Czekamy i czekamy na te raczkowanie… Wszystkie dzieci wokół raczkują… zaczynają chodzić. Trzynaście miesięcy rehabilitacji (z 15 i pół miesiąca życia), wiele z nich przepłakanych, wymęczonych… I nadal czekamy. Nie żeby w ogóle nic się nie działo. Tu dwa „raczki” tam trzy… Idą same ręce, nogi jeszcze nie pracują. Ale to ciągle mało. A przecież tak bardzo chcemy aby się rozwijała, aby Jej trud nie poszedł na marne. Bo przecież tak ciężko pracuje, tyle daje z siebie. A sukcesu nadal brak.
Ale czy na pewno? Czy dla tej małej istotki te parę „raczków” to rzeczywiście nic? Czy to, że za pomocą rączek i w pozycji do raczkowania przemierzyła pół pokoju to nie sukces? A, że jeszcze nóżki nie są w stanie wspomóc rąk? No właśnie jeszcze nie są w stanie. Ale kiedyś będą. Te godziny, tygodnie i miesiące rehabilitacji nie idą na marne. Te łzy i pot wylewane na zajęciach przez Mariankę przynoszą efekty. Może jeszcze nie taki jakie byśmy chcieli, może nie tak szybko, ale przynoszą. To, że taki szkrabik, pomimo trudności i wysiłku chce iść do przodu, ma w sobie nadal ogromną siłę walki… to jest sukces. I z tego właśnie się cieszymy.
Jak trudno czasami dostrzec malutkie sukcesy naszych dzieci. Może dlatego, że często to co my uważamy za sukces nie zawsze też jest nim z ich punktu widzenia. Bywa tak, że my stawiamy dzieciom jakieś cele, a ich możliwości, chęci, zainteresowania i upodobania są zupełnie inne. I dotyczy to już maluszków. Chcemy aby mówiły, raczkowały, chodziły, same się bawiły, wcześnie zaczęły czytać, były aktywne w sporcie… A one potrzebują zupełnie czegoś innego. I teraz mamy dwa wyjścia. Albo zaakceptujemy, że nasze oczekiwania nie spełnią się w takim aspekcie jakbyśmy chcieli… albo zostaniemy przy swoim.
W pierwszym przypadku ważne jest aby zrozumieć, że to nie jest nasza porażka. Po prostu cały czas poznajemy nasze dzieci i sukcesem jest, że dostrzegliśmy ich potrzeby i możemy je wspierać. Nawet jeśli postępy są malutkie z naszego punktu widzenia, dla dzieci mogą być ogromne. Bo to one wkładają wysiłek w opanowanie nowych umiejętności i to one są z tego rozliczane. A tylko osoba ucząca się czegoś jest w stanie określić jak coś jest dla niej trudne. Dostrzegajmy te chwile kiedy dziecko jest z siebie zadowolone i te kiedy nawet nie wie, że powinno być zadowolone bo osiągnęło coś co wymagało wysiłku. Takie nasze postępowanie z pewnością może być rudne, bo często wymaga rezygnacji z naszych pragnień i ambicji. Ale za to bardzo pozytywnie wpływa na relacje i więzi z dzieckiem.
Kiedy jednak nie chcemy rezygnować ze swoich celów może wydarzyć się kilka rzeczy. Dziecko rzeczywiście stanie na wysokości zadania i osiągnie sukces (tyko czy to będzie jego sukces?). Może też się poddać i stwierdzić, że to dla niego za trudne lub jest beznadziejne bo tego nie potrafi (co oczywiście wpływa na negatywną samoocenę). Może zaprotestować i nie chcieć realizować naszych celów (to może z kolei powodować konflikt). Tak czy inaczej taka sytuacja raczej niekorzystnie wpływa na relacje i więź z dzieckiem.
To od nas zależy jak sukces będą postrzegały nasze dzieci. Czy będzie to dla nich osiągnięcie czegoś poprzez pracę i zaangażowanie czy zadowalanie innych. To my nauczymy je cieszyć się nawet małymi sukcesami aby budować poczucie własnej wartości i próbować swoich sił w trudniejszych dziedzinach. To wszystko od nas zależy. Ale musimy pamiętać, że to mają być sukcesy naszych dzieci, a nie nasze.
Kiedy Marianka zacznie raczkować? Za tydzień, miesiąc… a może za trzy? Nie wiem. Wiem za to, że nie przyśpieszymy tego procesu tylko dlatego, że już byśmy chcieli aby raczkowała. Tak jak każda z dotychczasowych umiejętności pojawi się wtedy kiedy będzie wystarczająco wyćwiczona… Więc wspólnie będziemy ćwiczyć. Trzymajcie kciuki.