Tag: rodzice

  • Przychodzi matka zapisać córkę do ginekologa…

    Jakiś czas temu na moim FB przytoczyłam sytuację, której byłam obserwatorką. Matka przyszła, przy okazji bycia w przychodni, zapisać dorosłą córkę do ginekologa. Pani w recepcji zapytała czy córka jest w ciąży, na co matka ze zdziwieniem odparła „Nie, jest studentką”. Mój komentarz był taki, że zdaniem mamy najlepszą metodą antykoncepcji jest studiowanie 🙂 Pod postem była krótka dyskusja, w której jedna z pań stwierdziła, że ona zaprowadziłaby sama taką córkę – studentkę do lekarza po środki antykoncepcyjne. Z pewnością różnica postępowania obu pań wynikała z ich wieku i świadomości. Zaczęłam się zastanawiać jak to z nami – polakami jest, jeśli chodzi o rozmowy na temat płciowości. Zwłaszcza rozmowy między rodzicami i dziećmi.

    Głównym dylematem wielu rodziców jest to, że z nimi nikt o tym nie rozmawiał. I nie mówię tu o seksie ale nawet o dojrzewaniu. Bo jak tu zacząć? Kiedy? Jak o TYM mówić? A może niech się wszystkiego dowiedzą w szkole? Na szczęście coraz więcej rodziców ma świadomość, że dziecko powinno z domu wynieść podstawową wiedzę dotyczącą płci, dojrzewania czy współżycia. Często nie wiedzą jak się do tego zabrać. Oto moich kilka rad.

    Odpowiadać na pytania

    Dzieci dość wcześnie zaczynają dostrzegać różnice płciowe. Zaczynają pytać. Pytania te nie mają żadnego podtekstu, dzieci są po prostu ciekawe. Pytają czemu mama nie ma siusiaka, dlaczego tata nie sika na siedząco, dlaczego babcia ma takie duże piersi, itp. Pytania najczęściej dotyczą cech zewnętrznych. Nie trzeba unikać odpowiedzi i wymyślać niestworzone rzeczy. Dzieciom wystarczą proste wyjaśnienia. Bo ktoś jest chłopcem, a ktoś dziewczynką. Później pojawiają się pytania „skąd się biorą dzieci”. Odradzam wersje przynoszenia, itp. (maluchy twierdzą, że dzieci kupuje się na allegro, w sklepie za 5 zł, przynosi listonosz oraz bardziej znane: bocian, kapusta, słoik). Tu też wystarczy prosta odpowiedź, że mama i tata bardzo się kochają, przytulają i wtedy powstaje w mamy brzuszku dziecko. Jest wiele książeczek dla dzieci, tłumaczących ten temat, warto z nich skorzystać. Zwłaszcza jeśli w rodzinie ma się pojawić kolejne dziecko. Osobiście polecam „Horror, czyli sąd się biorą dzieci” mego ulubionego Grzegorza Kasdepke.

    Dokształcić się

    Jeśli się krępujemy i nie wiemy jak odpowiadać na pytania starszych dzieci, proponują samemu się dokształcić. Jest wiele książkowych pozycji dla rodziców dotyczących rozmów na tematy intymne.

    Nie wstydzić się

    Jeśli sami się krępujemy rozmów dotyczących płciowości to i nasze dzieci szybko przestaną szukać wiedzy u nas. Albo same zaczną się krępować, czując, że jest to tema tabu. Albo poszukają wiedzy w internecie lub u kolegów. A jak wiemy ta wiedza raczej nie jest rzetelna.

    Jeżeli wstydzimy się takich rozmów, poćwiczmy je z partnerem lub koleżanką, zaufaną osobą. Im częściej będziemy o tym mówić tym łatwiejsze zadanie przed nami. Oczywiście chodzi mi o rzeczową rozmowę, dotyczącą faktów, emocji i naszego ciała.

    Brak wiedzy ma katastrofalne skutki

    My się jakoś dowiedzieliśmy, to i nasze dzieci jakoś sobie poradzą. No, nie do końca tak jest. Kiedy my byliśmy młodzi o sprawach dojrzewania, płci i współżycia najczęściej rozmawialiśmy z rówieśnikami, starszym rodzeństwem, może ktoś coś gdzieś usłyszał, obejrzał jakąś gazetę lub film ukradkiem. Dziś pornografia jest na każdym kroku, dostępna na wyciągnięcie ręki. Jeśli nasze dzieci nie zaspokoją głodu wiedzy w domu będą na własną rękę szukały odpowiedzi przed wszystkim w internecie. A tam nie znajdą nic co będzie mówiło o emocjach, o wsparciu czy miłości.

    Dziś dzieci dojrzewają dużo szybciej. Zarówno mentalnie jak i fizycznie. Jeśli nie uprzedzimy ich co się zacznie dziać z ich ciałem i umysłem, w najlepszym razie mogą się przestraszyć. Wielokrotnie podczas wyjazdów harcerskich spotykałam się z tym, że 11, 12 czy nawet 13-letnie dziewczynki nic nie wiedziały o miesiączce, no może poza tym, że mówi się „mam okres”. A właśnie na obozie dostawały ją po raz pierwszy. Na szczęście zawsze znalazła się jakaś zastępowa, przyboczna czy drużynowa, które wytłumaczyła co i jak, ale dziewczynki przeważnie były przerażone. My – dorosłe, doświadczone instruktorki byłyśmy wyczulone na pewne zachowanie młodych nastolatek, które mogły wskazywać o zbliżającym się okresie. Udawało się nam czasami wyprzedzić wydarzenia i porozmawiać z nimi. Zresztą dotycz to nie tylko dziewczynek, bo chłopcy też się krępują, nie wiedząc np. czym są zmazy nocne.

    Nie róbmy naszym dzieciom tego. Nie skazujmy na niekomfortowe doświadczanie dorastania. Nie bójmy się, rozmawiać o współżyciu. Badania dowodzą, że rzetelna wiedza i wychowanie seksualne w rodzinie wcale nie prowadzą do wcześniejszego podejmowania współżycia. Wręcz przeciwnie. Nastolatki z domów gdzie nie straszono, nie zabraniano, ale otwarcie i odpowiedzialne rozmawiano na tematy miłości i seksu, podejmują inicjację seksualną dużo później. Ich świadomość jest większa, są mniej podatni na presję rówieśniczą w tym względzie.

    Wszystko opiera się na relacjach

    Z pewnością rozmowy na takie trudne tematy będą dużo łatwiejsze, jeżeli od urodzenia traktowaliśmy dziecko z szacunkiem, miłością i otwartością. To właśnie relacje oparte na tych filarach pozwalają zaufać sobie nawzajem i czasami powiedzieć „To jest dla mnie trudny temat, ale wiem, że dla Ciebie ważny. Spróbujmy więc porozmawiać. Bądź wyrozumiała a ja postaram się jak najlepiej odpowiedzieć na twoje wątpliwości”

    A wszystkim mamom i sobie, życzę aby pierwsza wizyta córki u ginekologa byłą ich inicjatywą i aby wspólnie przeżyły ją jako ważny moment w życiu.

  • Planszówki to nasza pasja

    Nazywam się Leszek Talipski i jestem mężem i ojcem dwóch synów. Wspólnie z żoną zależy nam, aby jak najwięcej czasu spędzać z naszymi chłopakami, dlatego szukamy różnych pomysłów na wykorzystanie wolnego czasu. Bieganie, piłka nożna, wyjście na mecz, wspólne wyjazdy to niektóre z naszych pomysłów na weekend. W dobie komputerów chcemy pokazać dzieciom ciekawe miejsca, piękno przyrody. Zawsze podczas wyjazdów nie może też zabraknąć gier planszowych.

    Każdy z nas wybiera kilka swoich hitów, jednak wśród nich nie może zabraknąć nowości. Aby je poznać bierzemy m.in. udział w wielu spotkaniach poświęconych grom. Dziesięcioletni syn jest wielbicielem Carcassonne wraz z dodatkami, Munchkina, 7 cudów świata, Wyspa Skye, Wsiąść do pociągu i wszelkiego rodzaju gier logicznych. Pięcioletni syn lubi grać w Dobble, Owocowy zawrót głowy, Halli Galli, Torcik, Pszczółki, Epokę Kamienia Junior. Obaj z przyjemnością grają też w Mistakos, Gobblety, Seta, Speed Cups.

    26 listopada kolejny już raz wybraliśmy się na Warszawski Festiwal Gier „Planszówki na Narodowym”. Po wyczerpującym tygodniu ten dzień był jak święto. Granie, turnieje, stoiska wydawnicze i Stadion Narodowy. Teraz, gdy wieczory są coraz dłuższe lubimy znaleźć choć chwilę, żeby razem spędzić czas przy planszówce. Bo planszówki to nasza pasja, która przerodziła się w pracę…. To właśnie z pasji powstała Pomysłowa Kredka, miejsce, gdzie można kupić, wypożyczyć, pograć w gry planszowe, wziąć udział w turniejach. A jeśli ktoś rozpoczyna przygodę z planszówkami lub potrzebuje pomocy w doborze gry to chętnie pomożemy. Duża ilość otwartych gier pozwala na zapoznanie się z zawartością pudełka i zasadami omówionymi przez nas. Pomocne też może okazać się wypożyczenie gry, aby sprawdzić, czy jest dla nas odpowiednia.

    Planszówki to sposób na pogłębianie naszych relacji, to pretekst do wspólnych spotkań z przyjaciółmi, to też sposób na naukę poprzez zabawę. Podczas gry czasem stajemy na podium jak zwycięzca, a czasem musimy znieść porażkę.

  • Masz prawo! Czyli kilka słów o Konwencji Praw Dziecka

    W sumie każdy z nas wie, że dzieci mają swoje prawa. Być może słyszeliśmy o tym, że Janusz Korczak mówił, iż dziecko to nie przyszły człowiek, ale już człowiek, tylko mały. Przecież kochamy nasze dzieci i szanujemy, wiemy jak je wychować – tak jak my zostaliśmy wychowani. Zawsze tak było, jest i będzie. Poza tym, wszyscy mówią o prawach, a czemu nikt nie mówi o obowiązkach dzieci? Rozbisurmaniło się to tałatajstwo i tylko by siedziała przed komputerem i nic nie robiło, a ty biedny rodzicu tyraj. Chcesz im dać to co najlepsze, a tu taka wdzięczność.

    Ale ktoś, kiedyś jednak te Prawa Dziecka uchwalił. Nie po to by zrobić na złość rodzicom, ale aby ochronić dzieci na całym świecie. Bo wielu ludzi zapomina, że dziecko to człowiek. A każdemu człowiekowi należy się szacunek i ochrona kiedy dzieje mu się krzywda. Zwłaszcza takiemu bezbronnemu jak dziecko. Są rodzice, którzy nie chcą aby ich dzieci znały swoje prawa, bo boją się sytuacji opisanych powyżej. Ale jeśli w domu panuje miłość i wzajemny szacunek to rozmowa o prawach dziecka tylko to wzmocni. A wiedza pozwoli dzieciom czuć się bezpiecznie, będą wiedziały jak mogą obronić się przed dorosłymi, z którymi stykają się na co dzień.

    Konwencja zawiera 54 artykuły i wiele z nich dotyczy obowiązków Państwa wobec dzieci, a pośrednio tez wobec rodzin, w których dzieci się wychowują. Więc tak naprawdę jej rolą jest również wspieranie rodziny i jej statusu społecznego. Chociażby przez zapewnienie wsparcia w opiece nad dziećmi rodzicom pracującym, poprzez różnego rodzaju instytucje.

    Niektóre z artykułów mogą wydać się nam banalne, jak choćby prawo do imienia i aktu urodzenia. Ale jak się nad tym zastanowić to jest to bardzo ważne – ktoś kto nie jest nazwany, jakby nie istniał, jakby go nie było. Wiąże się z tym również prawo do tożsamości zarówno społecznej jak i rodzinnej. Są też takie, które mówią o tym jakie obowiązki ma państwo wobec dziecka, które jest odseparowane od jednego lub obydwojga rodziców. A tym samym dotyczy to wprost dorosłych, którzy są rodzicami takiego dziecka. Konwencja daje również możliwość dziecku, które jest już do tego zdolne wypowiadania się w sprawach, które Go dotyczą, w tym w sprawach sądowych.

    Są też takie artykuły, które umożliwiają dzieciom wolność wyznania, czy myśli, możliwość zrzeszania się, dostępu do wiedzy ze środków masowego przekazu.

    Rodzice oburzają się często na artykuł 16, który między innymi mówi o ingerencji w korespondencję – zwłaszcza w dobie internetu i mediów społecznościowych. Ale prawdę mówiąc to jeśli wychowamy dziecko w atmosferze zaufania to młodsze zrozumie dlaczego czasami chcemy wiedzieć z kim i o czym rozmawia, a starsze będzie wiedziało jak poruszać się w świecie mediów.

    Moim zdaniem chyba jednym z najważniejszych artykułów jest 19, który mówi o przeciwdziałaniu przemocy zarówno fizycznej jak i psychicznej oraz wszelkiemu wyzyskowi dzieci, w tym seksualnego.

    Mogłabym przytoczyć i omówić wszystkie artykuły Konwencji, ale przecież nie o to chodzi. Ważne jest aby zrozumieć, że ma ona pomóc nam chronić dzieci. Wyznacza zadania dla Państwa, które ma wspierać rodzinę i interweniować w razie konieczności. Dobrze więc aby to przede wszystkim dorośli znali Prawa Dziecka, a później przekazywali tę wiedzę swoim dzieciom. Po to aby zawsze czuły się kimś ważnym, po prostu człowiekiem. Nie jest to łatwe, ale jest wiele sposobów aby było prościej nam to zrobić. Są książki, chociażby jednego z moich ulubionych autorów książek dla dzieci Grzegorza Kasdepke „Mam prawo! Czyli nieomal wszystko, co powinniście wiedzieć o prawach dziecka, a nie macie kogo zapytać!”. Ostatnio również ukazała się pozycja dotyczące Praw Dziecka autorstwa Doroty Zawadzkiej – Super Niani. Jest strona Rzecznika Praw Dziecka gdzie można znaleźć inspiracje. I oczywiście jest mój ukochany Stary Doktor – Janusz Korczak, który tak wiele mówił o szacunku i prawach dzieci.

    Ważne jest abyśmy sami poznali Konwencję i to jakie prawa z niej wynikają dla naszych dzieci i rodziny. Nie stójmy bezczynnie, brońmy nasze dzieci i nasze rodzicielstwo. Bo jeśli dziecko będzie czuło się bezpiecznie i szanowane to żadne obowiązki czy wyzwania nie będą dla niego problemem.

  • Światowy Dzień Wcześniaka

    17 listopada przypada Światowy Dzień Wcześniaka. W tym roku zachęcam was do tego aby właśnie tego dnia solidaryzując się z wcześniakami i ich rodzicami, ustawić na swoich profilach społecznościowych zdjęcie profilowe w kolorze fioletowym. Ten właśnie kolor jest symbolem wcześniaków.

    Dlaczego to tak ważne? Bo wcześniakiem nie przestaje się być z momentem kiedy opuści się inkubator (czym on jest już pisała). Tak samo nie przestaje się być rodzicem wcześniaka z momentem przywiezienia dziecka do domu ze szpitala, często po 4 czy 5 miesiącach od urodzenia. Część tych dzieci potrzebuje specjalnego wsparcia do 2 – 3 roku życia, ale większość przez o wile dłuższy czas. Nie chodzi tylko o rehabilitację ruchową, która często jest dość nieprzyjemna i uciążliwa dla dziecka i trwa co najmniej do momentu rozpoczęcia chodzenia (co u wcześniaków jest oczywiście opóźnione). Mówię tu również o innych powikłaniach najczęściej jest to dysplazja oskrzelowo – płucna (kiedy dziecko podłączone jest do respiratora on może uszkodzić płuca i wydłużyć proces gojenia), drożny przewód tętniczy Botalla, retinopatia, wady słuchu, wylewy dokomorowe, martwicze zapalenie jelit i wiele innych. Wpływają one na dalszy rozwój dziecka często na całe życie.

    Rodzice wcześniaków stają na głowie alby pomóc swoim dzieciom żyć normalnie, rozwijać się i funkcjonować jak ich rówieśnicy. Jest to czasochłonne, czasami frustrujące, a z pewnością kosztowne. Często mamy, które planowały powrót do pracy po rocznym macierzyńskim zostają z dzieckiem w domu co najmniej 2 – 3 lata. Tak właśnie jest w moim przypadku i choć była to dla mnie prosta decyzja, pociągnęła za sobą kilka ważnych zmian w życiu.

    Rodzice i dzieci otrzymują od najbliższych i znajomych dużo wsparcia po urodzeniu i zaraz po powrocie do domu. Jednak z czasem zostają sami z sytuacją, która czasami może przytłaczać i dołować. Po mimo że uśmiech dziecka jest w stanie rozpędzić czarne chmury znad każdej rodzicielskiej głowy to jednak nie jest łatwo. Nie każdy lekarz rozumie czym jest wcześniactwo. Nie każdy człowiek to rozumie i ocenia. Zresztą ja kiedyś też taka byłam. Nie miałam pojęcia, że wcześniaki są czasami bardzo chorowite i pomimo że waleczne to początek ich życia często determinuje ich zachowanie, a na pewno zachowanie ich rodziców. Kiedy do przedszkola przyszła mama i chciała zapisać wcześniaka, bardzo podkreślała, że właśnie nim jest. Miała wątpliwości czy sobie poradzi… Nie bardzo rozumiałam, bo wyglądał na zdrowego i komunikatywnego chłopca. Teraz wiem co czuła i dlaczego się bała…

    Bardzo was proszę, abyście pokazali wszystkim rodzicom wcześniaków, że jeśli nawet nie rozumiecie co czują, to jesteście. I chcecie dać im siły. Bo nie każdy wcześniak będzie mógł startować na olimpiadzie (wiece, że przez płotki w reprezentacji Polski biegł właśnie wcześniak), niektóre nie będą w stanie samodzielnie funkcjonować. Wcześniaków i ich rodziców jest coraz więcej. Lekarze czynią cuda. Pokażcie, że i Wy potraficie. 17 listopada bądźcie z nami na fioletowo 🙂

  • 10 rzeczy, które może przerażać w opiece nad noworodkiem

    Niezależnie czy ktoś jeszcze nie ma dzieci, czy się spodziewa lub jest świeżo upieczonym rodzicem, jest co najmniej 10 rzeczy, które mogą przerażać w opiece nad noworodkiem. Mogą występować wszystkie naraz, grupowo lub w różnym czasie i konfiguracji. Kolejność przypadkowa. Chociaż czy na pewno?

    1. Obcinanie paznokci

    Kiedy dziecko się rodzi ma takie malutkie paluszki. Jego rączki są często jeszcze zaciśnięte. A jednak czai się tam niebezpieczeństwo, które rośnie szybciej niż cokolwiek. PAZNOKCIE… Drapią maluszka, rodziców i wszystkich, którzy pojawią się w pobliżu małych rączek. Oczywiście są niedrapki, itp. ale prędzej czy później ktoś musi pierwszy raz obciąć paznokcie. Ale jak kiedy tylko maluch poczuje jakąkolwiek ingerencje uruchamia system obronny i rączki idą w ruch. Są różne techniki od obgryzania (dla mnie łeee), przez cążki po nożyczki. Można wykorzystać sen lub zabawianie. Mariance pierwszy raz obcinałam paznokcie jeszcze w szpitalu. Stres miałam ogromny, a paluszki jak to u wcześniaka tycie. Ale jakoś poszło 🙂

    2. Obcinanie paznokci u nóg

    Czytaj problemy jak wyżej plus wariujące nóżki i dużo mniejsze paluszki. Czasami dla mnie nadal to wyzwanie, zwłaszcza najmniejszy paznokietek.

    3. Zmiana pieluszki

    Oczywiście jedynie dla nowicjuszy może być to przerażające. Bo choć wydaje się to banalne, to kiedy staje się po raz pierwszy do wykonania zadania różnie to wychodzi. Trzeba pamiętać, że zapięcia są na tylnej części, a z przodu obrazek. Ja miałam szczęście, że pracowałam w żłobku więc doświadczenie w przewijaniu miałam. Ale kiedy Marianka miła jakieś 5 dni i pieluszka w rozmiarze 0 podchodziła jej pod pachy, nawet ja miałam zawahanie.

    4. Obsika mnie

    Ten strach wiąże się oczywiście ze zmianą pieluch. I nie tylko u chłopców. Dziewczynki są również zdolne i potrafią wykorzystać sytuacje. Dlatego warto sobie wszystko wcześniej przygotować pod rękę, aby operacja poszła szybko i sprawnie. Chociaż, jak mówiły pielęgniarki u nas na oddziale prawdziwy rodzic to dopiero po pierwszym nasiusianiu poza pieluszkę 😉

    5. Zakładanie ubranka przez głowę

    Kto nie próbowała tego z maluszkiem nie wie jakie to bywa męczące. Po mimo że dzisiejsze bodziaki mają albo specjalnie zachodzący na siebie dekolt, albo guziczki to i tak duże główki dzieciaczków nie zawsze chcą gładko przejść przez otwór. Powoduje to stres u dziecka, a co za tym idzie jeszcze większy u rodzica. Podpowiem, że większość bodziaków ma tak szeroki wycięcia, że można je założyć przez nogi. A główkę darować sobie do momentu kiedy będzie bardziej stabilna.

    6. Pierwsza kąpiel

    To przecież banał… Ale jak już woda w wanience czeka, maluch rozebrany to jakoś tak ręce same zaczynają dygotać 🙂 My pierwszy raz samodzielnie kąpaliśmy Mariankę w szpitalu dziecięcym (już poza oddziałem neonatologicznym), miała nam przyjść pomóc pielęgniarka ale zapomniała. Mieliśmy wanienkę ala zlew bez zatyczki, ale jakość poszło. Ważne aby wszystko mieć pod ręką i kilka pierwszych kąpieli odbyć z asystą drugiego dorosłego (najlepiej aby rodzice kąpali wspólnie) wtedy jakoś raźniej i bezpieczniej. A potem już codzienna rutyna się włączy.

    7. Upuszczę

    Jak wziąć na ręce takiego maluszka. Jeśli ktoś nie miał doświadczenia to może okazać się to trudne… w głowie. Bo wiadomo nie chcemy skrzywdzić naszego dziecka i po pewnym czasie poczujemy się pewniejsi, a dziecko to wyczuje i też się odpręży. Nasza Marianka mieściła się w dwóch dłoniach kiedy Ją pierwszy raz braliśmy na ręce. Strach był, ale radość dawała odwagi.

    8. Czyszczenie noska

    Pierwszy katar to koszmar. Dziecko ciężko oddycha, nie potrafi wydmuchać noska, spływa wszystko do gardła… A lekarz pediatra każe inhalować i czyścić nosek. Straszne… jest gruszka, jest frida, chusteczka… ale jak cokolwiek włożyć w ten mały nosek? Jak przytrzymać tę małą główkę aby się nie wierciła? Dla mnie do dziś jest to trudne i choć tłumacze Mariance za każdym razem, że będzie jej lżej oddychać, zdaje się, że rozumie to do momentu kiedy nie dotknę jej czymkolwiek do nosa. Jeśli, któreś dziecko nie szaleje przy tym… gratuluję Wam serdecznie i zazdroszczę.

    9. Pielęgnacja części intymnych

    Niezależnie czy chodzi o chłopca czy dziewczynkę, nasza kultura i wychowanie narzucają nam doże ograniczenia w głowie. A przecież to nasze dziecko i chcemy aby było zdrowe. Należy tylko pamiętać o kilku zasadach higienicznych od przewijania po kąpiel i będzie dobrze. A wstyd… odłożyć na bok.

    10. Nie obudzę się w nocy

    Pierwsza noc z noworodkiem w domu. Wielu rodziców bojąc się o zdrowie lub inne rzeczy większość czasu spędza przy łóżeczku. Kiedy dziecko dłuższy czas nie płacze sprawdzają czy wszystko jest dobrze. A maluszki w pierwszych dniach bardzo często odsypiają jeszcze stres po porodzie. Rodzice boją się, że są zmęczeni i nie usłyszą w nocy płaczu dziecka. Nie ma obaw, zwłaszcza mamy usłyszą nawet kiedy dziecko się przewraca lub wierci 🙂 Dla nas największym stresem był oczywiście oddech Marianki, ale wiedząc o tym zawczasu zaopatrzyliśmy się w łóżeczkowy czujnik oddechu. I choć Mania nie ma od powrotu do domu bezdechów to czujnik jest aktywny co noc. Po to abyśmy my mogli spać spokojnie.

    Czy to cała lista? Z pewnością nie. Moja siostra (jeszcze bezdzietna) dodałaby jeszcze strach przed tym, że dziecko rozpadnie się jej w rękach (czytaj główka się nie utrzyma). Inni może dopisaliby jeszcze coś innego. Ważne, że warto sobie uświadamiać swoje lęki i strachy, zmierzyć się z nimi i je pokonać. Bo każdy kiedyś robił coś po praz pierwszy przy dziecku. A trening czyni mistrza.

  • Potrzebne są korzenie

    Odwiedzając wczoraj rodzinne groby na cmentarzu obserwowałam wiele rodzin, zachowania dzieci i przypominałam sobie jak sama byłam dzieckiem. Jaka byłam? Ciekawa wszystkiego i wszystkich co mnie otacza. Bezustannie zadawałam rodzicom pytanie czyj grób odwiedzamy? Dlaczego? Kim są ludzie, których spotykamy? Co roku pytań było mniej, bo dużo już wiedziałam. Z uśmiechem wczoraj obserwowałam syna jednej z moich kuzynek, który szeptem pytała mamę o to samo co ja kiedyś.
    Wczoraj też usłyszałam od mojej cioci zdanie, które dało mi do myślenia. Powiedziała, że dziś zapalamy znicze na grobach rodziny i znajomych, pamiętamy o nich, bo chcielibyśmy aby kiedyś ktoś też nas wspominał. W sumie zawsze o tym wiedziałam, ale wczoraj dotarło do mnie również to, że aby tak się stało musimy nauczyć nasze dzieci, że warto pamiętać o przeszłości. Być może wiele osób się ze mną nie zgodzi. Może w Waszych rodzinach nie ma takiej tradycji, a w inny sposób dbacie o pamięć o przeszłości. Moim zdaniem nie ważny jest konkretny sposób, ale cel. Dlaczego uważam, że warto aby dzieci znały historię rodziny i swoich przodków? Może dlatego, że uważam iż drzewu bez korzeni bardzo trudno jest wzrastać? A może dlatego, że aby wiedzieć kim się jest, potrzebne jest poczucie bezpieczeństwa i tożsamości. A tożsamość rodzinna bardzo to ułatwia.
    Dlatego zachęcam wszystkich rodziców aby znaleźli swój własny sposób na przekazanie dzieciom tradycji i historii rodzinnej. Bo moim zdaniem warto dbać o korzenie. A jeśli przyczynkiem do tego są różnego rodzaju święta… tym lepiej

    Tekst po raz pierwszy został opublikowany 2 listopada 2015 r.

  • Szanuj potomka swego, jak siebie samego

    „Dzisiejsza młodzież to nikogo nie szanuje” – takie stwierdzenie można usłyszeć często podczas rozmów o młodym pokoleniu. Kiedyś zastanawiam się dlaczego tak jest. Im dłużej pracowałam z dziećmi i młodzieżą tym częściej spotykałam się z tym, że rodzice mają problem z tym aby ich szanowano. Przez ostatnie 18 lat wiele rzeczy się zmieniło w podejściu do wychowania w rodzinach. I stąd m. in. wynikają takie problemy z szacunkiem i autorytetem.

    Po mimo iż ja w kontaktach z moimi podopiecznymi nie miałam takich problemów, zaczęłam się jakiś czas temu intensywnie zastanawiać gdzie tak naprawdę jest pies pogrzebany. Obserwując dorosłych i ich kontakt z dziećmi oraz analizując swoje metody wychowawcze doszłam do kilku wniosków. Najważniejszym był ten, że my jako dorośli często nie traktujemy dzieci jak ludzi, a jak przyszłych ludzi… dorosłych. A dokładnie? Nie rozmawiamy z dziećmi, a jedynie komunikujemy to co mamy do powiedzenie. Dokonujemy przy nich czynności higieniczno – opiekuńczych nie informując co tak właściwie i po co robimy. Podejmujemy decyzje. Omawiamy sprawy dzieci z innymi dorosłymi, kiedy one to słyszą. Mogłabym wymieniać dalej. A wyobraźmy sobie, że ktoś nas tak traktuje. Czy czulibyśmy się dobrze? Czy odpowiadałoby to nam? Czy szanowalibyśmy tę osobę? Czy wiedzielibyśmy czym w ogóle jest szacunek? A dzieci muszą to znosić. A wierzcie mi, nie jest im to obojętne i bardzo dużo rozumieją.

    O tym pisze również Tracy Hogg w swojej książce „Język niemowląt”. Podstawą każdego kontaktu z dzieckiem, nie ważne w jakim jest wieku powinien być szacunek. Kiedy czytałam o tym wydało mi się to tak banalne, że nie warte aby o tym pisać. Ale za chwilę uświadomiłam sobie, że dla mnie jest to naturalne ale nie dla wszystkich dorosłych. Nie każdy chce rozmawiać z dzieckiem mniejszym czy większym jak z rozumnym człowiekiem. Nie każdy informuje dlaczego coś teraz będziemy robili i po co. Nie każdy włącza dziecko w proces decyzyjny dotyczący jego osoby i spraw rodzinnych. Nie każdy… Nie zrozumcie mnie źle, jestem daleka od „dziecikracji”, ja tylko uważam, że każdemu człowiekowi od urodzenia należy się szacunek. A jeśli pozna te uczucie od małego, to będzie w stanie szanować osoby zarówno te, które go tego nauczyły, jak i inne tego warte. Jeśli wytłumaczymy dlaczego coś będziemy robili, łatwiej to dziecko zaakceptuje. Jeśli będzie mogło podejmować najpierw małe decyzje dotyczące np. swego ubioru (z dwóch czy trzech propozycji przygotowanych przez rodzica), czy zabawki zabieranej do przedszkola, jeśli będzie mogło się wypowiedzieć w sprawach rodzinnych. To nie tylko okażemy dziecku szacunek, ale również pokażemy jak ważne jest samodzielne i odpowiedzialne decydowanie o sobie.

    Jeśli czytaliście o okresie kiedy urodziła się Marianka i była w inkubatorze to pewnie wiecie, że od początku z Nią rozmawiałam. Tłumaczyłam, opowiadałam, kiedy trzeba przepraszałam. Ona z pewnością nie rozumiała sensu moich słów, ale już intonacje i intencję jak najbardziej. A poza tym, ja przyzwyczajałam się aby właśnie w taki sposób się do niej zwracać. Kiedy ją przewijam mówię co będę robiła, kiedy gdzieś się wybieramy opowiadam Jej o tym. Chcę aby wiedział co się dzieje. Często zadaję Jej pytania, dając szansę na odpowiedź. I choć na razie są to dźwięki, to za chwilę nasze rozmowy staną się bardziej zrozumiałe. Wiecie też, że jestem zwolenniczką wyznaczania granic, w ramach których dziecko się porusza. To też wyraz szacunku, bo jasno określam co i dlaczego. Granice i ich rozszerzanie w procesie dorastania, rozmowa o nich to też wyraz szacunku zarówno do dziecka jak i do rodzica.

    Po między wychowaniem dyrektywnym, a uległym jest złoty środek. Wychowanie demokratyczne – naznaczone szacunkiem do dziecka. Wychowanie, które poprzez granice daje poczucie bezpieczeństwa i wolności. Uczy samodzielności i szacunku. To jest wychowanie, które sprawi, że dziecko będzie szczęśliwe a rodzice będą odczuwali radość i satysfakcję.

    Jeśli my nie będziemy traktować od urodzenia dzieci z szacunkiem, to nie możemy wymagać aby one nas szanowały. Bo niby skąd mają wiedzieć czym jest szacunek. Z tą wiedzą się nie rodzą, muszą ją posiąść w trakcie dorastania. Nie można powiedzieć szanuj mnie, ni można opowiedzieć czy jest szacunek. Trzeba go pokazać, dziecko musi go poczuć. A wtedy żadne dodatkowe tłumaczenie nie będzie potrzebne.

    To jest mój przepis na sukces, choć nie jest on prosty… a może właśnie jest?

  • Panaceum na wszystkie smutki. Czyli rodzic na dopingu

    Życie rodzica nigdy nie było, nie jest i nie będzie łatwe. Wiedziałam to na długo zanim sama zostałam mamą czy zanim zaczęłam pracę jako wychowawca. Kiedy widziała moją mamę wracającą zmęczoną z pracy, „ciągnącą” ze sobą zakupy, od razu zabierająca się za robienie obiadu, nie mówiąc już o praniu czy sprzątaniu, wiedziałam, że nie jest łatwo. Ale też patrząc na Nią wiedziałam podświadomie, że warto. Jakoś tak od zawsze wiedziałam, że bardzo chcę być mamą. Nie wyobrażałam sobie innego życia.

    Jednak los przed długi czas w tym względzie nie był dla mnie łaskawy. Zanim spotkałam mego męża i mogliśmy myśleć o dzieciach byłam już po trzydziestce. Ale odkąd byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej moje życie było pełne. Tak to chyba najwłaściwsze słowo – pełne. Czas oprócz szkoły, studiów, a później pracy wypełniało mi harcerstwo. Z czasem zbiórki, szkolenia, spotkania, wyjazdy, pełnienie funkcji na szczeblach powiatowych, wojewódzkich czy centralnych pozwoliło mi zagospodarować czas. Potem doszły też inne rzeczy: praca na uczelni, szkolenia zewnętrzne, współpraca z wieloma podmiotami, prowadzenie warsztatów i szkoleń… To był cały mój świat. Świat, który czekał na rodzinę.

    Prawdę mówiąc tylko trochę to się zmieniło kiedy poznałam mego męża. Nie wiem jakim cudem jak to się mówi „nie pogonił mnie”, tylko zrozumiał. Może dlatego, ze sam był kiedyś harcerzem? Zwalniać zaczęłam dopiero będąc w ciąży. Chciałam cieszyć się tymczasem, odpocząć. Zrezygnowałam z wielu obowiązków, wybierając tylko to co było najważniejsze. Wydawało mi się, że wszystko zmieniło się kiedy urodziła się Marianka. Jednak teraz już wiem, że to nie prawda. Po prostu przekierowałam całą swoją energię i zaangażowanie z dotychczasowego życia w walkę o Jej życie. Te cztery miesiące w szpitalu to nadal była ogromna aktywność z mojej strony.

    Teraz wiem, że wszystko się zmieniło kiedy już ułożyłyśmy sobie z Manią życie w domu. Kiedyś miałam kontakt z wieloma ludźmi codziennie. Teraz bywają dni, że jedynym dorosłym z jakim rozmawiam jest mój mąż. Kocham moją córeczkę i mówię do niej cały czas, bo wiem, że mnie rozumie. Ale po prostu brak mi grupy rówieśniczej.

    To bardzo trudne zwłaszcza dla bardzo aktywnych kobiet zmienić życie na domowe pielesze. Oczywiście wychodzimy na spacery, jeździmy na rehabilitacje i wizyty u specjalistów. Wychodzę też na aqua aerobik i do sklepu… Ale czasami po prostu brakuje mi wyzwań intelektualnych. Bo choć czasami wiele sprytu i wykorzystania wielu metody wychowawczych potrzeba aby zachęcić Mariankę do zjedzenia lub spania, to jednak to coś innego. I choć może to dziwne, bo Mania za chwilę skończy 9 miesięcy, to może przez tę pogodę, zmęczenie i jeszcze coś niezidentyfikowanego, czasami czuję się jakbym miała w tzw. baby blus. Są dni lub chwile kiedy miałabym ochotę usiąść i płakać. Czasami nawet z Marianką. Myślę, że wiele mam ma takie chwile. I wydaje mi się, że nie wynikają one nawet z bezradności tylko tak po prostu. Ostatnio właśnie miałam kilka takich dni. Nawet trudno mi się pisało, choć przeważnie to właśnie blog i jego poradzenie motywowały mnie do wysiłku intelektualnego. Do „rozmowy” z innymi dorosłymi.

    Dziś rano jednak pomyślałam, że jednak zawsze wiedziałam co jest moim lekarstwem na wszystkie smutki. Nawet przyszedł mi do łowy tekst na bloga „Kiedy kocham najbardziej”. Ale nie oszukujmy się kocham Ją zawsze bardziej niż chwilę wcześniej. W każdej sekundzie, w każdej sytuacji. Najwięcej siły dają mi jednak momenty. Takie mojej i Marianki. Ona rano budzi się pierwsza, leży w łóżeczku i bawi się pieluszką lub rączkami. Kiedy do Niej zajrzę, a Ona zobaczy moją twarz od razu się uśmiecha. Rozpływam się wtedy. Kiedy wtula się we mnie bo się zawstydziła kogoś. Kiedy je, marudzi, pluje, aż tu nagle z buzią pełną zupki uśmiecha się tym bezzębnymi usteczkami. Kiedy się czegoś przestraszy i szuka u mnie wsparcia. Lub kiedy jestem smutna lub płaczę (czasami nawet ze szczęścia) a Marianka z troską zagląda mi w oczy chcąc sprawdzić czy wszystko jest dobrze. Kiedy rano wylegujemy się jeszcze razem w łóżku, a Ona dotyka mojej twarzy… Te wszystkie momenty sprawiają, ze moje serce zaczyna bić szybciej. A smutki same gdzieś odpływają.

    Wiem, że za kilka miesięcy kiedy Marianka będzie już bardziej odporna będziemy mogły robić wiele rzeczy wspólnie. Będzie mi mogła towarzyszyć w wielu miejscach i spotkaniach. Wiem, że będzie łatwiej. Aby tylko przetrwać tę jesienną słotę i zimę… A później przyjdzie wiosna i da nam nowe możliwości. Bo z naszą miłością do siebie żaden smutek nie zostanie na dłużej.

  • Wesołe jest życie staruszka?

    Jeszcze tylko parę wiosen, jeszcze parę przygód z losem

    Jeszcze tylko parę zim i refrenem zabrzmisz tym:

    Wesołe jest życie staruszka, wesołe jak piosnka jest ta

    Gdzie stąpnie zakwita mu dróżka i świat doń śmieje się: ha, ha”

    Tak starość w swojej piosence opisywał Jerami Przybora. Jednak dziś zarówno starość definiujemy inaczej, jak i samo życie wielu seniorów raczej nie przypomina ukwieconej łąki.

    Kiedyś pięćdziesięciolatek był dziadkiem zarówno w zawiązku z wiekiem jak i posiadanymi wnukami. Dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie to aktywni zawodowo ludzie, ciekawi świata, którzy często jeszcze nie mają wnuków. Bo albo sami mieli dzieci po 30-tce, albo ich potomkowie jeszcze się nie ustatkowali. Mają przed sobą perspektywę wielu lat pracy, ale również możliwości dostępu do rozwoju osobistego, mediów społecznościowych, podróży. Żyć nie umierać? Może i tak. Mają odchowane dzieci, a jeszcze wystarczająco sił aby „podbijać” świat.

    Z drugiej strony mamy emerytów, którzy pamiętają czasy innego ustroju, kiedy może i na półkach nie było nic prócz octu, ale zawsze można było jakoś przeżyć. Coś zdobyć, wystać w kolejce, załatwić… Dziś mają kilkaset złotych emerytury lub renty, a stojąc przy okienku w aptece muszą decydować, które leki wykupić a które nie. Oczywiście są i tacy seniorzy, którzy radzą sobie dobrze, mają dobre emerytury albo pomagają im dzieci czy wnuki.

    I tu dochodzimy do klu problemu. Wsparcie dzieci lub wnuków… Pisze o tym w perspektywie bycia rodzicem bo po pierwsze, my też jeśli dobrze pójdzie kiedyś będziemy seniorami, a po drugie nasi rodzice czy dziadkowie już nimi są. I to od nas zależy zarówno nasz los, jak i ich.

    Wielu seniorów nie oczekuje strikte pomocy finansowej. Często brakuje im towarzystwa, osób z którymi mogliby porozmawiać (stąd np. częste wizyty w przychodniach lekarskich), poczucia że są potrzebni. Wielu starszym osobom brakuje sensu życia. Ale problemem jest również brak szacunku od młodych.

    Czy chcemy takiej starości dla naszych rodziców, dziadków? Dla nas? Ja na pewno nie. Dlatego już dziś warto zastanowić się zarówno nad swoim zachowaniem i postępowaniem oraz zadbać aby nasze dzieci szanowały osoby starsze. Oczywiście nie osiągniemy tego jeśli nam samym szacunek dla seniorów jest obcy. Jeśli nie widzimy potrzeby i sensu kontaktów z nimi. Jeśli nie dostrzegamy jaką wartością jest dla dzieci kontakt ze starszymi osobami.

    Już kiedyś pisałam co ja zawdzięczam mojej babci. Nie będę rozdrabniała się nad tym, że gdyby nie seniorzy nie byłoby nas. Warto jednak wspomnieć, że bardzo często są oni żywymi „nośnikami” wartości jakie chcielibyśmy przekazać naszym dzieciom. Kontakt z nimi może w namacalny sposób pokazać zarówno starszym jak i młodszym dzieciom czym jest życie i jak warto, a jak nie warto go przeżyć. Mówię tu zarówno o kontakcie ze starszymi osobami z naszej rodziny jak i w zasadzie obcymi. Parę dni temu zakończyła się wspaniała akcja „Pamiętamy” – wysyłanie pocztówek do Powstańców Warszawskich. Udział w niej nie tylko sprawił bohaterom przyjemność, ale uczył dzieci, że był ktoś przed nami. Nasz świat nie powstał wczoraj, aktywnie tworzyli go ludzie, którzy dzisiaj często już tylko obserwują co my z nim robimy. Warto uzmysłowić to dzieciom.

    To jak dziś ukażemy seniorów i ich los naszym dzieciom będzie miało bezpośredni wpływ na to jak one potraktują kiedyś nas. Może warto czasami zastanowić się co mówimy o starszych ludziach, jak z nimi postępujemy, czy ich szanujemy. Bo może okazać się, że wcale nie będziemy:

    Trzęsiesz się z niecierpliwości żeby dożyć tych radości

    Guzik rwiesz i wdzianko mniesz tak już być staruszkiem chcesz”

  • Intonacja czy intencja?

    Kiedy pracowałam w przedszkolu rodzice często pytali mnie jak to robię, że dzieci słuchają moich poleceń. Oni czasami muszą nagadać się i namęczyć, żeby dziecko odłożyło coś na miejsce, a u mnie raz i jest zrobione. Prosili o zdradzenie sekretu, jak ja to robię 🙂

    Problem z wykonywaniem prostych poleceń rodziców ma wiele dzieci. Może wynikać to z wielu przyczyn, ale zasadniczo jest związane z kilkoma prostymi sprawami, które uciekają rodzicom. Zaś w nowym środowisku, takim jak żłobek, przedszkole czy szkoła – dziecko wchodzi w relację z nowymi dorosłymi, którzy ustalają nowe reguły i zasady. Dzieci często funkcjonują w taki sposób, że zachowują się tak w danym miejscu jak są do tego przyzwyczajone i jakie im są tam narzucone reguły. Czyli w domu według relacji z rodzicami, a w przedszkolu tak jak pani wymaga. Dlatego mogą występować różnice w zachowaniu w różnych miejscach i pod opieką różnych osób.

    Ale wróćmy do tego co można zrobić, aby dziecko przy rodzicach wykonywało proste czynności o jakie jest proszone. Kiedyś jedna mama dziwiła się, że dziewczynka w przedszkolu bez problemu odstawiła buciki do szafki. W domu nigdy nie mogła się o to doprosić. A w czym tkwiła tajemnica? Pani w przedszkolu wyraziła krótki komunikat „Proszę odstaw buty do szafki”. Mama w domu zawsze gadała, gadał, gadał…. wpadała w słowotok, nie dając chwili na wykonanie zadania. A jak już trwała tyrada, córka po prostu się gubiła i nie wiedziała czego mama od niej oczekuje, wyłączała się, jej myśli uciekała, zajmowała się czym innym. A mamie wydawało się, ze córką ją ignoruje. Często zagadujemy nasze dzieci zamiast wydać proste poleceni, które nie zrobi im krzywdy, a pokaże czego oczekujemy. Używamy słów, których nie rozumieją. Oczywiście jeśli do tej pory postępowaliśmy jak wspomniana mama to nasze dziecko tak od razu może nie zacząć zachowywać się tak jak tego oczekujemy. Wystarczy ten prosty komunikat powtarzać kilka razy, aż dziecko wykona zadanie. Pamiętajmy, że musi się ono przyzwyczaić do nowej komunikacji.

    Innym problemem z jakim borykają się rodzice, to intonacja głosu. Już najmniejsze dzieci są w stanie rozróżnić dzięki intonacji głosu nasz nastrój lub oczekiwanie. Moja Marianka jeszcze nie do końca rozumie co do niej mówię, ale kiedy komunikuję się z nią uśmiechając – odpowiada tym samym. Kiedy mówię wysokim i lekko piskliwym głosem jest to dla niej znak, że jest radość i chęć do zabawy. Ostatnio nauczyła się robić ustami bąbelki i wypróbowuje nowa umiejętność przy każdej czynności. Zwłaszcza przy jedzeniu jest to uciążliwe. Kiedy zaspokoi pierwszy głód zaczyna się zabawa językiem. Oczywiście jest to bardzo dobre ćwiczenie logopedyczne, ale raczej nie jestem z tego zadowolona kiedy zawartość buzi ląduje na śliniaku a przy okazji na ubraniu Jej i moim i wszystkim co jest dookoła. Zauważyłam jednak, że kiedy zmieniam intonację głosu, obniżam ją, mówię poważnie to Mania zawraca uwagę, że coś jest nie tak. Kiedy miałyśmy pierwszą taką „sprzeczkę” przy jedzeniu po kilku moich uwagach (choć nie podnosiłam głosu, czy nie krzyczałam) Marianka zrozumiała, że to nie jest zabawa i przestała. Oczywiście przy każdym posiłku próbuje czy tym razem już można „bąbelkować” ale wystarczy zmiana intonacji głosu a już sobie przypomina, że jednak mamie się to nie podoba. I może niechętnie, ale zazwyczaj wraca do w miarę spokojnego jedzenia.

    Często rodzice zarówno pochwały jak i reprymendy mówią tym samym głosem. Dzieci nie rozumieją wtedy czy zrobiły dobrze czy źle. Nie wiedzą czy to o co proszą rodzice jest ważne czy można sobie pofolgować. Wystarczy niedługi czas aby dzieci nauczyły się to rozpoznawać. Zarówno z moimi zuchami, harcerzami czy wychowankami w przedszkolu potrafiłam się wygłupiać, turlać po dywanie, obsypywać śnieżkami czy chlapać w wodzie. Ale wystarczyło, że powiedziałam poważnym głosem „Wystarczy” i już wiedzieli, że na teraz koniec zabawy. Nie obrażali się, bo wiedzieli, że czas na coś innego.

    Czasami trudno nam zapanować nad głosem. Wtedy nasze intencje nie są jasne dla dzieci i często nie wykonują poleceń. Pomyślcie sami, nawet jeśli nie znacie jakiegoś języka, jesteście w stanie ocenić czy dana osoba, która do was mówi jest nastawiona pozytywnie czy negatywnie. Jej głos, postawa, miny… to wszystko podpowiada i uruchamia pewne schematy myślowe. Zakładacie pozytywne lub negatywne nastawienie tej osoby. Tak jest z dziećmi, najpierw odbierają intonację głosu, nasze miny, postawę a dopiero później dociera do nich komunikat treściowy. Dlatego tak ważne jest aby wtedy kiedy się wspólnie bawimy, okazywać radość, mówić z uśmiechem, lekko cieńszym głosem. Kiedy zaś chcemy aby dziecko potraktowało poważnie to co mówimy, obniżmy lekko głos, nabierze on poważnego tonu. No i oczywiście zamiast owijać w bawełnę i „zagadywać na śmierć” mówmy prostymi zdaniami, konkretnie i na temat. Pozwólmy naszym dzieciom zrozumieć czego od nich oczekujemy.

    Chcemy aby nasza komunikacja z dziećmi była jak najlepsza, ale bezwiednie sami często ją utrudniamy. Pomyślmy jakie są nasze komunikaty, jak je formułujemy i w jaki sposób wypowiadamy. Jeśli trzeba poćwiczmy. A może się okazać, że niewielkie zmiany w sposobie mówienia sprawią wielkie zmiany w naszych relacjach.