Tag: rozwój

  • Pożegnanie z pieluchą

    ODPIELUCHOWANIE to słowo, które wielu rodziców przyprawia o zawrót głowy. Często już rodzice kilkumiesięcznych dzieci stresują się myślą, że przyjdzie czas kiedy i Oni będą musieli się z tym zmierzyć. Regularnie dostaję pytania jak sobie poradzić z tym tematem i jak wyglądało to u nas. Dość długo odkładałam ten zagadnienie ponieważ tak jak nie ma dwóch identycznych dzieci, tak i nie ma uniwersalnych sposobów na nieleniuchowanie. Bazując na doświadczeniach mamy i wieloletniej nauczycielki w przedszkolu i żłobku mogę jednak nakreślić kilka podstawowych aspektów związanych z tym tematem.

    Po pierwsze to prawda, że kiedyś dzieci odpieluchowywały się wcześniej. Wynika to przede wszystkim z tego, że nie było pieluch jednorazowych. Zarówno dzieci nie czuły się komfortowo kiedy już po jednym zrobieniu siku pielucha była mokra, jak i rodzicom zależało aby jak najszybciej zrezygnować z tony pieluch i ciągłego prania. Dziś używanie pieluch jednorazowych jest wygodne dla rodziców – odpada aspekt prania i suszenia, ale i dzieciom one nie służą. Przede wszystkim trudniej jest poczuć, że pieluszka jest mokra co za tym idzie połączenie przyczyny i skutku… zrobię siku – jest mi mokro. Oczywiście pieluchy jednorazowe to nie jedyne rozwiązanie w dzisiejszych czasach, ale zdecydowanie większość rodziców z nich korzysta.

    Aby dziecko rzeczywiście odpieluchowało się w sposób naturalny muszą się zadziać dwie rzeczy: gotowość fizyczna i psychiczna. Gotowość fizyczna związana jest zarówno z możliwością samodzielnego siedzenia na nocniku czy sedesie, możliwość samodzielnego dotarcia do tego miejsca też ma znaczenie. O wiele łatwiej dziecku, które jeszcze nie mówi po prostu podejść do nocnika lub ubikacji niż zawołać „siusiu”. Dlatego kiedy rozmawiamy o odpieluchowaniu dzieci o opóźnionym rozwoju ruchowym musimy mieć pełną świadomość zależności między siedzeniem i poruszaniem się a gotowością do korzystania z toalety. Inną ważną rzeczą jest umiejętność kontrolowania swego ciała i zatrzymania moczu aby zdążyć udać się do ubikacji. Dzieci, które nie są w stanie utrzymać go przez chwilę nie będą w stanie zrezygnować w pełni z pieluchy.

    Kolejną sprawą jest gotowość psychiczna. Z jednej strony dziecko powinno kojarzyć odczucie parcia moczu czy kupy a tym, że potrzebuje skorzystać z łazienki, z drugiej samo z siebie nie będzie wiedziało „o co chodzi”. Dlatego tak ważne jest aby maluch wiedział do czego służy ubikacja, nocnik czy podkładka na sedes. Można go zapoznać poprzez posadzenie, wytłumaczenie, przeczytanie książeczki czy komunikowanie, że mama lub tata idą teraz do ubikacji i po co. Dziecko zna świat na tyle na ile go pozna, na tyle na ile pokażemy mu i wytłumaczymy. Nie rodzi się z informacjami gdzie i jak robi się siku i kupę. Dlatego mówiąc o gotowości psychicznej dziecka do odpieluchowania jak najbardziej jestem za nie przymuszaniem ale też za zaznajamianiem z tematem.

    Chciałabym również nadmienić, że „wysadzanie” nie jest odpieluchowaniem samym w sobie tylko jego wsparciem. Jeżeli będziemy wysadzać dziecko regularnie w odpowiednich porach to nawet niespełna roczne dziecko można uznać za „odpieluchowane”. Jednak to nie będzie prawdą. Pozbędziemy się pieluszki na zawsze tylko w momencie, kiedy dziecko samo będzie mówiło/ dawało znak, że chce do toalety. Wcześniej to jest trening, droga do celu ale nie sam cel. Jak najbardziej jestem za wysadzaniem dziecko również po to aby wyrobić w nim nawyk chodzenia do ubikacji przed wyjście z domu, przed spaniem itp. Ale sam nawyk nie wystarczy jeśli dziecko wypije np. więcej płynów i nie powie nam, że potrzebuje skorzystać z łazienki a będziemy akurat w samochodzie.

    Ja miałam ambitny plan zacząć żegnać się z pieluchą Marianki po ukończeniu roku. Jednak plany planami a moja córka w rok to nawet niezbyt stabilnie siedziała. Ale nocnik był w domu, niestety została na nim posadzona trochę wbrew własnej woli (często babcie lub ciocie chcące „pomóc” młodym rodzicom stosują tę praktykę) i jakiś czas trudno było Ją do niego przekonać. Kiedy jednak zaczęła chodzić (niestety dopiero około 2 urodzin) temat odpieluchowania powrócił. Zaczęliśmy od książeczek, rozmów i sadzania na nocnik nie po to aby zrobić siku ale aby poczytać książeczki. U nas od nocnik lepiej sprawdziła się podkładka na sedes – jakoś bardziej przypadła do gustu. Plan na pozbycie się pieluchy i możliwość „poczucia” mokrego zaplanowałam na lato. Jednak okazało się, że Marianka sama zaczęła czuć że „coś robi”. Późna wiosną doszło do tego, że trzeba było zmieniać pieluszkę po jednym „siknięciu”. To był dla mnie znak, że trzeba zaryzykować i pożegnać pieluchy. Oczywiście najpierw zrezygnowaliśmy w dzień, a z czasem kiedy po nocy pieluchy były suche w ogóle. Oczywiście zdarzyło się kilka wpadek, ale moim zdaniem właśnie osiągnięcie tej gotowości zarówno fizycznej jak i psychicznej sprawiło, że odpieluchowani nie było stresujące zarówno dla nas jak i dla Marianki.

    Oczywiście każde dziecko jest inne, z pewnością „szybkie” dzieci które są w ciągłym ruchu mogą mieć trudność z skupieniem się na swoich odczuciach i wychwyceniu tego momentu, kiedy robią siku. Jednak ten moment pójścia do przedszkole (3 lata) jest moim zdaniem naprawdę realnym. Oczywiście mówimy tu o zdrowych dzieciach, bez zaburzeń i trudności. Trzeba pamiętać, że każda trudność fizyczna lub psychiczna będzie wpływała na różne rodzaje zachowań w tym na odpieluchowanie. Dlatego nie można mierzyć dzieci jedną miarą, ale też tłumaczyć wszystkie trudnościami. Nawet dzieci które mają czy afazję, czy zaburzenia całościowe można i trzeba wdrażać do pożegnania się z pieluchą. Należy wtedy porozumieć się terapeutami i ustalić plan działania, tak aby zapewnić dziecku możliwość wejścia na kolejny etap rozwoju i poczucia się „dużym chłopcem/ dużą dziewczynką”.

    Rodzicom, którzy są tuż przed odpieluchowaniem lub w trakcie mogę powiedzieć jedno, nie poddawajcie się ale też wsłuchujcie się w swoje dziecko Ono najlepiej da Wam znać czy jest gotowe czy tylko jest leniuszkiem 😉

  • Kiedy pada i jest ciemno – co robić z maluchem?

    Jesień i zima to dla maluchów i rodziców nie najłatwiejszy okres. Po lecie, kiedy niemal całe dnie można spędzać na świeżym powietrzu przychodzą zimne, mokre dni, a zaraz po drzemce robi się ciemno. Co wtedy robić? Na pewno nie popadać w zniechęcenie, ale wykorzystać ten czas na zabawę i rozwój naszego dziecka. Ale jak?

    To o czym będę pisała to z pewnością nie jest wiedza tajemna, ale tak właśnie my z Marianką spędzamy czas. To są nasze propozycje dla dzieci w wieku żłobkowym 1 – 3 lata. Oczywiście część z nich będzie dla roczniaków zbyt trudna, ale od czego są ćwiczenia. Trzeba pamiętać, że dzieci same z siebie nie wiedzą jak bawić się w niektóre rzeczy, to my musimy im to pokazać i nauczyć.

    Zapraszamy do wspólnej zabawy 🙂

    Ciastolina i inne masy plastyczne

    To wspaniała zabawa, która rozwija zdolności manualne i ćwiczy koordynację ruchową. Przy maluchach warto bacznie obserwować czy nie będą próbowały jeść ciastoliny. Ma ona specyficzny zapach, a od wąchania do lizania czy gryzienia droga jest już niedaleka 😉

    Ze starszakami warto spróbować innych mas plastycznych, zwłaszcza wykonywanych wspólnie. Przepisy na masę solną czy papierową, kolorowy ryż, jadalną ciastolinę lub piasek księżycowy można znaleźć na wielu portalach internetowych.

    ciastolina

    Wspólne i samodzielne czytanie

    Siły i wartości książek nie można nie doceniać. Obecnie jest tak ogromny wybór książek dla dzieci, że każdy nawet najbardziej wybredny czytelnik znajdzie coś dla siebie. Kampanie takie jak „Cała Polska czyta dzieciom” już od dawna promuje wspólne czytania. Ja zachęcam też do tego aby dzieci miały dostęp do części książeczek – zwłaszcza kartonowych, samodzielnie.

    Rodzice często pytają mnie jak sprawić, żeby maluchy nie niszczyły tych książeczek. U nas Marianka od zawsze była blisko książek. Najpierw tylko słuchała, potem zaczęłyśmy wspólnie oglądać te kartonowe, powtarzaliśmy Jej, że książeczki są do oglądania a nie jedzenia. I kiedy miała około 1,5 roku pozwoliłam Jej samodzielnie je -oglądać. Kilka razy spróbowała je polizać, ze trzy na okładce mają ślady zębów, ale to wszystko. Teraz sama sięga po ulubione pozycje i spędza z nimi sporo czasu.

    ksiazeczki

    Puzzle i układanki

    Rozwijają koordynację wzrokowo – ruchową, ćwiczą skupienie, przygotowują do nauki czytania i pisania. A od czego zacząć? Od tych puzzli, które są drewniane i można je chwycić od góry. Warto wybierać takie, które pod spodem mają taki sam obrazek jak na ruchomym elemencie, to pomoże najmłodszym. Następnie warto sięgnąć po puzzle dwuelementowe. Ciekawe są również układanki typu „uzupełnij element” czy znajdź pary.

    Pamiętajmy, że trzeba dzieciom pokazać jak je powinny składać, bo nie od razu będą wiedziały jak to zrobić.

    puzzledomek-ukladankaukladanka-biedronka

    Klocki

    Ktoś może powiedzieć, że przecież to najprostsza zabawa na świecie. Oczywiście, ale dla maluchów wcale nie takie proste. Zachęcam do tego aby zaczynać od tych klocków z dużymi elementami. Najpierw rodzice budują, a dzieci „rozwalają”, aż w końcu maluchy same spróbują stworzyć np. wieżę. Takie klocki można również wykorzystać do nauki segregowania, kolorów czy sprzątania.

    Kiedy dzieci opanują te najprostsze klocki zachęcam do poszukiwania takich o oryginalnych kształtach kwiatków, kratek, kostek, kół zębatych, itp. Pomogą one rozwijać dziecięcą wyobraźnię – zwłaszcza tę przestrzenną.

    kolckiklocki-wieza

    Wspólne gotowanie

    To niełatwa sztuka, ale zawsze warto spróbować. Oczywiście trudno mówić o gotowaniu z roczniakiem, ale od czegoś trzeba zacząć. Obserwacja to już wiele. Warto wdrażać dzieci do wspólnej pracy, próbowania składników, dawania… Każdy posiłek, choć odrobinę przygotowany przez siebie lepiej smakuje. To tez jeden z pomysłów na „niejadki”. Wiadomo, że zanim zaczniemy gotować trzeba najpierw kupić składniki. Warto w sklepie opowiedzieć dziecku do czego wykorzystamy poszczególne produkty, nazywać je czy wspólnie wybierać.

    dynia

    Zabawy sensoryczne

    Najprościej można nazwać je zabawy rozwijające zmysły: smaku, dotyku, słuchu, węchu, wzroku. Pomysłów zarówno w literaturze jak i internecie jest wiele. Ja zachęcam do samodzielnego tworzenia takich zabaw.

    U nas hitem w zabawach dotykowych jest szukanie kasztanów schowanych w makaronie oraz faktury. Te ostatnie mamy akurat kupne, ale zrobienie ich samodzielnie nie jest trudne. Wystarczy zebrać kilka materiałów o różnych fakturach i przykleić je do kartoników.

    fakturykasztany

    Smak najłatwiej ćwiczyć właśnie podczas zabaw w kuchni.

    Aby rozwijać zmysł słuchy wystarczy kilka prostych instrumentów. Ze starszymi dziećmi można je wykonać samodzielnie. Najprostsze oczywiście będą do wykonania grzechotki, ale pomysłowi rodzice z pewnością mogą pokusić się o wykonanie fletu czy tuby 😉 A potem? Wystarczy wspólny śpiew i muzykowanie. Ze starszakami warto bawić się w próby odtworzenia rytmu lub tworzenia akompaniamentu do znanych piosenek. Można też skorzystać z gotowych dźwięków zwierząt, przedmiotów codziennego użytku czy przyrody i zgadywać „co to?”.

    instrumentyinstrumenty2

    Maluszki czasami nie potrafią „wąchać” na zawołanie. Trzeba pokazać jak to robić. Co możemy wąchać? Co nam wyobraźnia podpowie: przyprawy, kwiatki, potrawy, kosmetyki. Istnieją też gry, w których są gotowe zapachy i trzeba dopasować je do obrazków – Marianka bardzo je lubi.

    nos-w-nos

    Najwięcej zabaw można wymyślić na ćwiczenie wzroku. Bo zaczynamy od książeczek kontrastowych – a może wspólnie stworzyć własną, poprzez szukanie dwóch takich samych rzeczy, segregowanie kolorów czy kształtów, a kończąc na chowaniu rzeczy i zgadywaniu czego brakuje.

    Zabawy plastyczne

    Kredki i farby to coś czego nie powinniśmy unikać. Oczywiście pierwsze prace maluchów nie będę zbyt… podobne do czegokolwiek, ale i tak bardzo ważne. Im szybciej dzieci będą rysowały, malowały i kolorowały, tym szybciej opanują chociażby poprawny chwyt. Nie jest to łatwe i nie należy maluszków od razu do tego zmuszać, ale ważne jest aby dzieci w ogóle chciały rysować i malować. Na początku najczęściej maluchy mają problem ze zbyt delikatnym lub mocnym naciskiem na kredkę. Na szczęście teraz są bardzo fajne, grube kredki, którymi łatwiej rysować.

    Jeżeli chodzi o farby to rodzice często boją się bałaganu i rozlanej wody. Na początku można skorzystać z farb w sztyfcie, kredek wodnych lub farb w pędzlu.

    Im dzieci starsze tym można pokusić się o wydzieranki czy wyklejanki. Tylko wyobraźnia nas ogranicza.

    Pamiętajmy, że mało które dziecko usiądzie do stolika od razu na dłużej. Na początku cieszmy się z minuty czy dwóch. A, że trening czyni mistrza, a dzieci uczą się skupienia to z czasem opanują i tę umiejętność. Pomoże im to również w adaptacji do przedszkola.

    kredki

    Naklejki

    Na początku dzieci nie bardzo potrafią z nich korzystać, warto zacząć jedynie od przyklejania, a to rodzic niech odkleja je. Pomóżmy dziecięcym rączkom nakierować się na odpowiednie miejsce. Można zacząć też jedynie od przyklepywania cała rączką naklejki. Teraz są dostępne książeczki właśnie dla najmłodszych z dużymi elementami do przyklejenia. Dla 2 – 2,5 latków można już zaproponować takie gdzie nie tylko trzeba coś przykleić, ale wykonać do tego jakieś proste zadanie.

    Naklejki rozwijają bardzo koordynację oko – ręka i ćwiczą skupienie oraz dokładność.

    naklejki

    Gry dla najmłodszych

    Niewiele firm proponuje gry dla dzieci poniżej 3 lat, ale nawet te można wykorzystać do zabawy z młodszymi. Wystarczy uprościć zasady lub wymyślić własne. Najbardziej nadadzą się do tego wszelkiego rodzaju loteryjki, dopasowywania par czy memory. Warto na daną grę spojrzeć szerzej i nie skupiać się tylko na tym do czego przeznaczył ją producent. Jakiś czas temu trafiłyśmy na grę z drewnianymi zwierzątkami w różnych kolorach. Trzeba w niej wyrzucić na kostce kolor i zebrać cały zestaw zwierząt. My jednak wykorzystujemy ją do nauki kolorów, segregowania, wyszukiwania „takiego samego”.

    gra-kolorygra-loteryjka

    Bańki mydlane

    Zawsze i wszędzie zajmą maluchy na krótszą lub dłuższą chwilę. My zawsze mamy je pod ręką, choćby po to aby na chwilę odetchnąć przed kolejną zabawą.

    Starszym dzieciom warto zaproponować aby to one puszczały bańki, to wspaniała zabawa logopedyczna.

    banki

    Piasek kinetyczny

    To w sumie jedna z mas plastycznych, ale Marianka go uwielbia. To taki mini substytut piaskownicy i wspomnienie lata. Warto zaopatrzyć się w folię do położenia na miejscu zabawy, łatwiej wtedy sprzątnąć i piasek nie jest wtedy zanieczyszczony niczyim innym.

    Piasek może tez pomóc tym dzieciom, które nie lubią dotykać tego prawdziwego w piaskownicy. W domowych warunkach łatwiej się przełamać i przyzwyczaić do tej specyficznej w dotyku materii.

    piasek-kinetyczny

    I ostatnia ale najważniejsza… zabawa swobodna

    Ktoś mógłby powiedzieć cóż w niej niezwykłego i trudnego zarazem. Ale jest wielu rodziców, którzy wiedzą, że aby dziecko samo się pobawiło musi najpierw być tego nauczone (jak? Przeczytasz tu).

    zabawa-swobodnazabawa-sw

    To tylko kilka pomysłów, które my najczęściej wykorzystujemy. Ale tak naprawdę to wszystko co jest w domu może być inspiracją do wspólnej zabawy. Rodziców, który mają chęć do tworzenia samodzielnego zabawek i to takich rozwijających zachęcam do zajrzenia na Instagramie na profil @zabawy_liliany – tam bardzo kreatywna mama – nauczycielka przedszkola prezentuje swoje pomysły. Bardzo polecam

  • Sprzątać czy nie? Oto jest pytanie…

    Przez wiele lat pracując w przedszkolu obserwowałam różne dzieci, które zaczynały swoją przygodę z edukacją. Były w różnym wieku (2,5 – 5 lat), posiadały różne umiejętności, wiedziały mnie czy więcej. W wielu sprawach były do siebie podobne, ale też w wielu inne. Nigdy nie spotkałam dwójki takich samych, nawet jeśli chodzi o bliźniaki. Jednak rodzice zazwyczaj byli do siebie podobni. Zdenerwowani pierwszymi krokami w samodzielność swoich dzieci, często zaskoczeni jak sobie dobrze radzą. Ale przede wszystkim często zdziwieni tym co ich dzieci potrafią i robią w przedszkolu… a w domu nie. Jedną z takich umiejętności jest sprzątanie po sobie.

    Nawet jeśli placówka przedszkolna jest mała i grupy są małoliczne to i tak nauczyciel nie byłby w stanie sprzątać zabawek po każdym dziecku. Dlatego od pierwszego dnia mówi się przedszkolakom aby odkładały zabawki na miejsce zanim wezmą następne. I o dziwo, większość dzieci robi to od razu (niektóre są nauczone tego w domu), a innym trzeba czasami o tym przypominać. Jest wielu rodziców, którzy widząc takie pozytywne zachowanie swego dziecka są zaskoczeni. Wiele razy słyszałam „Jak to pani zrobiła? Przecież w domu to nawet ręką nie ruszy”. Jest na to prosta odpowiedź – w przedszkolu nie ma wyboru. Nawet 2,5 roczne dziecko jest w stanie odłożyć zabawkę na miejsce, a jeśli nawet na początku nie pamięta gdzie ona leżała to po przypomnieniu nie jest to już problem. Czasami jest gorzej z chęciami, ale o tym zaraz.

    Jak więc nauczyć dzieci sprzątać? Kiedy to robić? I właściwie po co?

    No właśnie, po co? Niektórzy rodzice (zwłaszcza mamy) twierdzą, że same najlepiej posprzątają, zrobią to szybciej i dokładniej. „Żałują” swoich maleństw, które po zabawie są zmęczone. A potem maleństwa mają kilkanaście lat i mamy się dziwią, że sprzątanie ich nie interesuje… Można i tak.

    Od kiedy uczyć dzieci sprzątać? Ja zaczęłam kiedy Marianka już stabilnie siedziała i zaczynała zabawę już dość świadomie. Za wcześnie? Moim zdaniem nie. Ale można to zrobić i później.

    Jak to zrobić? Kiedy maluch kończy zabawę po prostu wspólnie sprzątamy. Niech to też będzie zabawa. Ważne aby używać słowa SPRZĄTAMY. Dziecko wie wówczas czym jest ta czynność. Oczywiście najpierw Marianka głównie obserwowała, wrzucając np. jedną zabawkę do pudełka, ale z czasem to się zwiększało. Warto skorzystać z tego, że maluchy lubią rzucać i może to być dla nich zajmujące. Jest to dla nich jednocześnie bardzo dobre ćwiczenie rozwojowe, ponieważ doskonalą manipulowanie przedmiotami, poznają znaczenie słów „podaj mi”, „proszę”, „dziękuję”. Oczywiście u tak małych dzieci sprzątanie musi być wspólne. Zanim stanie się nawykiem potrafi minąć i rok albo dłużej, ale warto zaczynać jak najwcześniej. Niech będzie dla nich czymś normalnym, że najpierw sprzątamy a potem bierzemy do zabawy coś nowego. Będą to rozumiały i łatwiej będzie im to uznać za regułę.

    A kiedy dzieciom się „nie chce”? Oczywiście najlepiej zaproponować wspólne sprzątanie. Ważne aby nie skończyło się na tym, że dziecko siedzi a my sprzątamy. Możemy też ustalić, że odpoczywamy 10 – 15 minut i wtedy zaczniemy sprzątać. Ale w tym czasie nie bierzemy nic nowego.

    Oczywiście to my decydujemy kiedy wprowadzać dziecko w tajniki sprzątania po sobie. I czy jest to nam potrzebne. Z pewnością naszym dzieciom tak. Nie tylko w przedszkolu, ale też w przyszłości… zwłaszcza kiedy będą mieszkały już same. Warto o tym pomyśleć „żałując” naszego maleństwa 😉

  • Dziękuję, postoję. Co to znaczy rozwijać się we własnym tempie

    Na ostatniej wizycie u neurologa, pani doktor powiedziała, że Marianka powinna raczkować – bo to jest ważne dla jej rozwoju i stymulacji półkul mózgowych. A po wylewach dokmorowych jest to ważne. Zalecała jak najwięcej zabaw w pozycji siedzącej i ćwiczeń w raczkowaniu oraz nie zachęcanie do chodzenia. I bądź tu mądry i przetłumacz 13 miesięcznemu dziecku, żeby nie wstawało, nie podciągało się i nie próbowało chodzić, bo najpierw musi raczkować. Przyklejenie do podłogi raczej nie pomoże.

    Tak właśnie jest z dziećmi, że same „wybierają” sobie kierunek i tempo swego rozwoju. Najczęściej jest on skokowy i zaskakuje rodziców. Mało które dziecko można idealnie „wpisać” w tabelki rozwojowe. I to jest normalne i zdrowe. Rodzice nie powinni wariować tylko dlatego, że w mądrych poradnikach czy na forach ktoś napisał, że w tym a w tym miesiącu dziecko powinno coś robić. Po co więc są te „tabelki”? Kiedy należy się zacząć martwić?

    Opisy rozwojowe są przygotowane jako średnie wyniki z badań nad wieloma dziećmi. Przedstawiają widełkowo najważniejsze etapy rozwoju dziecka, umiejętności, działania jakie podejmuje. Średnie to znaczy, że odchylenie w jedną lub drugą stronę są również normą, o ile nie są bardzo duże. Te informacje mają wspomóc rodziców, a nie ich przestraszyć. Pokazać kierunek, w którym nasze dziecko najprawdopodobniej będzie się rozwijać. Co nie znaczy, że dzieci nie „przeskakują” jakiś etapów lub ich nie zamieniają. Tak samo jak nie można znaleźć dwóch identycznych płatków śniegu, tak samo nie znajdzie się dzieci, które w identyczny sposób się rozwijają. Zapytajcie rodziców bliźniaków, oni wiedzą o tym najlepiej.

    Skoro więc opisy rozwoju dziecka są jedynie średnimi czy należy się nimi przejmować? A jeżeli tak, to kiedy? Warto skonsultować się ze specjalistą w momencie kiedy nasze dziecko znacznie odbiega od opisanych norm. Ale również wtedy kiedy czujemy niepokój, że jeszcze „czegoś nie robi”. Takim pierwszym „sitem” naszych wątpliwości powinien być zaufany pediatra, który zna nasze dziecko. Będzie on mógł obiektywnie ocenić czy jest się już czym martwić czy należy dać czas dziecku i sobie. Jeżeli mamy pecha i nie mamy takiego zaufanego pediatry, wtedy zawsze można skontaktować się bezpośrednio ze specjalistą w danej dziedzinie. U maluszków będzie to pewnie lekarz neurolog lub rehabilitant. U starszych neurologopeda, pedagog, psycholog czy specjalista od integracji sensorycznej. Nie należy się bać takich konsultacji. Bo jak usłyszymy, że wszystko jest dobrze to odetchniemy z ulgą, a z pewnością dostaniemy też wskazówki co mamy obserwować u dziecka. A jeżeli diagnoza będzie wskazywała, że problem rzeczywiście jest? Szybka interwencja pozwoli pomóc naszemu dziecku.

    Nigdy nie będzie tak, że wszystkie dzieci urodzone w podobnym okresie zaczną w tym samym czasie chodzić, mówić, czytać, jeździć na rowerze, rozwiązywać zagadki czy być gotowym do samodzielnego wyjazdu na obóz. Każde z naszych dzieci jest wyjątkowe i rozwija się we własnym i niepowtarzalnym tempie. A ten rozwój to nie wyścig… tu nie ma wygranych i przegranych… tu są nasze dzieci, które są cudowne. I takimi właśnie je kochamy <3

    A co z raczkowaniem Marianki? No cóż, ćwiczymy je aby stymulować mózg. Ale jeżeli sama wstaje w łóżeczku, nie sadzam Jej. Jeżeli wyrywa się z rąk i chce gdzieś iść… zapewniam Jej bezpieczeństwo. Oczywiście cały czas się rehabilitujemy aby stawiała prawidłowo nóżki, nie chodziła na palcach i zachowywała równowagę. Jednak nie będę zamykała przed Manią świata, tylko dlatego, że przeskoczyła jeden etap rozwoju 🙂

  • Matka Polka… nie, dziękuję!

    Jak ma być dzisiejsza kobieta? Silna, zdeterminowana, opiekuńcza, wielofunkcyjna, atrakcyjna, obowiązkowa, pracowita… Ma pracować, wychowywać dzieci, robić przetwory na zimę, dbać o siebie, jeść zdrowo, ćwiczyć, być seksowną dla męża/ partnera, gotować, prać, sprzątać, realizować się w pracy, mieć pasję, znać się na wszystkim. Czy to źle? Nie wiem. Wiem jednak, że to w większości my same – kobiety, stawiamy sobie tak wygórowane wymagania. Często napędzając się tym, że skoro inna dała radę to czemu ja mam nie dać.

    Chcemy być nowoczesnymi Matkami Polkami, która są w stanie ogarnąć pracę, dom, dzieci, męża i jeszcze się rozwijać. Bo dlaczego nie? Ja też zawsze chciałam być jedną z tych kobiet, które godzą różne role życiowe z najważniejszą – rola matki. Chciałam szybko wrócić do pracy i wykorzystać to czego przez lata się uczyłam i w czym byłam perfekcjonistka – wielofunkcyjność. Nauczyło mnie tego harcerstwo i bardzo się z tego cieszę. Miałam wielkie plany… Wiecie jak to mówią, powiedz Panu Bogu jakie masz plany, a cię wyśmieje. Kiedy urodziła się Mania czas jakby zwolnił. Zrozumiałam, że to jest czas dla nas. W ciągu tych 4 pierwszych miesięcy byłam tylko mamą. Nie było już Sylwii, tylko mama Mani.

    Po pewnym czasie wiedziałam już, że nasze życie nie będzie takie jak zaplanowałam, ale to nie ważne. Wiedziałam, że nie mam na razie szans na powrót do pracy zawodowej. Wiedział, że Marianka będzie w domu wymagała mojej opieki i zaangażowania w dużo większym stopniu niż gdyby urodziła się w terminie. I wiedziałam, że aby nie być tylko mamą Mani (ci samo w sobie nie jest takie złe) będę musiała pokonać w sobie wile rzeczy i wiele spraw uporządkować, niektóre odpuścić. Czy mój dom codziennie świeci czystością? Nie. Czy codziennie mamy coś innego i fit na obiad? Nie. Czy szybko i sprawnie wróciłam do wagi sprzed ciąży? Nieeeeee. Czy Marianka je ugotowane przeze mnie własnoręcznie zupki? Niestety nie. Czy wszystko robię tak jakbym chciała super i wspaniale? Nie. Ale na to wszystko dałam sobie przyzwolenie (oraz oczywiście mój mąż, który bardzo mi pomaga).

    Wyznaczyłam sobie co jest najważniejsze. Co ma tę chwilę mogę odpuścić, aby czerpać radość z bycia mamą Marianki, a jednocześnie nie zwariować. Nie jestem idealną matką polką w pełni tego słowa znaczeniu. Ale uważam, że znalazłam, a przynajmniej próbuję znaleźć złoty środek i nowy sposób na życie. Życie, które tak niespodziewanie się zmieniło. Marianka jest na pierwszym miejscu. Wizyty u lekarzy, stymulowanie jej do rozwoju, a przede wszystkim miłość i czułość, które jej daje. Nie mniej ważny jest mój mąż, który nie tylko angażuje się w pomoc przy Mani, ale też w dzielenie się obowiązkami w kuchni czy przy sprzątaniu. Ważne jest dla mnie też abym nie zgubiła siebie – Sylwii, która byłam. Kobiety, która uwielbiała kontakty z ludźmi, przekazywanie swojej wiedzy i doświadczenia. Kobiety z pasją, nawet więcej niż jedną. Niedawno ktoś mi powiedział, że życie po narodzinach dziecka zmienia się. Oczywiście ale nie można w tym wszystkim zagubić siebie. Bo dzieci kiedyś dorosną, a jak zagubię siebie to za 20 lat już nie odnajdę tej Sylwii, którą bardzo lubiłam ja i chyba sporo innych osób.

    Kiedy okazało się, że na razie nie wracam do pracy zawodowej, zaczęłam zastanawiać się co dalej… Dla kogoś, kto przez ostatnie kilkanaście lat nie spędzał zbyt dużo czasu w domu to dość trudna sprawa. Ale wystarczy tylko się rozejrzeć, a zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. Takie, które jest tuż przed czubkiem nosa 🙂 Od teraz moim rozwojem zawodowym i czymś w rodzaju pracy będzie blog. Dzięki niemu mogę się realizować i robić to co zawsze chciałam… pisać, dzielić się wiedzą, opiniami, mieć kontakt z wieloma ciekawymi ludźmi.

    Tak więc, może nigdy nie będę matką polką. Ale na pewno będę kobieta, która jest spełniona i cieszy się, że jest mamą. A przy okazji realizuje siebie i swoje marzenia… Jeszcze Wam o nich kiedyś opowiem 🙂

  • Zdarza się, że dziecko nie słucha… ale zawsze obserwuje

    Bardzo się ucieszyłem, gdy Sylwia zaproponowała mi, abym podzielił się z czytelnikami jej bloga moimi doświadczeniami w wychowaniu dzieci. Jednak po dłuższym przemyśleniu moja radość zmalała, ponieważ uświadomiłem sobie, że moje dzieci to nastoletnia młodzież (17 i 19 lat), a czytelnikami bloga są raczej rodzicie maluchów, stawiających pierwsze kroki i zadających pierwsze pytania.

    Z drugiej jednak strony moje doświadczenie rodzicielskie i zawodowe może okazać się cenne, ponieważ kiedyś Wasze dzieci również będą nastolatkami i z całego serca życzę, aby dawały Wam nie mniej powodów do dumy i satysfakcji niż moi synowie.

    Prawie dla każdego rodzica rozwój jego dziecka jest niezmiernie ważny. Posyłamy swoje pociechy na dodatkowe zajęcia, kursy, szkolenia. Pokładamy w nich nadzieję, że dzięki temu odnajdą swoją drogę i im szybciej zaczną, tym „szansa na sukces” jest większa. Z doświadczenia wiem, że z tego typu rozwojem naszych dzieci są dwa zasadnicze problemy.

    Pierwszy – kiedy nasze dziecko chce wszystkiego, bez problemu zapisuje się na kolejne zajęcia, porzuca je w dowolnym momencie i chce zapisywać się na następne.

    Drugi – sytuacji odmienna, kiedy dziecku nie chce się niczego i trudno je czymkolwiek zainteresować.

    Skąd o tym wiem? Ponieważ właśnie takich mam synów, zupełnie różnych od siebie pod względem zapału do poznawania i doświadczania nowych rzeczy. Wiem to również od moich klientów, którzy zgłaszają się z prośbą o radę: „Jak zmotywować moje dziecko do…? Prośby groźby i zachęty nie skutkują”.

    Moim zdaniem dzieci słabo uczą się tego, co im się mówi wprost i znakomicie – poprzez obserwację. Co to oznacza? Konkretnie to, że od tego co powiesz, ważniejsze jest, jak to zrobisz i jaki dasz swojemu dziecku przykład. Nie wystarczy mówić mu: „Bardzo ważne dla mnie jest to, abyś był konsekwentny i wytrwał w swoim postanowieniu”, w przypadku kiedy dziecko co chwilę chce zmieniać zainteresowania. Nie wystarczy też, że będę przekonywał: „Bardzo mi zależy, abyś przetestował, sprawdził, doświadczył, czy ten kierunek jest dla Ciebie”, w sytuacji kiedy dziecko nie chce niczym się zainteresować.

    Dlatego dbając o stabilny rozwój swoich dzieci, nie zapominajmy o własnym. Niech nasze słowa idą w parze z zachowaniem, wtedy będziemy prawdziwym wsparciem dla naszych dzieci.

    Jak zadbać o swój rozwój?

    1. czytaj książki – to najprostsza droga do poprawienia lub nabycia kompetencji. Wybierasz interesujący Cię temat, kupujesz o tym książkę, czytasz ją i wdrażasz zdobytą wiedzę. W międzyczasie rozmawiasz ze swoim dzieckiem i mówisz mu, czego się nauczyłeś, pokazując tym samym, że warto,

    2. ucz się w domu – jeśli regularnie będziesz się edukował, to prędzej czy później Twoje dziecko zapyta Cię, co robisz. To świetne otwarcie do rozmowy o rozwoju i zapisaniu na kurs, jeśli Twoje dziecko do tej pory nie chciało nigdzie pójść,

    3. uczęszczaj na szkolenia – możesz pójść krok dalej i poszukać szkoleń w okolicy, część z nich prawdopodobnie będzie darmowa, a korzyści z wdrożenia wiedzy – bezcenne,

    4. oglądaj webinary – jeśli wieczory wolisz spędzić w domu lub w okolicy nie ma szkoleń z tematów, które Cię interesują, możesz poszukać webinarów, jest mnóstwo darmowych szkoleń online, które zapewniają dużą dawkę wiedzy,

    5. zapisz się na kurs – chcesz nauczyć swoje dziecko języka hiszpańskiego? Sam się zapisz na zajęcia językowe, a w domu

    6. ćwiczcie i utrwalajcie wiedzę. Dzięki temu nie tylko nauczycie się czegoś nowego, ale także zbudujecie lepsze relacje.

    Najlepsze w tym jest to, że możecie robić to razem. W ten sposób nie tylko nauczycie się czegoś nowego, ale także spędzicie czas razem i zbudujecie jeszcze lepsze relacje między sobą.

    Jeśli zaś miałbyś zapamiętać tylko jedną rzecz z tego artykułu, to pamiętaj o tym, by dbać o swój rozwój, dając w ten sposób dobry przykład swoim dzieciom. Inaczej zapisanie dziecka na kurs może mieć marny skutek, a relacje między wami mogą się pogorszyć, zamiast polepszy.

    Ja dla moich synów byłem ciągłym wzorem w tym zakresie. Myślę, że dzięki temu jestem z nich dzisiaj taki dumny, czego i Wam życzę 🙂

    Lechosław Chalecki

    ojciec dwóch nastoletnich synów

    trener, coach, autor książki „Potęga życia”

    twórca Szkoły Inspiracji

    http://www.lechoslawchalecki.pl/

  • „Jesteś mądry” czy „Starasz się”?

    Amerykańscy naukowcy przebadali już chyba wszystkie aspekty życia i prowadzili badania nad wszystkimi tematami jakie nam przyjdą do głowy. Ale niektóre z tych badań są naprawdę ciekawe i dające dużo do myślenia. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o takim badaniu nad wynikami, którego powinien zastanowić się każdy rodzić i wychowawca.

    W badaniu wzięło udział 400 uczniów, którzy zostali podzieleni na dwie grupy. Jedni byli zapewniani o swojej mądrości, a drugich dopingowano chwaląc za wysiłek wkładany w naukę. Następnie każdy z uczniów otrzymał do wykonania jedno z dwóch zadań. Pierwsze było proste ale mało rozwijające, a drugie trudniejsze – można się było z niego sporo nauczyć, ale również popełnić dużo błędów. Być może się domyślacie jaki był rezultat… Uczniowie zapewniani o swojej mądrości w większości wybrali zadanie łatwiejsze, a 90% chwalonych za wysiłki wybrało to bardziej rozwijające.

    Jakie wnioski płynął z tego badania dla nas? Jest ich na pewno kilka. Po pierwsze jak mówi Carol Dweck, profesor psychologii ze Stanford University – autorka badania, „Sukces to nie kwestia wrodzonego talentu, błyskotliwej inteligencji ani szczęścia. Sukcesy odnoszą ludzie przekonani o tym, że wciąż się mogą wiele nauczyć”. Samo zapewnianie, że dziecko posiada jakąś cechę bez jej rozwijania prowadzi do wpajania błędnych przekonań. Po drugie jeśłi zaszczepimy w dzieciach chęć poznawania, uczenia się i rozwijania będą one w stanie odnaleźć się w każdej sytuacji. Nie będą się bały wyzwań i popełniania błędów. Tomas Edison zanim wynalazł żarówkę wykonał niezliczoną ilość nieudanych prób. Jednak nigdy nie traktował ich jako porażek tylko jako sposoby, które nie prowadzą do rozwiązania jego problemu naukowego.

    Czy zatem nie mówić dzieciom, że są mądre? Oczywiście mówić, tylko musi to mieć pokrycie w konkretnym dążeniu do celu i drodze jaką pokonały. Ja ostatnio chwale Mariankę za to, że nauczyła się chwytać grzechotkę. Próbowała od dłuższego czasu, aż w końcu się udało. Powiedziałam Jej „Jesteś moją kochaną, nadrą dziewczynką bo próbowałaś się nauczyć. Aż w końcu Ci się udało”.  Każde określenie dziecięcej cechy powinno być dookreślone czynnością lub staraniami jakie podjęło dziecko aby coś osiągnąć. Czy to bycie odważnym, czy zręcznym… Jeśli będziemy dzieciom mówić o konkretnych staraniach lub osiągnięciach, będziemy w ten sposób motywować do powtórzeń danego działania i utworzymy pozytywny wzorzec rozwoju. Musimy jednak pamiętać, że taki sposób postępowania nie ma na celu zmuszania dzieci do np. ćwiczeń na skrzypcach lecz do naturalnego pobudzania ro rozwoju w sytuacjach dnia codziennego. Bo to właśnie te najmniejsze czynności codzienne uczą schematów myślowych i przyzwyczajają do ciągłego dążenia do poznawania świata i rozwijania się.

  • Te nieszczęsne swobodne zabawy

    Co dnia Marianka jest coraz bardziej komunikatywna i chętna do kontaktu z otoczeniem. A ranek upływa nam na wspólnych zabawach. Część z nich wynika wprost z zaleceń rehabilitantki lub okulistki ale nie wszystkie. Niektóre są po prostu „nasze”… Kiedy siedzi się cały dzień z dzieckiem w domu (nie licząc spaceru) to choćby z nudów próbuje się różnych rzeczy. Śpiewałam Mani kilka piosenek ale najbardziej podobają się jej te z pokazywaniem. Lubi kiedy używam jej rączek i swoich rąk do obrazowania słów. Lubi też nasze pogaduszki i śmiesznostki. Ale też wiem, że co za dużo to nie zdrowo i zawsze znajduję czas aby Marianka sama spróbowała znaleźć sobie sposób na ciekawe spędzenie czasu. Ona też potrzebuje czasu dla siebie – jak każdy.

    Pewnie niektórzy każą mi się puknąć w głowę, bo przecież jest tak malutka. Ale często o tym pisałam, że dzieci już od urodzenia pragną uzyskać niezależność we wszystkich sferach życia – nawet jeśli nie robią tego świadomie. Chcą też panować nad czasem i tym jak o spędzają. Poza tym najmłodsze dzieci mają ogromną wyobraźnię i nie rozróżniają jeszcze co jest prawdziwe, a co nie (stąd pasjonujące rozmowy Mani z balonikiem lub misiami z karuzeli). Z czasem zaczynają to rozróżniać dzięki dorosłym, ale też dzięki nim tracą to co najpiękniejsze. A jednocześnie to czego się od nich później wymaga w dorosłości – kreatywność, pomysłowość i wyobraźnię. Sami własnoręcznie zabijamy to w naszych dzieciach ograniczając im swobodne zabawy. Czym one są? To czas kiedy dzieci są kreatorami, reżyserami wydarzeń. Czas kiedy nie są skrępowane nadzorem dorosłych i mogą swobodnie rozwijać skrzydła wyobraźni. Oczywiście nie namawiam do pozostawiania dzieci bez opieki, ale do tego aby dać im szansę na naukę samodzielności. Zabawy swobodne jak najbardziej powinny odbywać się na widoku dorosłych (zwłaszcza kiedy dzieci są małe) ale bez ich bezpośredniego kierownictwa, które mogłoby narzucać rozwiązania. Czy dorosły może uczestniczyć w takiej zabawie? Oczywiście, że tak ale to dzieci „piszą” scenariusz zabawy, a dorosły tylko odgrywa rolę. „Interwencja” może dopiero pojawić się jeśli zabawa stanie się niebezpieczna lub będzie sprawiała komuś przykrość. Wtedy trzeba dzieciom wytłumaczyć w czym tkwi problem i pozwolić zastosować nową wiedzę w praktyce.

    Pamiętam nasze zabawy swobodne z dzieciństwa, kiedy liście były pieniędzmi, a patyk raz koniem a raz mieczem. Kiedy nasza wyobraźnia miała pełne pole do popisu. O dziwo kiedy dzieci dostaną możliwość zabawy i ponoszenia odpowiedzialności za siebie starają się zapracować na zaufanie, którego udzielili mu dorośli. Ale tylko wtedy kiedy ma możliwość takiej swobodnej zabawy często, a nie raz na jakiś czas.

    Nie od dziś wiadomo, że dzieci najlepiej uczą się podczas zabawy. Jest to wykorzystywane na przeróżnych zajęciach dodatkowych, na które chodzą nasze dzieci. Ale nawet najfajniejsze zajęcia nie zastąpią zabawy swobodnej i tego jakie wartości wnosi do życia. Jeśli nasze dziecko przez większość czasu przebywa w szkole lub na jakiejś zorganizowanej formie to w końcu jest w stanie zagubić swoją pomysłowość – bo przecież ktoś inny wymyśli mu zabawę. A później rodzice narzekają, że dziecko nie potrafi samo pobawić się choćby kilka minut. Co gorsza takie dziecko kiedy dorośnie, a w pracy będą oczekiwać inicjatywy i kreatywność. I może nie dać rady…

    Tak więc zamierzam Mariance umożliwiać jak najwięcej czasu na zabawę swobodną. Pokażę, że można bawić się bez ograniczeń szablonami… A jedynymi ograniczeniami jest bezpieczeństwo i nasza wyobraźnia, która może ponieść daleko. Mam nadzieję, że kiedyś Marianka zabierze mnie na którąś ze swoich dalekich wypraw w głąb swojej dziecięcej wyraźni i będę mogła bawić się z Nią w Jej wymyślone zabawy. Ale największą przyjemność sprawi mi widok Mani bawiącej się z innymi dziećmi lub samej… i świadomość, że jeśli ma wyobraźnię na pewno nie będzie się nudzić.