodanie słowa „dobrze się zachowuje” nie specjalnie tu pomoże. Dla nas dorosłych za słowami „grzeczność” i „zachowanie” stoi wiele czynności, które naszym zadanie dzieci powinny lub nie powinny wykonywać. I co w tym wszystkim jest najlepsze – nasze dzieci potrafią to zrobić, tyle, że nie wiedzą, iż właśnie w tej chwili tego od nich oczekujemy. Bo często jest tak, że mówimy o grzeczności w różnych sytuacjach i różnych zachowań oczekujemy wtedy od dzieci. Czasami chcemy aby były cicho, kiedy indziej aby aktywnie uczestniczyły w zajęciu. Raz mamy takie oczekiwania a innym razem zupełnie nowe.

    Dzieje się tak dlatego, że chcemy aby dzieci zachowywały się naszym zdaniem adekwatnie do sytuacji. A one do pewnego momentu swego rozwoju nie są w stanie ocenić obiektywnie, jak powinny się w danej chwili zachować. Jak odpowiedzieć na nasze oczekiwania. Dopiero w procesie socjalizacji uczą się zachowań adekwatnych do powtarzalnych sytuacji, a następnie do sytuacji nowych. Nikt z nas, a co dopiero dzieci, nie czyta nikomu w myślach.

    Najskuteczniejszym sposobem na jasny i klarowny przekaz naszych intencji co do zachowania dziecka jest konkret. I to najlepiej taki, z którym jest ono zapoznane wcześniej. Kiedy wiemy, że jakaś sytuacja zaistnieje (np., wizyta cioci, wyjście do parku, wyjazd na święta, spotkanie z nową osobą). Ustalmy jasne zasady i nasze oczekiwania względem zachowania dziecka. Najlepszym sposobem jest zadanie pytań „Jak myślisz, jak powinieneś się zachowywać kiedy będzie ciocia”, „A czego nie powinieneś robić podczas jej odwiedzin”. Dziecko, zwłaszcza takie które na co dzień zna zasady dobrego wychowania szybko upora się z tym zadaniem. Jeśli coś mu umknie warto uzupełnić te listy. Kiedy dziecko samo przywoła pożądane i niechciane zachowania zrozumie czego się od niego oczekuje i będzie mogło to zrobić. A do tego będzie z siebie zadowolone, że tak wiele wie o dobrym zachowaniu. Jeśli chcemy coś jeszcze dodać od siebie to warto wytłumaczyć dziecku dlaczego chcemy to zrobić – „Ciocia ostatnio chorowała i tym razem nie będzie mogła bawić się z tobą na dywanie. Jeśli chcesz możecie w coś pograć przy stole”. Jeśli coś jest dla dziecka jasne bardzo chętnie spełni nasze oczekiwania. Większość dzieci woli być „grzecznymi” zwłaszcza jeśli właśnie wtedy skupiają na sobie uwagę rodziców.

    Podobnie ma się rzecz z wszelkiego rodzaju wyjściami i kupnem masy rzeczy, których nie chcemy kupić. Jeśli idziemy do parku również zapytajmy o to co można, a czego nie. Dodatkowo ustalmy nasze wydatki, np. „Dzisiaj nie zabieram z sobą portfela. Więc pamiętaj o tym i nie proś mnie o kupienie czegokolwiek” lub „Dziś idziemy tylko na lody, nie proś mnie o balona czy coś innego”. Dla niektórych dzieci nie będzie od razu to łatwe i przyjemne. Ale jeśli ustalamy zasady to się ich trzymajmy. Bo inaczej stracimy w oczach dziecka (nawet jeśli w danym momencie będzie się cieszyć z balonu).

    A kiedy coś się dzieje nagle. Wtedy zróbmy stop klatkę i wyjaśnijmy dziecku czego oczekujemy i jak ma się zachować. Zawsze konkretnie, jeśli trzeba z przykładem lub wyjaśnieniem powodu naszych oczekiwań.

    Nie utrudniajmy dzieciom poznawania zasad rządzących światem dobrego zachowania, podawajmy im konkretne przykłady a nie rzucajmy banały, których sami czasami nie rozumiemy. A wtedy wiele rzeczy i sytuacji stanie się przyjemniejszych 🙂 A jeśli teraz pomożemy dzieciom opanować trudną sztukę zachowania adekwatnego do sytuacji, będzie im odnaleźć się w wielu sytuacjach w dorosłym życiu.

  • Przyjaźń, pasja i coś jeszcze. Tego chciałam dla moich dzieci

    Moja przygoda z harcerstwem zaczęła się, gdy miałam 7 lat, a skończyła … – właściwie to się nie skończyła. Aktywną działalność prowadziłam do momentu narodzin syna, a i potem jeszcze przez trzy lata miałam ciągły kontakt z drużyną. Dopiero gdy urodziła się córka, oficjalnie odeszłam z drużyny. Aktywnie już nie działam, ale kontakt z harcerstwem mam cały czas – poprzez młodą, która w poszukiwaniu swojego miejsca przeszła przez różne drużyny, aż w końcu zacumowała w tej, na której i ja skończyłam działalność

    Co mi dało harcerstwo? Męża , a poza nim poczucie własnej wartości, nauczyło odwagi, wyrażania swoich poglądów, samodzielności. Bycie harcerką sprawiło, że ciągle idę do przodu, że ciągle szukam czegoś nowego, nie boję się wyzwań, daję sobie radę z trudnościami, jakie niesie życie. Odkrywam nowe pasje – od dziewięciu lat tańczę hip hop . Teraz rozmyślam nad kolejnymi studiami podyplomowymi, nad jakąś zmianą w swoim życiu. Harcerstwo to też masa wspomnień – jedzenie żabiego udka pieczonego nad ogniskiem podczas nocnego samotnego pobytu w lesie, nocne wędrówki, spanie w październiku pod gołym niebem, przy ognisku, podczas gdy w menażce woda zamarzała, przechodzenie po linie nad rzeką, rąbanie drewna do kuchni, stawianie masztu, całodobowe milczenie, zdobywanie sprawności, stopni, patentów. Zaszczepiona miłość do gór, wędrówek, ciekawość świata i ludzi. No i przyjaciele – mimo odległości, jaka nas często dzieli (liczona w setkach, a nawet tysiącach kilometrów) – wciąż mamy ze sobą kontakt.

    Dzieci, tak jak i ja, od małego miały kontakt z harcerstwem. Syn w gimnazjum zrezygnował z życia harcerskiego na rzecz życia naukowego (wessało go Towarzystwo Astronomiczne Almukantarat – to z nimi zaczął jeździć na biwaki i obozy), córka miała roczną przerwę, a po niej trafiła do mojej drużyny i tu już została. Młody poza szkołą przez całą swoją edukację chodził dodatkowo na kółko informatyczne, by w liceum pomagać w prowadzeniu zajęć, jeździł jako wykładowca na zielone szkoły i obozy naukowe, a teraz jest studentem drugiego roku informatyki w Anglii. Młoda z kolei od 12 lat tańczy, działa w dwóch drużynach harcerskich, jeździ konno – aktualnie jest w drugiej klasie liceum.

    A co dzieciom dało harcerstwo? Syn po raz pierwszy pojechał na obóz w wieku 8 lat. Co roku gdzieś jeździł, zmieniając po drodze towarzystwo (bo stylu życia nie – i harcerze, i Almukantaratowcy śpią w bazach harcerskich, schroniskach, żyją skromnie, acz wesoło ). Z nieśmiałego, lękliwego chłopczyka zamienił się w odważnego młodzieńca, pełnego wiary w swoje możliwości, zawsze chętnego do działania, do podejmowania nowych wyzwań, samodzielnego (ma za sobą rok życia w obcym kraju, bez rodziny i przyjaciół, przeprowadzkę z akademika do domku). Córka zaczęła wcześniej, swoje pierwsze zimowisko zaliczyła w wieku 6,5 lat, też co roku gdzieś jeździ. Nabrała pewności siebie, nauczyła się wielu ciekawych i przydatnych rzeczy, sama budowała łóżko, kopała doły pod latrynę Radzi sobie z wieloma zajęciami naraz, jest zorganizowana, poukładana. Oboje są w stanie funkcjonować bez mamy 😉

    Fajnie jest patrzeć na swoje dzieci, jak mają jakieś pasje, swoje życie. Z jednej strony jest tęsknota za tymi maluszkami ciągle potrzebującymi mamy, a drugiej duma, że udało się wychować mądre i samodzielne dzieci, które bez lęku, za to z wiarą w swoje możliwości wychodzą w świat. Nie było to proste, trzeba było ciągle przełamywać swój lęk o nie, ukrywać swoją troskę i pozwalać na coraz większą samodzielność, podsuwać nowe wyzwania do pokonania. Ale warto było

    Agnieszka Bogacka

    mama dwójki prawie dorosłych dzieci

    harcerka, tancerka hip hop

  • Łzy same płynął czyli jestem tylko słabym człowiekiem

    Myślę, że każda mama przeżyła kiedyś taki dzień czy ranek kiedy miała ochotę usiąść i płakać… albo rzeczywiście usiadła i płakała. To bezsilność sprawia, że łzy same napływają do oczu.

    Tak właśnie wyglądał mój dzisiejszy ranek. Marianka od kilku dni jest w trakcie przestawiana swego dotychczasowego planu dnia. Przesunęły się nam pory posiłków i spania. Coraz niechętnie je w nocy co 4 godziny. Ale dzisiejsza noc była bardzo ciężka dla nas obu. Problem z jedzeniem, marudzenie, zmęczenie i bezsilność. I wielka złość… moja na samą siebie. Bo nie mogę się złościć na Manię, przecież jest dzieckiem i słucha potrzeb swego organizmu, które ja próbuję zrozumieć a nie zawsze potrafię. To nie Ona zawodzi w takich sytuacjach, bo przecież nie wie co się z Nią tak naprawdę dzieje. To ja jestem dorosła i muszę to wszystko rozumieć, a jednocześnie akceptować swojej i Jej uczucia. To ja jestem w stanie ogarnąć rozumem to wszystko co się dzieje i jak. Zrozumieć, że jest coraz starsza i Jej potrzeby się zmieniają, zarówno te psychiczne, jak i te fizyczne. I nawet jak się skupisz na rozwoju empatii to czasami po prostu jest ciężko.

    W takich trudnych dla rodzica i dziecka sytuacjach może zadziać się kilka rzeczy. Zwłaszcza kiedy cierpliwość jest wystawiona na próbę. To właśnie takie sytuacje są najczęstszym powodem kiedy po raz pierwszy wymierza się klapsa. To nasza bezsilność powoduje, że podnosimy rękę na dziecko, któremu w niczym to nie pomoże. To ta bezsilność pcha ludzi do kroku z którego później bardzo trudno się wycofać, kroku który może zaprowadzić jedynie w ślepy zaułek.

    Jest jednak inny sposób na to aby pokonać bezsilność, potrzebujemy jednak wtedy pomocy. I ja dziś właśnie skorzystałam z tego drugiego wyjścia. Kiedy moje emocje sięgnęły zenitu. Kiedy czułam się złą matką, której brak cierpliwości… kiedy czułam, że w tej chwili bije ode mnie negatywny przekaz… ucałowałam moją Mariankę, powiedziałam, że wychodzę na basen a ona zostanie z tatą i jak przyjdę wyściskamy się, wykochamy i będzie znowu dobrze. I rzeczywiście jeszcze na zajęciach z aqua aerobiku buzowały we mnie emocje, jeszcze wracając do domu kłębiły się we mnie, jeszcze gdzieś te łzy tkwiły w kącikach oczu, ale przeszło mi. Odpuściłam sobie i powiedziałam, że jestem tylko człowiekiem i mam prawo czasami do takich chwil. I w momencie kiedy weszłam do domu i zobaczyłam Mariankę w łóżeczku myślałam już tylko o tym aby Ją przytulić. Już miałam siły na wszystko. Powiedziałam Jej, że ją bardzo kocham i będzie już dobrze, a kiedy na jej poważnej buzi pojawił się uśmiech i chwyciła mnie za palce… zrozumiałam, że ona też chce mi przekazać, że „Mamo, jest ok”.

    Każdy rodzić przechodzi trudne momenty, kiedy jest zmęczony, zdenerwowany, czuje bezsilność i złość. Jesteśmy tylko ludźmi. Ważne jest to co zrobimy i jak te emocje rozładujemy. Czy pozwolimy aby poniosły nas i wymierzymy klapsa, którzy nigdy nie powie naszemu dziecku, że je kochamy. Czy damy sobie chwilę na wstrzymanie. Pozwolimy aby emocje się rozładowały w inny sposób. Czasami wystarczy powiedzieć dziecku, że muszę mieć 10 minut dla siebie i w tym czasie odetchnąć. Jeśli mamy możliwość zostawienia dziecka pod opieką lub jest na tyle duże, że może zostać samo wyjdźmy i się przewietrzmy, pójdźmy do innego pokoju. Dajmy sobie czas na rozładowanie emocji. Emocji do których mamy prawo. Emocji, które mogą nas popchnąć zarówno w dobrą jak i złą stronę.

    Bo jestem tylko słabym człowiekiem… ale to moje czyny świadczą o tym czy się poddaję czy walczę.

  • Miłość i konsekwencja – dwie siostry

    Ostatnio na kilku forach przyglądałam się dyskusjom na temat metod wychowawczych polecanych przez specjalistów. Mamy preferujące rodzicielstwo bliskości starły się z tym, które są za konsekwencją. Przywoływane są tam porady różnych bardziej lub mniej znanych „super Niań” oraz literatura z najprzeróżniejszych źródeł. Ogólne to cieszę się, że mamy prowadzą dyskusje dotyczące tak ważnego aspekty życia dziecka jak wychowanie, bo to znaczy, że im zależy. Mam jednak kilka wątpliwości.

    Po pierwsze wydaje mi się, że wiele mam „idzie” za modą w wychowaniu, którą teraz jest rodzicielstwo bliskości. Nie do końca rozumieją czym ono jest, czasami posiłkują się jakąś literaturą, częściej szczątkowymi informacjami z Internetu. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie krytykuje tej metody wychowawczej. Mam tylko wrażenie, że niektóre z mam czują presję jej stosowania, choć podskórnie czują, że czegoś im w niej brakuje. Zapominają, że każde dziecko jest inne, rodzina jest inna oraz doświadczenia. I nie w każdej sytuacji, zawsze to samo się sprawdza. Idea bliskości z dzieckiem jest czymś fantastycznym moim jednak zdaniem czasami to trochę za mało.

    Po drugie negowanie metod wychowawczych, które się sprawdzają u innych jest moim zdaniem bardzo nie fair. Zresztą już o tym pisałam.

    Wydaje mi się, że części z tych mam umyka bardzo ważna rzecz. Nie ma miłości bez konsekwencji i odwrotnie. Inaczej nie miałoby to sensu i nie nazwałabym tego skuteczną metodą wychowawczą. Bo sama bezgraniczna miłość może prowadzić do rozpieszczania (ale oczywiście nie musi), a z kolei konsekwencja bez wsparcia i codziennego okazywania pozytywnych uczuć to prosta droga do despotyzmu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żebym stawiała granice mojej Mariance, a jednocześnie nie okazywała jej wsparcia i miłości. Abyśmy w wyznaczonych ramach nie miały wspólnie czuć się bezpiecznie i radośnie. To, że ustalam zasady nie znaczy, że nie tulę dziecka, nie całuję i nie jestem czuła. Konsekwencją pokazujemy dzieciom, że nam na nich zależy i są dla nas ważne. Dla mnie to najwyższe możliwe okazanie miłości – wyznaczenie granic, w których dziecko może bezpiecznie się poruszać. Granic, w których okazuję mu zaufanie i uczę odpowiedzialności.

    Dla maluchów takimi granicami może być plan dnia. Ja też taki mam. Wyznacza on pory posiłków i pomaga nam wyznaczyć czas na zabawę i drzemki. Planując wizyty u lekarza czy jakiekolwiek wyjście uwzględniam go i staram się przestrzegać. Pokazuje w ten sposób, że potrzeby mojego dziecka są ważne i dbam o jego komfort. Każde większe zaburzenie w planie sprawia, że Mania jest rozdrażniona i poddenerwowana. Nie chcę aby tak się czuła. Czy w tym planie nie ma miejsca na odrobinę szaleństwa? Oczywiście, że jest. Są dni kiedy biorę rano Mariankę do swojego łóżka i wspólnie trochę dłużej leniuchujemy, okazując sobie czułość. Bo plan to ramy, które delikatnie można przesuwać tak aby było miejsce na uczucie między dzieckiem a rodzicem.

    Uważam, że najlepszym sposobem na to aby dziecko czuło się dobrze na każdym etapie swojego rozwoju, aby miało wspaniały kontakt z rodzicami jest dać mu bezpieczną i wyznaczoną przestrzeń do funkcjonowania i okazywać czułość oraz miłość. Dzięki temu jesteśmy w stanie nauczyć najpotrzebniejszych rzeczy w życiu. To właśnie mój sekret na wychowanie, z którego będą zadowolone dzieci i rodzice.

  • Kim będziesz jak dorośniesz? A kim chcesz żebym był?

    Kim będziesz jak dorośnie? Czy ktokolwiek z nas nie usłyszał tego pytania choć raz w życiu? Jak myślicie jak na nie odpowiadają dzieci?

    • strażakiem, policjantem, piosenkarką, aktorką, weterynarzem, księżniczką…

    Coraz częściej słychać jednak takie odpowiedzi:

    • programistą, finansistą, specjalistą od firm internetowych, lekarzem, prawnikiem, biznesmenem… człowiekiem bogatym.

    Ktoś może zapytać czy to źle, że dzieci marzą o realnej pracy, która przyniesie realne korzyści? Oczywiście, że nie. Ale kiedy słyszy się, że 5 latek planuje karierę w świecie finansów to już trochę przeraża. Nie dlatego, że kiedyś nie będzie pracował na giełdzie, ale dlatego, że wyszedł już ze świata fantazji i marzeń. Swoich marzeń. Marzeń, które pozwalają rozwijać się, bawić się, poszukiwać, błądzić i znajdywać drogę na nowo. Marzeń, które pozwolą realizować siebie, a nie swoich rodziców.

    To zrozumiałe, że rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Każde pokolenie chciałoby aby następne żyło w lepszych warunkach dobrobytowych lub co najmniej takich jak dotychczas. To co było nieosiągalne rozwojowo dla naszych dziadków – rodzice mieli na wyciągnięcie ręki. To o czym marzyli nasi rodzice dla nas jest czymś normalnym. To o czym nawet nie śnimy – będzie codziennością naszych dzieci. Nie znaczy to jednak, ze już dziś mamy je wkładać w trybiki „mieć” a nie „być”. Dzieciństwo to czas beztroski, który i tak coraz szybciej zostaje nam zabrany. Nie mówię tu o szkołę, bo daleka jestem od stwierdzeń typu, że szkołą zabiera dzieciństwo. To dorośli i ich wymagania zabierają je, czasami bezpowrotnie.

    Może część z Was oglądała film „Mały książę”, w którym główny bohater książki zapomina kim był, bo dorósł. Jednym z przesłań filmu jest to, że nie samo dorastanie jest złe, ale zapominanie o dzieciństwie i wszystkich jego radościach. Część z nas z pewnością zapomniała jak to jest być dzieckiem i cieszyć się z drobnostek, przeżywać wszystko po raz pierwszy, poznawać świat i kochać tych, którzy są dla nas dobrzy. Tego właśnie brakuje niektórym dorosłym do tego aby być szczęśliwym. A my przecież chcemy, żeby nasze dzieci były szczęśliwe.

    Czy to oznacza, że nie powinniśmy próbować nadać kierunek rozwoju naszym dzieciom jak najwcześniej? Tak. Czy nie mamy im pomóc odnaleźć własną drogę ku dorosłości? Ależ oczywiście, to właśnie jest zadanie rodziców. Pokazać różne możliwości, pozwolić spróbować, dać możliwość wyboru, wspierać w dążeniu do celu, cieszyć się z sukcesów, pomagać podnieść się przy porażkach.

    Dzieci mają prawo sto razy zmieniać zdanie, a decyzje podjąć kiedy będą gotowe. Moi rodzice może nie byli najszczęśliwsi kiedy w trzeciej klasie ekonomika zmieniłam plany i zamiast zostać radcą prawnym wybrałam zawód nauczycielki. Ale wspierali mnie, z pewnością bali się o moja przyszłość, ale byli przy mnie. Zresztą podobnie było kiedy moja siostra zapragnęła uczyć się w plastyku, a później zostać krytykiem sztuki. To, że zaplanujemy dzieciom przyszły zawód wcale nie znaczy, że będą żyły dostatnio i szczęśliwie. Dziś jeszcze nie ma zawodów które będą na topie kiedy one będą dorosłe. Już przekwalifikowanie jest czymś normalnym i to nie z przymusu, ale z chęci realizacji siebie i swoich pasji.

    Pozwólmy dzieciom marzyć o zostaniu księżniczką i astronautą. Pokażmy im różne możliwości. Bądźmy przy nich, wspierajmy. I najważniejsze… nie chciejmy przeżyć ich życia za nie.