Tag: więzi

  • Dwie walizki i jedno łóżko

    Spotykamy na swojej drodze kogoś bardzo wyjątkowego… okazuje się, że to ten jedyny/ ta jedyna. Być może mamy wspólne pasje, zainteresowania, znajomych… a może jesteśmy tak różni, że właśnie to nas do siebie przyciąga. Jedno jest pewne… chcemy być razem… zaczynamy wspólne życie. Jakie będzie? Pragniemy aby było szczęśliwe… ale jedno czego możemy być pewni, to to, że na nasze wspólne życie będzie miało wpływ to, co każde z nas „wniosło w walizce” do związku.

    Co znajduje się w tej walizce? Czy tego chcemy czy nie – cała nasza przeszłości. Wszystkie uświadomione i nieuświadomione przeżycia, relacje, uczucia i emocje. To jak wyglądało nasze dzieciństwo, dorastanie i dotychczasowa dorosłość. Wszystkie wartości, zarówno te które wpajano nam w dzieciństwie jak i te, które stały się dla nas ważne w procesie dorastania i dorosłości. Metody wychowawcze naszych rodziców. To wszystko co nam się nie podobało i to co dawało nam poczucie bezpieczeństwa. Każde święta, uroczystości i tradycje… to wszystko „wnosimy” do naszego wspólnego życia.

    Jakie to ma znaczenia dla związku i naszych dzieci? Bardzo duże. Bo w zależności od tego co jest w naszych walizkach i jak bardzo są do siebie podobne lub różnią się, jak wiele jest w nich rzeczy nieuświadomionych… tak będziemy budowali nasze rodzinne relacje. A wszystko zaczyna być widoczne znacznie później niż pierwsze westchnienia i pocałunki.

    Bo o ile sprawa rozrzuconych skarpetek lub nie pozmywanych naczyń może być drażliwa… to już spojrzenie na wychowanie dzieci i relacje rodzinne może stanowić dość duży problem. Bo jeżeli jedno z nas było wychowywane liberalnie i ceni sobie taki rodzaj wychowania, a drugie jest zadowolone z rządów twardej ręki to trudno już mówić o wspólnej myśli wychowawczej. Ma to ogromne znaczenie bo jeżeli dzieci nie mają jasnych i sprecyzowanych przekazów co do granic i oczekiwań rodziców lub komunikaty wysyłane przez dorosłych różnią się to:

    • dzieci tracą poczucie bezpieczeństwa

    • rodzicie tracą wiarygodność

    • dzieci zaczynają wykorzystywać rozbieżności pomiędzy rodzicami

    • wieź zarówno pomiędzy dziećmi i rodzicami jak i samymi dorosłymi słabnie, a wraz z nią rozpadają się relacje rodzinne.

    Jak można temu zapobiec? Jest kilka sposób. Po pierwsze dość wcześnie „rozpakować” walizkę i zacząć rozmawiać o ważnych rzeczach. Jak chcemy wychowywać nasze dzieci. Jak my byliśmy wychowani. Co nam odpowiadało w wychowaniu naszych rodziców, a co nie. Jakie relacje z pozostałymi członkami rodziny mamy i chcielibyśmy utrzymywać. Jak sobie wyobrażamy relacje pomiędzy nami. Jak będziemy rozwiązywać trudne sprawy i konflikty. Z czego możemy zrezygnować, a co jest dla nas bardzo ważne. Co możemy zaakceptować, a co jest dla nas trudne. Te tematy powinny się pojawić w naszych rozmowach zanim podejmiemy decyzję o założeniu rodziny. Bo nawet największa miłość kiedy stanie naprzeciw trudności związanych z naszymi „walizkami” może nie przetrwać.

    No dobrze, a co zrobić jeśli nasze „walizki” zaczęliśmy rozpakowywać dopiero teraz. Albo nawet nie wiedzieliśmy, że mamy „takie rzeczy” w ich środku. Bo nagle może się okazać, że nasze deklaracje to jedno a kiedy pojawiają się dzieci okazuje się, że jednak metoda mamy lub taty siedzi w nas tak głęboko, że dopiero teraz widzimy, że coś jest dla nas ważne?

    Odpowiedź jest prosta i zawsze ta sama… spokojna i rzeczowa rozmowa. Wiem, że te tematy są bardzo emocjonujące i dotykające naszych najbardziej wewnętrznych spraw. Ale warto się zastanowić nad konsekwencjami pozostawienia spraw samym sobie… zamiecenia wszystkiego pod dywan… i czekania aż wszystko samo się ułoży… lub ignorowania problemu. To wszystko samo się nie ułoży. A jeżeli zależy nam na rodzinie, zaufaniu dzieci i relacjach z partnerem… to sprawa jest prosta. Trzeba usiąść i ustalić wspólne zasady panujące w naszej rodzinie. Tak aby zarówno dorośli jak i dzieci wiedzieli czego się od nich wymaga a czego mogą sami oczekiwać. To nie są łatwe rozmowy. Zwłaszcza jeśli coś jest dla nas bardzo ważne. Ale od tego jest umiejętność kompromisów, odpuszczenia mnie ważnych spraw na rzecz tych najważniejszych.

    Bo nie ma nic ważniejszego co wesprze naszą miłość jak iść w jednym kierunku… a żeby było lżej stwórzmy swoją wspólną walizkę.

  • O ulubionych zabawkach słów kilka

    Myślę, że większość z nas miała w dzieciństwie swoją ulubioną zabawkę. Czy to maskotkę, lalkę, koparkę czy misia. Co niektórzy być może mają ją jeszcze do dziś, u siebie lub u rodziców czy dziadków w domu. Może ktoś nawet zostawił ją sobie z myślą o swoich przyszłych dzieciach?

    Ja miałam ukochanego misia, który spał ze mną dość długo. Znał wszystkie moje sekrety, a obecnie jest tak sfatygowany, że teraz najlepiej go nie ruszać, bo głowa trzyma się na słowo honoru, a przyszyć ją bardzo trudno. Miałam też kilka innych maskotek, które lubiłam. Dość ważny był dla mnie Kubuś Puchatek, którego uwielbiam jako postać. Marzyło mi się kiedyś, że moje dziecko też będzie go lubiło i może nawet zostanie jego ulubioną zabawką. Ale jak za pewne wiecie dzieci są dziwne – zwłaszcza małe i raczej nieobliczalne. Mój Kubuś nie przypadł Mariance za bardzo do gustu i choć uwielbia słuchać opowiadań o nim (już w inkubatorze dobrze na niego reagowała) to jako zabawka nie wzbudził oczekiwanego zachwytu. Jako maluszek zaś zakochała się w lwie Leosiu, którego dostała od kuzynów. Cóż było robić, kiedy maskotce oberwało się „ulewaniem” szybko trafiał do prania i na grzejnik, towarzyszył nam wszędzie. Aż do czasu… kiedy jakoś przestał wzbudzać zainteresowania. Te zaś zostało przeniesione na lalkę Anię, która przez kilka pierwszych tygodni przeleżała jak to się mówi „w kącie”. Ania jest teraz towarzyszka na rehabilitacji, podczas spacerów i zabawy. Niedawno dołączył do niej pies, wielkości Marianki, Awa. Na szczęście jeszcze nie zabieramy go ze sobą wychodząc z domu. Ale nie zarzekam się, że do tego nie dojdzie.

    Dlaczego godzę się na to wszystko? Bo ulubione zabawki dzieci, chociażby były przez nas znienawidzone, są dla ich rozwoju bardzo ważne. Maluchy często nie potrafią przekazać nam swoich uczuć, tego co w nich „siedzi”. Problem stanowi nie tylko niemoc werbalna, ale i często emocjonalna. Ulubiona zabawka jest powiernikiem, który bez słów wszystko zrozumie, pocieszy i utuli. Nawet traktor bez jednego koło może być dobrym słuchaczem. Te zabawki dają poczucie bezpieczeństwa, poczucie więzi z domem, rodzicami. Pozwalają dzieciom czuć pewną stałość i niezmienność. Ich dotyk, zapach a czasami nawet smak sprawiają, że dziecko się wycisza, uspakaja i zaczyna wierzyć, że wszystko będzie dobrze.

    Nie jesteśmy w stanie wpłynąć na wybór dziecka, jeżeli chodzi o ulubioną zabawkę, ani zmienić jego uczuć. Czasami dziecko pod presją może zrezygnować z ulubieńca, ale robi to z wielkim bólem serca i z miłości do rodzica. Ale nawet jeśli wydaje się nam, że dobrze to znosi, w środku zostaje uczucie, że musiało zrezygnować z KOGOŚ ważnego dla rodzica… że musiało dokonać wyboru… że straciło kogoś ważnego… A to negatywnie wpływa na naszą relację i więź z dzieckiem. Bo to co dla nas wydaje się błahostką, dla dziecka może urosnąć do rangi bardzo dużego problemu emocjonalnego.

    Tak więc zaakceptujmy ulubieńców naszych dzieci, wspierajmy w poczucie bezpieczeństwa które dają te zabawki. Bo dzieci kiedyś dorosną, a zabawki trafią do pudeł z pamiątkami… a nasza relacje nadal będzie trwała.

  • Już za chwilę, za momencik przedszkole nas powita 🙂

    Miesiąc wakacji za nami. A już niektórzy rodzice z niepewnością spoglądają na kalendarz i widniejącą na nim datę 1 września. Patrzą na swoje „malutkie” dzieciaczki, które jeszcze przed chwilą ledwo co raczkowały, a już za miesiąc zostaną przedszkolakami. I nie ważne czy mają 2,5 roku, 3 czy 4 lata. Ten niepokój przeplata się z radością i oczekiwaniem. I to wcale nie u dzieci 😉 Jak sprawić aby przeżyć w miarę bezproblemowo pierwsze dni w przedszkolu?

    Przez 9 lat pracy z przedszkolu co roku oglądałam te same sceny. Co roku rozmawiając z rodzicami rozwiewałam te same wątpliwości… to samo zresztą robiły, robią i będą robiły moje koleżanki i koledzy po fachu nie tylko w Polsce. To normalne, że rodzice denerwują się kiedy ich ukochane dziecko ma zostać na sporą część dnia pod opieka kokoś nieznajomego, w nowym miejscu i wśród nieznanych dzieci. Dziwne byłoby gdybyśmy się choć trochę nie martwili. Łatwiej jest oczywiście rodzicom dzieci, które chodziły do żłobka. Oni ten pierwszy stres mają już za sobą. A dzieci żłobkowe z reguły bardzo szybko przyzwyczajają się do nowego miejsca, bo znają już zasady panujące w grupie rówieśniczej.

    Pamiętajmy o bardzo ważnej rzeczy. To od nas w dużej mierze zależy jak pierwsze chwile i dni odbiorą nasze dzieci. Bo pierwszym nośnikiem informacji o przedszkolu jesteśmy my – ich rodzice. Dzieci bardzo dobrze odpierają nie tylko to co mówimy, ale też nasze emocje i ogólny przekaz niewerbalny. Nie wystarczy tylko mówić, że w przedszkolu będzie super… Trzeba też w to wierzyć. Zakładam, że skoro zdecydowaliśmy się posłać dziecko do przedszkola to musimy mieć choć minimalne zaufanie, że nic mu się nie stanie, będzie zaopiekowane i szczęśliwe. Pamiętajmy o tym, że rozwój społeczny w tym wieku jest niezmiernie ważny i zostawienie dziecka w domu sprawia, że nie tylko może zostać „w tyle” za rówieśnikami jeśli chodzi o wiedzę, ale przede wszystkim o doświadczenie społeczne. Im później pozna zasady panujące w grupie rówieśniczej, tym może być mu trudniej.

    Co więc zrobić aby przekonać siebie i dziecko, że wszystko będzie dobrze?

    1. Poznać przedszkole, do którego dziecko będzie chodziło – zarówno jako budynek/ sale/ łazienkę ale i atmosferę, zwyczaje, panie. Dziś wiele placówek organizuje dni otwarte, zajęcia. Jest szansa obejrzeć przedszkole, poznać panie oraz dzieci z przyszłej grupy. Można też indywidualnie odwiedzić to miejsce. Wszystko zależy od Waszych potrzeb i zwyczajów panujących w przedszkolu. Do takiego spotkania warto się przygotować, spisać nurtujące pytania, wątpliwości. Wychowawcy lub dyrekcja bez problemu powinni na nie odpowiedzieć.

    2. Rozmawiać z dzieckiem o tym co się wydarzy. Może przeczytać parę książeczek o pierwszym dniu w przedszkolu (polecam zwłaszcza takie, w których jest mało wspomnień o płaczu dziecka, aby nic nie sugerować). Może opowiedzieć o fajnych zdarzeniach ze swego pobytu w przedszkolu. Dobrym pomysłem jest też spotkanie się z innym dzieckiem, które chodzi o przedszkola i mu się podoba.

    3. Przygotowanie fizyczne do planu dnia. Dobrze jest się wcześniej dowiedzieć jak wygląda plan dnia w przedszkolu aby co najmniej miesiąc wcześniej zacząć wprowadzać podobny w domu. Ważne to jest zwłaszcza dla młodszych dzieci, które mogą mieć równe pory drzemki i posiłków. Im wcześniej przyzwyczaimy organizm od takiego trybu tym lepiej. Ułatwimy tym samym dziecku pierwsze dni.

    4. Poznajmy też dziecko z pościelą i piżamką, w której będzie spało. Tak aby nie było zdenerwowane, kiedy zobaczy ją pierwszy raz w przedszkolu. Niech wie jak wygląda jego ręcznik, kubeczek, szczoteczka. Zapytajmy się czy można zabrać ze sobą do przedszkola ulubioną zabawkę. Sprawmy aby rzeczy dały poczucie bezpieczeństwa, kiedy nas nie będzie.

    5. I najważniejsze… wierzyć, że dziecku nie stanie się krzywda i będzie pod fachową opieką. Bo to w naszej głowie leżą wszystkie źródła lęków, które przekazujemy dzieciom. Oczywiście lekkie poddenerwowanie to norma, ale płacz proponuje zostawić sobie na chwilę kiedy dziecko będzie już w sali. Dobrym rozwiązaniem jest też, aby pierwsze dni odprowadzał malucha do przedszkola tata. W większości przypadków (choć nie zawsze) – tatusiowie lepiej potrafią ukryć emocje i dzieciom jest łatwiej. Choć to wszystko zależy od każdego z nas.

    Życzę Wam aby ten ostatni miesiąc upłyną na przyjemnych przygotowaniach do przedszkola. I aby Wasze dzieci chętnie do niego chodziły. Bo to wspaniały czas rozwoju i zabawy dla maluchów.

  • Trzeba przygotować i pomóc przeżyć

    Pójdę z Marianką, pobiorą mi krew, Ona posiedzi w wózku i tyle. Jaki w tym problem? O, ja ignorantka… Dla mnie nadal Mania jest malutka i czasami zapominam, że już bardzo wiele rozumie. Nawet czasami zbyt wiele. A potem jest płacz i emocje, z którymi nie wiadomo co zrobić. Ale zacznijmy od początku.

    Dziś rano wybrałyśmy się z Marianką do laboratorium na badania. Było to nowe miejsce. Pobranie krwi trwa chwile i tak jakoś nie pomyślałam, żeby Ją do tego jakoś specjalnie przygotować. A tymczasem kiedy tylko Mania zobaczyła, że pielęgniarka bierze mnie za rękę, ściska ją, masuje, a w ostateczności pobiera mi krew… No powiem tylko, że byłam zaskoczona Jej reakcją. Bardzo się zmartwiła, przejęła i przestraszyła. Zresztą przeżywała to jeszcze po wyjściu z laboratorium, potem kiedy rozmawiałam o całym zejściu z moją mamą. Łapała się za prawą rękę w miejscu pobrania krwi (mi też pobierano krew z prawej) i żałosnym głosem wołała „mama, mama”. Próbowała tłumaczyć zarówno babci przez telefon, jak i tacie po powrocie do domu, że pani brała mnie za rękę i coś robiła. W pewnym momencie nawet zaczęła płakać, łzami jak groch. Wszystko to było bardzo przejmujące i ściskające za serce.

    Czy mogłam coś zrobić aby ta sytuacja nie miała miejsca? Z pewnością tak. Oczywiście poza najprostszym rozwiązaniem – nie zabierać Jej ze sobą (czasami nie ma jednak wyjścia). Przede wszystkim mogłam Mariance opowiedzieć gdzie jedziemy i co się tam będzie działo, że pani będzie dotykała mojej ręki, pogłaszcze, itp. Z pewnością łatwiej byłoby Mani to wszystko zrozumieć.

    Bardzo często zapominamy, że dzieciom trudno jest poradzić sobie z nowościami. Dlatego zawsze warto opowiedzieć im gdzie idziemy i co się będzie tam działo. Być może nie złagodzi to wszystkich stresujących momentów, ale będzie im łatwiej. Nawet roczne dziecko może zrozumieć prosty opis, który odwołuje się od sytuacji które już zna.

    No dobrze, ale jeżeli już dziecko przeżyje coś zaskakującego lub stresującego, co możemy zrobić? Pomóc przeżyć i zrozumieć. Jeżeli będziemy ignorować emocje i przeżycia dziecka, może to w przyszłości wpłynąć na jego rozwój. Mózg i tak „zmagazynuje” te wspomnienia i odtworzy je w najmniej oczekiwanym momencie. Jak więc to zrobić? Starsze dzieci zachęci do powiedzenia jak widziały te wydarzenia, co wtedy czuły. Bez nazwania trudno uporać się ze wszystkim co się dzieje w głowie. A maluchy? Opowiedzieć historię tak jak one mogły to widzieć i co czuć. Ja, kiedy Marianka pokazywała rękę mówiłam, że pani trzymała mnie za rękę i Mania nie wiedziała co się dzieje. Czuła się niepewnie, nie wiedziała co pani robi i dlaczego. Przeprosiłam, że nie powiedziałam gdzie i po co idziemy. Obiecałam, że więcej się to nie powtórzy. Próbowałam opisać Mani uczucia. Po powtórzeniu kilku razy tego samego Marianka uspokoiła się i przestała płakać. Być może trochę bardziej zrozumiała co się wydarzyła. Jeśli będzie potrzeba, powtórzymy tę rozmowę.

    Pomóc w zrozumieniu trudnej sytuacji to podstawa, aby coś co wydarzyło się w dzieciństwie nie stało się utajoną traumą w dorosłości. A ja dostałam nauczkę, że moja córka jest już na tyle duża, że zrozumie więcej niż mi się wydaje.

  • Po co i jak zadbać o dziecięce MY

    Od dawna dużo się mówi, że w życiu jest ważne poczucie własnej wartości. Pomaga realizować cele, tworzyć związki, rozwijać się i żyć w zgodzie z sobą. Coraz częściej jednak okazuje się, że tym czego brakuje osobom wchodzącym w dorosłość wcale nie jest niska samoocena. Dziś liczy się coś jeszcze, a z dnia na dzień będzie to coraz cenniejsze. Dziś młody człowiek nie tylko powinien dostrzegać JA ale i MY. Dlaczego? I Jaki ma to związek z naszymi dziećmi?

    Obecnie większość zawodów związana jest w pracą z zespole lub z klientem. Nawet informatycy muszą liczyć się ze współpracą z innymi. Dziś w firmach cenione są nie tylko wykształcenie, inteligencja, doświadczenie ale przede wszystkim umiejętność pracy w zespole. Dziś geniusz, który nie jest wstanie być częścią MY, ma bardzo trudno. Okazuje się, że młodzi ludzie trafiając do pierwszej pracy mają zbudowane poczucie własnej wartości (przecież się mówi o tym od tylu lat), ale trudno im się odnaleźć w pracy na rzecz całości, zespołu. Nie zdają sobie sprawy, że sukcesu zespołu to sukces pojedynczych osób i odwrotnie – pojedyncze osoby nie odniosą sukcesu bez sukcesu zespołu.

    Tak bardzo skupiliśmy się, na rozwoju indywidualnych cech dzieci, zajęciach dodatkowych, budowaniu wysokiej samooceny, że zapomnieliśmy o tym, że nie żyjemy i nie pracujemy w próżni. I chociaż coraz więcej rodziców dostrzega potrzebę rozwoju społecznego, to jednak nadal za mało.

    Bycie częścią społeczeństwa jest dla nas tak naturalne jak oddychanie. Od wieków tworzymy mniejsze i większe grupy. Dziecko powinno potrafić odnaleźć się w rożnych strukturach – rodzinnych, rówieśniczych, związanych z zainteresowaniami, czy nawet przypadkowymi. Ale aby mogły swobodnie w nich funkcjonować, to my rodzice musimy zadbać aby miały możliwość ich poznania, działania w nich i obcowania z innymi. Ważne jest tu nauka szacunku, kompromisu, współpracy, komunikacji oraz innych umiejętności. Tego wszystkiego nie da się nauczyć z książek, w biegu czy na dystans. Dzieci muszą mieć możliwość rozwoju społecznego w grupach formalnych, ale przede wszystkim tych nieformalnych.

    Dziś kiedy nasze życie jest w pełnym biegu czasami nie ma czasu na takie zwykłe zatrzymanie się i bycie. Nasze dzieci nie nauczą się żyć w społeczeństwie samotnie spacerując w wózku, wychodząc z placu zabaw kiedy pojawiają się inne dzieci, uczestnicząc w tysiącu zajęć dodatkowych. Nie możemy czekać aż pójdą do przedszkola czy szkoły. Pomóżmy im już dziś być częścią społecznego MY.

    Jeśli dziś pokażemy naszym dzieciom co to znaczy być częścią MY, pamiętając o wyjątkowym JA, z pewnością będą miały łatwiejszy start nie tylko w dalekiej przyszłości. Przedszkole czy szkoła to też MY – a przecież chcemy aby dzieci się tam dobrze czuły.

  • Rodzinka peel

    W poprzednim stuleciu (wiem jak to strasznie brzmi, bo byłam już wtedy dorosła) mówiąc o polskiej rodzinie, z pewnością wiele osób użyłoby takich określeń jak wielopokoleniowa, duża, utrzymująca kontakty, spotykająca się na święta/ wesela/ imieniny i inne uroczystości. Ostatnio na moim profilu na Instagramie zapytałam właśnie o rodzinę. Kim jest dla Was bliska rodzina? Z kim utrzymujecie kontakty? Jak duże są Wasze rodziny. I muszę przyznać, że odpowiedzi raczej mnie nie zaskoczyły. A obraz „Rodzinki peel” nie jest taki oczywisty, a co za tym idzie i wychowanie do życia w rodzinie (nie mylić z przedmiotem nauczania) jest różne. A jakie?

    Nadal jest wiele rodzin, które przy wigilijnym stole czy innych uroczystościach zasiadają w 20 – 30 czy więcej osób. Zdaje się jednak, że w są to rodziny, które od dłuższego czasu – może kilku pokoleń mieszkają w jednej okolicy. Są to duże rodziny, w których jest po kilkoro dzieci lub jako bliską rodzinę traktuje się też kuzynów. W takich rodzinach nawet jeśli ktoś wyjeżdża za pracą czy na studia gdzieś dalej, stara się w ważnych chwilach życia rodziny wracać. Dla takich osób czymś normalnym jest, że każde święta spędzają w rodzinnym domu, nawet jak jest on oddalony o kilka tysięcy kilometrów. Jak taka rozległa rodzina wpływa na wychowanie dziecka? Z pewnością może ono wiele skorzystać. Kontakty z dużą ilością zaufanych, bliskich osób wpływają na otwartość, naukę nawiązywania relacji i bycia w środowisku osób w różnym wieku/ wykształceniu/ poglądach/ itp. Oczywiście mogą wystąpić też minusy. U osób wychowanych w takich rodzinach może występować przeświadczenie, że nie łatwo się przebić, czasami trudno zostać dostrzeżonym w dużej grupie lub czuć się przytłoczonym. W dużych rodzinach w dzisiejszych czasach można też poczuć smutek w powodu braku czasu na codzienny kontakt ze wszystkimi najbliższymi.

    Coraz więcej jest też rodzin, które za najbliższą rodzinę uznają oprócz swoich dzieci, rodziców i rodzeństwo. A nawet z nimi czasami nie mają kontaktu codziennego. Często jest to spowodowane rozrzuceniem rodziny po różnych zakątkach Polski i nie tylko. Ale też wydarzeniami z przeszłości. Oczywiście wychowanie w takiej rodzinie ma również swoje plusy i minusy. Do tych pierwszych możemy zaliczyć skupienie się na relacjach z mniejsza liczbą osób, poczucie że jest się dostrzeganym i ważnym. Co może być jednocześnie minusem – bo czasami chcielibyśmy się gdzieś schować. Minusem może być również zamknięcie się na bliższe kontakty z większą ilością osób, mała ilość kontaktów interpersonalnych niezależnych od pokolenia czy poglądów.

    W którym rodzaju rodziny łatwiej, lepiej wychować dziecko? Nie znam na to pytanie odpowiedzi. Sama pochodzę z rodziny gdzie dzieci ciotecznego rodzeństwa moich rodziców to bardzo bliska rodzina. U nas zawsze było tłoczno, radośnie i głośno. I choć teraz może nie spotykamy się tak często to relacje nasze nadal są bardzo bliskie. Ale dostrzegam też wartość mniejszych rodzin. Z takiej wywodzi się mój mąż. I tu czasami może pojawić się problem. Bo zazwyczaj rodzina kojarzy się nam z naszą i jeśli spotyka się dwójka ludzi wychowanych w innych typach rodzin, to może być trudno. Bo to w czym się wychowaliśmy jest dla nas naturalne i tak chcemy aby wyglądała nasza rodzina. Ważne aby te różnice nie wpłynęły na dzieci. Musimy pewne rzeczy ustalić zanim one przyjdą na świat lub kiedy są bardzo małe. Aby nie miały sprzecznych komunikatów. Bo najlepsza rodzina to jest taka, którą my stworzymy. I nie ważne czy jest obok nas 30 najbliższych jej członków czy tylko 5. Najważniejsze jest abyśmy się kochali i cieszyli z bycia razem, a zwłaszcza z bycia rodzicami swoich dzieci.

  • O jedno słowo za dużo

    Z pewnością nie raz przez rodzicielski umysł przewijają się pytania „Co on/ ona sobie ubzdurał?”, „Skąd mu/ jej się to wzięło?”, „Cóż to znowu za głupoty siedzą w tej głowie?”. Kiedy się pojawiają? Wtedy gdy się okazuje, że w głowie dziecka jest jakieś przeświadczenie, które nie ma racjonalnych podstaw. Na przykład, że jest głupie, grube, zbyt wolne, nierozważne, itp. Lub kiedy dziecko myśli, że coś się wydarzy lub wydarzyło – a tak nie jest. Na przykład, że po kąpieli i założeniu piżamki pępek znika. No więc skąd to się bierze? Przeważnie z naszego „jednego, nieświadomego słowa za dużo”.

    Chcemy czy nie jesteśmy dla naszych dzieci pierwszą wyrocznią. Nawet kiedy dorastają, to nasza opinia jest jedną z najważniejszych w ich życiu. Nawet jeśli się do tego nie przyznają, nasze zdanie o nich, jest dla dzieci bardzo ważne. A ponieważ wielu z nas na co dzień w prost nie mówi dzieciom co o nich myśli, albo nasze opinie są tak formułowane, że dla dzieci są wiarygodne. To słowa rzucone często mimochodem, przy okazji, od niechcenia, w trakcie zdenerwowania trafiają do dziecięcej świadomości bardzo szybko. Nawet jeśli nie są prawdą, a my tak naprawdę nie myślimy w ten sposób.

    Czasami wystarczy choćby raz użyć jakiegoś sformułowania aby wyryć w dziecięcej głowie coś czego nie chcieliśmy. Już klasycznym przykładem są dziewczynki, które nawet stajać się kobietami mają fiksację na temat własnej figury bo usłyszały kiedyś od taty, że wyglądają jak kluseczka czy określane były mianem „pączuszka”. Już nie mówię o bezpośrednim powiedzeniu „wyglądasz grubo”. I dotyczy to dziewczyn, które wcale nie są przy sobie. Kiedy byłyśmy jeszcze z Marianką na reanimacji, jeden z tatusiów zapytał położnej „ile moja córka przytyła” (urodziła się z wagą 680g). Pani powiedziała, że córka to przybrała na wadze i zapytała czy jak będzie starsza tata też będzie mówił, że przytyła.

    Ale takie „słowo za dużo” mówimy w różnych sytuacjach. Kiedy dziecko coś zrobi niechcącą „czy ty głupi jesteś?”. Kiedy chwalimy inne dziecko „Zobacz Tomek to dopiero jest super sportowcem”. Kiedy dziecko nie chce wracać z placu zabaw „To zostań, ja sobie pójdę i nie wrócę po Ciebie”. Kiedy żartujemy „O zaraz pępek zniknie” (sytuacja autentyczna, Marianka od kilku dni płacze zakładając po kąpieli piżamkę, bo tata zażartował, że pępek zniknie).

    Czasami jesteśmy już zmęczeni, zdenerwowani, rozkojarzeni i rzucamy coś od tak. Ale nasze słowa mają moc. Te słowa wpadają do dziecięcych główek i zakorzeniają się w nich na stałe. Niestety często podcinają skrzydła. Dlatego tak ważne jest aby myśleć co i kiedy mówimy do naszych dzieci, o naszych dzieciach i w obecności naszych dzieci. Bo łatwo jest je wpędzić w kompleksy. Na pocieszenie dodam, że również łatwo jest dodać im skrzydeł. Kiedy nasze słowa mają moc pozytywnych emocji i mają osadzenie w realiach życia naszych dzieci. Ale chwalić też trzeba potrafić. Bo nie każda nasza pochwała jest przez dziecko odbierana pozytywnie.

    Warto więc zastanowić się czasami i ugryźć się w język. Bo nasze słowa mają moc, a powiedziane jedno za dużo mogą wyrządzić wiele złego.

  • Magia optymizmu

    Często ludzie się pytają, jak to robimy, że Marianka jest non stop uśmiechnięta i radosna. Po pierwsze to nie prawda, bo jak każde dziecko bywa marudna i płaczliwa (kiedy czegoś chce lub jest zmęczona). A po drugie, w sumie to od zawsze taka była. Czy to tylko kwestia genów, charakteru i innych cech wrodzonych? A może to my, rodzice zrobiliśmy czy robimy coś co sprawia, że przez większość czasu nasza córeczka jest uśmiechnięta?

    Myślę, że z pewnością i jedno i drugie. Z jednej strony gdyby miała inne cechy wrodzone (choć to sprawa sporna, bo różni naukowcy mają inne teorie co do cechy wrodzonych) to być może moglibyśmy nawet stawać na głowie, a Marianka i tak nie byłaby chodzącą „radochą”. Uważam jednak, tak jak wielu specjalistów, że to środowisko, w którym wychowuje się dziecko ma duży wpływ na rozwój jego cechy zarówno wrodzonych jak i nabywanych w trakcie procesu wychowania. Co więc się stało, że Mania jest wesołkiem?

    Moim zdaniem jest to siła optymizmu. Od pierwszych chwil Jej życia słyszeliśmy, że do inkubatora mamy podchodzić z nadzieją, radością i optymizmem. Bo dzieci czują nastrój rodziców i ma to wpływ na ich wyniki. I rzeczywiście, widać było, że jeżeli któreś z nas ma słabszy dzień to jakiekolwiek próby zbliżenia się do Marianki powodowały spadki Jej saturacji. Przypadek? Nie sądzę. Tak więc zarówno w te gorsze jak i lepsze dni szukaliśmy w sobie pozytywnych uczuć. Nauczyliśmy się czerpać radość ze wspólnego przebywania, choćby i w warunkach szpitalnych. Tak było przez ponad 4 miesiące. A w domu? Radość z tego, że jesteśmy razem była i jest tak wielka, że przepełnia nas wszystkich. Nawet kiedy jesteśmy zmęczeni lub zdenerwowani staramy się szukać sposobów na optymizm. Dla Marianki… i dla siebie.

    Jeżeli dziecko wychowuje się w atmosferze nie tylko miłości, ale radości i optymizmu, samo się tego uczy. Oczywiście inne uczucia też są ważne i potrzeba je w naturalny sposób poznać. Ale czy na co dzień to nie radość z bycia rodziną… radość z życia… radość, że mamy siebie… czy to nie właśnie to powinno napędzać nas do działania.

    Ktoś mógłby się zapytać z czego tu się cieszyć. Żyjemy w takim a nie innym kraju, w takich a nie innych czasach, zarabiamy tyle a tyle… Uwierzcie mi, jest z czego się cieszyć. I pomimo że od zawsze raczej patrzyłam z nadzieją i optymizmem na świat, to perspektywa inkubatora pokazała mi, prawdziwe powody do radości. Są nimi nasze dzieci, to że je mamy i możemy je wychowywać.

    Taki jest sekret radości Marianki. Ma rodziców, którzy cieszą się i dziękują za każdy dzień spędzony z Nią. Wychowywana jest w atmosferze miłości, bezpieczeństwa i optymizmu. Każdy tak może.

  • Cud przekupstwa

    Tata przychodzi po córeczkę do przedszkola. Ona wychodzi do niego obrażona, bo przecież to mama miała ją odebrać. W szatni zaczynają się posiskiwanie, marudzenia, a na końcu płacz. Dziecko kategorycznie odmawia założenia ubrań i wyjścia z szatni. Zmęczony, trochę zawstydzony, a na pewno bardzo zdenerwowany tata szepce dziewczynce do ucha „Ubieraj się i nie marudź to pójdziemy na lody”. Koniec sceny… a właściwie scen na dziś… A co z dużym prawdopodobieństwem wydarzy się następnym razem i dlaczego?

    Nie tylko w takich sytuacjach zdarza się każdemu z nas próbować przekupić dziecko. Czasami bo nam się spieszy, innym razem bo robi sceny, a jeszcze kiedy indziej aby dodać mu otuchy (naszym zdaniem). Jak dobrze wiemy często kończy się to tym, że w podobnej sytuacji dziecko już samo oczekuje „nagrody”. Dlaczego tak się dzieje? Czy to złośliwość dziecka? A może chęć pozyskania korzyści? Co sprawia, że nawet najmniejsze dzieci szybko uczą się, że w danych sytuacjach mogą konkretnym zachowaniem zyskać.

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Odpowiadają za to neurony, a właściwie połączenia między nimi. Nasz mózg ciągle się zmienia. Ogromna ilość neuronów tworzy, umacnia lub „zrywa” połączenia między sobą. Każda nowa sytuacja jest porównywana do naszych dotychczasowych doświadczeń i jeśli nie zostaną odnaleziona znaczne podobieństwo tworzone jest nowe połączenie pomiędzy neuronami. Jeżeli zaś podobna sytuacja miała już miejsce połączenie te zostaje jakby umocnione. Co w najprostszych słowach można wytłumaczyć tak:

    1) dziecko zachowuje się w jakiś sposób – robi awanturę bo przyszedł tata, a nie mama

    2) rodzic stosuje przekupstwo – nowa sytuacja – powstaje nowe połączenie po między neuronami

    3) dziecko ponownie znajduje się w takiej samej sytuacji – przyszedł tata

    4) połączenie między neuronami się „uaktywania” – dziecko oczekuje „nagrody” inaczej robi jeszcze większą awanturę

    Oczywiście mamy kilka rozwiązań takiej sytuacji. Najłatwiejsze starać się nie wspierać tworzenia nowych połączeń nerwowych, które będą związane z przekupstwem. Ale jak wiemy czasami przez stras, zmęczenie i zabieganie możemy po prostu o tym nie pomyśleć. Jeżeli jednak już tak się stało ważne abyśmy nie utrwalali tego połączenia. Jeżeli tata znowu przyjdzie po córkę, a ona będzie nie zadowolona, niech przetrwa awanturę. Może wziąć dziecko „pod pachę” i zabrać do domu. Może przeczekać. Może wytłumaczyć… Ważne aby znowu nie zabrał na lody czy inną atrakcję. Bo każde utrwalenie zachowania będzie powodowało coraz to większe oczekiwania.

    Nie wińmy więc dzieci, że oczekują od nas „nagrody”, ponieważ najczęściej to my sami oddziałujemy na ich mózg, a dokładniej neurony, które działają tak jak zostały do tego stworzone. Ale jeśli już wiemy jak działają, to możemy tę wiedzę wykorzystać. Dzięki wiedzy możemy sprawić, że nasze rodzicielstwo będzie łatwiejsze a relacja z dzieckiem bliższa.

  • Czasami bywa wesoło…

    Bycie rodzicem to nie łatwa sprawa, bywa ciężko… Są dni kiedy chcesz wyjść z domu, trzasnąć drzwiami i się nie odwracać… Są dni kiedy jesteś tak zmęczony, że padasz na twarz i masz ochotę zakopać się w kołdrę i nie wychodzić spod niej przez co najmniej tydzień… Są dni kiedy wszystko idzie nie tak jak powinno i nie tak jak planowaliście… Są dni kiedy spoglądasz za siebie i zastanawiasz się czy było warto… Ale są też dni kiedy jest wesoło…

    Te złe dni często przesłaniają nam radość i szczęście. A przecież tych dobrych jest równie dużo jak złych, a często nawet więcej. Tylko te czarne są bardziej widoczne i wyraźniejsze, mocniej odciskają się na naszych przeżyciach. A te dobre, wesołe i przyjemne są jakby codziennością i wnikają w nią. Stają się normą i nie wywołują takich silnych emocji. A przecież to one powinny dawać siłę i moc nam rodzicom. Tak jak dają ją dzieciom. BO one potrafią cieszyć się z drobnostek.

    Przecież codziennie mamy powody do uśmiechu, radości i wspólnej zabawy. Tylko czasami ich nie zauważmy. Czasami przechodzimy obok nich nie zwracając uwagi. Nie dając im szansy. Wspólne żarty, śmiechy, łaskotki, wygłupy… To z jednej strony tak niewiele, a z drugiej tak dużo… Ile trzeba żeby cieszyć się i radować? Tylko chęci i otwartość…. A przecież dzieci tak szybko dorastają…

    Czasami trzeba się po prostu zatrzymać i dojrzeć szansę na tę radość. Bo przecież rodzicielstwo to ogrom wzruszeń, miłości i radości. Żadne inne doświadczenie nie dostarcza nam takiej masy pozytywnych emocji i tyle szans na radość. I tak naprawdę wesoło nie jest czasami, ale może być zawsze. Często trudne chwile można pokonać właśnie uśmiechem i radością… dodać odrobinę humoru. To niełatwe, ale warto.

    Bo jak chcemy wspominać czas spędzony z naszymi dziećmi… Jak chcemy aby one wspominały ten czas? Podkreślajmy te wspólne cudowne chwile, skupiajmy się na wesołych doświadczeniach. A okaże się, że nie jest tak źle i że nie tylko bywa ale i jest wesoło.