Tag: rodzina

  • Wigilia to marzenie dzieci…

    Z pewnością wielu z Was zasiądzie dziś przy wigilijnym stole, tak jak ja, lub 6 stycznia tak jak wielu moich przyjaciół i część rodziny. Będzie opłatek, być może modlitwa, życzenia, potrawy, może nawet kolędy… i prezenty. Dla mnie przez wiele lat Święta Bożego Narodzenia rozpoczynał koncert charytatywny „Wigilia to marzenie dzieci” organizowany przez Chór Akademicki UwB i Komendę Hufca Białystok. Zwieńczeniem koncertu, z którego dochód jest przeznaczany na Dom Dziecka rokrocznie jest występ Chóru. Kolędy płynął zarówno ze strony chórzystów jak i widowni, która chętnie śpiewa razem artystami. I choć repertuar zienia się nieznacznie zawsze z taką samą niecierpliwością czekam na występ. W tym roku nie udało się wspólnie z Manią wybrać na koncert, ale za rok… W tym roku niech mi i Wam wystarczy tekst jednego z utworów śpiewanych przez Chór, a który zawsze powoduje, że łezka mi się kręci w oku. Niestety nie znalazłam autora, choć wiem, że z pewnością pani Basia Wachowicz go zna, gdyż utwór ten był wykorzystany w Jej widowisku „Wigilie Polskie”.

    Wigilia to marzenie dzieci

    Choinka, bombki, srebrne wąsy.

    I gwiazda, która zawsze świeci

    Nad każdym domem, każdej nocy.

    Wigilia to jest zamyślenie

    Co wszystkich łączy i co boli.

    Wigilia to jest przypomnienie

    O naszej zwykłej ludzkiej doli.

    Wigilia to oczekiwanie,

    Że nieznajomy ktoś nadejdzie.

    I pod naszymi drzwiami stanie

    Gdy nad miastami gwiazda wzejdzie.

    Wigilia to jest skrzyżowanie

    Dróg rozdzielonych życiem ludzi.

    To wspólne matki ukochanie,

    Gdy synów swych ze snu budzi.

    Wigilia to samotne myśli

    O jutrze, które już nadchodzi.

    Nad ziemią pędzą wielkie wichry

    A w małej szopce światło wschodzi.

  • Co z tym Świętym? Jest czy Go nie ma?

    Pracując tyle lat w dziećmi i młodzieżą spotkałam się z różnym podejściem rodziców do Świętego Mikołaja. Od takich, którzy nawet nastolatkom wmawiali, że Święty przynosi prezenty – do takich, którzy nawet nigdy nie wspomnieli o „gościu” swoim dzieciakom. Najczęściej jednak rodzice utrzymują, że Święty Mikołaj istnieje, aż do momentu kiedy dziecko samo temu zaprzeczy lub ktoś inny mu powie, albo do momentu jak samo jakoś się wyjaśni. Więc jak z tym Świętym jest? Sprawa niby błaha, a jednak nie do końca. Cała sytuacja ma kilak aspektów wychowawczych.

    Przede wszystkim wiara w Świętego Mikołaja, Zajączka Wielkanocnego, krasnoludki, Zębową Wróżkę czy inne magiczne istoty jest nieodzownym elementem dzieciństwa. Jest potrzebna dzieciom aby rozwijały wyobraźnię, kreatywność i pomysłowość. Odbierając dziecku ten czas pozbawiamy je kwintesencji dzieciństwa – możliwości patrzenia na świat przez różowe, fioletowe czy tęczowe okulary.

    Dzieci myślą w innych kategoriach niż dorośli. Wiara w Świętego Mikołaja nie przeszkadza w przyjęciu informacji o prawdziwym biskupie, który został świętym. W głowach dzieci to się nie kłóci. Był biskup, który rozdawał ubogim swój majątek, został świętym. A teraz Święty Mikołaj rozdaje prezenty. I cóż w tym dziwnego. Nie bójmy się tej konfrontacji.

    Przychodzi czas, że dziecko zaczyna powątpiewać. Jak to możliwe, że jedna noc i tyle domów. A dlaczego miał buty jak sąsiad? Sama kiedyś zapytałam o to mamę 🙂 Skoro Mikołaj przynosi prezenty, to po co my niesiemy podarunek dla babci? A Krzyś powiedział, że Mikołaja nie ma. Dlaczego prezenty, które miał przynieść Mikołaj znalazłam w pojemniku na pościel w kanapie? Dlaczego na ulicy stało kilku Mikołajów? Pytania, których rodzice się boją. A tak naprawdę nie ma powodu. Jak na nie reagować?

    Po pierwsze nie kręcić. Nie czekać aż znajdzie odpowiedzi u rówieśników lub starszych kolegów. Jeśli dziecko jest już w dość duże wytłumaczyć. Ale jak. Bardzo prosto. Na biegunie mieszka Święty Mikołaj – prawda. Jednak dzieci jest tak dużo, że musi mieć pomocników. Nie jest w stanie kupić wszystkim dzieciom tego o czym marzą, więc pomagają mu w tym dorośli. Każdy chciałby dostać prezent na święta dlatego obdarowujemy nimi tych których lubimy i kochamy. Zresztą możemy pomóc Mikołajowi i prezenty zrobić wspólnie – takie spodobają się dziadkom czy ciociom najbardziej. Banalne? Może, ale wzmacnia naszą więź z dzieckiem. Dlaczego? Nie czuje się ono przez nas oszukiwane. Może trochę inną wersję zdarzeń znało, ale jest już starsze i więcej rozumie dlatego mówimy mu jak jest. Rozwijamy też w ten sposób empatię. Zachęcamy do okazywania uczuć i bycia szczerym. Wpływa to bezpośrednio na naszą rodziców wiarygodność.

    Nie zachęcam do mówienia czego w typie „Wiesz, to bajeczka dla dzieci. Jesteś już duży. Co mam Ci kupić na święta?” To sprawi, że dziecko patrząc na dotychczasowe święta poczuje się rozczarowane, że dawało się nabrać. Radość, ta wewnętrzna, gdzieś pryśnie. Nawet jeśli kupimy najnowszy model telefonu.

    Ja wierzę w Świętego Mikołaja. Ideę obdarowywania się prezentami z przyjaciółmi, bliskimi, rodziną. Przekazywania sobie ciepłą i miłości. Chciałabym aby moja córka czuła magię dobroci, która temu towarzyszy. Czego i Wam życzę 🙂

  • Święta i niemowlak. Jak przetrwać i nie zwariować

    To nasze pierwsze Święta Bożego Narodzenia we trójkę. W zeszłym roku tuż przed Bożym Narodzeniem dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli córeczkę. A jakieś trzy tygodnie później powitaliśmy Mariankę niespodziewanie na świecie. Dla wielu rodziców pierwsze święta ich dziecka są wyzwaniem. I to pod wieloma względami.

    Duża grupa rodziców, a zwłaszcza mam, już na długo przed Świętami nie może się ich doczekać. Ja również do nich należę. Są podekscytowane. Oczekują magicznych i niezapomnianych przeżyć. A kiedy zbliża się już ten czas, zaczynają zauważać coraz więcej problemów i trudności, które mogą zakłócić sielankę.

    Choinka

    Uwielbiam ubieranie choinki, strojenie jej. Światełka i bibeloty zawieszone na gałązkach. Odkąd wyprowadziłam się od rodziców choinkę ubieram tuż po Mikołajkach, a rozbieram przed 2 lutego. W zeszłym roku zastanawiałam się czy 7 miesięczny maluch (nie przewidziałam wcześniejszego porodu), który pełza lub zaczyna raczkować nie zrzuci na siebie choinki. Nie bałam się o bombki, bo u nas na drzewku są jedynie słomiane i robione na szydełku ozdoby, ale innych rodziców ta sprawa również martwi. Więc co zrobić z tą choinką? Z pewnością jeśli zawsze ubieraliście drzewko nie rezygnujcie. Po pierwsze to zmieni nastrój w domu, a po drugie dlaczego dziecko nie miałoby cieszyć się dekoracjami. Jest kilka rozwiązań. Pierwsze to postawić choinkę w miejscu odgrodzonym od dziecka, lub wyżej – może mniejszą. Oczywiście może to spowodować próby wspinania się, itp. Albo… niech stanie tam gdzie zawsze, a Wy spróbujcie wytłumaczyć, że drzewka nie można ciągnąć i pilnujcie malucha (dzieci, które są w stanie się przemieszczać, sporo już rozumieją, ale nie należy im ufać tylko pilnować pilnować).

    Co my zrobiliśmy? Nasza Marianka pełza, ale jeszcze trochę brakuje Jej do raczkowania. Choinka stoi blisko miejsca gdzie mała się bawi. Mamy nadzieję, że będzie wabikiem i może zapatrzona na ozdoby i lampki pozwoli zadziałać instynktowi i ruszy z miejsca 🙂

    Wypieki

    Mamy piekące, ja się do nich zaliczam, marzą o wspólnych wypiekach z dziećmi. Ale kilkumiesięczny berbeć z pewnością nie ułatwi zadania. Raczej też nie pomoże przy piernikach. A jeśli damy mu kawałek surowego ciasta do ręki, z pewnością umieści go w buzi. Co więc nam pozostało? Możemy jak najbardziej zabrać dziecko do kuchni, ale raczej jako obserwator i degustator. Posadźmy je bezpiecznie w krzesełku lub bujaczku i pracując opowiadajmy o wszystkim co robimy. Możemy dać dziecku do spróbowania różnych składników (oczywiście z zależności na jakim etapie rozszerzania diety jest). Jeśli mamy foremki do wycinania pierników, którymi nie zrobi sobie krzywdy – niech się nimi pobawi. Uważajmy tylko na bliskość piekarnika oraz na intensywne zapach, które mogą drażnić dziecko.

    Jeżeli nasze dziecko je pokarmy stałe to warto też pomyśleć o jakimś wypieku dla niego. Jest wiele przepisów na babeczki czy ciasteczka dla dzieci, nawet tych najmłodszych.

    Sprzątanie

    To już chyba każda mama ma swój najlepszy patent na to jak sprzątnąć przy maluchu. Oczywiście mamy starszych dzieci zachęcam aby włączały swoje pociechy do tego procesu. Trudno jest to jednak nawet z 10 czy 11 miesięcznym dzieckiem.

    Strój

    Pięknie zastawiony stój. Pachnące potrawy. Choinka, w tle kolędy. Wszyscy domownicy wystrojeni… No właśnie. Wybierając stój na święta radziłabym kierować się zdrowym rozsądkiem i względami praktycznymi, a mniej (choć tylko odrobinę) estetyką. Ubranka muszą być dla dziecka wygodne (chyba, że zaraz po pamiątkowym zdjęciu czy dzieleniu się opłatkiem zostaną zdjęte). Jeżeli będą uwierały lub krępowały ruchy to zamiast świątecznego nastroju będziemy mieli marudzącego brzdąca. Jeśli wasze dzieci ulewają i/ lub próbują same jeść to proponowałabym ubranka, których nie będzie szkoda zabrudzić lub zaplamić (lub przebiórka jak wcześniej). Tu mówię również o braniu mamy 🙂 bo małe łapki zazwyczaj zostawiają ślady na maminych ciuszkach.

    Siedzenie przy stole

    Kochani nie liczcie na spokój i nastrój zadumy. Nawet jeśli macie spokojne dziecko, to raczej w pewnym momencie znudzi mu się siedzenie przy stole. Proponuje zawczasu pomyśleć o zabawkach i miejscu do ich rozłożenia (stolik przy krzesełku, kawałek dywanu), takim które będzie nam nadal pozwalało uczestniczyć w całej uroczystości. A dziecko będzie mogło obserwować wszystko co się dzieje.

    Drzemki i sen

    Zaplanujmy tak te święta aby dziecko nie wybiło się za bardzo ze swego rytmu dnia. Zresztą sami wiecie jak zachowuje się Wasz maluch kiedy brakuje mu snu.

    Wigilia

    Jeśli dziecko już przyjmuje pokarmy stałe, z pewnością będąc przy stole będzie po nie sięgało. Wcześniej przygotujmy to co będziemy mu mogli dać, tak aby czuło się częścią rodziny i uroczystości.

    Mam nadzieję, że te kilka porad i Wam i mnie pomoże przygotować się w taki sposób do Świąt, aby rzeczywiście były magiczne i niezapomniane. W końcu to nasze pierwsze Święta w tercecie 🙂

  • Potrzebne są korzenie

    Odwiedzając wczoraj rodzinne groby na cmentarzu obserwowałam wiele rodzin, zachowania dzieci i przypominałam sobie jak sama byłam dzieckiem. Jaka byłam? Ciekawa wszystkiego i wszystkich co mnie otacza. Bezustannie zadawałam rodzicom pytanie czyj grób odwiedzamy? Dlaczego? Kim są ludzie, których spotykamy? Co roku pytań było mniej, bo dużo już wiedziałam. Z uśmiechem wczoraj obserwowałam syna jednej z moich kuzynek, który szeptem pytała mamę o to samo co ja kiedyś.
    Wczoraj też usłyszałam od mojej cioci zdanie, które dało mi do myślenia. Powiedziała, że dziś zapalamy znicze na grobach rodziny i znajomych, pamiętamy o nich, bo chcielibyśmy aby kiedyś ktoś też nas wspominał. W sumie zawsze o tym wiedziałam, ale wczoraj dotarło do mnie również to, że aby tak się stało musimy nauczyć nasze dzieci, że warto pamiętać o przeszłości. Być może wiele osób się ze mną nie zgodzi. Może w Waszych rodzinach nie ma takiej tradycji, a w inny sposób dbacie o pamięć o przeszłości. Moim zdaniem nie ważny jest konkretny sposób, ale cel. Dlaczego uważam, że warto aby dzieci znały historię rodziny i swoich przodków? Może dlatego, że uważam iż drzewu bez korzeni bardzo trudno jest wzrastać? A może dlatego, że aby wiedzieć kim się jest, potrzebne jest poczucie bezpieczeństwa i tożsamości. A tożsamość rodzinna bardzo to ułatwia.
    Dlatego zachęcam wszystkich rodziców aby znaleźli swój własny sposób na przekazanie dzieciom tradycji i historii rodzinnej. Bo moim zdaniem warto dbać o korzenie. A jeśli przyczynkiem do tego są różnego rodzaju święta… tym lepiej

    Tekst po raz pierwszy został opublikowany 2 listopada 2015 r.

  • Czasem trzeba pożegnać najlepszych. Pomóc trzeba tym, którzy zostają

    Pamiętacie wpis o przyjaźni i harcerstwie, którego autorką była Agnieszka – wspaniała kobieta, cudowna mama i przede wszystkim niesamowity człowiek? Niestety wczoraj w godzinach rannych Aga zginęła w wypadku autokarowym w Szwajcarii. Była jedyną żywicielką rodziny. Bardzo proszę abyście nie tylko jako rodzice, ale przede wszystkim jako ludzie pomogli jej rodzinie.

    Jak pomóc? Można 23 października w Galerii Białej w Białymstoku w godz. 12.00 – 14.00 obejrzeć pokazy taneczne, będą tam zbierane fundusze. Można 29 października wziąć udział w warsztatach tanecznych prowadzonych przez choreografów z Warszawy i Białegostoku (połata za warsztaty dowolna – oczywiście na wsparcie rodziny Agnieszki).

    Więcej przeczytajcie tutaj

  • Być w formie. Zadbać o siebie nie tylko dla dzieci

    Od zawsze byłam gruba. No może jako niemowlę byłam w normie, ale nie wyrosłam z dziecięcego tłuszczyku. Wręcz przeciwnie z czasem było mnie coraz więcej. Od kiedy zaczęło mi to przeszkadzać? Chyba od momentu kiedy zorientować się, że jestem inna. To znaczy od kiedy pierwszy raz usłyszałam, że inne dziecko nazwało mnie „grubaską” – było to w podstawówce. Oczywiście przeszłam różne diety, jako nastolatka ćwiczyłam w „Klubie Kwadransowych Grubasów” (ktoś jeszcze pamięta, że coś takiego było?). Bardziej niż przezwiska przeszkadzało mi, że nie mogłam założyć tego co koleżanki, że z każdych zakupów wracałam z płaczem. Moja mama była gotowa zapłacić każde pieniądze, żebym tylko coś wybrała. A w moim rozmiarze można było kupić albo dresy albo coś dla starszych pań. Najbardziej chyba jednak przeszkadzało mi, że nie jestem tak sprawna jak rówieśnicy. Miałam kłopoty ze stawami, nie mogłam jeździć na łyżwach czy rolkach, z czasem również na nartach. Nie biegałam na dłuższych dystansach, szybko się męczyłam. Na pierwszych wdówkach harcerskich było mi tak ciężko, że szłam i płakałam.

    Z czasem zaczęłam sobie radzić. Miałam w podstawówce cudowną panią od WF-u, która wymagała ode mnie abym dała z siebie jak najwięcej, ale nie porównywała z innymi. W szkole średniej miałam po prostu zwolnienie. Nauczyłam się chodzić… na wędrówkach i pomimo, że było trudno pokochałam zwłaszcza te górskie i po Puszczy Białowieskiej.

    Co jakiś czas próbowałam się odchudzać, ale kończyło się na jo-jo. I to pomimo rezygnacji ze słodyczy, smażonych rzeczy i chodzenia trzy razy w tygodniu na basen. Moje zdrowie znacznie się pogorszyło, zwłaszcza kiedy zaczęłam zbliżać się do 30-tki. Kiedy 3 i pół roku temu trzech lekarzy powiedziało, że za kilka lat grożą mi leki na ciśnienie, cukrzycę i stabilizatory na stawy… sięgnęłam dna. Byłam sama, gruba i tylko… no właśnie tylko co?

    Postanowiłam sobie pomóc. Dzięki koleżance znalazłam dietetyczkę, zapisałam się na kurs zdrowego odżywiania. To zmotywowało mnie do zmian w życiu. Wyznaczyłam sobie cel, dostałam dużo wiedzy, miałam wsparcie. Dzięki ruchowi i zdrowemu, mądremu odżywianiu w ciągu kursowych trzech miesięcy schudłam 13 kg (efekt na zdjęciu), a przez kolejne pół roku w sumie 27 kg. Ale nie to było najważniejsze. Dzięki zdrowemu odżywianiu moje ciało odzyskało wigor, nie potrzebowałam już drzemek w ciągu dnia, głowa mnie nie bolała, kwitłam. I jakoś tak życie, które do tej pory było intensywne ale czegoś w nim brakowało zaczęło się układać. Poznałam mego męża, trafiłam na pierwsze zajęcia dotyczące coachingu, odnalazłam mentora, który pomógł mi uporządkować życie zawodowe. Nagle wszystko zaczęło się układać, bo zadałam o moje ciało. O wszystkie jego aspekty, wszystkie mięśnie się wzmocniły. A jednym z nich jest też mózg 🙂

    Ciąża, a zwłaszcza przedwczesny poród Marianki sprawiły, że moje ciało znowu nie jest takie jakie powinno być. Prawdziwa Sylwia siedzi gdzieś w środku. I teraz kiedy już nasze życie troszeczkę się unormowało postanowiłam znowu zadbać o swoją formę. Nie tylko dla siebie. Wiem, że jeśli moje ciała będzie bardziej sprawne łatwiej mi będzie się zająć Mania. Zwłaszcza kiedy zacznie raczkować i chodzić. Kiedy moje mięśnie będą mocniejsze łatwiej będzie mi ją nosić. Kiedy mój mózg będzie odpowiednio nawodniony i dotleniony łatwiej mi będzie sprostać jej potrzebom intelektualnym i łatwiej mi będzie poradzić sobie z tymi gorszymi dniami.

    Wróciłam na basen, porządkuje swoje zwyczaje żywieniowe… Bo chcę być zdrowa dla Marianki, chcę dożyć jej dorosłości. Nie chcę być schorowaną mamą, którą będzie musiała się zajmować już jako nastolatka. Chcę za jakiś czas znowu spróbować zajść w ciążę. Chcę być zdrowa dla mojej rodziny. Ale nie zrobię tego bez dbania o siebie. Muszę zawalczyć o swoją formę, żeby pokazać Mariance cały piękny świat. Wyprawić się wspólnie na górski szlak, przewędrować Puszczę Białowieską, popływać w morzu, pokazać lasy, pola, jeziora czy odwiedzić Jej ciocię na Costa Brava.

    Mamusie i tatusiowie dbajmy o siebie dla swoich dzieci, abyśmy mogli je wychować, cieszyć się ich szczęściem, wspierać przy niepowodzeniach i dożyć ich dorosłości. A dzieciaki obserwując nas też chętnie będą żyć zdrowo i z radością. A raz na jakiś czas pozwólmy sobie na małe grzeszki jak lody czy pizza (może własnej wspólnej roboty) aby życie było jeszcze przyjemniejsze 🙂

  • Święta – ale jakie?

    W zeszłym roku mogliście przeczytać mój wpis oraz obejrzeć filmik dotyczący prezentów. Były to odpowiedzi na pytania znajomych. Dla mnie jednak w tych najbliższych tygodniach przez zbliżającymi się Świętami jest zupełnie co innego.
    Bo warto w tym miejscu przypomnieć, że Święta Bożego Narodzenia mają kilka ważnych aspektów. Jeżeli obchodzisz te Święta to znaczy, że kultywujesz tradycje chrześcijańskie. W związku z tym nie obce Ci jest zapewne, że mają one aspekt religijno – duchowy, rodzinny i dopiero na samym końcu dopiero materialny. I tu się rodzi pytanie. Jak chcemy aby nasze dzieci rozumiały i przeżywały Boże Narodzenie? Czy te Święta mają kojarzyć się tylko i wyłącznie z prezentami i dobrym jedzeniem? Czy może chcielibyśmy przekazać im coś więcej?
    Jeśli chcecie dla swoich dzieci czegoś więcej to jest na to kilka sposobów.
    Przede wszystkim warto od najmłodszych lat włączać dzieci do przygotowań świątecznych. Wspólne wykonywanie ozdób na choinkę czy do dekoracji stołu wigilijnego, przygotowywanie własnoręcznie wykonanych upominków dla najbliższych, sprzątanie domu, a przede wszystkim gotowanie. Wiadomo, że często dzieci bardziej przeszkadzają niż pomagają, ale pomyślcie jakie wspomnienia zapewnicie sobie i swoim dzieciom podczas pieczenia i dekorowania pierniczków czy tradycyjnych rodzinnych potraw.
    Opowiadajcie dzieciom i tradycji świątecznej i rodzinnej. Nasze pociechy na pewno zainteresuje dlaczego kładziemy sianko na stole, skąd się wzięła liczba 12 potraw albo co oznacza puste miejsce przy stole. Przekażcie im historie rodzinne dotyczące Świąt. Jednym z pierwszych smaków wigilijnych jakie pamiętam są pierogi mojej babci Anki. Niby nic… mąka, jajko, mleko, mak… to zawsze było na wsi… kiedy babci zabrakło z nami byłam studentką, ale do dziś przygotowuję te pierogi na rodzinną wigilię bo bez nich jakby czegoś zabrakło… Z pewnością Wy też macie takie historie…
    Pokażmy dzieciom, że Noc Bożego Narodzenia niesie ze sobą radość, nadzieję, miłość, dobro, rodzinne ciepło. Nauczmy ich tego od małego. Czy w związku z tym namawiam do rezygnacji z prezentów? Oczywiście, że nie. Sama nawet dziś nie mogę się doczekać co też znajdę pod świątecznym drzewkiem. Więc jak to pogodzić? Najbardziej podoba mi się proste dziecięce rozumowanie. Kilka lat temu kiedy rozmawiałam z przedszkolakami o Świętach jedna z dziewczynek powiedziała, że to najlepszy dzień w roku. Od razu pomyślałam, że chodzi jej o prezenty. Ale ona powiedziała coś, co mnie rozbroiło „Bo wie Pani. Wtedy rodzi się Jezusek i on jest taki dobry, że w swoje urodziny chce żeby wszyscy byli szczęśliwi, dlatego dostajemy prezenty. Ale on nie jest smutny, bo my mu też dajemy prezent – to, że jesteśmy grzeczni i mamy dobre serduszko…” Chciałabym, żeby moje dzieci tak właśnie myślały o prezentach pod choinką. Tego sobie i Wam życzę nie tylko na te Święta…