Tag: rodzina

  • 2K17

    Nowy rok nie tylko się zbliża, ale wręcz nadbiega 😉 A stary, mijający 2017 jaki był? Czy warto Go będzie wspominać za kilka lat? Z czym i przede wszystkim z kim będzie się kojarzył?

    Dla mnie ten rok to przede wszystkim rok wyzwań. Piękny rok kiedy tak naprawdę poznałam moją córeczkę, siebie i mojego męża. W tym roku już na spokojnie mogliśmy się stać „normalną”, może nie do końca przeciętną rodziną.

    Na wiosnę 2017 roku uwolniłyśmy się z Marianką z domowego „więzienia”. Wspólnie zaczęłyśmy poznawać świat, wychodzić do ludzi, podróżować. Po pierwszych urodzinach Mani trochę odetchnęłam… uwierzyłam, że jest i będzie z nami, że Jej życiu nie zagraża już bezpośrednie niebezpieczeństwo. Wiosna otworzyła nam okno na świat i chętnie z tego skorzystałyśmy. Już nie tylko wizyty u lekarzy specjalistów, rehabilitacja czy inne zajęcia pozwalały nam na spotkania z ludźmi. Same szukałyśmy okazji do tego aby zobaczyć, poznać, dotknąć nowego. Ja czerpałam radość z tego, że pokazywałam Mariance świat, a Ona, że poznawała go dzięki mnie.

    W tym roku na reszcie odnalazłam również siebie – nie mamę, żonę, harcerkę, nauczycielkę. Po prostu Sylwię, która wie czego pragnie, wie co chce w życiu robić i cieszy się, że odnalazła swoją drogę. Bo nic nie dzieje się przypadkowo. To wszystko co do tej pory wydarzyło się w moim życiu doprowadziło mnie do miejsca w którym jestem i z tego się cieszę. Wiem, że chcę pomagać ludziom, rodzicom, a najbardziej rodzicom wcześniaków. Wiem, że moje doświadczenie mi w tym pomoże… wiem, że spełnię się w tym.

    2017 rok pozwolił mi także „zadomowić się” jako żona. Po ślubie, zanim się obejrzeliśmy urodziła się Marianka i to Jej poświęciliśmy całą swoją energię. Teraz mogliśmy się skupić nie tylko na byciu Jej rodzicami, walce o życie i sprawność Mani. Mogliśmy po prostu być mężem i żoną, rodzicami cudownej dziewczynki. Dziś wiem, że w naszych rozmowach Mania dominuje ale nie jest jedynym tematem. Potrafimy tak jak na początku znajomości rozmawiać o książkach, filmach, wartościach, polityce, poglądach i przeżyciach. Z pewnością pomogły nam w tym „randki” o których już pisałam. Mam bardzo wyrozumiałego i wspierającego męża, który pomógł i pomaga mi być jak najlepszą żoną dla niego.

    Ten rok z pewnością zapamiętam też jak moment decyzji o powstaniu Fundacji Mali Wojownicy. Cała procedura rejestracji, pierwsze kontakty z sojusznikami i urzędami… Wykorzystanie dotychczasowych umiejętności nabytych jako instruktorka harcerska i dyrektor przedszkola. Mam miliony pomysłów, z których tylko kilka na razie udało mi się zrealizować, rozpocząć lub choćby na głos wypowiedzieć. Ale wiem, że będzie się działo.

    Czy 2017 rok był najlepszym rokiem w moim życiu? Nie wiem. Z pewnością był ciekawy i nie mogę się już doczekać kolejnego 🙂

  • Wolę kartki niż sms-y

    Święta tuż, tuż… To czas przygotowań, sprzątania, gotowania, kupowania i pakowania prezentów. Boże Narodzenie to czas bardzo rodzinny. I choć czasami rodzina i przyjaciele są daleko od siebie to choćby myślami jesteśmy razem. Zresztą możemy im to okazać…

    Życzenia świąteczne składane sobie przy dzieleniu się opłatkiem to Polski zwyczaj. Kiedyś takim zwyczajem było również wysyłanie sobie kartek świątecznych dla tych, którzy nie mogli być z nami. Dziś ten zwyczaj odchodzi w niepamięć. Zastępują go sms-y, mms-y, e-maile, wiadomości na „messengerze” i „wathsupie” czy nawet snapy. Ja w tym względzie jestem tradycjonalistką. Odkąd pamiętam w domu rodzinnym wysyłaliśmy kartki z życzeniami… i dostawaliśmy je. Były jak ciepły uścisk, od krewnych i przyjaciół oddalonych od nas. Jako dziecko pisząc kartki do dawno nie widzianych cioć czy wujków wkładałam w nie całe swoje dziecięce serce.

    Teraz kiedy jestem dorosła i mam swoją rodzinę, nie wyobrażam sobie nie wysłać świątecznych kartek, ręcznie pisanych do bliskich w różnych częściach Polski. Staram się co roku kupić ręcznie robione kartki (z kiermaszu charytatywnego w Przedszkolu PUCHATEK), starannie wypisuje ręcznie każdą z nich… do większości dołączam zdjęcie córeczki. Zwłaszcza ciocie, które rzadko lub w ogóle nie widziały Marianki bardzo się z tego cieszą.

    Dlaczego jest to tak ważne? Dla mnie taka kartka ma wielką wagę. Poprzez dbałość o szczegóły jak ręczne pismo staram się okazać moim bliskim jak są dla mnie ważni i że choć nie spotkamy się na Święta, to będą zawsze w moich myślach i sercu. Ktoś może powiedzieć, że to starodawne i nieekonomiczne. Pewnie tak. Ale dla mnie nie ma to znaczenia. Bo w tych dniach najważniejsze są emocje. Czy nie można ich przekazać poprzez nowe sposoby komunikacji? Oczywiście, że można. Choć chyba zdajemy sobie sprawę, że 90% życzeń przesyłanych telefonicznie lub internetowo to „kopiuj – wklej”. Oczywiście miło kiedy je dostaję, ale kartka to jednak coś więcej. Nie twierdzę, że nie ma ludzi piszących indywidualne życzenia poprze „nowe media”, ale są oni mniejszością.

    Mam nadzieję, że w przyszłym roku kartki świąteczne zrobimy samodzielnie z Marianką i będą one jeszcze ważniejsze. Chciałbym przez to nauczyć córkę, że nawet przez małe gesty można okazać przywiązanie i emocje. Was również zachęcam do wysyłania kartek świątecznych i okazania w taki sposób uczuć najbliższym choć mieszkającym daleko.

  • Dwie walizki i jedno łóżko

    Spotykamy na swojej drodze kogoś bardzo wyjątkowego… okazuje się, że to ten jedyny/ ta jedyna. Być może mamy wspólne pasje, zainteresowania, znajomych… a może jesteśmy tak różni, że właśnie to nas do siebie przyciąga. Jedno jest pewne… chcemy być razem… zaczynamy wspólne życie. Jakie będzie? Pragniemy aby było szczęśliwe… ale jedno czego możemy być pewni, to to, że na nasze wspólne życie będzie miało wpływ to, co każde z nas „wniosło w walizce” do związku.

    Co znajduje się w tej walizce? Czy tego chcemy czy nie – cała nasza przeszłości. Wszystkie uświadomione i nieuświadomione przeżycia, relacje, uczucia i emocje. To jak wyglądało nasze dzieciństwo, dorastanie i dotychczasowa dorosłość. Wszystkie wartości, zarówno te które wpajano nam w dzieciństwie jak i te, które stały się dla nas ważne w procesie dorastania i dorosłości. Metody wychowawcze naszych rodziców. To wszystko co nam się nie podobało i to co dawało nam poczucie bezpieczeństwa. Każde święta, uroczystości i tradycje… to wszystko „wnosimy” do naszego wspólnego życia.

    Jakie to ma znaczenia dla związku i naszych dzieci? Bardzo duże. Bo w zależności od tego co jest w naszych walizkach i jak bardzo są do siebie podobne lub różnią się, jak wiele jest w nich rzeczy nieuświadomionych… tak będziemy budowali nasze rodzinne relacje. A wszystko zaczyna być widoczne znacznie później niż pierwsze westchnienia i pocałunki.

    Bo o ile sprawa rozrzuconych skarpetek lub nie pozmywanych naczyń może być drażliwa… to już spojrzenie na wychowanie dzieci i relacje rodzinne może stanowić dość duży problem. Bo jeżeli jedno z nas było wychowywane liberalnie i ceni sobie taki rodzaj wychowania, a drugie jest zadowolone z rządów twardej ręki to trudno już mówić o wspólnej myśli wychowawczej. Ma to ogromne znaczenie bo jeżeli dzieci nie mają jasnych i sprecyzowanych przekazów co do granic i oczekiwań rodziców lub komunikaty wysyłane przez dorosłych różnią się to:

    • dzieci tracą poczucie bezpieczeństwa

    • rodzicie tracą wiarygodność

    • dzieci zaczynają wykorzystywać rozbieżności pomiędzy rodzicami

    • wieź zarówno pomiędzy dziećmi i rodzicami jak i samymi dorosłymi słabnie, a wraz z nią rozpadają się relacje rodzinne.

    Jak można temu zapobiec? Jest kilka sposób. Po pierwsze dość wcześnie „rozpakować” walizkę i zacząć rozmawiać o ważnych rzeczach. Jak chcemy wychowywać nasze dzieci. Jak my byliśmy wychowani. Co nam odpowiadało w wychowaniu naszych rodziców, a co nie. Jakie relacje z pozostałymi członkami rodziny mamy i chcielibyśmy utrzymywać. Jak sobie wyobrażamy relacje pomiędzy nami. Jak będziemy rozwiązywać trudne sprawy i konflikty. Z czego możemy zrezygnować, a co jest dla nas bardzo ważne. Co możemy zaakceptować, a co jest dla nas trudne. Te tematy powinny się pojawić w naszych rozmowach zanim podejmiemy decyzję o założeniu rodziny. Bo nawet największa miłość kiedy stanie naprzeciw trudności związanych z naszymi „walizkami” może nie przetrwać.

    No dobrze, a co zrobić jeśli nasze „walizki” zaczęliśmy rozpakowywać dopiero teraz. Albo nawet nie wiedzieliśmy, że mamy „takie rzeczy” w ich środku. Bo nagle może się okazać, że nasze deklaracje to jedno a kiedy pojawiają się dzieci okazuje się, że jednak metoda mamy lub taty siedzi w nas tak głęboko, że dopiero teraz widzimy, że coś jest dla nas ważne?

    Odpowiedź jest prosta i zawsze ta sama… spokojna i rzeczowa rozmowa. Wiem, że te tematy są bardzo emocjonujące i dotykające naszych najbardziej wewnętrznych spraw. Ale warto się zastanowić nad konsekwencjami pozostawienia spraw samym sobie… zamiecenia wszystkiego pod dywan… i czekania aż wszystko samo się ułoży… lub ignorowania problemu. To wszystko samo się nie ułoży. A jeżeli zależy nam na rodzinie, zaufaniu dzieci i relacjach z partnerem… to sprawa jest prosta. Trzeba usiąść i ustalić wspólne zasady panujące w naszej rodzinie. Tak aby zarówno dorośli jak i dzieci wiedzieli czego się od nich wymaga a czego mogą sami oczekiwać. To nie są łatwe rozmowy. Zwłaszcza jeśli coś jest dla nas bardzo ważne. Ale od tego jest umiejętność kompromisów, odpuszczenia mnie ważnych spraw na rzecz tych najważniejszych.

    Bo nie ma nic ważniejszego co wesprze naszą miłość jak iść w jednym kierunku… a żeby było lżej stwórzmy swoją wspólną walizkę.

  • Wrzuć na luz 😉

    Szybko, szybciej… Załatwić, zaprowadzić, odebrać… zakupy, pranie, sprzątanie, obiad… Zajęcia, spacer, plac zabaw… Teraz, zaraz, natychmiast… Biegiem, biegiem, biegiem… A gdyby tak wyluzować… odpuścić? Co by się stało? Czy wszystko by się rozleciało?

    Dzisiejszy świat nastawiony jest na efekt. Wszyscy gdzieś pędzimy. Ja też. Tydzień biegnie za tygodniem, nasze dzieci z niemowlaków stają się niemowlakami, przedszkolakami, uczniami, nastolatkami, dorosłymi… A przecież czasu nie można zawrócić. To co było już nie wrócić. W tym biegu i szaleństwie można zagubić siebie i rodzinę. Wiadomo, że trzeba jeść, w coś się ubrać, dać dzieciom jak najlepszy start w przyszłość. Nie kwestionuję tego. Ale warto też znaleźć chwilę na oddech nie tylko dla siebie ale i dla całej rodziny. A właśnie wakacje są najlepszym czasem na to. I cóż, że już ponad połowa za nami?

    Ale jak sprawić, żeby urlop był rzeczywiście czasem odpoczynku i bycia razem, a nie kolejnym odhaczonym punktem w planie? Po pierwsze trzeba zastanowić się nad tym jak lubicie odpoczywać. Jedni wolą lenistwo na plaży, inni wędrówki w górach, zwiedzanie czy zaszycie się w leśnej chacie. Pamiętajcie jednak o wszystkich członkach rodziny. Znajdźcie taki kompromis, aby każdy znalazł coś dla siebie. Jeśli macie małe dzieci to niestety całodzienne wylegiwanie się jest raczej mało realne. Ale na to tez się znajdzie sposób… można się wymieniać. Raz odpoczywa tata, a raz mama. Zabierzcie ulubione zabawki czy pomyślcie od atrakcjach, które Wam i dzieciom sprawią przyjemność. Przygotujcie kilka propozycji już w domu, aby na miejscu się nie denerwować.

    Jeśli macie starsze dzieci, to zastanówcie się też nad ich samodzielnym wyjazdem na kolonie, obóz, odwiedziny u babci czy krewnych. W ten sposób możecie wygospodarować też kilka dni tylko dla siebie. Ale nawet jeśli macie maluchy, planujcie tak czas abyście mogli choć odrobinę spędzić go razem. Może wieczory, kiedy dzieci już śpią… Jakieś romantyczne oglądanie gwiazd czy posiadówka przy ognisku… To już od Was zależy. Wykorzystajcie ten czas aby wzmocnić swój związek, a tym samym całą rodzinę.

    Niezależnie czy urlop spędzacie podczas długiego lub krótkiego wyjazdu czy w domu to od Was zależy czy nadal będziecie pędzić czy nabierzecie wiatru w żagle. Czasami warto wrzucić na luz, aby potem można było znowu przyspieszyć. Na to nigdy nie jest za późno. I co? Wrzucamy na luz 😉

  • Rodzinka peel

    W poprzednim stuleciu (wiem jak to strasznie brzmi, bo byłam już wtedy dorosła) mówiąc o polskiej rodzinie, z pewnością wiele osób użyłoby takich określeń jak wielopokoleniowa, duża, utrzymująca kontakty, spotykająca się na święta/ wesela/ imieniny i inne uroczystości. Ostatnio na moim profilu na Instagramie zapytałam właśnie o rodzinę. Kim jest dla Was bliska rodzina? Z kim utrzymujecie kontakty? Jak duże są Wasze rodziny. I muszę przyznać, że odpowiedzi raczej mnie nie zaskoczyły. A obraz „Rodzinki peel” nie jest taki oczywisty, a co za tym idzie i wychowanie do życia w rodzinie (nie mylić z przedmiotem nauczania) jest różne. A jakie?

    Nadal jest wiele rodzin, które przy wigilijnym stole czy innych uroczystościach zasiadają w 20 – 30 czy więcej osób. Zdaje się jednak, że w są to rodziny, które od dłuższego czasu – może kilku pokoleń mieszkają w jednej okolicy. Są to duże rodziny, w których jest po kilkoro dzieci lub jako bliską rodzinę traktuje się też kuzynów. W takich rodzinach nawet jeśli ktoś wyjeżdża za pracą czy na studia gdzieś dalej, stara się w ważnych chwilach życia rodziny wracać. Dla takich osób czymś normalnym jest, że każde święta spędzają w rodzinnym domu, nawet jak jest on oddalony o kilka tysięcy kilometrów. Jak taka rozległa rodzina wpływa na wychowanie dziecka? Z pewnością może ono wiele skorzystać. Kontakty z dużą ilością zaufanych, bliskich osób wpływają na otwartość, naukę nawiązywania relacji i bycia w środowisku osób w różnym wieku/ wykształceniu/ poglądach/ itp. Oczywiście mogą wystąpić też minusy. U osób wychowanych w takich rodzinach może występować przeświadczenie, że nie łatwo się przebić, czasami trudno zostać dostrzeżonym w dużej grupie lub czuć się przytłoczonym. W dużych rodzinach w dzisiejszych czasach można też poczuć smutek w powodu braku czasu na codzienny kontakt ze wszystkimi najbliższymi.

    Coraz więcej jest też rodzin, które za najbliższą rodzinę uznają oprócz swoich dzieci, rodziców i rodzeństwo. A nawet z nimi czasami nie mają kontaktu codziennego. Często jest to spowodowane rozrzuceniem rodziny po różnych zakątkach Polski i nie tylko. Ale też wydarzeniami z przeszłości. Oczywiście wychowanie w takiej rodzinie ma również swoje plusy i minusy. Do tych pierwszych możemy zaliczyć skupienie się na relacjach z mniejsza liczbą osób, poczucie że jest się dostrzeganym i ważnym. Co może być jednocześnie minusem – bo czasami chcielibyśmy się gdzieś schować. Minusem może być również zamknięcie się na bliższe kontakty z większą ilością osób, mała ilość kontaktów interpersonalnych niezależnych od pokolenia czy poglądów.

    W którym rodzaju rodziny łatwiej, lepiej wychować dziecko? Nie znam na to pytanie odpowiedzi. Sama pochodzę z rodziny gdzie dzieci ciotecznego rodzeństwa moich rodziców to bardzo bliska rodzina. U nas zawsze było tłoczno, radośnie i głośno. I choć teraz może nie spotykamy się tak często to relacje nasze nadal są bardzo bliskie. Ale dostrzegam też wartość mniejszych rodzin. Z takiej wywodzi się mój mąż. I tu czasami może pojawić się problem. Bo zazwyczaj rodzina kojarzy się nam z naszą i jeśli spotyka się dwójka ludzi wychowanych w innych typach rodzin, to może być trudno. Bo to w czym się wychowaliśmy jest dla nas naturalne i tak chcemy aby wyglądała nasza rodzina. Ważne aby te różnice nie wpłynęły na dzieci. Musimy pewne rzeczy ustalić zanim one przyjdą na świat lub kiedy są bardzo małe. Aby nie miały sprzecznych komunikatów. Bo najlepsza rodzina to jest taka, którą my stworzymy. I nie ważne czy jest obok nas 30 najbliższych jej członków czy tylko 5. Najważniejsze jest abyśmy się kochali i cieszyli z bycia razem, a zwłaszcza z bycia rodzicami swoich dzieci.

  • Zarządzenie najwyższej wagi!

    UWAGA! UWAGA! Ogłoszenie dla wszystkich rodziców! Aby nie zwariować, aby nie stracić radości bycia rodzicem swoich dzieci zarządzam dzień lenia! Żadnego sprzątania, zbytecznych obowiązków domowych, zamartwiania się, przyjmowania i chodzenia w gości, żadnej pracy, e-maili i innych temu podobnych… To jest właśnie ten dzień, kiedy Ty i twoja rodzina macie wynudzić się i leniuchować cały dzień! Tak powiedziałam ja. Czołowa propagatorka i praktykująca DZIEŃ LENIA 😉

    A tak na poważnie, to rzeczywiście każdemu z nas co jakiś czas przydaje się taki dzień lenia. Kiedy byłam jeszcze zabieganą singielką, raz na miesiąc lub na dwa robiłam sobie taki dzień. Telefon wyłączałam lub odkładałam gdzieś daleko, komputer też odpoczywał. Cały dzień wylegiwałam się w łóżku z lekką książką lub przed telewizorem oglądając raczej mało ambitne komedie amerykańskie lub programy na kanałach kobiecych. Ktoś z Was mógłby powiedzieć, że trwoniłam lub marnowałam te dni. Ktoś inny zaś, że dla niego to nie odpoczynek tylko „odmóżdżenie”. I od razu odpowiadam. Te dni były po to abym dała organizmowi odpocząć. Życie w ciągłym biegu dawało mu się we znaki, a raz na jakiś czas potrzebował się zrestartować. Dotyczyło to zawłaszcza mózgu, który zazwyczaj pracował na największych obrotach. I choć zazwyczaj odpoczywam raczej w sposób aktywny, czy to podróżując czy spotykając się ze znajomymi, to właśnie takie odizolowanie bardzo było mi potrzebne.

    No dobrze, singiel to sobie może pozwolić na wszystko. A co z rodzicami? My też mamy prawo, a wręcz obowiązek aby organizować dla siebie i rodziny dzień lenia. Dzięki temu nauczymy nasze dzieci, że czasami warto się wyłączyć i dać swemu organizmowi odpocząć. Wiadomo, że taki dzień trzeba zaplanować. A właściwie nie planować na ten dzień nic szczególnego. Obowiązki domowe mogą poczekać. Zamiast stać przy garach pół dnia zjedzmy coś co już mamy w lodówce lub zamówmy jakiś domowy obiad do domu. A kto wie, może nawet pizzę 😉 Urządźmy wspólne długie leżenie w łóżku, chodzenie do południa w pidżamach czy dzień bez makijażu. Przygotujmy coś fajnego do oglądania, może domowy popcorn? Niech ten dzień będzie bez pośpiechu, bez „spiny”, bez nikogo oprócz naszej rodziny. Taki nudny wspólny dzień. Gdzie będzie czas na turlanie się po łóżku, przytulanie, wygłupy i nic nie robienie. Pokażmy naszym dzieciom, że to też jest fajne.

    Oczywiście z maluchami może to być trochę kłopotliwe, ale nie niemożliwe. Można przecież zabrać je do swojego łóżka z zabawkami, abyśmy mogli się wylegiwać, a one żeby się bawiły. Wcześniej przygotujmy jedzenie, aby tego dnia „pracę” ograniczyć do minimum.

    Dużo się śmiejmy i odpoczywajmy. Tulmy i wariujmy. Wyłączmy się na innych, a włączmy na siebie. Dajmy odpocząć swemu organizmowi, a zwłaszcza mózgowi. A zobaczycie jak wspaniale się nam odwdzięczą. A dzieci będą czekały na kolejny DZIEŃ LENIA 🙂 Miłego odpoczynku <3

  • Po co nam babcia i dziadek?

    Uwielbiam patrzeć jak Marianka bawi się z dziadkami. A kiedy wczoraj na widok mojej mamy aż zamachała z radości nóżkami i od razu wyciągnęła do niej ręce, moje serce skakało z radości. To wydarzenie natchnęło mnie do „popełnienia” tego tekstu. Pytanie niby banalne, a jednak po głębszym zastanawianiu, wcale takie nie jest. Bo przecież babcia i dziadek są potrzebni zarówno dzieciom jak i rodzicom na wielu płaszczyznach. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy na jak wielu i jak różnorodnych.

    Pisałam już o tym, że naszym dzieciom potrzebne są korzenie, że wcale życie staruszka nie jest takie „wesołe”. Ci z Was, którzy czytają mnie od jakiegoś czasu pamiętają również moje emocje związane z pierwszym spotkaniem Marianki z moją babcią. Tym razem postanowiłam do tematu podejść jeszcze z trochę innej strony.

    Patrząc na nas, rodziców odpowiedź na pytanie „Po co nam babcia i dziadek? Wydaje się prosta. Aby nam pomagali. W różny sposób, czasem zajmując się naszymi dziećmi na stałe kiedy są małe, czasami dorywczo kiedy chcemy gdzieś wyjść. Mój tata np. przez pierwsze miesiące po wyjściu Marianki ze szpitala woził nas do lekarzy i na rehabilitację kiedy mąż był w pracy. Nie chciałam Mani samej zostawiać z tyłu samochodu, a tata miał czas. Ja byłam spokojna, a tata czuł się potrzebny. Kiedy indziej zabiorą dzieci na weekend czy na wakacje do siebie. Takie zaufane opiekunki. W zależności czy jeszcze są aktywni zawodowo czy też już nie oraz od tego jak daleko lub blisko od nas mieszkają, bardziej lub mniej angażują się w opiekę nad naszymi dziećmi.

    Jednak jest jeszcze kilka ważnych aspektów tego, że dzieci mają kontakt ze swoimi dziadkami.

    Mówi się, że rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od rozpieszczania. I o ile jest to w granicach rozsądku i zgodnie z zasadami wychowawczymi przyjętymi przez rodziców, ja się z tym w 100% zgadzam. Jak dziś pamiętam, że u babci dostawałam jeszcze ciepły chleb z cukrem polany wodą, pychotka. A dziadek pozwalał jeździć na swoim rowerze na ramie. Ani jedno ani drugie krzywdy mi nie zrobiło, a radość miałam wielką. Dziadkowie mogą pozwolić sobie na więcej luzu i dystansu. Mogą pokazać naszym dzieciom troszkę inny punkt widzenia, który może im rozszerzyć horyzonty myślowe.

    Babcia z dziadkiem są w stanie przekazać wnukom wiele informacji o tym jak było kiedyś. O czasach, których my nie pamiętamy, a które wpływają na to jak zmieniał się świat. Uwielbiałam słuchać opowiadań babci i dziadka, mogliby to robić godzinami a i tak by mi się nie znudziło. Druga babcia z kolei pięknie śpiewała i choć robiła to bardzo rzadko, będą to pamiętała zawsze.

    Dziadkowie często mają więcej cierpliwości do wnuków niż rodzice, zwłaszcza Ci którzy nie zajmują się nimi na co dzień. Mogą czasami poświęcić więcej czasu na wyjaśnienie czegoś co dziecko nurtuje, lub o co wstydzi zapytać się rodziców. Często pokazują wnukom to czym się interesują lub co lubią robić: majsterkować, gotować, robić na drutach, fotografować czy chodzić po górach.

    Najważniejszą rzeczą jaką nasi rodzice nam dali już dawno temu, a my nawet często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jest wzór miłości rodzicielskiej. Jeżeli czuliśmy się przez rodziców kochani, doceniani i wspierani jest duża szansa, że sami takimi rodzicami będziemy. Jeżeli zaś brakowała nam czegoś w relacji z nimi to mamy dwa wyjścia. Albo nieświadomie powielamy te niechciane wzorce, albo świadomie dokonujemy innych wyborów.

    Tak czy inaczej największą rolą babci i dziadka jest kochanie. Kochanie swoich wnuków i nas – swoich dzieci. Nasza relacja z nim z pewnością będzie wpływała na przyszłą relację naszą i dzieci. Szacunek i miłość, którą czujemy w stosunku do naszych rodziców widzą dzieci. A co widzą, tak robią. Tak samo jak my dziś traktujemy babcię i dziadka one też ich traktują, a jutro potraktują tak nas.

    Korzystajmy więc z pomocy w wychowaniu babć i dziadków jeżeli tylko mogą i chcą nam jej udzielić. Szanujmy ich, przekazujmy jakie zasady chcemy wpajać naszym dzieciom i przymykajmy oko na małe ustępstwa. A ich miłość pozytywnie wpłynie na nasze dzieci i ich relacje z nami.

  • Spektrum autyzmu… jak to zrozumieć?

    Ostatnio coraz częściej w rozmowach rodzicielskich pojawia się słowo „autyzm” odmieniane w różnych przypadkach i przy różnych tematach. Czy to z obawy, strachu, przy szczepionkach czy 1%, czy dzieciach w przedszkolu. Coraz więcej ludzi styka się z „tym czymś”, coraz więcej dzieci jest diagnozowanych, w coraz młodszym wieku. Nie będę przytaczała tu definicji i cytowała mądrych artykułów, chciałabym Wam opowiedzieć o tym jak wyglądało moje „spotkanie” ze spektrum autyzmu i jak ważna jest w tym wszystkim reakcja i determinacja rodziców.

    Jedno trzeba sobie powiedzieć od razu. Spektrum autyzmu to nie choroba, a zaburzenie, co za tym idzie dużo zależy od tego kiedy dziecko zostanie zdiagnozowane i jak poprowadzone. A jak najłatwiej według mnie wyjaśnić na czym polega? Wyobraźcie sobie puzzle, które przedstawiają człowieka – jego cechy, umiejętności, sposób postrzegania, emocje, zachowania, nas całych. Każdy z nas jest inny i układ puzzli jest też trochę inny. Jedne są umieszczone na równym poziomie, inne lekko uniesione ponadto (nasze zdolności, predyspozycje, to czym się wyróżniamy). Inne są poniżej tego poziomu (nasze trudności w opanowaniu czegoś, „wady”, to czym mniej się interesujemy, rozwijamy). Każda układanka jest trochę inna, ale większość tych „górnych i dolnych” odchyleń ma niewiele, są one niewielkie. U osób ze spektrum autyzmy kilka puzzli może być baaardzo wysoko (często umiejętności matematyczne, wiedza na temat konkretnego zainteresowania) a inne baaardzo nisko (najczęściej umiejętności społeczne, myślenie przyczynowo – skutkowe, postrzegania siebie, empatia). Te odchylenia są na tyle duże, że dziecko może być postrzegane jednocześnie jako geniusz i jako zamknięte w swoim świecie. Jednak każda z osób ze spektrum może tych puzzli ponad poziom i poniżej niego mieć różną ilość, u jednych jest ich kila u innych kilkanaście i to w różnej kombinacji. Dlatego tak ciężko jest porównać jedną osobę z tymi zaburzeniami do innej. Są osoby wysoko funkcjonujące i takie, które nie są w stanie poradzić sobie same. W przypadku spektrum autyzmu mogą też dochodzić inne sprzężenia związane np. z opóźnieniami rozwojowymi.

    Niezależnie od tego na jakim poziome funkcjonalności jest dziecko, dla każdego rodzica zmierzenie się nawet z podejrzeniem o „autyzm” jest niezmiernie trudne. Podczas mojej pracy w przedszkolu spotkałam się z kilkoma przypadkami dzieci, które miały to zaburzenie i z różnymi reakcjami rodziców. Bywa, że podejrzewają, że z dzieckiem „coś jest nie tak” ale boją się diagnozy i dopiero impuls z zewnątrz skłania ich do wizyty u specjalisty. Są też tacy, którzy od razu chcą wiedzieć co się dzieje z ich dzieckiem. A są też tacy, którzy nie przyjmują do wiadomości nawet możliwości konsultacji. Niezależnie od reakcji rodziców oraz poziomie funkcjonalności dziecka w przypadku spektrum autyzmu najważniejsza jest diagnoza oraz jak najwcześniejsza terapia. I tu jest duża rola rodziców, bo nie wystarczy dziecka zawieść na zajęcia do psychologa, pedagoga, często logopedy, SI czy na zajęcia grupowe. To jest niestety dopiero początek. Największą pracę do wykonania ma rodzina jako całość. Bo to codzienne życie pomaga dzieciom ze spektrum odnaleźć się w świecie, ułatwić im zapanowania nad trudnościami w funkcjonowaniu w społeczeństwie. Ale jeśli rodzice się zmobilizują i wejdą na tę trudną drogę jest naprawdę duża szansa na podniesienie poziomu funkcjonalności dziecka. Nigdy nie zapomnę chłopca, który po przyjściu do przedszkola w wieku 3 lat był zamkniętym w sobie, agresywnym i smutnym dzieckiem, a po dwóch latach intensywnej pracy Jego, rodziców i nas – przedszkola osoba, które pierwszy raz go widziała nigdy by nie powiedziała, że ma spektrum autyzmu. Czy wyzbył się wszystkich swoich problemów? Nie. Ale opanowała umiejętności, które pozwalały mu na funkcjonowanie w grupie, stał się bardzo wesołym i otwartym chłopcem (może nawet zbyt otwartym – ale niestety tak czasami bywa). Oczywiście nadal był bardzo wrażliwy na niektóre rzeczy, ale my też nauczyliśmy się pomagać mu w trudnych chwilach. I choć przed Nim i jego rodzicami nadal dużo pracy, wierzę, że jako dorosła osoba poradzi sobie w życiu. A przecież o to martwi się każdy rodzic, nie tylko taki, którego dziecko ma problem.

    Znam też przypadki gdzie obok spektrum pojawiły się inne komplikacje, np. opóźnienia. Ale nawet w takich stuacjach praca i zaangażowanie pozwoliły na podniesienie poziomu funkcjonalności. Niestety znam też dzieci, które nie zostały zdiagnozowane… i którym z każdym rokiem będzie trudniej. Bo tylko rodzice mogą zaprowadzić swoje dziecko do specjalistów, tylko rodzice mogą podjąć decyzję o terapii, tylko rodzice mogą zawalczyć o swoje dzieci. Dzisiaj nikt nie może ich do tego zmusić.

    Jeżeli spotkacie na swojej drodze osoby ze spektrum autyzmu pamiętajcie, że nie można się tym zarazić. Są tacy jak my, tylko trochę inaczej postrzegają świat i odbierają bodźce, ich puzzle ułożyły się trochę inaczej niż nasze. To bardzo wartościowi ludzie, a ich rodzice to prawdziwi bohaterzy walczący o możliwości rozwojowe i przyszłe funkcjonowanie swoich dzieci w społeczeństwie. Należy się im wielki szacunek.

  • Śmiech przedłuża życie

    Być może słyszeliście, że 15 minut szczerego i radosnego śmiechu przedłuża życie o 1 dzień. Czy to nie jest fascynujące i pociągające? Takie zapewnienie sobie dłuższego życia. A naszym dzieciom?

    Nawet jeśli nie wierzyć badaniom to perspektywa jest ciekawa. I niby to takie łatwe. Ale zastanówcie się, ile lub czy codziennie się śmiejecie. Ale tak szczerze i od serca. I czy złożyło by się tego śmiechu całodniowego na 15 minut? Różnie prawda?

    Jakiś czas temu odkryłam, że ostatnio mało się śmieję. Zima, beznadziejna pogoda i brak kontaktu z dorosłymi miał na ten fakt bardzo duży wpływ. Jak to się mówi „łapałam lekkiego doła”. Ale tu na pomoc przyszła mi moja cudowna roczna córeczka Marianka, która jest coraz bardziej świadoma i kontaktowa. Ona potrafi śmiać się z małych głupstewek. Czasami sama nawet nie wiem do końca co Ją bawi. Ale postanowiłam się poddać Jej nastrojowi i zaczęłam się śmiać razem z Manią. To oczywiście napędza Ją jeszcze bardziej i są momenty kiedy wspólnie śmiejemy się, aż mnie policzki bolą, a ona staje się zmęczona 🙂

    Czy to sprawi, że obie będziemy żyły dłużej? Fajnie by było, ale nawet jeśli nie, to żyjemy na pewno radośniej. Dzięki temu, że bawimy się, wygłupiamy i śmiejemy wspólnie wzmacniamy nasza więź i relację. Chcemy razem przebywać, bo jest nam dobrze. I naprawdę nie trzeba dużo abyśmy czuły radość i szczęście. Bo choć Marianka nie mówi jeszcze, to widzę w Jej oczach to wszystko. Poza tym pod wieczór kiedy mamy czas na te wygłupy Mania sama garnie się do mnie i prowokuje te wybuchy śmiechu. Widać, że tak jak ja czeka na te nasze wspólne chwile. Widzę też, że kiedy mąż jest w domu i się do nas przyłącza córeczka jest jeszcze bardziej radosna. Choć nie wiem czy to możliwe 🙂 Szuka z nami kontaktu, takiego radosnego bycia razem.

    Wiadomo, że są dni kiedy jesteśmy zmęczeni i kiedy już nie ma sił. Ja też takie mam. Chętnie bym zrobiła „co trzeba” i poszła spać. Ale kiedy widzę te oczekujące oczka, roześmiane i pełne nadziei na wspólny czas… no cóż… siły się znajdują. A po wszystkim kiedy Mania już śpi, ja mam dużo lepszy humor, a zmęczenie nie jest już takie uciążliwe.

    Może i śmiech nie przedłuża życia, ale warto znaleźć powody i czas do wspólnej radości z dziećmi i partnerem. Nasz rodzinny świat staje się wtedy cieplejszy, a my bliżsi sobie. Problemy dnia codziennego nie przytłaczają już tak bardzo. Więc cieszmy się i radujmy codziennie, a nasze życie z pewnością będzie przyjemniejsze

  • Musisz być idealną matką i mieć idealne dziecko czyli nie ma jak rodzinka

    Święta zbliżają się ku końcowi, a niektóre z nas pewnie mają już ich dość. No może nie do końca Świąt, ale spotkań z „wspaniałymi i zatroskanymi” ciotkami, kuzynkami i pociotkami.

    A miało być tak pięknie. Świąteczna atmosfera, spotkania w gronie najbliższych… cud, miód i orzeszki. A tu okazuje się, że wszyscy dookoła wiedzą lepiej jak wychować twoje dziecko. Najpierw niewinne pytania: Jeszcze nie raczkuje? Samo nie siedzi? Nie je stałych pokarmów? A gluten już wprowadziłaś? A jajko? Nie karmisz piersią? Jak to słoiczki? Pozwalasz jeść rękoma? Nie umie zrobić pa, pa? Nadal w pampersie? Nie mówi pełnymi zdaniami? I milion innych możliwych. A zaraz potem każdy ma złotą radę, która rozwiąże twój problem. Chociaż z pewnością do tej pory nawet nie wiedziałaś, że masz problem. A z każdą radą albo czujesz się coraz gorszą matką, albo masz ochotę wszystkich rozszarpać.

    Po pierwsze nie czuj się złą mamą. To ty wiesz najlepiej jak się zająć swoim dzieckiem, ty je wychowujesz. A jeżeli rzeczywiście widzisz jakiś problem to szukasz pomocy. Jeśli o nią nie prosiłaś, to albo od razu podziękuj za rady, albo olej – wpuść jednym uchem, a wypuść drugim. A jeśli masz ochotę na rzucanie mięsem to daruj sobie. Przecież są święta. Zrób sobie prezent, pomyśl, że wszystkim tym osobom tak bardzo zależy na Tobie i twoim dziecku, że się martwią i są nadopiekuńcze. Podziękuj i zrób to co w pierwszym przypadku.

    Pamiętaj, każde dziecko jest inne i to rodzice wiedzą najlepiej kiedy potrzebują pomocy. Oczywiście czasami zdarza się najlepszym nie dostrzec problemu dlatego zawsze warto wysłuchać podpowiedzi innych, ale nie mogą się one stać wyrocznią. Popatrzmy z DYSTANSU na sprawę i obiektywnie oceńmy czy życzliwi mają rację, czy po prostu są nadgorliwi. I w razie czego wtedy szukamy pomocy. Czasami niektórzy po prostu chcą się wykazać.

    Ja też nie jeden raz usłyszałam dobre rady o cioć i krewnych. Niestety, a może na szczęście, nikt z nich nie wychowywał wcześniaka i nie wiedział z jakimi problemami się borykamy. Dla nich wszystko wydawało się proste i czarno – białe. Ale wychowanie dzieci ma wiele odcieni i my rodzice znamy barwy naszych pociech najlepiej.

    Nie dajmy się zwariować. Nie dajmy sobie popsuć świąt. Cieszmy się rodzinną atmosferą i byciem razem z naszymi dziećmi. Czerpmy radość z bycia rodzicem w Święta.