Tag: rodzice

  • Jak przygotować się do przedszkola/ żłobka

    Dni są co raz dłuższe, słońce świeci coraz mocniej, a po deszczu czuć zapach wiosny… Wielu z nas z utęsknieniem spogląda na kalendarz i zbliżające się wakacje, urlopy. Jednak jest wśród nas spora grupa osób, która patrzy jeszcze dalej… na nadchodzącą jesień i dzień w którym ich dziecko po praz pierwszy pójdzie do przedszkola czy żłobka. Jak i kiedy zacząć się do tego przygotowywać? Czy trzy i pół miesiąca to mało czy dużo?

    Moja odpowiedź jest prosta… To dobry moment aby przygotować siebie i dziecko do nowych wyzwań i nowego miejsca. Celowo napisałam „siebie” jako pierwsze bo to nasze – rodziców nastawienie i przygotowanie ma kluczowe znaczenie w tym jak nasze dzieci będą wkraczały w świat żłobka czy przedszkola. Wielu z nas ucieszyło się kiedy otrzymało informację, że dziecko będzie przyjęte do placówki, ale jestem też pewna, że wielu też zadrżało z obawy… jak to będzie. A będzie różnie. Każdy z nas kiedy jest w nowej sytuacji może czuć się nieswojo, a co dopiero kilkulatek. Pomyślcie o tym co sprawia, że czujecie się pewniej w nowej sytuacji, jak się do tego przygotowujecie? A później to zróbcie. Po pierwszą rzeczą, która utrudnia szybką adaptację dzieciom, w dużej mierze jesteśmy my – rodzice.

    Dzieci są naszym barometrem i szybko uczą się wyczuwać nasz nastrój. Nie potrzeba słów aby wiedziały jak się czujemy. Dlatego zanim zaczniemy mówić dzieciom jak fajnie będzie w nowym miejscu sami się do tego przekonajmy. Oczywiście nie oznacza to, że w ogóle mamy się nie przejmować, ale warto nie panikować. Ja wiem, że dzieci tak szybko rosną i nie wiadomo kiedy stały się już duże. Ale takie jest życie, aby móc normalnie funkcjonować w dorosłości muszą nauczyć się zasad panujących w grupie, współżycia z innymi. Podjęliśmy już decyzję, że nasze dziecko będzie chodziło do żłobka lub przedszkola i tego się trzymajmy. Przecież wybraliśmy najlepszą naszym zdaniem placówkę (o tym jak to zrobić już pisałam), dlatego zaufajmy sobie i dziecku, że będzie dobrze. Bardzo ważne jest aby maluch czuł, że wierzymy w Jego możliwości. Wtedy dużo łatwiej będzie mu zmierzyć się z nowymi wyzwaniami.

    Co zatem warto zrobić przez te 3,5 miesiąca aby nasze dziecko było gotowe na TEN dzień? Na co zwrócić uwagę?

    Plan dnia

    Zawczasu warto zorientować się jak wygląda plan dnia w przedszkolu czy żłobku i skonfrontować go z naszym domowym. Najbardziej należy zwrócić uwagę na porę leżakowania oraz godziny posiłków. Nie zawsze są one takie jak u nas w domu. Warto pomalutku przestawiać dziecko na przedszkolne/ żłobkowe godziny, włącznie z porą wstawania, która będzie nam potrzebna we wrześniu. Nie zostawiajmy tego na ostatnią chwilę. Warto zorientować się czy w placówce obiad jest podawany dwa dania wspólnie czy jest dzielony. Niektórym dzieciom wiele czasu zajmuje przestawienie się na zupę i drugie danie jedno po drugim. Jeśli w jadłospisie często pojawiają się jakieś dania naszym dzieciom nie znane warto je wprowadzić w domu, aby miały potem łatwiej

    Moje rzeczy

    Warto wcześniej dowiedzieć się jak w placówce jest z przynoszeniem zabawek i przytulanek. Wiadomo, że ukochany miś czy kawałek kocyka dodaje odwagi, ale jeśli w przedszkolu/ żłobku wolą aby ich nie przynosić (coraz mniej jest takich miejsc) to warto do tego przygotować dziecko.

    Każdą nową rzecz, którą dziecko będzie używało w przedszkolu trzeba mu pokazać i wypróbować. Nowa pościel czy pidżamka najlepiej jak będą przetestowane w domu. Kiedyś chłopiec nie chciał się przebrać na leżakowanie bo twierdził, ze to nie jego pidżamka… mama włożyła do worka nową bez pokazania mu jej wcześniej. To samo tyczy się ręcznika, szczoteczki, worka czy kapci na zmianę. Po co powodować dodatkowy stres u dziecka. Jeśli będzie znało swoje rzeczy, dadzą mu one poczucie bezpieczeństwa.

    Pielucha i smoczek

    O ile nie są problemem w żłobkach to już przedszkolak z „pampersem” czy smoczkiem nie robi najlepszego wrażenia. Wiosna i lato są najlepszym momentem na naturalne odpieluchowanie dzieci. Ładna pogoda i dużo czasu spędzanego na świeżym powietrzu służy pożegnaniu się z pieluszkami. Problem smoczka wprawdzie dotyczy już bardzo małej ilości przyszłych przedszkolaków, ale jeśli wasze dziecko jeszcze nie pożegnało się z ulubionym „mońkiem” to trzeba to zrobić już dziś. Im starsze dziecko tym bywa ciężej, a rozstanie ze smoczkiem nie może kojarzyć się z pójściem do przedszkola, bo wówczas to ono będzie winione za to.

    Pozytywne nastawienie i mówienie

    Jeśli jest taka możliwość to warto skorzystać z jak największej ilości dni adaptacyjnych w przedszkolu. Warto czytać książeczki na ten temat, chodzić na spacery w okolice przedszkola czy żłobka. Jeśli dzieci z placówki korzystają z otwartych placów zabaw to warto aby nasze dziecko bawiło się tam w tym samym czasie. Będzie mogło poznać panie, starsze dzieci, ale też zasady jakie panują w grupie.

    Oczywiście należy jak ognia unikać (zakazać również ich używania rodzinie) typu „pójdziesz do przedszkola to Cię tam nauczą”, „skończyła się laba”, „w przedszkolu będziesz musiał to robić”. Nikt za nas nie wychowa naszych dzieci, więc jeśli my ich nie nauczyliśmy dobrego zachowania nie straszmy ich przedszkolem czy żłobkiem. Bo mogę Was zapewnić, że dzieci w placówce są w stanie opanować nowe zasady, ale w wielu przypadkach w domu nadal pozostają takie jak były.

    I tak na zakończenie… dzieci dorastają czy tego chcemy czy nie. Moim ulubionym określeniem jest, że „są one wędrowcami, którzy tylko pytają o drogę”. My wskazujemy tę drogę, opiekujemy się przez pewien czas, ale to wszystko od dnia narodzin prowadzi do usamodzielnienia się i dorosłości. Żłóbek czy przedszkole to dopiero jeden z pierwszych etapów.

  • Goście wieczorem, a dziecko w domu

    Czas świąt to często czas kiedy odwiedza nas rodzina i znajomi. Nie zawsze te wizyty odbywają się w środku dnia, zdarza się że zapraszamy gości na wieczór… tak jak wtedy kiedy w naszym domu nie było dzieci. Czy to dobry pomysł? Czy w ogóle jest sens organizowania takich spotkań? A może warto zrezygnować na jakiś czas z wieczornych imprez?

    Oczywiście każdy z nas będzie miał swoje zdanie na ten temat, ja jednak uważam, że o ile nie mamy noworodka, który się aklimatyzuje w naszym domu, dziecko nie jest chore i zachowamy pewne zasady nie ma sensu rezygnować z wieczornych spotkań z rodziną czy przyjaciółmi. Oczywiście jeśli jest możliwość, żeby np. babcia zajęła się maluchem na piętrze domu, kiedy my przyjmujemy gości to byłoby super. Ale często mieszkamy w bloku lub nie mamy pod ręką babci czy dziadka i co wtedy? Aby spotkanie było udane, a nasze dziecko nie ucierpiało na tym należy pamiętać o kilku ważnych sprawach.

    Jeden z rodziców zawsze musi być trzeźwy

    To jest podstawowa sprawa. Trzeźwy nie oznacza po kilku piwach czy kieliszkach wina. Zawsze w domu powinien być ktoś kto nie ma w sobie ani promila alkoholu, a już zwłaszcza na takich spotkaniach. Wynika to z przyczyn bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku. Jeżeli niedajboże coś by się zaczęło dziać z naszym dzieckiem, każdy wypity alkohol spowalnia naszą reakcję.

    To, że jedno z rodziców powinno być trzeźwe nie oznacza, że drugie może sobie pozwolić na wszystko. Warto też zadbać o to aby nasi goście, jeżeli będą spożywali alkohol zachowywali się w taki sposób aby nie wystraszyć naszego malucha lub jeśli będzie on już spał to Go nie obudzili. Alkohol jest dla ludzi, ale zdrowy rozsądek jest tu najważniejszy.

    Wieczorne rytuały

    Jestem wielka orędowniczką wieczornych rytuałów od pierwszych dni pobytu dziecka w domu. Dają one poczucie bezpieczeństwa zarówno dziecku jak i nam. O ile w przypadku wizyty gości starszemu dziecku możemy „odpuścić” pewne z nich, to u maluch warto zadbać aby wizyta gości nie zaburzyła jego poczucia bezpieczeństwa. Obecność nowych osób, często większej ilości, może i tak sprawić, że dziecko będzie się czuło niepewnie. Zmiana codziennych rytuałów tylko może to spotęgować.

    Ja kiedy Marianka była młodsza po prostu przepraszałam gości, zostawiałam ich z mężem i szłam Ją kąpać i szykować do snu. Ten ostatni może być oczywiście lekko przesunięty, ale musimy wiedzieć, że może to rozregulować nam malucha. A powrót do „normalności” może zająć kilka dni.

    Dużo bodźców

    Nowe osoby, hałas, emocje… to wszystko może sprawić, że nasz maluch będzie przebodźcowany. Często zdarza się tak nie tylko po wizytach gości ale też po nowych doświadczeniach czy naszych odwiedzinach u rodziny i przyjaciół. Dziecko jest wtedy nadwrażliwe, marudne i „samo nie wie czego chce”. Trzeba się z tym liczyć i „dawkować” bodźce.

    Jeżeli już taka sytuacja wystąpi, potrzeba wyciszenia, utulenia i… przetrzymania, po kilku dniach wszystko powinno wrócić do normy.

    Menu

    Kiedy przychodzą goście szykujemy wiele smakołyków. Warto zawczasu pomyśleć, co na stole może być odpowiednie do zjedzenia dla naszego malca. Bo nawet jeśli dostanie posiłki według codziennego planu, to i tak większość dzieci będzie chciała choć odrobinę po biesiadować z gośćmi.

    Zabawki

    Jeżeli nasze dziecko nie jest na tyle duże aby pobawić się samodzielnie to warto zadbać o to, aby w pobliżu stołu były ulubione zabawki. Część dzieci po początkowym zainteresowaniem gośćmi z chęcią sięgnie po nie, niezależnie czy będą się nimi bawiły na rękach rodziców czy też tuż obok ich nóg.

    U nas goście są przyzwyczajeni, że jedno z nas czasami przysiada się do Marianki na podłogę aby czuła nasza obecność. Nie musimy się nawet z Nią bawić, ale wystarczy, że jesteśmy blisko.

    Sprzątanie

    Po całym spotkaniu, nawet jeśli skończyło się dość późno warto od razu posprzątać nie tylko jedzenie, które została ale również pozostałe rzeczy. Zwłaszcza jeżeli nasze dziecko się już przemiesza i wstaje przy meblach. Jeżeli przyjęcie gości wymagało od nas chwilowego „przemeblowania” w pokoju gdzie dziecko spędza sporo czasu to warto też zadbać aby rano wszystko było na swoim miejscu. Niech maluch po emocjonującym wieczorze w spokoju znajdzie się na „starych kątach”.

    To, że jesteśmy rodzicami nie może oznaczać rezygnacji ze spotkań z przyjaciółmi, tradycyjnych uroczystości czy „imprez”. Rodzicami małego dziecka jesteśmy przez kilka lat, ono z czasem jest coraz starsze i dorośleje, a my nie możemy zapomnieć o naszym dotychczasowym życiu. Jednak aby być dobrym i odpowiedzialnym rodzicem, wystarczy tylko pamiętać o potrzebach dziecka i jego bezpieczeństwie aby nie stracić kontaktu z dotychczasowymi znajomymi i swoim życiem.

    Życzę Wam udanych spotkań i umiejętności ich pogodzenia z byciem rodzicem.

  • Jak wychowuje mózg męski, a jak kobiecy

    Jak to szło? „Mężczyźni są z Marsa, kobietą są z Wenus”? Chyba każdy z nas słyszą to określenie i ma na ten temat własne zdanie. Dobrze wiemy, że kobiety i mężczyźni różnią się od siebie nie tylko pod względem fizycznym ale tez psychicznym. Naukowcy od dawna mówią o tym, że mózg mężczyzny i mózg kobiety różnią się od siebie. Jeśli tylko poszukacie, w internecie znajdziecie bardzo dużo artykułów, wpisów czy filmików na ten temat. Ale czy te różnice mają wpływ na wychowanie dzieci?

    Najbardziej obrazowo i w skrócie można powiedzieć, że mózg mężczyzny to wiele szuflad, z których otwarta jest przeważnie jedna, na której się skupia. Wśród nich znajdziecie: rodzinę, pracę, znajomych, zainteresowania, odpoczynek, itp. Mózg kobiety podobny jest do jej torebki – wszystko razem wymieszane, na wszelki wypadek bo może się przydać. Kilka rzeczy jest tak samo ważnych, kilka niepotrzebnych, wszystko razem stanowi wielki miszmasz. I właśnie to „zorganizowanie” mózgu wpływa na nasze działanie, a co za tym idzie wychowanie dzieci.

    Mężczyźni traktują wszystko bardzo zadaniowo, wielu z nich właśnie tak podchodzi do wychowania i codziennej opieki. Skupiają się często na efektach i one są ważne, a nie wszystko co jest po drodze. Ważne są rozwiązania danego problemu, a nie roztrząsanie się nad przyczynami i analizowanie wszystkiego dookoła. Mężczyźni działają. Z racji ich „szufladek” jak są skupieni na pracy to nie na rodzinie, jak na rodzinie to nie na pasji, itd. Kobiety często zarzucają mężczyznom, że one to w czasie opieki nad dzieckiem zrobią pranie, ugotują obiad i przygotują plany na wakacje, a oni… tylko dziecko. To właśnie wynika z „szufladek”. Mężczyźni angażują się w opiekę nad dzieckiem i na tym skupiają, a reszta w tym czasie jest „zamknięta”. Twierdzą, że aby zrobić coś dobrze trzeba się na tym skupić i temu poświecić.

    Mężczyźni częściej są opanowani, są w stanie zapanować nad swymi emocjami i odczuciami. Oczywiście ma to swoje dobre i złe strony. Wiadomo, że dzieci uczą się przez naśladownictwo, a kiedy widzą ukrywanie uczuć, im samy może być trudno nad nimi zapanować i poradzić sobie. Z drugiej strony, tatuś który prowadzi w pierwszych dniach dziecko do żłobka czy przedszkola bez widocznej paniki i łez w oczach to skarb.

    Kobiety zazwyczaj są bardziej emocjonalne. Analizują wszystko co dzieje wokoło. Ważne jest to w jaki sposób dochodzą do celu, potrafią godzinami rozważać różne warianty rozwiązań lub decyzje podejmować intuicyjne. Ich „bałagan w głowie” to z jednej strony multizadaniowość, która może prowadzić do pobieżnego wykonywania zadań lub najzwyczajniej w świecie do wypalenia. Wykonywanie kilku rzeczy naraz sprawia, że coś zawsze ucierpi, bo nie skupują się na konkretach. Wiele razy słyszałam „Jak to moje dziecko domaga się więcej uwagi? Przecież spędzam z nim cały dzień?” Pytanie ile z tego czasu naprawdę jest w 100% skupione na relacji i uwagę. Przysłowiowy „bałagan w głowie” sprawia, że kobiety czasami, pomimo swego perfekcyjnego zorganizowanie, są chaotyczne w komunikatach. Często wysyłają dzieciom za dużo komunikatach naraz, których one nie są w stanie od razu wykonać. To może powodować stres i konflikty.

    Emocjonalność kobiet ma również swoje plusy i minusy. Pokazują dzieciom emocje „na talerzu”, ich wszystkie odcienie. A jednocześnie mogą blokować rozwój dzieci i moment „odcięcia pępowiny”.

    Te różnice oczywiście wpływają na rodzaje kontaktów tata – dziecko i mama – dziecko. Ale właśnie o to chodzi. Najważniejsze jest aby rodzice mieli podobną wizję wychowania, a sam sposób jej realizowania nie musi być identyczny. Dobrze, aby dziecko miała różne – pozytywne relacje z rodzicami, bo to sprawia, że potrafi nawiązywać kontakty z różnymi ludźmi. Problem pojawia się kiedy rodzice nie rozumieją siebie wzajemnie, swego postrzegania świata i spojrzenia na wychowanie. Brak rozmów na temat naszych wątpliwości i odczuć zawsze będzie powodował niezrozumienie i wzajemne wyrzuty.

    Warto dostrzec plusy w funkcjonowaniu mózgu i kobiety i mężczyzny i wykorzystać je na korzyść całej rodziny. A minusy… po prostu zrozumieć i przekuć w zalety. Bo choć czasami kiedy kobieta wraca do domu i widzi wszystkie zabawki na podłodze to może zamiast się denerwować i skupiać na tym, że znowu sprzątanie na jej głowie… ucieszyć się, że tata i dzieci cudownie spędzili czas, zbliżyli się do siebie… i zaproponować kolejne zadanie, otworzyć kolejną „szufladkę – sprzątanie” 😉

    PS: oczywiście zaraz usłyszę głosy, że nie wszyscy mężczyźni czy kobiety tak myślą i funkcjonują… i ja się z tym zgadzam. Pisze jak zawsze o tendencjach i skłonnościach. I jak zawsze mam nadzieję, że nie skupicie się na szczegółach, tylko na myśli przewodniej całego tekstu i podsumowaniu

  • Robisz źle, a nie jesteś zły

    Na mojej liście tematów, ten zapisany był już bardzo dawno temu. Po części nawiązywałam do niego już w kilku tekstach. Ale dopiero teraz, kiedy ten problem pojawił się w mojej rodzinie trafił na pierwsze miejsce. Może dlatego, że tak wiele osób już o tym pisało – nawet całe książki, wydawało mi się, że już wszyscy o tym wiedzą i są w stanie stosować to w wychowaniu dzieci… ale jakże się myliłam.

    Kiedy dziecko zrobi coś źle lub nas nie słucha, co w pierwszej chwili nasuwa się nam na język? „Nie bądź niegrzeczny” lub „Ale jesteś niegrzeczny”. I tu pojawia się problem… i to taki, który łatwo przeoczyć. Bo tak naprawdę powinniśmy powiedzieć „Nierób tak”, „Nie postępuj niegrzecznie”. Inny przykład, który ostatnio pojawił się u nas w domu… „Kto jest łobuzem?”, a powinno być „Kto łobuzuje?”. Widzicie różnice? Dla wszystkiego już tłumaczę.

    Pierwsze zdania w przykładach są określeniami osoby, a te poprawne to określenia zachowania. Czym to się różni? Jeżeli w jakiś sposób, zwłaszcza negatywny, określamy dziecko – nadajemy mu etykietkę. Jeżeli słyszy to często, zaczyna w tę etykietkę wierzyć, samo się z nią identyfikuje. Jeżeli np. dziecko słyszy cały czas, że jest niegrzeczne, jest łobuzem, jest nieposłuszne, itp. zaczyna w to wierzyć… tak się zachowuje aby potwierdzić tę etykietkę. I tu pojawia się błędne koło. Jeżeli zaś określamy jego zachowanie, to nie musi ono być stałe, zachowanie zawsze można zmienić, zachowanie jest w danej chwili takie, a zaraz może być inne. Nadanej etykietki nie da się tak łatwo zmienić. To wszystko tkwi w głowie, nie tylko dziecka, ale też naszej.

    Kiedy ktoś dla nas ważny mówi coś o nas, określa nas to wierzymy w to. A przecież my – rodzice jesteśmy dla naszych dzieci najważniejsi na świecie. Dlatego tak ważne jest to jak je określamy. Jeżeli dziecko słyszy od rodziców, że jest głupie, bezmyślne i beznadziejne… to nawet jeśli za 10 minut zaproponujemy wspólne spędzenie czasu to w głowie dziecka pozostanie „Jestem głupi, bezmyślny i beznadziejny” i to niezależnie czy ma 3 czy 13 lat. Tak działa nasz umysł.

    Jak więc strofować dzieci? Po porostu określać ich zachowanie „robisz, postępujesz, zachowujesz się” i pokazać, ze można to zachowanie zmienić i jak. Nie nadawać etykietek, nie uzależniać dziecka od swoich oczekiwań prawdziwych czy wyimaginowanych przez dziecko.

    A jeżeli babcia, ciocia czy koleżanka nawet w żartach powiedzą do waszego dziecka „Kto jest łobuzem?” odpowiedzieć, że chyba babcia, ciocia lub koleżanka, bo wasze dziecko to ewentualnie „łobuzuje” 😉

  • Wrzuć na luz 😉

    Szybko, szybciej… Załatwić, zaprowadzić, odebrać… zakupy, pranie, sprzątanie, obiad… Zajęcia, spacer, plac zabaw… Teraz, zaraz, natychmiast… Biegiem, biegiem, biegiem… A gdyby tak wyluzować… odpuścić? Co by się stało? Czy wszystko by się rozleciało?

    Dzisiejszy świat nastawiony jest na efekt. Wszyscy gdzieś pędzimy. Ja też. Tydzień biegnie za tygodniem, nasze dzieci z niemowlaków stają się niemowlakami, przedszkolakami, uczniami, nastolatkami, dorosłymi… A przecież czasu nie można zawrócić. To co było już nie wrócić. W tym biegu i szaleństwie można zagubić siebie i rodzinę. Wiadomo, że trzeba jeść, w coś się ubrać, dać dzieciom jak najlepszy start w przyszłość. Nie kwestionuję tego. Ale warto też znaleźć chwilę na oddech nie tylko dla siebie ale i dla całej rodziny. A właśnie wakacje są najlepszym czasem na to. I cóż, że już ponad połowa za nami?

    Ale jak sprawić, żeby urlop był rzeczywiście czasem odpoczynku i bycia razem, a nie kolejnym odhaczonym punktem w planie? Po pierwsze trzeba zastanowić się nad tym jak lubicie odpoczywać. Jedni wolą lenistwo na plaży, inni wędrówki w górach, zwiedzanie czy zaszycie się w leśnej chacie. Pamiętajcie jednak o wszystkich członkach rodziny. Znajdźcie taki kompromis, aby każdy znalazł coś dla siebie. Jeśli macie małe dzieci to niestety całodzienne wylegiwanie się jest raczej mało realne. Ale na to tez się znajdzie sposób… można się wymieniać. Raz odpoczywa tata, a raz mama. Zabierzcie ulubione zabawki czy pomyślcie od atrakcjach, które Wam i dzieciom sprawią przyjemność. Przygotujcie kilka propozycji już w domu, aby na miejscu się nie denerwować.

    Jeśli macie starsze dzieci, to zastanówcie się też nad ich samodzielnym wyjazdem na kolonie, obóz, odwiedziny u babci czy krewnych. W ten sposób możecie wygospodarować też kilka dni tylko dla siebie. Ale nawet jeśli macie maluchy, planujcie tak czas abyście mogli choć odrobinę spędzić go razem. Może wieczory, kiedy dzieci już śpią… Jakieś romantyczne oglądanie gwiazd czy posiadówka przy ognisku… To już od Was zależy. Wykorzystajcie ten czas aby wzmocnić swój związek, a tym samym całą rodzinę.

    Niezależnie czy urlop spędzacie podczas długiego lub krótkiego wyjazdu czy w domu to od Was zależy czy nadal będziecie pędzić czy nabierzecie wiatru w żagle. Czasami warto wrzucić na luz, aby potem można było znowu przyspieszyć. Na to nigdy nie jest za późno. I co? Wrzucamy na luz 😉

  • Fundacja Mali Wojownicy

    Wszystko ma znaczenie… Pojawienie się Marianki w naszym życiu sprawiło, że inaczej zaczęliśmy postrzegać świat oraz problemy innych osób.

     

    Dlatego zdecydowaliśmy się założyć Fundację, która lokalnie będzie wszechstronnie wspierała rodziców wcześniaków i dzieci z problemami okołoporodowymi. Przygotowujemy dokumenty do rejestracji, ale już dziś możecie być na bieżąco z naszymi działaniami oraz dowiedzieć się więcej o radościach i problemach rodziców, których będziemy wspierać.

    Zapraszamy na nasz fanpage 🙂

  • Wakacje pod namiotem z dzieckiem – koszmar czy przygoda?

    Wakacje z maluchem pod namiotem? O tak! Byliśmy, sprawdziliśmy i polecamy. Warto jednak pamiętać o kilku ważnych sprawach, aby wymarzone wakacje nie zmieniły się w koszmarek. Warto zrobić sobie listę rzeczy do zabrania i podczas pakowania sprawdzić dwa razy czy wszystko zabraliśmy – my o kilku ważnych rzeczach zapomnieliśmy, ale i tak daliśmy radę 🙂

    Zanim w ogóle zabierzemy się za pakowanie warto sprawdzić co oferuje pole namiotowe (lub inne miejsce) gdzie będziemy nocować. Czy jest tam łazienka z ciepła wodą, dostęp do prądu, jakaś gastronomia, czy to zupełna głusza i wszystko trzeba mieć swoje. Tak czy siak oto mała ściągawka, co warto zabrać ze sobą i na co zwrócić uwagę.

    LEKI

    To najważniejsze o czym nie możemy zapomnieć – zwłaszcza jeśli dzieci przyjmują coś na stałe lub nie można dostać tego bez recepty. Nie możemy też zapomnieć o lekach od gorączki (a przy tym o termometrze), czymś od komarów – u nas sprawdziły się plasterki, opatrunkach na drobne otarcia lub rany. To według mnie minimum, które powinniśmy zabrać w każdą podróż, a już zwłaszcza pod namiot. Wart pomyśleć też o wapnie i czymś na biegunkę.

    JEDZENIE

    Jeżeli nasze dziecko je już wszystko to co my, to sprawa jest prosta. Trochę trudniej kiedy jeszcze korzysta z butelki, kasze, itp. Wtedy niezastąpiony okaże się podgrzewacz – najlepiej samochodowy lub jakiś mały podręczny (jeśli będziemy mieli dostęp do prądu). Warto sprawdzić czy wszystkie części butelki zabraliśmy (ja zapomniałam zakrętki i trudno było wymieszać mleko) i odpowiednią ilość kaszek lub słoiczków. Zachęcam aby zawsze mieć w zapasie, na wszelki wypadek. Pomyślmy też o przekąskach, owocach, itp. bo w pobliżu może nie być miejsca aby je kupić.

    Czy zabierać ze sobą krzesełko do karmienia? My karmiliśmy Mariankę na kolanach lub w spacerówce. Oczywiście to ostatnie rozwiązanie może skończyć się koniecznością czyszczenia wózka, ale zawsze więcej miejsca w bagażniku zostaje wolnego.

    ZAKWATEROWANIE

    Jaki namiot wybrać? To już od was zależy. Ile dni w nim spędzicie. Czy wszystkie rzeczy będziecie w nim trzymać, czy tylko najpotrzebniejsze? Ile osób będzie w nim spało? Warto pamiętać, że maluch powinien spać pomiędzy dorosłymi, aby było mu cieplej i czuł się bezpieczny. Jeżeli decydujecie się na dwa materace, ułóżcie dziecko tak aby nie spało na styku, bo tam zawsze będzie mimo wszystko ciągnęło od ziemi. Sprawdźcie też jaką szerokość ma komora sypialni i czy na pewno wasze materace tam się zmieszczą (to, że na namiocie jest oznaczenie „4” jak się okazuje – nie zawsze dwa materace „2” się w nim mieszczą). Nie zapomnijcie też o pompce do tych materacy – jak my to zrobiliśmy. Dmuchanie ustami nie jest fajne. No i oczywiście latarki… Bez tego ani rusz 🙂

    Ustawiając namiot sprawdźcie kto jest waszymi sąsiadami. Wybierzcie rodziny z dziećmi w podobnym wieku. Dzięki czemu w podobnym czasie w namiotach będzie cisza. Wybudzony maluch w nowym miejscu może mieć problemy z ponownym zaśnięciem.

    SPANIE

    Podstawa to dobry śpiwór. Można kupić takie specjalne dla dzieci, albo wykorzystać ten, którego używamy zimą w wózku. Należy jednak pamiętać, że jego długość musi być większa niż nasze dziecko. Powinno ono móc w nim swobodnie zmienić pozycję. Przed wyjazdem wypróbujmy go w domu. Niech maluch wejdzie do niego, pobawi się w nim, oswoi.

    Warto też zadbać o odpowiednie ubranie do snu. Zależy to wszystko oczywiście od temperatury na zewnątrz. My zdecydowaliśmy się na cienki pajacyk oraz spodnie i bluzę dresową (nie przesadnie grube). Stój dopełniliśmy cieplejszymi skarpetkami i cienką czapeczką. Marianka się nie przegrzała, ani nie zmarzła. Trzeba to kontrolować na bieżąco. Pamiętajcie, że zawsze rano jest zimniej i warto mieć pod ręką kocyk, aby w razie czego nakryć dziecko.

    Warto też pamiętać o rytuałach podobnych jak w domu. To pomoże dziecku szybciej zasnąć. Przebywając na świeżym powietrzu z pewnością szybciej się zmęczy i może być tak, że będzie radość i zabawa, a za chwilę płacz – bo znienacka dopadło zmęczenie.

    HIGIENA

    W czym będziemy myć nasze dziecko? To zależy. Wiele pól namiotowych oferuje prysznice i dostęp do ciepłej wody. Wtedy wystarczy zabrać środki higieniczne i ręcznik. Pamiętajmy tylko aby nie sadzać dziecka w ogólnodostępnym brodziku. Możemy wykorzystać większą miskę lub klapki jeżeli dziecko stoi już stabilnie. Jeżeli nie mamy dostępu do prysznica to warto zaopatrzyć się w większą miskę lub zabrać wanienkę, którą uzupełnimy ciepłą wodą. Nie zachęcam do mycia maluchów w jeziorze lub rzece. Może to być trudne a i niebezpieczne za razem.

    ZABAWKI

    Maluch na wyjeździe w zasadzie nie potrzebuje dużej ilości zabawek. To raczej podróż może wymagać kilku „zapychaczy” czasu. Na miejscu z pewnością przyda się ulubiona maskotka lub zabawka, może piłka, wiaderko i zabawki do piasku. Jeśli jest to miejsce nad wodą to coś dmuchanego. Dla maluchów warto pomyśleć o basenie jeśli woda jest zimna i głęboka. A poza tym… to przestrzeń, w której będziemy powinna im dostarczać pomysłów na zabawy.

    PRZEMIESZCZANIE SIĘ

    Jeżeli planujemy wędrówki, zwiedzanie, itp. nieodzowny jest oczywiście wózek. Warto jednak planując takie eskapady zastanowić się nam możliwościami naszego „pojazdu”. Czy jest lekki i da się w niektóry miejsca wnieść, czy ma pompowane koła i bezdroża nie stanowią dla niego przeszkody. Czy rozkłada się na płasko i na dłuższej wędrówce nasz maluch będzie mógł w nim zasnąć. To właśnie te czynniki powinny decydować o miejscach jakie odwiedzimy.

    Oczywiście problem staje się mniejszy jeżeli korzystamy z dobrych nosideł ergonomicznych lub chusty.

    I NAJWAŻNIEJSZE

    Dobre nastawienie. Jeżeli będziemy jechać z nastawieniem, że będzie trudno i beznadziejnie… to tak będzie. Jeżeli zaś będziemy czekali na wspaniałą przygodę z naszym maluchem… to właśnie ją przeżyjemy. Czego Wam bardzo życzę 🙂

    PS: nie pisałam o ubrankach i pieluchach – bo tu już każda mama sama wie jak najlepiej spakować swego malucha

  • Randka z mężem to ważna sprawa

    Spędzamy razem mnóstwo czasu. W domu wspólnie oglądamy filmy, gotujemy, w niedzielę wylegujemy się do południa w łóżku… Wychodzimy do kina, restauracji, na leniwe spacery… Jeździmy w ciekawe miejsca… Możemy planować z wyprzedzaniem albo spontanicznie coś zorganizować… Spotkać się z przyjaciółmi… Szalejemy, ryzykujemy, nudzimy się… Wolność z osobą, którą kochamy. Ta bliskość i dostępność… To wszystko sprawia, że uczucie kwitnie i chcemy być razem… Nie wspomnę już o bliskości fizycznej… kiedy chcemy i jak chcemy… A potem rodzi się pierwsze dziecko… i wszystko się zmienia.

    Często obiecujemy sobie, że narodziny dziecka nic nie zmienią. Ale to nie prawda. W naszym życiu mamy już nie jedną najważniejszą osobę, a dwie. Dziecko jest bezbronne i niesie ze sobą ten rodzaj miłości, której do tej pory nie znaliście. Bo nie da się jej opisać, często mówimy, że dopóki nie urodzi się nam dziecko nie wiemy czym jest czysta i bezwarunkowa miłość. I to jest prawda. A co z nami? Co z kobieta i mężczyzną dzięki którym, to dziecko pojawiło się na świecie… Często zaczynamy się mijać, bo jesteśmy zmęczeni. Rozmawiamy tylko o dziecku. Zapominamy o „dwóch połówkach”.

    Mieliśmy to szczęście z mężem, że trafiliśmy przed ślubem na naprawdę bardzo dobry kurs przedmałżeński. Tematy były ciekawe, prowadzone przez specjalistów, którzy byli otwarci na pytania i bardzo profesjonalnie podchodzili do tematów. Zarówno od księdza odpowiedzialnego za kurs, jak i od pani z poradni małżeńskiej (mamy trójki dzieci) usłyszeliśmy bardzo ważną rzecz „dzieci kiedyś dorosną, a wy możecie zostać albo z bardzo bliską osobą albo z kimś kogo kiedyś znaliście”. Bo miłość jest jak ogień, gorąca i cudowna, ale kiedy jest nie podsycana… gaśnie. Wiadomo, że nie jesteśmy w stanie prowadzić życia tak samo jak przed urodzeniem dziecka ale zostając rodzicami nie możemy przestać być swymi partnerami. Nie możemy zapominać o wzajemnych potrzebach emocjonalnych, psychicznych i fizycznych. Jak to zrobić?

    My z mężem znaleźliśmy sposób. Sprawy związane z Marianką staramy się omawiać na bieżąco, po południu lub rano. Wieczorem kiedy śpi mamy czas dla siebie. Czasami to dwie – trzy godziny, a czasami pół – zależy to od obowiązków domowych. Ale najważniejsze są nasze randki. Raz w miesiącu Marianka zostaje z dziadkami, a my staramy się zorganizować sobie coś fajnego, coś takiego co raczej z Nią byśmy nie zrobili. Byliśmy np. kręgielni, w kinie w „logickrom” do tego oczywiście jakiś obiad czy kawa z ciastkiem. W trakcie naszych wyjść staramy się skupić na nas, naszych emocjach i relacji. Czy w ogóle nie wspominamy o Mani? Oczywiście, że wspominamy 🙂 Ale raczej mimochodem, nie rozstrzygamy ważnych spraw, nie planujemy. Każda taka randka jest dużym ładunkiem na kolejne dni. Wzmacnia naszą relację i związek. A pamiętajmy, że jeśli rodzice są szczęśliwi to i dzieci.

    Ktoś może się śmiać, mówić że to głupota, marnowanie czasu i pieniędzy. A ja twierdzę, że nie. Bo kiedy dzieci będą coraz starsze i coraz więcej czasu będą spędzać poza domem, my nie będziemy mieli problemu ze spędzaniem tego czasu tylko we dwójkę. Nie będziemy musieli uczyć się bycia z sobą od nowa. A syndrom opustoszałego gniazda nie dotknie nas aż tak bardzo. Bo dzieci są tylko wędrowcami pytającymi o drogę, którzy będą tworzyli własne ścieżki. A my? My weszliśmy na wspólną drogę i chcemy nią kroczyć do końca. A bycie razem dziś pomoże nam być razem jutro i pojutrze.

  • O jedno słowo za dużo

    Z pewnością nie raz przez rodzicielski umysł przewijają się pytania „Co on/ ona sobie ubzdurał?”, „Skąd mu/ jej się to wzięło?”, „Cóż to znowu za głupoty siedzą w tej głowie?”. Kiedy się pojawiają? Wtedy gdy się okazuje, że w głowie dziecka jest jakieś przeświadczenie, które nie ma racjonalnych podstaw. Na przykład, że jest głupie, grube, zbyt wolne, nierozważne, itp. Lub kiedy dziecko myśli, że coś się wydarzy lub wydarzyło – a tak nie jest. Na przykład, że po kąpieli i założeniu piżamki pępek znika. No więc skąd to się bierze? Przeważnie z naszego „jednego, nieświadomego słowa za dużo”.

    Chcemy czy nie jesteśmy dla naszych dzieci pierwszą wyrocznią. Nawet kiedy dorastają, to nasza opinia jest jedną z najważniejszych w ich życiu. Nawet jeśli się do tego nie przyznają, nasze zdanie o nich, jest dla dzieci bardzo ważne. A ponieważ wielu z nas na co dzień w prost nie mówi dzieciom co o nich myśli, albo nasze opinie są tak formułowane, że dla dzieci są wiarygodne. To słowa rzucone często mimochodem, przy okazji, od niechcenia, w trakcie zdenerwowania trafiają do dziecięcej świadomości bardzo szybko. Nawet jeśli nie są prawdą, a my tak naprawdę nie myślimy w ten sposób.

    Czasami wystarczy choćby raz użyć jakiegoś sformułowania aby wyryć w dziecięcej głowie coś czego nie chcieliśmy. Już klasycznym przykładem są dziewczynki, które nawet stajać się kobietami mają fiksację na temat własnej figury bo usłyszały kiedyś od taty, że wyglądają jak kluseczka czy określane były mianem „pączuszka”. Już nie mówię o bezpośrednim powiedzeniu „wyglądasz grubo”. I dotyczy to dziewczyn, które wcale nie są przy sobie. Kiedy byłyśmy jeszcze z Marianką na reanimacji, jeden z tatusiów zapytał położnej „ile moja córka przytyła” (urodziła się z wagą 680g). Pani powiedziała, że córka to przybrała na wadze i zapytała czy jak będzie starsza tata też będzie mówił, że przytyła.

    Ale takie „słowo za dużo” mówimy w różnych sytuacjach. Kiedy dziecko coś zrobi niechcącą „czy ty głupi jesteś?”. Kiedy chwalimy inne dziecko „Zobacz Tomek to dopiero jest super sportowcem”. Kiedy dziecko nie chce wracać z placu zabaw „To zostań, ja sobie pójdę i nie wrócę po Ciebie”. Kiedy żartujemy „O zaraz pępek zniknie” (sytuacja autentyczna, Marianka od kilku dni płacze zakładając po kąpieli piżamkę, bo tata zażartował, że pępek zniknie).

    Czasami jesteśmy już zmęczeni, zdenerwowani, rozkojarzeni i rzucamy coś od tak. Ale nasze słowa mają moc. Te słowa wpadają do dziecięcych główek i zakorzeniają się w nich na stałe. Niestety często podcinają skrzydła. Dlatego tak ważne jest aby myśleć co i kiedy mówimy do naszych dzieci, o naszych dzieciach i w obecności naszych dzieci. Bo łatwo jest je wpędzić w kompleksy. Na pocieszenie dodam, że również łatwo jest dodać im skrzydeł. Kiedy nasze słowa mają moc pozytywnych emocji i mają osadzenie w realiach życia naszych dzieci. Ale chwalić też trzeba potrafić. Bo nie każda nasza pochwała jest przez dziecko odbierana pozytywnie.

    Warto więc zastanowić się czasami i ugryźć się w język. Bo nasze słowa mają moc, a powiedziane jedno za dużo mogą wyrządzić wiele złego.

  • Cud przekupstwa

    Tata przychodzi po córeczkę do przedszkola. Ona wychodzi do niego obrażona, bo przecież to mama miała ją odebrać. W szatni zaczynają się posiskiwanie, marudzenia, a na końcu płacz. Dziecko kategorycznie odmawia założenia ubrań i wyjścia z szatni. Zmęczony, trochę zawstydzony, a na pewno bardzo zdenerwowany tata szepce dziewczynce do ucha „Ubieraj się i nie marudź to pójdziemy na lody”. Koniec sceny… a właściwie scen na dziś… A co z dużym prawdopodobieństwem wydarzy się następnym razem i dlaczego?

    Nie tylko w takich sytuacjach zdarza się każdemu z nas próbować przekupić dziecko. Czasami bo nam się spieszy, innym razem bo robi sceny, a jeszcze kiedy indziej aby dodać mu otuchy (naszym zdaniem). Jak dobrze wiemy często kończy się to tym, że w podobnej sytuacji dziecko już samo oczekuje „nagrody”. Dlaczego tak się dzieje? Czy to złośliwość dziecka? A może chęć pozyskania korzyści? Co sprawia, że nawet najmniejsze dzieci szybko uczą się, że w danych sytuacjach mogą konkretnym zachowaniem zyskać.

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Odpowiadają za to neurony, a właściwie połączenia między nimi. Nasz mózg ciągle się zmienia. Ogromna ilość neuronów tworzy, umacnia lub „zrywa” połączenia między sobą. Każda nowa sytuacja jest porównywana do naszych dotychczasowych doświadczeń i jeśli nie zostaną odnaleziona znaczne podobieństwo tworzone jest nowe połączenie pomiędzy neuronami. Jeżeli zaś podobna sytuacja miała już miejsce połączenie te zostaje jakby umocnione. Co w najprostszych słowach można wytłumaczyć tak:

    1) dziecko zachowuje się w jakiś sposób – robi awanturę bo przyszedł tata, a nie mama

    2) rodzic stosuje przekupstwo – nowa sytuacja – powstaje nowe połączenie po między neuronami

    3) dziecko ponownie znajduje się w takiej samej sytuacji – przyszedł tata

    4) połączenie między neuronami się „uaktywania” – dziecko oczekuje „nagrody” inaczej robi jeszcze większą awanturę

    Oczywiście mamy kilka rozwiązań takiej sytuacji. Najłatwiejsze starać się nie wspierać tworzenia nowych połączeń nerwowych, które będą związane z przekupstwem. Ale jak wiemy czasami przez stras, zmęczenie i zabieganie możemy po prostu o tym nie pomyśleć. Jeżeli jednak już tak się stało ważne abyśmy nie utrwalali tego połączenia. Jeżeli tata znowu przyjdzie po córkę, a ona będzie nie zadowolona, niech przetrwa awanturę. Może wziąć dziecko „pod pachę” i zabrać do domu. Może przeczekać. Może wytłumaczyć… Ważne aby znowu nie zabrał na lody czy inną atrakcję. Bo każde utrwalenie zachowania będzie powodowało coraz to większe oczekiwania.

    Nie wińmy więc dzieci, że oczekują od nas „nagrody”, ponieważ najczęściej to my sami oddziałujemy na ich mózg, a dokładniej neurony, które działają tak jak zostały do tego stworzone. Ale jeśli już wiemy jak działają, to możemy tę wiedzę wykorzystać. Dzięki wiedzy możemy sprawić, że nasze rodzicielstwo będzie łatwiejsze a relacja z dzieckiem bliższa.