Tag: więź

  • Jak wychowuje mózg męski, a jak kobiecy

    Jak to szło? „Mężczyźni są z Marsa, kobietą są z Wenus”? Chyba każdy z nas słyszą to określenie i ma na ten temat własne zdanie. Dobrze wiemy, że kobiety i mężczyźni różnią się od siebie nie tylko pod względem fizycznym ale tez psychicznym. Naukowcy od dawna mówią o tym, że mózg mężczyzny i mózg kobiety różnią się od siebie. Jeśli tylko poszukacie, w internecie znajdziecie bardzo dużo artykułów, wpisów czy filmików na ten temat. Ale czy te różnice mają wpływ na wychowanie dzieci?

    Najbardziej obrazowo i w skrócie można powiedzieć, że mózg mężczyzny to wiele szuflad, z których otwarta jest przeważnie jedna, na której się skupia. Wśród nich znajdziecie: rodzinę, pracę, znajomych, zainteresowania, odpoczynek, itp. Mózg kobiety podobny jest do jej torebki – wszystko razem wymieszane, na wszelki wypadek bo może się przydać. Kilka rzeczy jest tak samo ważnych, kilka niepotrzebnych, wszystko razem stanowi wielki miszmasz. I właśnie to „zorganizowanie” mózgu wpływa na nasze działanie, a co za tym idzie wychowanie dzieci.

    Mężczyźni traktują wszystko bardzo zadaniowo, wielu z nich właśnie tak podchodzi do wychowania i codziennej opieki. Skupiają się często na efektach i one są ważne, a nie wszystko co jest po drodze. Ważne są rozwiązania danego problemu, a nie roztrząsanie się nad przyczynami i analizowanie wszystkiego dookoła. Mężczyźni działają. Z racji ich „szufladek” jak są skupieni na pracy to nie na rodzinie, jak na rodzinie to nie na pasji, itd. Kobiety często zarzucają mężczyznom, że one to w czasie opieki nad dzieckiem zrobią pranie, ugotują obiad i przygotują plany na wakacje, a oni… tylko dziecko. To właśnie wynika z „szufladek”. Mężczyźni angażują się w opiekę nad dzieckiem i na tym skupiają, a reszta w tym czasie jest „zamknięta”. Twierdzą, że aby zrobić coś dobrze trzeba się na tym skupić i temu poświecić.

    Mężczyźni częściej są opanowani, są w stanie zapanować nad swymi emocjami i odczuciami. Oczywiście ma to swoje dobre i złe strony. Wiadomo, że dzieci uczą się przez naśladownictwo, a kiedy widzą ukrywanie uczuć, im samy może być trudno nad nimi zapanować i poradzić sobie. Z drugiej strony, tatuś który prowadzi w pierwszych dniach dziecko do żłobka czy przedszkola bez widocznej paniki i łez w oczach to skarb.

    Kobiety zazwyczaj są bardziej emocjonalne. Analizują wszystko co dzieje wokoło. Ważne jest to w jaki sposób dochodzą do celu, potrafią godzinami rozważać różne warianty rozwiązań lub decyzje podejmować intuicyjne. Ich „bałagan w głowie” to z jednej strony multizadaniowość, która może prowadzić do pobieżnego wykonywania zadań lub najzwyczajniej w świecie do wypalenia. Wykonywanie kilku rzeczy naraz sprawia, że coś zawsze ucierpi, bo nie skupują się na konkretach. Wiele razy słyszałam „Jak to moje dziecko domaga się więcej uwagi? Przecież spędzam z nim cały dzień?” Pytanie ile z tego czasu naprawdę jest w 100% skupione na relacji i uwagę. Przysłowiowy „bałagan w głowie” sprawia, że kobiety czasami, pomimo swego perfekcyjnego zorganizowanie, są chaotyczne w komunikatach. Często wysyłają dzieciom za dużo komunikatach naraz, których one nie są w stanie od razu wykonać. To może powodować stres i konflikty.

    Emocjonalność kobiet ma również swoje plusy i minusy. Pokazują dzieciom emocje „na talerzu”, ich wszystkie odcienie. A jednocześnie mogą blokować rozwój dzieci i moment „odcięcia pępowiny”.

    Te różnice oczywiście wpływają na rodzaje kontaktów tata – dziecko i mama – dziecko. Ale właśnie o to chodzi. Najważniejsze jest aby rodzice mieli podobną wizję wychowania, a sam sposób jej realizowania nie musi być identyczny. Dobrze, aby dziecko miała różne – pozytywne relacje z rodzicami, bo to sprawia, że potrafi nawiązywać kontakty z różnymi ludźmi. Problem pojawia się kiedy rodzice nie rozumieją siebie wzajemnie, swego postrzegania świata i spojrzenia na wychowanie. Brak rozmów na temat naszych wątpliwości i odczuć zawsze będzie powodował niezrozumienie i wzajemne wyrzuty.

    Warto dostrzec plusy w funkcjonowaniu mózgu i kobiety i mężczyzny i wykorzystać je na korzyść całej rodziny. A minusy… po prostu zrozumieć i przekuć w zalety. Bo choć czasami kiedy kobieta wraca do domu i widzi wszystkie zabawki na podłodze to może zamiast się denerwować i skupiać na tym, że znowu sprzątanie na jej głowie… ucieszyć się, że tata i dzieci cudownie spędzili czas, zbliżyli się do siebie… i zaproponować kolejne zadanie, otworzyć kolejną „szufladkę – sprzątanie” 😉

    PS: oczywiście zaraz usłyszę głosy, że nie wszyscy mężczyźni czy kobiety tak myślą i funkcjonują… i ja się z tym zgadzam. Pisze jak zawsze o tendencjach i skłonnościach. I jak zawsze mam nadzieję, że nie skupicie się na szczegółach, tylko na myśli przewodniej całego tekstu i podsumowaniu

  • Czytanie książek dzieciom – po co, jakie, od kiedy zacząć i jak czytać?

    Kocham książki. To takie moje dziwactwo, ale książki są dla mnie jak dobrzy znajomi, do których lubię wracać. Jest masa książek, które czytałam po kilka razy. W domu mam ponad 1500 najróżniejszych pozycji. Dużo jest beletrystyki, popularno – naukowych, edukacyjnych, związanych z moją pracą trenera i wychowawcy oraz z racji zawodu książek dla dzieci. W pracy codziennie czytałam na głos moim podopiecznym swoje ulubione. Marżę o tym aby Marianka również pokochała czytanie.

    Między innymi dzięki akcji „Cała Polska czyta dzieciom” w wielu domach dzieci mają codzienny kontakt z książkami. Czytanie przed snem dla niektórych stało się swego rodzaju modą. Po prostu wypada czytać dziecku. I pomimo różnych intencji i pobudek najważniejsze, że dzieci mają możliwość od małego spotkać się z literaturą.

    Po co?” czytamy

    Każde świadome działanie jest skuteczniejsze. Przed wszystkim kontakt z literaturą od najmłodszych lat rozwija w dziecku wyobraźnię, kreatywność. Pozwala zatopić się w świat fantazji gdzie wszystko jest możliwe, a ogranicza nas jedynie nasz umysł. Dzieci, którym wcześnie czytano szybciej same próbują czytać, chętniej jako nastolatki czy dorośli sięgają po książki. Słuchanie głośnego czytania ćwiczy koncentrację, uwagę i pamięć, rozwija logiczne myślenie. Takie dzieci maja większy zasób słownictwa, a w przyszłości mniejsze problemy z ortografią. Kontakt z literaturą w znacznym stopniu wpływa na rozwój intelektualny dzieci, nie tylko zresztą ich 🙂 Czytanie przez rodzica buduje więź i wzmacnia relacje.

    Jakie książki wybierać

    Z pewnością dostosowane do wieku dzieci. Jeśli nie mamy swoich ulubionych autorów warto zajrzeć na stronę akcji „Całą Polska czyta dzieciom” na której można znaleźć rekomendację książek dla dzieci w danym wieku. Dzieci chętnie słuchają opowieści o swoich rówieśnikach, dzięki czemu łatwiej im jest wyobrazić siebie na ich miejscu. Warto również wybierać takie pozycje, które nie będą się wydawały nam nudne. Bo łatwo przekażemy nasze nastawienie dzieciom. Często maluchy mają swoje ulubione pozycje, które czytamy im codziennie. Możemy zaproponować, że np. co drugi lub trzeci dzień my zaproponujemy coś nowego, co może im się spodoba.

    W jednym z kolejnych wpisów znajdziecie zestawienie moich ulubionych autorów i ich książki.

    Od kiedy zacząć

    Od początku chciało by się rzec. Ale to tylko tak łatwo powiedzieć. Oczywiście jak najbardziej zachęcam przyszłe mamy do czytania na głos swoim dzieciom już w brzuchu. Maluszki poznają głos mamy i odbiorą pozytywne emocje. A po porodzie? Myślę, że wtedy kiedy maluch już nie przesypia większości dnia. Nie nastawiajmy się, że od razu będzie potrafił się skupić. Słuchać trzeba się nauczyć. Z pewnością mogą pomóc kolorowe obrazki. Możemy też zacząć od wspólnego oglądania książeczek i opowiadania dziecku co jest na obrazkach oraz od czytania na głos przed snem, kiedy maluch jest już w łóżeczku.

    Ja czytałam Mariance prawie od samego początku. To poprzez głos rozpoznawała mnie kiedy była w inkubatorze. Czytałam jej wtedy nawet kilka godzin dziennie. Kiedy wróciłyśmy do domu próbowałam kilka razy wrócić do tego, ale nie byłyśmy na to gotowe. Kiedy miała niecałe 9 miesięcy (5,5 skorygowane) zaczęłam jej czytać przed snem. Jaki czas temu zainteresowała się kartonowymi książeczkami z wierszykami i zaczęłyśmy podczas popołudniowej zabawy robić sobie przerwy na ich czytanie. Teraz je uwielbia. A prozę czytamy leżąc wspólnie w dużym łóżku przed drzemką lub kąpielą.

    Ale tak naprawdę można zacząć w każdym momencie. Jeśli wasze dziecko ma rok, trzy czy pięć lat to też jest dobry czas na start.

    Jak czytać

    Normalnie? Może wydać się głupie, ale na głos trzeba umieć czytać. Ja na przykład musiałam się tego nauczyć, bo zjadałam końcówki i dzieci mnie nie rozumiały. Jak czytamy sobie po cichu nasz mózg uprasza wiele rzeczy. Dlatego głośne czytanie wymaga wprawy. Jeśli macie wątpliwości jak Wam wyjdzie, spróbujcie sami sobie poczytać na głos.

    Czytając uwzględniajmy interpunkcję, bo to ona nadaje często znaczenie danym zdaniom. W ten sposób uczymy dziecko konstruowania zdań złożonych, tworzenia dłuższych wypowiedzi.

    Dzieci bardzo lubią kiedy posługujemy się intonacją. Zmieniamy głosy, raz czytamy wolniej, raz szybciej, ciszej, głośniej. To wszystko nadaje charakteru opowieści.

    Nie bójmy się czytać. Nawet jeśli nam na początku słabo idzie, dzieci o tym nie wiedzą. Dla nich i tak jesteśmy super, a czas wspólnie spędzony bezcenny. A z czasem będzie szło nam lepiej, sami poczujemy się z głośnym czytaniem dobrze. Będziemy mogli czerpać radość z czytania i bycia z dzieckiem.

  • Hop do lodówki. To jedyne co mogłam dla Niej zrobić

    Kiedy urodziła się Marianka czułam ogromną bezsilność. Chciałam ją przytulić i ochronić przed wszystkim złem świata. Ale nie potrafiłam, nie wiedziałam jak… Kiedy stałam przy inkubatorze i po raz pierwszy patrzyłam na moją córkę, po prostu czułam się bezsilna. Nic nie mogłam zrobić, musiała zaufać lekarzom i personelowi medycznemu. Kiedy położone zapytały czy już ściągałam pokarm, zapaliła się dla mnie lampka nadziei. Jednak mogę coś dla Mani zrobić tu i teraz. Pani doktor powiedziała, że nawet tych kilka kropel siary zostanie wtarte Mariance w podniebienie. To był dar najcenniejszy jaki mogłam jej dać. Drogocenne przeciwciała, których wtedy potrzebowała jak nikt inny. Jej 780 g ciałko przyjęło tych kilka kropel jak coś cenniejszego niż złoto.

    Mleko, mleko, mleko… ta myśl pozwalała mi jako tako funkcjonować w domu. Moje, życie poza szpitalem skupiało się na ściąganiu pokarmu. A muszę przyznać, że nie było to ani łatwe, ani przyjemne. Nie mówię już o wstawaniu w nocy co kilka godzin, ale o fizycznym bólu związanym z użyciem laktatora. Zwłaszcza na początku, kiedy mleka było mało. Po tygodniu okazało się, że Marianka ma dziurkę w jelicie i nie będzie miała podawanego mego pokarmu. Ale położne mówiły, żeby dbać o laktację, bo po wszystkim wrócimy do karmienia. Raz jeden wylałam ściągnięte mleko do zlewu… i płakałam… Zaczęłam więc mrozić na potęgę. Bałam się, że ze stresu mogę stracić mleko, jak to się przydarzało innym mamom, a tak przynajmniej będę miała zapas (który jeszcze do dziś leży w lodówce). Ale i tak miałam nieźle. Koleżanka, która po porodzie musiała przyjmować silny antybiotyk i mleko nie nadawało się do podawania córeczce mówiła, że wylewanie bardzo ją bolała i jak to się mówi „rzucało się” na głowę.

    Odetchnęłam z ulgą kiedy po kolejnych trzech tygodniach Marianka wróciła do przyjmowania mego pokarmu. Najpierw był to 1 ml co 3 godziny. Ale później coraz więcej i więcej. Po mimo, że nie karmiłam jej piersią to był mój łącznik z Manią. Wiedziałam, że daję Jej to co najlepsze. Wychodząc, ze szpitala podjęłyśmy próby karmienia piersią i było cudownie, jednak miałam niewystarczającą ilość mleka na jeden posiłek, więc wróciłam do ściągania. Z czasem kiedy jadła coraz więcej okazało się, że np. 4 ściągnięcia wystarczają na 3 lub 2 posiłki. Ale ciągle walczyłam z laktatorem. Cały czas czując, że to jest to co tylko ja mogę dać Mani.

    W sobotę Marianka zjadła po raz ostatni moje mleko. Przede wszystkim dlatego, że bardzo po nim ulewała, a trudno je było zagęścić. I choć od jakiegoś tygodnia – dwóch dostawała je tylko raz dziennie to ja byłam szczęśliwa. Mania lubiła je jeść, a ja nadal czułam, że daję z siebie wszystko. Ale trzeba było postawić sprawę jasno, przez ostatnie dni więcej było z tego karmienia szkody niż pożytku. Podjęłam więc decyzje, że tak trzeba. Ponoć i tak długo wytrzymałam.

    Po 8 i pół miesiąca bez żalu pożegnam się z laktatorem (z zwłaszcza moje sutki, które przeszły przez masakryczne problemy – kto miał ten wie, a kto nie – niech dziękuje Bogu). Chętnie znowu zacznę jeść rzeczy, których unikałam. Ale kiedy ściągałam mleko już nie dla Marianki ale do wyciszenia laktacji… płakałam. Bo wiem, że skończył się pewien etap. Mania jest już coraz większa, coraz lepiej sobie radzi. I z każdym dniem będzie potrzebowała mnie trochę mniej. Po mimo że moje mleko podawałam przez większość czasu z butelki, to było to dla mnie ważne. Ważne, bo zaraz na samym początku uratowało mnie przed załamaniem. Pozwoliło się skupić na zadaniu, które mogło pomóc Mani. Dało poczucie, że mam wpływ na Jej walkę. Dało nadzieję, że wspólnie tę walkę wygramy… I tak się stało. A teraz czas na nowy etap… Kolejny z bardzo wielu, które nas jeszcze razem czekają. I wiem, że będzie ciekawie i dobrze… bo jesteśmy razem. A miejsce mleka w lodówce zajmą inne pyszne rzeczy, które za jakiś czas będziemy przygotowywały wspólnie z Marianką.

  • Małe głupotki. O chwilach, które są tylko nasze

    Większość dnia spędzamy z Marianką tylko we dwie. Jesteśmy do tego przyzwyczajone i czasami kiedy przychodzi weekend to bardzo się cieszymy, że tata jest z nami, ale w poniedziałek znowu czerpiemy radość ze swojej obecności. To naturalne… taka więź matki z dzieckiem.

    Im Mania jest większa tym ten wspólny czas staje się coraz bardziej wartościowy. Mamy swój własny rytm, gesty, których nie trzeba tłumaczyć. To chwile, z których staram się czerpać jak najwięcej, bo wiem, że szybko przeminął. Im Marianka będzie starsza ty bardziej będzie ją interesował świat. Będzie go poznawała i zdobywała, a ja będę szła tuż obok, a z czasem o krok za Nią. Będzie coraz bardziej samodzielna, choć mam nadzieję, że zawsze będzie wiedziała, że może na mnie liczyć. Szybko przestanę być jej całym światem, później wyrocznią, ale mam nadzieję, że nigdy nie przestanę być dla nie autorytetem. Osobą, w której oczach będzie widziała miłość, wsparcie i wiarę.

    Ale zanim to wszystko się wydarzy mamy te nasze wspólne chwile. Chwile, które czasami nawet trudno ująć w słowa. To czasami jedno spojrzenie, które powoduje uśmiech na twarzy. Moment kiedy zdarza jej się przysnąć mi na ręku. Chwila gdy poznając coś nowego trzyma mnie za palec. Długie minuty kiedy leżymy sobie wspólnie po prostu się na siebie patrząc i ucząc się siebie nawzajem. Jest też taki specjalny sposób wzięcia Mani na ręce, Kiedy mogę jednocześnie mocno Ja tulić i patrzeć w Jej piękne oczy. Marianka od razu się wtedy uśmiecha i zaczyna „gadać” po swojemu i aż piszczeć z radości. Jeśli kto inny by Ja próbował wziąć w taki sposób w najlepszym wypadku popatrzyłaby się na niego.

    To wszystko powoduje, że każdy dzień pomimo że podobny do poprzedniego staje się niesamowity. Wiem z całą pewnością, że to co dziś przezywamy wpłynie na jakość naszych relacji w przyszłości. Czułość i miłość, które okazujemy sobie wzajemnie nie wyparują. Ale to przede wszystkim ode mnie zależy jak nasza relacja będzie się rozwijała. Czy nadal będę uczyła Mariankę jak okazywać sobie uczucia, jak ważna jest bliskość i relacje w rodzinie. Patrząc na mnie i męża będzie się uczyła jak budować kontakty z drugą płcią, jak okazywać sobie szacunek, wsparcie i przede wszystkim miłość. To co dziś dostaje ode mnie i męża, zwielokrotni się w przyszłości. I choć nie będzie sobie tego uświadamiała, to właśnie to czego doświadczy w pierwszych miesiącach i latach swego życia wpłynie na Jej rozwój wewnętrzny, ukształtuje wartości i nauczy tworzenia relacji. Dzisiejsze małe głupotki, pieszczoty i czułostki dadzą Jej w przyszłości motywację i siłę do działania.

    Wierzę, że dzisiejsze chwile, które dzielimy między sobą znacząco wpłynął na jej przyszłości. To co daje dziś radość mnie i Mariance, kiedyś pomoże Jej cieszyć się życiem pełnym miłości.