Tag: więzi

  • Dzień dobry i dobranoc

    Kiedy po kolejnej średnio przespanej nocy o 5:30 lub 6:00 słyszysz, że twój ukochany maluch właśnie rozpoczyna dzień to najczęściej masz ochotę schować się pod kołdrę i udawać, że Cię nie ma? Ja tak mam bardzo często. Jest jednak jedna rzecz, która codziennie od kilku miesięcy sprawia, że o tak niemiłosiernej porze chce mi się ruszyć z łóżka i chcąc nie chcąc rozpocząć nowy dzień… Zgadniesz co to takiego?

    To uśmiech mojej Marianki 🙂 Od dłuższego już czasu kiedy tylko się przebudzi, wstaje w łóżeczku i zagląda w stronę naszego łóżka. Kiedy tylko któreś z nas spojrzy w Jej stronę od razu na Jej buzi pojawia się uśmiech od ucha do ucha. Ostatnio mój mąż stwierdził, że to jakby Mani dzień dobry. Jakby wiedziała, że fajnie jest zacząć ranek od pozytywnych emocji. I rzeczywiście ten uśmiech mnie rozbraja. Wieczorem zaś ma swoje „dobranoc”. Kiedy trzymamy Mariankę na rękach podczas rodzinnej modlitwy przed Jej spaniem przytula się raz do mnie raz do męża. To jest niesamowicie przyjemne. I bardzo mądre.

    Jak się tego nauczyła. Niechcąco 😉 Od początku jak wróciliśmy do szpitala, a może jeszcze wcześniej? Zdecydowanie – wcześniej. Odkąd Marianka była w szpitalu zawsze jak przychodziliśmy witaliśmy się z Nią czule, zwłaszcza uśmiechając. A kiedy wychodziliśmy – starliśmy się przytulić, jeśli się dało, ukochać i dać jak najwięcej czułości. Kiedy wróciliśmy do domu te rytuały przeniosły się na wieczór i ranek. Staraliśmy się aby przebudzając się widział uśmiech. Tak jakoś czuliśmy, że tak jest dobrze. I nie wiadomo kiedy Marianka nauczyła się tego od nas.

    No właśnie dobrych manier i czułości uczymy prze przykład i tak niechcąco. Dzieci obserwują nas i jeśli dostają czułość i dobro to starają się odwdzięczyć tym samym. To nie nasze słowa, a czyny sprawiają, że dzieci przyswajają te zachowania. Jeżeli chcemy aby były „dobrze wychowane” to sami musimy na co dzień postępować zgodnie z tymi zasadami. Nie da się wymagać czegoś czego sami nie stosujemy. Nie oczekujmy, że dzieci będą się witać z sąsiadami jeśli my tego nie robimy. Po prostu róbmy to. Sami możemy być zaskoczeni kiedy nasze dzieci zaczną mówić dzień dobry sąsiadom, czy przepraszać kiedy chcą przejść. Tego nie musimy im mówić. Same to zaobserwują i powtórzą. To naturalne jak oddychanie… tylko muszą mieć odpowiedni „tlen”.

    Tak samo jest z okazywaniem uczyć w rodzinie. To jak będziemy się odnosić do współmałżonka/ partnera i do dzieci – to samo otrzymamy od nich. Jeśli dziecko zaczyna na nas krzyczeć lub wyzywać – zastanówmy się najpierw gdzie to usłyszało. Może jednak w domu? Zanim zaczniemy szukać winy w przedszkolu czy piaskownicy – popatrzmy na siebie. Na to jak rozmawiamy przez telefon, czy ze znajomymi. Dzieci to wszystko słyszą i naśladują. PO mimo że nam się wydaje, że tak nie jest.

    Często trudno jest dostrzec swoje postępowanie, bo przecież chcemy dla dzieci jak najlepiej. Ale wystarczy trochę obiektywizmu i rzeczywistego spojrzenia na siebie. Bo dzieci, zwłaszcza te małe, to nasze odbicia. Czasami przerysowane, ale jednak nasze. A czasami mała zmiana w nas powoduje ogromną zmianę w nich.

    Tak więc życzę Wam i sobie wiele takich „niechcących” perełek w zachowaniu naszych dzieci. Które sprawiają zarówno nam i im wielką przyjemność.

  • Wielkie sukcesy małych ludzi

    Czekamy i czekamy na te raczkowanie… Wszystkie dzieci wokół raczkują… zaczynają chodzić. Trzynaście miesięcy rehabilitacji (z 15 i pół miesiąca życia), wiele z nich przepłakanych, wymęczonych… I nadal czekamy. Nie żeby w ogóle nic się nie działo. Tu dwa „raczki” tam trzy… Idą same ręce, nogi jeszcze nie pracują. Ale to ciągle mało. A przecież tak bardzo chcemy aby się rozwijała, aby Jej trud nie poszedł na marne. Bo przecież tak ciężko pracuje, tyle daje z siebie. A sukcesu nadal brak.

    Ale czy na pewno? Czy dla tej małej istotki te parę „raczków” to rzeczywiście nic? Czy to, że za pomocą rączek i w pozycji do raczkowania przemierzyła pół pokoju to nie sukces? A, że jeszcze nóżki nie są w stanie wspomóc rąk? No właśnie jeszcze nie są w stanie. Ale kiedyś będą. Te godziny, tygodnie i miesiące rehabilitacji nie idą na marne. Te łzy i pot wylewane na zajęciach przez Mariankę przynoszą efekty. Może jeszcze nie taki jakie byśmy chcieli, może nie tak szybko, ale przynoszą. To, że taki szkrabik, pomimo trudności i wysiłku chce iść do przodu, ma w sobie nadal ogromną siłę walki… to jest sukces. I z tego właśnie się cieszymy.

    Jak trudno czasami dostrzec malutkie sukcesy naszych dzieci. Może dlatego, że często to co my uważamy za sukces nie zawsze też jest nim z ich punktu widzenia. Bywa tak, że my stawiamy dzieciom jakieś cele, a ich możliwości, chęci, zainteresowania i upodobania są zupełnie inne. I dotyczy to już maluszków. Chcemy aby mówiły, raczkowały, chodziły, same się bawiły, wcześnie zaczęły czytać, były aktywne w sporcie… A one potrzebują zupełnie czegoś innego. I teraz mamy dwa wyjścia. Albo zaakceptujemy, że nasze oczekiwania nie spełnią się w takim aspekcie jakbyśmy chcieli… albo zostaniemy przy swoim.

    W pierwszym przypadku ważne jest aby zrozumieć, że to nie jest nasza porażka. Po prostu cały czas poznajemy nasze dzieci i sukcesem jest, że dostrzegliśmy ich potrzeby i możemy je wspierać. Nawet jeśli postępy są malutkie z naszego punktu widzenia, dla dzieci mogą być ogromne. Bo to one wkładają wysiłek w opanowanie nowych umiejętności i to one są z tego rozliczane. A tylko osoba ucząca się czegoś jest w stanie określić jak coś jest dla niej trudne. Dostrzegajmy te chwile kiedy dziecko jest z siebie zadowolone i te kiedy nawet nie wie, że powinno być zadowolone bo osiągnęło coś co wymagało wysiłku. Takie nasze postępowanie z pewnością może być rudne, bo często wymaga rezygnacji z naszych pragnień i ambicji. Ale za to bardzo pozytywnie wpływa na relacje i więzi z dzieckiem.

    Kiedy jednak nie chcemy rezygnować ze swoich celów może wydarzyć się kilka rzeczy. Dziecko rzeczywiście stanie na wysokości zadania i osiągnie sukces (tyko czy to będzie jego sukces?). Może też się poddać i stwierdzić, że to dla niego za trudne lub jest beznadziejne bo tego nie potrafi (co oczywiście wpływa na negatywną samoocenę). Może zaprotestować i nie chcieć realizować naszych celów (to może z kolei powodować konflikt). Tak czy inaczej taka sytuacja raczej niekorzystnie wpływa na relacje i więź z dzieckiem.

    To od nas zależy jak sukces będą postrzegały nasze dzieci. Czy będzie to dla nich osiągnięcie czegoś poprzez pracę i zaangażowanie czy zadowalanie innych. To my nauczymy je cieszyć się nawet małymi sukcesami aby budować poczucie własnej wartości i próbować swoich sił w trudniejszych dziedzinach. To wszystko od nas zależy. Ale musimy pamiętać, że to mają być sukcesy naszych dzieci, a nie nasze.

    Kiedy Marianka zacznie raczkować? Za tydzień, miesiąc… a może za trzy? Nie wiem. Wiem za to, że nie przyśpieszymy tego procesu tylko dlatego, że już byśmy chcieli aby raczkowała. Tak jak każda z dotychczasowych umiejętności pojawi się wtedy kiedy będzie wystarczająco wyćwiczona… Więc wspólnie będziemy ćwiczyć. Trzymajcie kciuki.

  • Trudny wybór – tego można nauczyć

    Jejku, no zdecyduj się wreszcie na coś. Nie będę za ciebie wybierała do końca życia.” „Ale ona jest niezdecydowana. Życie przeleci jej przed oczami, a ona nadal nie będzie wiedziała czego tak naprawdę chce.” „Nigdy sam nie zdecyduje. Zawsze radzi się mamusi.” Znacie to? Słyszeliście o takich ludziach? A może macie ich w swoim otoczeniu, rodzinie? Zastanawialiście się kiedyś dlaczego tacy są? Z dużą dozą pewności mogę powiedzieć, że większość tych osób najzwyczajniej w świecie nie umie podjąć samodzielnie decyzji. Nikt ich tego wystarczająco wcześnie nie nauczył.

    Rodzice chcą wychować swoje dzieci tak aby w przyszłości podejmowały dobre decyzje. To znaczy jakie? Takie, które pozwolą im żyć w szczęściu, zdrowiu i dostatku. Jednak podjęcie decyzji to wzięcie odpowiedzialności za nią. Wymaga odwagi i pewności siebie oraz wiedzy, że każda decyzja ponosi za sobą konkretne konsekwencje. I nie jest to łatwa. Czym innym bowiem jest zaciąganie opinii i samodzielne podjęcie decyzji, a czym innym zdanie się na innych bez żadnej refleksji.

    Aby dorosły człowiek mógł odpowiedzialnie, sprawnie i na bieżąco podejmować samodzielne decyzji musi zdobyć w tym względzie doświadczenie. A im wcześniej tym lepiej. Wielu rodziców czuje to intuicyjnie i od najmłodszych lat pozwala dzieciom decydować o sobie (oczywiście w granicach rozsądku). Tak naprawdę wystarczy niewiele aby wdrożyć nasze dziecko do samodzielnych decyzji. Pamiętajmy jednak, że to my za nie odpowiadamy i za decyzje, które podejmują jesteśmy też odpowiedzialni. Ale od początku.

    Już maluchy mogą uczyć się decydowania, np. czym chcą się bawić. Starsze mogą decydować co chcą założyć, zjeść na podwieczorek czy z kim się bawić. Rada moja jest taka – ograniczcie wybór, najlepiej do dwóch rzeczy. Takich, które są możliwe do zrealizowania (żeby np. w zimie dziecko nie chciało wyjść w klapkach). Z czasem, tak jak ze wszystkim ilość możliwości wyboru należy rozszerzać. Bo chcemy dziecko nauczyć, a nie nim manipulować.

    Tak samo sfery w jakich dziecko może dokonać wyboru powinny z każdym nowym etapem jego życia się rozszerzać. Kiedy dzieci mają jeszcze problem z myśleniem przyczynowo – skutkowym warto im wytłumaczyć konsekwencje każdego z wyborów, ale ostatecznie niech same zadecydują. I poniosą konsekwencje swego wyboru.

    Dobrym ćwiczeniem jest również włączanie dziecka do rozmów rodzinnych, przed podjęciem ważnych decyzji. Oczywiście nie mam tu na myśli rocznego czy dwuletniego dziecka, ale już trzy – czterolatek może się wypowiedzieć na temat nowego samochodu, że chciałby np. zielony. Czy kupimy zielony? Nie koniecznie ale trzeba wtedy dziecku wytłumaczyć dlaczego jego zdanie nie zostało uwzględnione. Ważne są również tematy jakie podczas takich rozmów poruszamy oraz wiek. Dziecko uczestnicząc w takich rozmowach, nawet jako obserwator, ma możliwość zobaczenia w jaki sposób przebiega grupowe podejmowanie decyzji. Pamiętajmy jednak aby rozmowy przebiegały w poczuciu szacunku i godności dla wszystkich członków rodziny. Bardzo wzmocni to więź nie tylko rodzica z dzieckiem, ale całej rodziny.

    Pamiętajmy, że to czego dzieci nauczą się dzisiaj, wykorzystają jako dorośli. Czasami trudno nam się pogodzić, że są coraz starsze i chcemy je przy sobie zatrzymać jak najdłużej. Nieświadomie uzależniamy dzieci od nas i naszego wsparcia nie tylko w podejmowaniu decyzji. A później się dziwimy dlaczego sobie nie radzą jako dorośli. Martwimy się jak będą funkcjonowali kiedy nas zabraknie.

    Już dziś wdrażajmy nasze dzieci do samodzielnego podejmowania decyzji, aby mogły być szczęśliwymi dorosłymi.

  • Śpiew leczący duszę

    Od zawsze lubiłam śpiewać, ale niestety nie wszyscy lubili tego słuchać. Przynajmniej tak utrzymywała moja siostra i niektórzy znajomi. No dobrze, przyznaję się raczej kariery wokalnej bym nie zrobiła. Trochę lepiej zaczęłam myśleć o moim głosie po zajęciach na studiach z emisji głosem. Nauczyłam się nad nim panować, utrwaliłam czytanie z nut i ogólnie dostałam na zaliczenie 4+. Nawet poprosiłam panią magister o zaświadczenie, że mogę śpiewać w domu 🙂 Choć tak naprawdę nigdy nie krępowałam się śpiewać zwłaszcza z gitara przy ognisku, wtedy wystarczą chęci i emocje.

    Zawsze marzyłam o tym aby śpiewać moim dzieciom kołysanki. Ja do dziś pamiętam jak mama niezależnie od pory roku musiała mi śpiewać jako kołysankę kolędę „Nie było miejsca dla Ciebie”. Dzięki niej czułam się wyjątkowo i jakoś tak cieplej było mi na sercu. I chciałam tego dla moich dzieci. Wierzyłam, że tak jak dla mnie głos mamy był najpiękniejszy tak i one będą się wsłuchiwały w mój głos. Wiedziałam, że 4+ nie pójdzie na marne.

    Kiedy Marianka była w inkubatorze powiedziano mi, że mój głos będzie dla Niej ważny, bo go już zna. Tak więc nie patrzyłam czy ktoś słucha czy nie… śpiewałam Mani wszystko co przyszło mi na głowy. Kolędy, piosenki harcerskie, turystyczne, stary rock… wszystko. I kiedy tak siedziałam przy inkubatorze lub kangurowałam Mania się wyciszała, saturacja stabilizowała. Mój głos Jej pomagał czuła, że z Nią jestem. Nawet dziś kiedy jest zdenerwowana lub zestresowana jest kilka piosenek, które Ją uspakajają. Śpiewam Jej wtedy i wiem, że to Mani pomaga.

    Tak właśnie działa głos mamy. Dla dziecka jest jak balsam na duszę. Uspakaja, wycisza, pozwala poczuć się bezpiecznie. Wiele mam obawia się śpiewać swoim dzieciom, bo nie ma „dobrego głosu”. Dla naszych dzieci nasz głos jest najlepszym czym może być i najpiękniejszym zarazem. Znają go od okresu prenatalnego. To nasz głos pozwala im po porodzie odnaleźć się w świecie, który jest jest wielki i nieprzyjemny. Dlatego zamiast krępować się śpiewajmy naszym dzieciom, pomóżmy im, dajmy poczucie bezpieczeństwa, podtrzymajmy więź, która powstała jeszcze jak były w brzuchu. Nasz śpiew „utkwi” im w głowie, w pamięci, a przede wszystkim w sercu. Pomoże wtedy kiedy będzie źle i smutno. Nie odbierajmy im tego wspaniałego lekarstwa duszy 🙂

  • Zakazany owoc smakuje najlepiej

    Zakazany owoc, dumnie krąży mi nad głową,

    zakazany owoc. marzeń ciemnych tabu.

    Zakazany owoc, znowu szansa przeszła obok

    Choć już czułem ten smak (…)”

    Jeżeli dorastałeś na przełomie lat 80-tych i 90-tych to z pewnością znasz piosenkę Krzysztofa Antkowiaka „Zakazany owoc”. Któż z nas jej wtedy nie nucił z myślą „Jakie to prawdziwe. To o mnie”. Ale nie tylko nastolatki tęsknią za przysłowiowym „zakazanym owocem”.

    Już w Biblii owoc z zakazanego drzewa przyciągał uwagę Adama i Ewy, na tyle że w końcu został zerwany i zjedzony. Ale dlaczego w ogóle istnieją „zakazane owoce”? Jaka jest ich rola? Dlaczego to właśnie my rodzice je „tworzymy”?

    Najczęściej zakazujemy czegoś dzieciom ze względów bezpieczeństwa. Nie chcemy aby zrobiły sobie krzywdę. Chcemy je chronić aby nikt ich nie skrzywdził. Zakazy mają je chronić i dawać poczucie bezpieczeństwa. Ale dzieci tego nie rozumieją. Często wierzą, że są już gotowe na nowe wyzwanie, że sobie poradzą tylko my – rodzice nie chcemy aby się dobrze bawiły. I takie myślenie jest w dziecku niezależnie od wieku.

    Moja Marianka ma na podłodze matę z puzzli piankowych. Jest to wygodne rozwiązanie i dla nas (łatwo utrzymać w czystości) i dla niej (amortyzuje upadki, izoluje od podłogi, jest kolorowo i sympatycznie). Wiadomo, że dbamy o czystość w domu, ale wolałabym aby Mania nie brała do buzi brzegów tej maty. A czego właśnie chce Marianka… jak niczego na świecie pragnie jeść brzegi puzzli. Mogę Ją położyć na środku maty, a wystarczy że się tylko odwrócę a Ona turlając się i pełzając jest już na brzegu. Doszło do tego, że jak tylko się odwrócę to patrzy mi w oczy i czeka na reakcję. Kiedy mówię Jej, że puzzli się nie je, czeka… pomalutku zbliża usteczka do „zakazanego owocu”. Jednak dopóki patrzę i powtarzam „puzzli się nie je” jest posłuszna. I choć moja reakcja zawsze jest taka sama, Mania za każdym razem próbuje, czy i tym razem „owoc jest zakazany”.

    To właśnie ten „zakazany owoc” zdaniem dzieci jest najsmaczniejszy. I trzeba Go spróbować. Gdzieś tam podświadomie dzieci wiedzą, że zakazujemy czegoś dla ich dobra, zwłaszcza jeśli nasze relacje oparte są na szczerości i zaufaniu. Jednak każdy do wszystkiego dorasta, nawet do „zakazanego owocu”. Ważne dla relacji rodzic – dziecko, aby tego nie przegapić. Bo jeżeli nadal będziemy zakazywać dziecku czego na co jest już gotowe to bardzo ucierpi na tym nasza relacja. Dziecko straci zaufanie do nas, które trudno później odzyskać. Tak jak granice zawsze trzeba poszerzać z wiekiem i doświadczeniem dziecka, tak i „zakazane owoce” kiedyś muszą stać się dostępne.

    A jeżeli mamy obawy? Jeżeli wychowujemy dziecko według pewnych zasad, przekazaliśmy mu ważne dla nas wartości i mamy do niego zaufanie… to wszelkie obawy powinniśmy schować głęboko i cieszyć się, że nasze dziecko dorasta. To niełatwe, ale nikt nie obiecywał, że tak będzie 🙂

  • Śmiech przedłuża życie

    Być może słyszeliście, że 15 minut szczerego i radosnego śmiechu przedłuża życie o 1 dzień. Czy to nie jest fascynujące i pociągające? Takie zapewnienie sobie dłuższego życia. A naszym dzieciom?

    Nawet jeśli nie wierzyć badaniom to perspektywa jest ciekawa. I niby to takie łatwe. Ale zastanówcie się, ile lub czy codziennie się śmiejecie. Ale tak szczerze i od serca. I czy złożyło by się tego śmiechu całodniowego na 15 minut? Różnie prawda?

    Jakiś czas temu odkryłam, że ostatnio mało się śmieję. Zima, beznadziejna pogoda i brak kontaktu z dorosłymi miał na ten fakt bardzo duży wpływ. Jak to się mówi „łapałam lekkiego doła”. Ale tu na pomoc przyszła mi moja cudowna roczna córeczka Marianka, która jest coraz bardziej świadoma i kontaktowa. Ona potrafi śmiać się z małych głupstewek. Czasami sama nawet nie wiem do końca co Ją bawi. Ale postanowiłam się poddać Jej nastrojowi i zaczęłam się śmiać razem z Manią. To oczywiście napędza Ją jeszcze bardziej i są momenty kiedy wspólnie śmiejemy się, aż mnie policzki bolą, a ona staje się zmęczona 🙂

    Czy to sprawi, że obie będziemy żyły dłużej? Fajnie by było, ale nawet jeśli nie, to żyjemy na pewno radośniej. Dzięki temu, że bawimy się, wygłupiamy i śmiejemy wspólnie wzmacniamy nasza więź i relację. Chcemy razem przebywać, bo jest nam dobrze. I naprawdę nie trzeba dużo abyśmy czuły radość i szczęście. Bo choć Marianka nie mówi jeszcze, to widzę w Jej oczach to wszystko. Poza tym pod wieczór kiedy mamy czas na te wygłupy Mania sama garnie się do mnie i prowokuje te wybuchy śmiechu. Widać, że tak jak ja czeka na te nasze wspólne chwile. Widzę też, że kiedy mąż jest w domu i się do nas przyłącza córeczka jest jeszcze bardziej radosna. Choć nie wiem czy to możliwe 🙂 Szuka z nami kontaktu, takiego radosnego bycia razem.

    Wiadomo, że są dni kiedy jesteśmy zmęczeni i kiedy już nie ma sił. Ja też takie mam. Chętnie bym zrobiła „co trzeba” i poszła spać. Ale kiedy widzę te oczekujące oczka, roześmiane i pełne nadziei na wspólny czas… no cóż… siły się znajdują. A po wszystkim kiedy Mania już śpi, ja mam dużo lepszy humor, a zmęczenie nie jest już takie uciążliwe.

    Może i śmiech nie przedłuża życia, ale warto znaleźć powody i czas do wspólnej radości z dziećmi i partnerem. Nasz rodzinny świat staje się wtedy cieplejszy, a my bliżsi sobie. Problemy dnia codziennego nie przytłaczają już tak bardzo. Więc cieszmy się i radujmy codziennie, a nasze życie z pewnością będzie przyjemniejsze

  • Relacje, więzi i inne trudne słowa

    Rodzice często pytają jak stworzyć wieź z dzieckiem, jak zadbać o relację aby w przyszłości nie mieć problemów z nastolatkiem. Albo jak to wszystko naprawić kiedy już się zepsuło. No i czy mogłabym o tym wszystkim napisać?

    Oczywiście, że bym mogła i robię to kilka razy w tygodniu. Większość moich tekstów, niezależnie od tematu, bazuje właśnie na tworzeniu relacji i wzmacnianiu więzi. Bo to nie jest tak, że można sobie w kalendarz wpisać od 7.45 do 8.15 tworze więzi. Oczywiście można tak zaplanować coś specjalnego, coś co wpłynie na nasze relacje z dziećmi, ale tak naprawdę, to codzienne sytuacje kreują naszą więź. To co dzieje się w ciągu dnia codziennie to jest właśnie relacja. A jaka ona będzie, zależy bardzo dużo od naszej świadomości, od tego co sobie postanowimy, jak postępujemy i czego chcemy.

    Budowanie więzi między rodzicami a dzieckiem zaczyna się w chwili kiedy dowiadujecie się, że ktoś nowy pojawi się w waszym życiu. To nastawienie i emocje, które towarzyszą ciąży już rzutują poniekąd na relacje w przyszłości. Bo ten kontakt tak jak wszystko „powstaje dwa razy, najpierw w głowie, a potem w rzeczywistości” (jak mówi mój zaprzyjaźniony trener, coach i mówca Lechosław Chalecki). Jeśli my jesteśmy negatywnie do kogoś nastawienie to, on z pewnością w którymś momencie to wyczuje i szansa na pozytywne relacja jest niewielka. Tak jest też z dzieckiem. Jeżeli w naszej głowie nie ma pozytywnego obrazu więzi i relacji z nim, ono to wyczuje i bardzo trudno będzie nam to wszystko stworzyć w realu.

    A dlaczego nasze nastawienie w głowie może być negatywne? Z bardzo wielu przyczyn. Od nieplanowanej ciąży, przez problemy z partnerem, po strach i obawy czy damy radę. Każdy dzień po narodzinach dziecka też wpływa na nasze przyszłe relacje. Być może pamiętacie mój wpis „Szanuj potomka swego”, gdzie pisałam o budowaniu autorytetu i szacunku. Tak jest z każdym aspektem naszych relacji. Jeżeli my mamy pozytywny ich obraz i chęci to już połowa sukcesu.

    A jak jest ciężko? Bo wiadomo, że bywa bardzo ciężko i nie ważne czy dziecko jest małe czy duże. Trzeba zachować dystans. Zatrzymać się na chwilę. Ja tak robię. Kiedy w nocy po raz „setny” wstaję do Marianki i już padam na twarz i gdzieś nerw chce wyskoczyć. Mówię sobie „Sylwia, to Ty jesteś dorosła. Ona nie robi tego specjalnie, jest dzieckiem. Twoje nerwy nic nie dadzą, a jeszcze Mania bardziej się rozbudzi. Odpuść” i jest lżej… choć muszę przyznać, że nie raz uroniłam łzę… z bezsilności. Ale to właśnie świadomość relacji jaką mam z córką i jaką chcę mieć w przyszłości sprawia, że stojąc nad łóżeczkiem jakoś daję radę.

    A jeśli jednak coś nam nie wyjdzie, zawalimy? To wszystko da się naprawić. Tylko trzeba chęci i determinacji. Bo dzieci nas kochają, wiedzą że czasem nawalamy i trzeba naprawdę się postarać aby to zepsuć. O ile oczywiście fundamenty naszych relacji były mocne. Czasem się wydaje, zwłaszcza rodzicom nastolatków, że tego już się nie da odbudować. Ale to jest tak jak z wartościami, o których niedawno pisałam. Trzeba czasu i cierpliwości, no i oczywiście chęci.

    Chciałabym bardzo abyście czytając moje teksty szukali podpowiedzi jak w danej sytuacji wzmacniać waszą relację z dziećmi. Bo staram się właśnie takie wskazówki zawsze umieszczać. Ja twierdzę, że nawet w najtrudniejszych sytuacjach da się pracować nad więzią. Skoro ja potrafiłam stworzyć silną wieź z Marianką, pomimo że przez pierwsze 2,5 miesiąca widziałyśmy się 5 godzin dziennie, a przez kolejne 1,5 miesiąca 7 godzin dziennie. To znaczy, ze każdy może. Tylko trzeba chcieć i być świadomym, że to codzienność buduje relacje, a niecodzienność wzmacnia. Powodzenia!