Tag: rodzicielstwo

  • Za jakie grzechy

    To pytanie nie raz zadało sobie większość rodziców nie tylko wcześniaków, ale też każdego dziecka dotkniętego jakąś chorobą lub uszczerbkiem na zdrowiu. Myślimy sobie, jestem dobrym człowiekiem, tak samo staram się wychować moje dzieci, dlaczego więc nas to spotyka… Zaczynamy szukać rzeczy, które w przeszłości zrobiliśmy źle… czasami doszukiwać się w tym co się stało kary…

    Jednak to nie kara sprawiła, że życie naszego dziecka jest zagrożone. To nie nasze „postępki” z przeszłości sprawiły, że jest tak jak jest.

    Sama długo nie mogłam sobie jakoś tego wszystkiego ułożyć w głowie. I choć nie chciałam się zadręczać, poczucie winy towarzyszyło mi bardzo długo. Przecież coś musiałam zrobić, bez przyczyny moja córka nie urodziła się w 25 tygodniu ciąży. A nawet jeżeli sama o tym nie myślałam, to pytania „życzliwych” o przyczyny przedwczesnego porodu i ich drążenie zawsze sprawiały, że czułam się napiętnowana.

    Wszystko zmieniło się za sprawą dwóch bardzo zbliżonych wypowiedzi, które usłyszałam w podobnym czasie. Może były dwie, abym NAPRAWDĘ usłyszała? Jestem osobą wierzącą, praktykującą i ufającą Bogu. Może dlatego te słowa stały się moim oczyszczeniem i dają mi siły do codziennej walki. A jakie słowa?

    Pan Bóg wiedział, że jesteście dobrymi i silnymi ludźmi, dlatego Marianka do Was trafiła. Kto inny być może nie dałby rady Jej tak pomóc i tak się nią zaopiekować”

    Kiedy je usłyszałam i zrozumiałam ich sens… poczuła ulgę na duszy. Przecież to prawda. Ja i mąż naprawdę jesteśmy dobrymi ludźmi i naprawdę potrafimy radzić sobie z przeciwnościami losu. Zrobimy wszystko aby Marianka była w pełni sprawna, samodzielna i w przyszłości poradziła sobie bez nas. Moje doświadczenie pedagogiczne i nauczycielskie daje mi dodatkową przewagę w walce z powikłaniami wcześniaczymi. Któż lepiej zaopiekował by się takim wspaniałym człowiekiem jakim jest Marianka, któż mocniej by ją kochał. A ona odwdzięcza się nam codziennie cudownym uśmiechem i miłością.

    Wiem, że trudno jest odkreślić grubą kreską przeszłość. Wiem, jak trudno jest się pozbyć myślenia „To moja wina”, „To kara”… Ale takie myślenie nic nie da, nie pomoże nam ani naszym dzieciom. Potraktujmy Je jak maleńkie cuda, które dostaliśmy w prezencie od Boga, bo wiedział, że w naszych rękach będą najbezpieczniejsze… że my najbardziej je pokochamy… że to my będziemy potrafili o nie zawalczyć… A sami zobaczycie jak będzie Wam lżej na duszy i łatwiej w codziennym życiu.

  • Czasami bywa wesoło…

    Bycie rodzicem to nie łatwa sprawa, bywa ciężko… Są dni kiedy chcesz wyjść z domu, trzasnąć drzwiami i się nie odwracać… Są dni kiedy jesteś tak zmęczony, że padasz na twarz i masz ochotę zakopać się w kołdrę i nie wychodzić spod niej przez co najmniej tydzień… Są dni kiedy wszystko idzie nie tak jak powinno i nie tak jak planowaliście… Są dni kiedy spoglądasz za siebie i zastanawiasz się czy było warto… Ale są też dni kiedy jest wesoło…

    Te złe dni często przesłaniają nam radość i szczęście. A przecież tych dobrych jest równie dużo jak złych, a często nawet więcej. Tylko te czarne są bardziej widoczne i wyraźniejsze, mocniej odciskają się na naszych przeżyciach. A te dobre, wesołe i przyjemne są jakby codziennością i wnikają w nią. Stają się normą i nie wywołują takich silnych emocji. A przecież to one powinny dawać siłę i moc nam rodzicom. Tak jak dają ją dzieciom. BO one potrafią cieszyć się z drobnostek.

    Przecież codziennie mamy powody do uśmiechu, radości i wspólnej zabawy. Tylko czasami ich nie zauważmy. Czasami przechodzimy obok nich nie zwracając uwagi. Nie dając im szansy. Wspólne żarty, śmiechy, łaskotki, wygłupy… To z jednej strony tak niewiele, a z drugiej tak dużo… Ile trzeba żeby cieszyć się i radować? Tylko chęci i otwartość…. A przecież dzieci tak szybko dorastają…

    Czasami trzeba się po prostu zatrzymać i dojrzeć szansę na tę radość. Bo przecież rodzicielstwo to ogrom wzruszeń, miłości i radości. Żadne inne doświadczenie nie dostarcza nam takiej masy pozytywnych emocji i tyle szans na radość. I tak naprawdę wesoło nie jest czasami, ale może być zawsze. Często trudne chwile można pokonać właśnie uśmiechem i radością… dodać odrobinę humoru. To niełatwe, ale warto.

    Bo jak chcemy wspominać czas spędzony z naszymi dziećmi… Jak chcemy aby one wspominały ten czas? Podkreślajmy te wspólne cudowne chwile, skupiajmy się na wesołych doświadczeniach. A okaże się, że nie jest tak źle i że nie tylko bywa ale i jest wesoło.

  • Kiedy radość gdzieś uciekła

    Wiele z nas marzy o macierzyństwie odkąd pamięta. Widzimy te piękne mamy i cudowne dzieci, które spacerują ze wspaniałymi wózkami. Oglądamy je w telewizji, internecie, gazetach, na ulicach. Chcemy być takie jak one. Widzimy te cudowne zdjęcia pięknie ubranych bobasów, które stroją urocze minki. I już nie możemy się doczekać tulenia i całowania takiego cudeńka. A potem zostajemy mamami…

    I nagle okazuje się, że o makijażu już dawno nie pamiętamy, dresy są najwygodniejsze do „podłogowego” stylu życia… wózek, który tak pięknie wyglądał w sklepie jest za ciężki abyśmy same zniosły go z trzeciego piętra (daj Boże)… piękne ubranka, które z taką pieczołowitością wybierałyśmy w trakcie ciąży po pierwszym założeniu mają już plamy, które raczej się nie odpiorą… a zrobienie uroczego zdjęcia maluchowi graniczy z cudem. A wszystko o czym marzymy to zagrzebać się pod kocem i nie wychodzić przez miesiąc, albo wręcz przeciwnie… wyjść i nie oglądać się za siebie. A w głowie pojawia się myśl… co jest ze mną nie tak, przecież to miało wyglądać zupełnie inaczej. Miało być tak uroczo i idealnie, miało być tak pięknie i wspaniale… a jest ciężko, strasznie i często nudno. Brakuje nam kontaktów z dorosłymi (zwłaszcza jeśli do tej pory byłyśmy aktywne) i wysiłku intelektualnego (bo rozmowy o kupie do takich raczej nie należą). Kiedy zaczynamy o tym wszystkim myśleć, często pojawia się kolejna myśl „dlaczego narzekam, przecież tego chciałam, powinnam się cieszyć… chyba jestem złą mama”. I cała radość, która jeszcze do tej pory w nas była, gdzieś ucieka. Przestaje cieszyć nas cokolwiek, a nawet czasem przestaje nas cieszyć kontakt z własnym dzieckiem – co oczywiście powoduje dalsze wyrzuty samej sobie.

    Jak przerwać to zaklęte koło smutku i wyrzutów sumienia? Jak zmienić sytuację, w której utknęłyśmy? Powiem od razu, nie jest to łatwe, ale możliwe i zależy tylko od nas. Przede wszystkim musimy przestać myśleć w kategoriach „muszę – powinnam”. Pozostawmy za sobą wszystko co było nie tak, zwłaszcza ten wyidealizowany obraz mamy umalowanej, uczesanej, w najnowszej kolekcji ubrań, w wysprzątanym do niemożliwości domu, z czystym i uśmiechniętym dzidziusiem. A i oczywiście obowiązkowo gotującej obiad w szpilkach. To nie jest nasze życie, to nie jesteśmy my. Ustalmy co jest dla nas priorytetem w tej chwili, np. czerpanie radości z przebywania z dzieckiem, kontakt z dorosłymi, chwila dla siebie, bycie z partnerem, coś do zjedzenia (np. obiad) czy czysty dom. To już od nas zależy. Zawsze coś będzie ważniejsze, a coś może zostać na końcu. Z pewnością nie mogą zostać na końcu trzy rzeczy (w dowolnej kolejności) – relacje: z naszym dzieckiem, z samym sobą i z partnerem. Kiedy będziemy wiedziały co jest najważniejsze właśnie o to zadajmy. Powiedzmy naszemu partnerowi, rodzinie czy przyjaciółkom jak się czujemy i jakiego wsparcia potrzebujemy – np. opieki nad dzieckiem raz/ dwa razy w tygodniu aby wyjść na basen, aerobik, jogę, spacer czy na kawę. Zawalczmy o siebie i swoje samopoczucie, bo jeśli my będziemy smutne to i nasze dziecko i partner na tym ucierpią. Wchodząc na spacer nie musimy się ubierać w stój na bal, ale jakiś lekki makijaż z pewnością poprawi nam humor. Jeżeli dresy i podkoszulek są w tej chwili najwygodniejsze to niech będą kolorowe lub z jakimś fajnym nadrukiem. Sprawmy aby nasz świat stał się weselszy, a i my się rozweselimy.

    To normalne, że kiedy zostajemy mamami po raz pierwszy nasze oczekiwania mogą się znacznie różnić od rzeczywistości. To nie znaczy, że jesteśmy złymi mamami lub że musimy się pogodzić z tym, że jest beznadziejnie. Poszukajmy wsparcia i pomocy, zawalczymy o siebie i swój nastrój. Bo przecież macierzyństwo to bardzo trudny ale cudowny okres. I jeśli zgubimy w tym czasie radość, możemy nie dostrzec pierwszego uśmiechu naszego dziecka, cudownych oczu wpatrzonych w nas bez końca… łatwo wtedy przegapić jak nasze dziecko się zmienia codziennie i jak uczy się nowych rzeczy… możemy przegapić piękny okres w jego życiu, okres który już się nie powtórzy. Szukajmy więc zgubionej radości, jeśli nie same to z pomocą innych. Bo to nasze życie, a nie pani z telewizji czy zdjęć w internecie.

  • Zaraz i chwila – dwie wielkie bakterie

    Kto z nas słysząc „chwila” lub „zaraz” nie miał czasami ochoty wyskoczyć przez okno? I niezależnie czy słyszymy to od naszego dziecka czy partnera. Te dwa określenia to takie wielkie bakterie, z którymi bardzo ciężko walczyć. Ciężko, bo są z nami od najmłodszych lat. „Zarażamy” się nimi jeszcze we wczesnym dzieciństwie, najpierw są lekko uśpione, a następnie atakują z niezmierną siłą.

    Ktoś może powiedzieć „Jak to, zarażamy się?”. W bardzo prostu sposób. Już malutkie dzieci słyszą od rodziców, czasami dziadków „chwila, poczekaj, zaraz” kiedy czegoś chcą. Przecież nie rzucimy wszystkiego tylko dlatego, że dziecko w tej chwili musi dostać tę zabawkę z wyższej półki, choć już 10 innych ma na podłodze. Dla mnie jest to „oczywista, oczywistość”. Chodzi mi raczej o sposób w jaki informujemy malca, że musi poczekać. A „czekanie” jest dla maluchów bardzo trudne, ale aby funkcjonować w grupie (np. w przedszkolu) muszą się tego nauczyć. Jak więc nauczyć dziecko aby potrafiło zaczekać, aż będziemy mogli do niego podejść, a jednocześnie nie będzie „zarażało się bakteriami”.

    Powiedzmy sobie jasno, dlaczego nie lubimy „zaraz” i „chwila”. Po pierwsze sposób mówienia tych wyrazów od razu nastawia nas negatywnie. Po drugie – te wyrażenia nie są oznaką gotowości do działania, a jedynie odwleczenia jej lub uniknięcia. Wiemy, że jak ktoś mówi „zaraz” to nie ma najmniejszej ochoty zrobić tego o co go prosimy i chce się najprawdopodobniej „wymiksować”. Liczy, że zapomnimy lub odpuścimy.

    Tego właśnie uczymy nasze dzieci, kiedy zamiast wytłumaczyć, w krótkich słowach, dlaczego i ile muszą poczekać, rzucamy im z niecierpliwością „chwila”. Wystarczy poinformować dziecko, że jak tylko skończysz zmywać, smażyć, czy korzystać z toalety 😉 przyjdziesz do niego. Starszym dzieciom możemy powiedzieć, że za 10 minut będziesz do jego dyspozycji. Zadziała to tylko w dwóch przypadkach:

    1) kiedy zapytasz dziecko najpierw o co chodzi, czy nie jest to coś obiektywnie pilnego (bo wiadomo, że to co dla dziecka pilne, wcale nie musi być takie dla nas)

    2) dotrzymasz słowa i rzeczywiście po skończeniu tego co robisz czy po tych 10 minutach będziesz ze swoim dzieckiem

    Tak naprawdę aby mieć szansę na niedopuszczenie „zaraz” i „chwilę” do zaistnienia w życiu naszych dzieci mamy najbardziej kiedy są małe. Wprawdzie nie tylko my mamy z nimi kontakt, ale to my – rodzice jesteśmy wtedy dla nich największym autorytetem. Jeżeli będziemy się do naszych dzieci zwracać z szacunkiem to bez problemu nauczymy je „czekać” i mamy dużą szansę na „niezarażenie” ich „zarazem” i „chwilą”. Jeżeli my będziemy traktować nasze pociech z szacunkiem, one tak samo będą traktowały nas. I jest bardzo duża szansa na to, że jeżeli nie będą miały na coś ochoty, a my je o to prosimy, powiedzą „Mamo, tak bardzo mi się teraz nie chce. Zrobię to za godzinę”. Wierzę też, że to zrobią, bo nas szanują i dotrzymują słowa. Tego sobie i Wam życzę.

  • Relacje, więzi i inne trudne słowa

    Rodzice często pytają jak stworzyć wieź z dzieckiem, jak zadbać o relację aby w przyszłości nie mieć problemów z nastolatkiem. Albo jak to wszystko naprawić kiedy już się zepsuło. No i czy mogłabym o tym wszystkim napisać?

    Oczywiście, że bym mogła i robię to kilka razy w tygodniu. Większość moich tekstów, niezależnie od tematu, bazuje właśnie na tworzeniu relacji i wzmacnianiu więzi. Bo to nie jest tak, że można sobie w kalendarz wpisać od 7.45 do 8.15 tworze więzi. Oczywiście można tak zaplanować coś specjalnego, coś co wpłynie na nasze relacje z dziećmi, ale tak naprawdę, to codzienne sytuacje kreują naszą więź. To co dzieje się w ciągu dnia codziennie to jest właśnie relacja. A jaka ona będzie, zależy bardzo dużo od naszej świadomości, od tego co sobie postanowimy, jak postępujemy i czego chcemy.

    Budowanie więzi między rodzicami a dzieckiem zaczyna się w chwili kiedy dowiadujecie się, że ktoś nowy pojawi się w waszym życiu. To nastawienie i emocje, które towarzyszą ciąży już rzutują poniekąd na relacje w przyszłości. Bo ten kontakt tak jak wszystko „powstaje dwa razy, najpierw w głowie, a potem w rzeczywistości” (jak mówi mój zaprzyjaźniony trener, coach i mówca Lechosław Chalecki). Jeśli my jesteśmy negatywnie do kogoś nastawienie to, on z pewnością w którymś momencie to wyczuje i szansa na pozytywne relacja jest niewielka. Tak jest też z dzieckiem. Jeżeli w naszej głowie nie ma pozytywnego obrazu więzi i relacji z nim, ono to wyczuje i bardzo trudno będzie nam to wszystko stworzyć w realu.

    A dlaczego nasze nastawienie w głowie może być negatywne? Z bardzo wielu przyczyn. Od nieplanowanej ciąży, przez problemy z partnerem, po strach i obawy czy damy radę. Każdy dzień po narodzinach dziecka też wpływa na nasze przyszłe relacje. Być może pamiętacie mój wpis „Szanuj potomka swego”, gdzie pisałam o budowaniu autorytetu i szacunku. Tak jest z każdym aspektem naszych relacji. Jeżeli my mamy pozytywny ich obraz i chęci to już połowa sukcesu.

    A jak jest ciężko? Bo wiadomo, że bywa bardzo ciężko i nie ważne czy dziecko jest małe czy duże. Trzeba zachować dystans. Zatrzymać się na chwilę. Ja tak robię. Kiedy w nocy po raz „setny” wstaję do Marianki i już padam na twarz i gdzieś nerw chce wyskoczyć. Mówię sobie „Sylwia, to Ty jesteś dorosła. Ona nie robi tego specjalnie, jest dzieckiem. Twoje nerwy nic nie dadzą, a jeszcze Mania bardziej się rozbudzi. Odpuść” i jest lżej… choć muszę przyznać, że nie raz uroniłam łzę… z bezsilności. Ale to właśnie świadomość relacji jaką mam z córką i jaką chcę mieć w przyszłości sprawia, że stojąc nad łóżeczkiem jakoś daję radę.

    A jeśli jednak coś nam nie wyjdzie, zawalimy? To wszystko da się naprawić. Tylko trzeba chęci i determinacji. Bo dzieci nas kochają, wiedzą że czasem nawalamy i trzeba naprawdę się postarać aby to zepsuć. O ile oczywiście fundamenty naszych relacji były mocne. Czasem się wydaje, zwłaszcza rodzicom nastolatków, że tego już się nie da odbudować. Ale to jest tak jak z wartościami, o których niedawno pisałam. Trzeba czasu i cierpliwości, no i oczywiście chęci.

    Chciałabym bardzo abyście czytając moje teksty szukali podpowiedzi jak w danej sytuacji wzmacniać waszą relację z dziećmi. Bo staram się właśnie takie wskazówki zawsze umieszczać. Ja twierdzę, że nawet w najtrudniejszych sytuacjach da się pracować nad więzią. Skoro ja potrafiłam stworzyć silną wieź z Marianką, pomimo że przez pierwsze 2,5 miesiąca widziałyśmy się 5 godzin dziennie, a przez kolejne 1,5 miesiąca 7 godzin dziennie. To znaczy, ze każdy może. Tylko trzeba chcieć i być świadomym, że to codzienność buduje relacje, a niecodzienność wzmacnia. Powodzenia!

  • Mrugnęłam i minął rok

    Zaskoczenie i paniczny strach… To dwa uczucia, które rozpoczęły tak naprawdę moje macierzyństwo. Nie spodziewałam się, że urodzę po skończonym 25 tygodniu ciąży. Wszystko było ok, aż tu naglę „Pani rodzi”. Ale, że ja? To niemożliwe. A jednak 18 stycznia 2016 roku pół godziny po północy na świat przyszła moja córeczka Marianka. Ważyła 780 g, mierzyła 34 cm i jak się niedawno dowiedziałam – nie dawano Jej większych szans na przeżycie.

    Ta pierwsza noc na sali poporodowej, kiedy słyszałam za ścianą płaczące noworodki, a nie miałam jeszcze wieści z Oddziału Reanimacji… nawet nie chcę wspominać. Mój świat rozleciał się na kawałeczki. I choć pierwsze dni i tygodnie były ciężkie (choć właściwie to mało powiedziane), to wszystko pomału zaciera się w mojej pamięci. Z tego czasu chcę pamiętać te dobre rzeczy. Każde dodatkowe 100 g, każdy dzień kiedy mogłam Mariankę „kangurować”, pierwszy dzień poza inkubatorem, pierwsze karmienie butelką. Uśmiechy, przytulania, czułości. I to, że od pierwszego dnia Mania uczyła mnie jak żyć na nowo. Dzięki Niej codziennie pokonywałam siebie, zwątpienie, negatywne myślenie i strach. Ponownie nauczyła mnie czerpać radość z małych rzeczy i stawiać na pozytywne myślenie. Codziennie starałam się dla Niej dostrzegać pozytywy, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. To Wy mnie o tym uświadomiliście, komentując moje teksty.

    Dzięki Mariance zdecydowałam się na nową drogę rozwoju, nową ścieżkę zawodową. Dała mi siłę do walki o siebie dla Niej. Bo chcę aby miała mamę, która jest dumna z tego co robi i dobre się w tym czuje.

    Mania pokazała mi jakie są moje słabości i zmotywowała do pracy nad nimi. Codziennie ćwiczę się i doskonalę przy Niej. Zatrzymała mój świat, po to abym mogła go poruszyć na nowo.

    Czy teraz jak jest w domu jest łatwiej niż kiedy była w szpitalu? Z pewnością. A kiedy jest ciężko (a jeśli jesteście rodzicami, a zwłaszcza mamą to wiecie, że czasami jest bardzo ciężko) – zawsze myślę, że nie jest tak źle, przecież jesteśmy razem. Ta myśl daje mi siłę, kiedy Mania ma gorszą noc lub jest marudna w ciągu dnia. Ta myśl pozwala mi stać w kolejce do kolejnego lekarza i słuchać kolejnych diagnoz. Ta myśl pozwala mi z ciężkim sercem patrzeć jak czasami Marianka płacze na rehabilitacji, bo jest jej ciężko coś opanować. Ta myśl pozwala mi przetrwać dni kiedy nie wychodzimy na zewnątrz z powodu pogody i te kiedy nie rozmawiam z żadnym dorosłym poza mężem.

    Marianka pozwoliła mi nabrać dystansu do życia i planów, które układałam tak skrupulatnie. Pomogła mi odnaleźć Sylwię, a nie panią dyrektor czy druhnę harcmistrz.

    Jestem Sylwia i mama cudownej dzielnej wojowniczki Marianki. A ten rok był najtrudniejszym w moim życiu ale z pewnością też najpiękniejszy. Zobaczymy co przyniesie kolejny. Wiem, że z pewnością będzie nadal pełen walki o rozwój Marianki. Ale też wiem, że razem damy radę 🙂

  • Koniec czy początek?

    Kończy się kolejny rok. Jesteśmy o rok starsi, może mądrzejsi? Z pewnością bogatsi o nowe doświadczenia, przeżycia. Często w okresie prze Sylwestrem dokonujemy podsumowań, wyciągamy wnioski, zastanawiamy się nad postanowieniami noworocznymi. Ale tak naprawdę to nie koniec roku powinien nas do tego skłaniać, tylko początek.

    Ja uwielbiam początki i choć często najpierw przerażają mnie nowości, to po chwili bardzo się z nich cieszę. Wychodzę z założenia, że nowe nie jest ani gorsza, a ni lepsze od starego. Jest po postu inne. Daje to ogromne możliwości, które tylko my możemy wykorzystać. Tak też jest z rodzicielstwem. Kiedy nadchodzi z początku może przerażać, ale to nasze nastawienie sprawi jak będzie wyglądało naprawdę. Bo zmęczenie kiedyś minie, w końcu prześpimy całą noc, przyjdzie dzień kiedy to dzieci będą pomagały nam w obowiązkach. Czy jest więc sens skupiać się na tym co i tak minie, na tym co męczy i drażni? I piszę to ja, która dziś jest przeziębiona, a Marianka która jest już zdrowa i pełna energii, dała mi w kość. Wiem jednak, że za kilka dni będę zdrowa i będzie łatwiej. Od dawana zachęcam abyśmy czerpali radość z bycia rodzicami naszych dzieci. Bo nie mamy innych. To właśnie te są nasze, my je wychowujemy i my dajemy im drogowskazy i mapę wartości na dorosłe życie.

    Nowe daje nam możliwości rozwoju. Dlaczego często każde nowe szkolenie czy przeczytaną książkę traktujemy jako rozwój osobisty, a nie traktujemy tak rodzicielstwa. Przecież będąc rodzicem musimy bardzo, ale to bardzo zmierzyć się z naszymi największymi słabościami i problemami. Jeśli mamy problem z cierpliwością to z pewnością dzieci dostarczą nam wiele momentów do jej ćwiczenia. Jeśli jesteśmy nerwowi, mało komunikatywni, spóźnialscy to gwarantuję, że te cechy dzieciaki nam przećwiczą. Niech to będzie dla nas impuls do zmian i pracy nad sobą.

    Wykorzystajmy zatem ten koniec i początek roku do spojrzenia na swoje rodzicielstwo właśnie przez pryzmat rozwoju i szansy dla siebie. Dziękujmy naszym dzieciom, że dają nam możliwości ćwiczenia własnych słabości. Nie skupiajmy się na tych trudniejszych chwilach, przeżyjmy je i idźmy dalej. Nie bądźmy perfekcyjni, ale optymistycznie podchodźmy do życia i naszego rodzicielstwa, a z pewnością nasza radość z bycia rodzicem będzie jeszcze większa. Czego Wam i sobie życzę w tym nadchodzącym roku.

  • Masz prawo! Czyli kilka słów o Konwencji Praw Dziecka

    W sumie każdy z nas wie, że dzieci mają swoje prawa. Być może słyszeliśmy o tym, że Janusz Korczak mówił, iż dziecko to nie przyszły człowiek, ale już człowiek, tylko mały. Przecież kochamy nasze dzieci i szanujemy, wiemy jak je wychować – tak jak my zostaliśmy wychowani. Zawsze tak było, jest i będzie. Poza tym, wszyscy mówią o prawach, a czemu nikt nie mówi o obowiązkach dzieci? Rozbisurmaniło się to tałatajstwo i tylko by siedziała przed komputerem i nic nie robiło, a ty biedny rodzicu tyraj. Chcesz im dać to co najlepsze, a tu taka wdzięczność.

    Ale ktoś, kiedyś jednak te Prawa Dziecka uchwalił. Nie po to by zrobić na złość rodzicom, ale aby ochronić dzieci na całym świecie. Bo wielu ludzi zapomina, że dziecko to człowiek. A każdemu człowiekowi należy się szacunek i ochrona kiedy dzieje mu się krzywda. Zwłaszcza takiemu bezbronnemu jak dziecko. Są rodzice, którzy nie chcą aby ich dzieci znały swoje prawa, bo boją się sytuacji opisanych powyżej. Ale jeśli w domu panuje miłość i wzajemny szacunek to rozmowa o prawach dziecka tylko to wzmocni. A wiedza pozwoli dzieciom czuć się bezpiecznie, będą wiedziały jak mogą obronić się przed dorosłymi, z którymi stykają się na co dzień.

    Konwencja zawiera 54 artykuły i wiele z nich dotyczy obowiązków Państwa wobec dzieci, a pośrednio tez wobec rodzin, w których dzieci się wychowują. Więc tak naprawdę jej rolą jest również wspieranie rodziny i jej statusu społecznego. Chociażby przez zapewnienie wsparcia w opiece nad dziećmi rodzicom pracującym, poprzez różnego rodzaju instytucje.

    Niektóre z artykułów mogą wydać się nam banalne, jak choćby prawo do imienia i aktu urodzenia. Ale jak się nad tym zastanowić to jest to bardzo ważne – ktoś kto nie jest nazwany, jakby nie istniał, jakby go nie było. Wiąże się z tym również prawo do tożsamości zarówno społecznej jak i rodzinnej. Są też takie, które mówią o tym jakie obowiązki ma państwo wobec dziecka, które jest odseparowane od jednego lub obydwojga rodziców. A tym samym dotyczy to wprost dorosłych, którzy są rodzicami takiego dziecka. Konwencja daje również możliwość dziecku, które jest już do tego zdolne wypowiadania się w sprawach, które Go dotyczą, w tym w sprawach sądowych.

    Są też takie artykuły, które umożliwiają dzieciom wolność wyznania, czy myśli, możliwość zrzeszania się, dostępu do wiedzy ze środków masowego przekazu.

    Rodzice oburzają się często na artykuł 16, który między innymi mówi o ingerencji w korespondencję – zwłaszcza w dobie internetu i mediów społecznościowych. Ale prawdę mówiąc to jeśli wychowamy dziecko w atmosferze zaufania to młodsze zrozumie dlaczego czasami chcemy wiedzieć z kim i o czym rozmawia, a starsze będzie wiedziało jak poruszać się w świecie mediów.

    Moim zdaniem chyba jednym z najważniejszych artykułów jest 19, który mówi o przeciwdziałaniu przemocy zarówno fizycznej jak i psychicznej oraz wszelkiemu wyzyskowi dzieci, w tym seksualnego.

    Mogłabym przytoczyć i omówić wszystkie artykuły Konwencji, ale przecież nie o to chodzi. Ważne jest aby zrozumieć, że ma ona pomóc nam chronić dzieci. Wyznacza zadania dla Państwa, które ma wspierać rodzinę i interweniować w razie konieczności. Dobrze więc aby to przede wszystkim dorośli znali Prawa Dziecka, a później przekazywali tę wiedzę swoim dzieciom. Po to aby zawsze czuły się kimś ważnym, po prostu człowiekiem. Nie jest to łatwe, ale jest wiele sposobów aby było prościej nam to zrobić. Są książki, chociażby jednego z moich ulubionych autorów książek dla dzieci Grzegorza Kasdepke „Mam prawo! Czyli nieomal wszystko, co powinniście wiedzieć o prawach dziecka, a nie macie kogo zapytać!”. Ostatnio również ukazała się pozycja dotyczące Praw Dziecka autorstwa Doroty Zawadzkiej – Super Niani. Jest strona Rzecznika Praw Dziecka gdzie można znaleźć inspiracje. I oczywiście jest mój ukochany Stary Doktor – Janusz Korczak, który tak wiele mówił o szacunku i prawach dzieci.

    Ważne jest abyśmy sami poznali Konwencję i to jakie prawa z niej wynikają dla naszych dzieci i rodziny. Nie stójmy bezczynnie, brońmy nasze dzieci i nasze rodzicielstwo. Bo jeśli dziecko będzie czuło się bezpiecznie i szanowane to żadne obowiązki czy wyzwania nie będą dla niego problemem.

  • Panaceum na wszystkie smutki. Czyli rodzic na dopingu

    Życie rodzica nigdy nie było, nie jest i nie będzie łatwe. Wiedziałam to na długo zanim sama zostałam mamą czy zanim zaczęłam pracę jako wychowawca. Kiedy widziała moją mamę wracającą zmęczoną z pracy, „ciągnącą” ze sobą zakupy, od razu zabierająca się za robienie obiadu, nie mówiąc już o praniu czy sprzątaniu, wiedziałam, że nie jest łatwo. Ale też patrząc na Nią wiedziałam podświadomie, że warto. Jakoś tak od zawsze wiedziałam, że bardzo chcę być mamą. Nie wyobrażałam sobie innego życia.

    Jednak los przed długi czas w tym względzie nie był dla mnie łaskawy. Zanim spotkałam mego męża i mogliśmy myśleć o dzieciach byłam już po trzydziestce. Ale odkąd byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej moje życie było pełne. Tak to chyba najwłaściwsze słowo – pełne. Czas oprócz szkoły, studiów, a później pracy wypełniało mi harcerstwo. Z czasem zbiórki, szkolenia, spotkania, wyjazdy, pełnienie funkcji na szczeblach powiatowych, wojewódzkich czy centralnych pozwoliło mi zagospodarować czas. Potem doszły też inne rzeczy: praca na uczelni, szkolenia zewnętrzne, współpraca z wieloma podmiotami, prowadzenie warsztatów i szkoleń… To był cały mój świat. Świat, który czekał na rodzinę.

    Prawdę mówiąc tylko trochę to się zmieniło kiedy poznałam mego męża. Nie wiem jakim cudem jak to się mówi „nie pogonił mnie”, tylko zrozumiał. Może dlatego, ze sam był kiedyś harcerzem? Zwalniać zaczęłam dopiero będąc w ciąży. Chciałam cieszyć się tymczasem, odpocząć. Zrezygnowałam z wielu obowiązków, wybierając tylko to co było najważniejsze. Wydawało mi się, że wszystko zmieniło się kiedy urodziła się Marianka. Jednak teraz już wiem, że to nie prawda. Po prostu przekierowałam całą swoją energię i zaangażowanie z dotychczasowego życia w walkę o Jej życie. Te cztery miesiące w szpitalu to nadal była ogromna aktywność z mojej strony.

    Teraz wiem, że wszystko się zmieniło kiedy już ułożyłyśmy sobie z Manią życie w domu. Kiedyś miałam kontakt z wieloma ludźmi codziennie. Teraz bywają dni, że jedynym dorosłym z jakim rozmawiam jest mój mąż. Kocham moją córeczkę i mówię do niej cały czas, bo wiem, że mnie rozumie. Ale po prostu brak mi grupy rówieśniczej.

    To bardzo trudne zwłaszcza dla bardzo aktywnych kobiet zmienić życie na domowe pielesze. Oczywiście wychodzimy na spacery, jeździmy na rehabilitacje i wizyty u specjalistów. Wychodzę też na aqua aerobik i do sklepu… Ale czasami po prostu brakuje mi wyzwań intelektualnych. Bo choć czasami wiele sprytu i wykorzystania wielu metody wychowawczych potrzeba aby zachęcić Mariankę do zjedzenia lub spania, to jednak to coś innego. I choć może to dziwne, bo Mania za chwilę skończy 9 miesięcy, to może przez tę pogodę, zmęczenie i jeszcze coś niezidentyfikowanego, czasami czuję się jakbym miała w tzw. baby blus. Są dni lub chwile kiedy miałabym ochotę usiąść i płakać. Czasami nawet z Marianką. Myślę, że wiele mam ma takie chwile. I wydaje mi się, że nie wynikają one nawet z bezradności tylko tak po prostu. Ostatnio właśnie miałam kilka takich dni. Nawet trudno mi się pisało, choć przeważnie to właśnie blog i jego poradzenie motywowały mnie do wysiłku intelektualnego. Do „rozmowy” z innymi dorosłymi.

    Dziś rano jednak pomyślałam, że jednak zawsze wiedziałam co jest moim lekarstwem na wszystkie smutki. Nawet przyszedł mi do łowy tekst na bloga „Kiedy kocham najbardziej”. Ale nie oszukujmy się kocham Ją zawsze bardziej niż chwilę wcześniej. W każdej sekundzie, w każdej sytuacji. Najwięcej siły dają mi jednak momenty. Takie mojej i Marianki. Ona rano budzi się pierwsza, leży w łóżeczku i bawi się pieluszką lub rączkami. Kiedy do Niej zajrzę, a Ona zobaczy moją twarz od razu się uśmiecha. Rozpływam się wtedy. Kiedy wtula się we mnie bo się zawstydziła kogoś. Kiedy je, marudzi, pluje, aż tu nagle z buzią pełną zupki uśmiecha się tym bezzębnymi usteczkami. Kiedy się czegoś przestraszy i szuka u mnie wsparcia. Lub kiedy jestem smutna lub płaczę (czasami nawet ze szczęścia) a Marianka z troską zagląda mi w oczy chcąc sprawdzić czy wszystko jest dobrze. Kiedy rano wylegujemy się jeszcze razem w łóżku, a Ona dotyka mojej twarzy… Te wszystkie momenty sprawiają, ze moje serce zaczyna bić szybciej. A smutki same gdzieś odpływają.

    Wiem, że za kilka miesięcy kiedy Marianka będzie już bardziej odporna będziemy mogły robić wiele rzeczy wspólnie. Będzie mi mogła towarzyszyć w wielu miejscach i spotkaniach. Wiem, że będzie łatwiej. Aby tylko przetrwać tę jesienną słotę i zimę… A później przyjdzie wiosna i da nam nowe możliwości. Bo z naszą miłością do siebie żaden smutek nie zostanie na dłużej.