Tag: wychowanie

  • Mrugnęłam i minął rok

    Zaskoczenie i paniczny strach… To dwa uczucia, które rozpoczęły tak naprawdę moje macierzyństwo. Nie spodziewałam się, że urodzę po skończonym 25 tygodniu ciąży. Wszystko było ok, aż tu naglę „Pani rodzi”. Ale, że ja? To niemożliwe. A jednak 18 stycznia 2016 roku pół godziny po północy na świat przyszła moja córeczka Marianka. Ważyła 780 g, mierzyła 34 cm i jak się niedawno dowiedziałam – nie dawano Jej większych szans na przeżycie.

    Ta pierwsza noc na sali poporodowej, kiedy słyszałam za ścianą płaczące noworodki, a nie miałam jeszcze wieści z Oddziału Reanimacji… nawet nie chcę wspominać. Mój świat rozleciał się na kawałeczki. I choć pierwsze dni i tygodnie były ciężkie (choć właściwie to mało powiedziane), to wszystko pomału zaciera się w mojej pamięci. Z tego czasu chcę pamiętać te dobre rzeczy. Każde dodatkowe 100 g, każdy dzień kiedy mogłam Mariankę „kangurować”, pierwszy dzień poza inkubatorem, pierwsze karmienie butelką. Uśmiechy, przytulania, czułości. I to, że od pierwszego dnia Mania uczyła mnie jak żyć na nowo. Dzięki Niej codziennie pokonywałam siebie, zwątpienie, negatywne myślenie i strach. Ponownie nauczyła mnie czerpać radość z małych rzeczy i stawiać na pozytywne myślenie. Codziennie starałam się dla Niej dostrzegać pozytywy, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. To Wy mnie o tym uświadomiliście, komentując moje teksty.

    Dzięki Mariance zdecydowałam się na nową drogę rozwoju, nową ścieżkę zawodową. Dała mi siłę do walki o siebie dla Niej. Bo chcę aby miała mamę, która jest dumna z tego co robi i dobre się w tym czuje.

    Mania pokazała mi jakie są moje słabości i zmotywowała do pracy nad nimi. Codziennie ćwiczę się i doskonalę przy Niej. Zatrzymała mój świat, po to abym mogła go poruszyć na nowo.

    Czy teraz jak jest w domu jest łatwiej niż kiedy była w szpitalu? Z pewnością. A kiedy jest ciężko (a jeśli jesteście rodzicami, a zwłaszcza mamą to wiecie, że czasami jest bardzo ciężko) – zawsze myślę, że nie jest tak źle, przecież jesteśmy razem. Ta myśl daje mi siłę, kiedy Mania ma gorszą noc lub jest marudna w ciągu dnia. Ta myśl pozwala mi stać w kolejce do kolejnego lekarza i słuchać kolejnych diagnoz. Ta myśl pozwala mi z ciężkim sercem patrzeć jak czasami Marianka płacze na rehabilitacji, bo jest jej ciężko coś opanować. Ta myśl pozwala mi przetrwać dni kiedy nie wychodzimy na zewnątrz z powodu pogody i te kiedy nie rozmawiam z żadnym dorosłym poza mężem.

    Marianka pozwoliła mi nabrać dystansu do życia i planów, które układałam tak skrupulatnie. Pomogła mi odnaleźć Sylwię, a nie panią dyrektor czy druhnę harcmistrz.

    Jestem Sylwia i mama cudownej dzielnej wojowniczki Marianki. A ten rok był najtrudniejszym w moim życiu ale z pewnością też najpiękniejszy. Zobaczymy co przyniesie kolejny. Wiem, że z pewnością będzie nadal pełen walki o rozwój Marianki. Ale też wiem, że razem damy radę 🙂

  • Jajko czyli wiersz o rodzicielstwie

    Z Marianką codziennie czytamy wierszyki i kiedy po raz pierwszy jako mama przeczytałam „Jajko” Jana Brzechwy po prostu nie mogłam uwierzyć. Przecież to opis rodzicielstwa. Opisuje wszystkie strachy rodziców. Wszystko czego się boją i jakich rad udzielają swemu dziecku zawarte w prostym wierszyku. Prośby o uważność, ostrzeżenia, każde potknięcie dziecka, którego przecież chcieliśmy uniknąć. My znamy świat, a dzieci jeszcze nie. A jednak ostatecznie to właśnie dzieci podejmują decyzje dotyczące ich życia i nic na to nie poradzimy. Jedynie co możemy zrobić, to wyposażyć nasze pociechy w wartości, emocje i przeżycia, które ułatwią im podejmowanie decyzji.

    Tyle wszystkiego w prostym wierszyku… A jednak, trafione w punkt 😉

    Było sobie raz jajko mądrzejsze od kury.

    Kura wychodzi ze skóry.

    Prosi, błaga, namawia: „Bądź głupsze!”

    Lecz co można poradzić, kiedy ktoś się uprze?

    Kura martwi się bardzo i nad jajkiem gdacze,

    A ono powiada, że jest kacze.

    Kura prosi serdecznie i szczerze:

    Nie trzęś się, bo będziesz nieświeże”.

    A ono właśnie się trzęsie

    I mówi, że jest gęsie.

    Kura do niego zwraca się z nauką,

    Że jajka łatwo się tłuką,

    A ono opowiada, że to bajka,

    Bo w wapnie trzyma się jajka.

    Kura czule namawia: „Chodź, to cię wysiedzę”.

    A ono ucieka za miedzę,

    Kładzie się na grządkę pustą

    I oświadcza, że będzie kapustą.

    Kura powiada: „Nie chodź na ulicę,

    Bo zrobią z ciebie jajecznicę”.

    A jajko na to najbezczelniej:

    Na ulicy nie ma patelni”.

    Kura mówi:

    Ostrożnie! To gorąca woda!”

    A jajko na to:

    Zimna woda! Szkoda!”

    Wskoczyło do ukropu z mina bardzo hardą

    I ugotowało się na twardo

  • Mówił dziad do obrazu czyli dziecko też człowiek

    „Ona mnie kompletnie nie słucha. Mogę gadać godzinami, a i tak nic do niej nie trafia. A jak powiem czekolada/ lody/ bajka to zawsze usłyszy”. Słyszałam to już niejednokrotnie od rodziców czy dziadków. Zrozpaczeni szukali pomocy, mówiąc o złośliwości czy wręcz perfidii dzieci. A muszę tu powiedzieć, że o ile rzeczywiście nie mamy do czynienia ze zbuntowanym nastolatkiem (choć czasem w takich sytuacjach również) większość tego „niesłuchania” jest naszą – dorosłych winą. Pisałam jakiś czas temu o intencji i intonacji – czyli głosie i słowotoku. Dziś chciałabym opowiedzieć o kilku innych problemach komunikacyjnych, przez które mamy wrażenie, że dziecko nas nie słucha.

    Jednym z takich powodów jest to, że nie mówimy do dziecka. „Jak to? Przecież jak czegoś od niego chcę to zawsze mówię do niego.” No właśnie nie. Często mówimy gdzieś w przestrzeń, poza dziecko, w innym kierunku. Mało kiedy prosząc o wykonanie czegoś patrzymy dziecku w oczy. „No, ale przecież ono wie, że mówię do niego”. Nie do końca. O ile starsze dziecko z pewnością się domyśli z kontekstu wypowiedzi, że jest to skierowane do niego, to już młodsze nie koniecznie. Pomyślmy jak my się czujemy kiedy ktoś mówi do nas, nie patrząc nam w oczy czy chociaż w naszą stronę? Nie za dobrze. I nawet jak wiemy, że mówi do nas, to wcale nie rzucamy się chętnie do wykonywania jego prośby. Bo nie czujemy, że ktoś wypowiedział się z szacunkiem. A przecież dziecko jest człowiekiem, o czym przekonywała nas już dawno Stary Doktor – Janusz Korczak. Należy mu się szacunek, a nie uwaga rzucona mimochodem. Od tak sobie. A później się dziwimy, że nas „nie słucha”. Ciężko jest wykonać polecenia kogoś, kto nas nie szanuje. Pomyślcie jak to jest z Wami kiedy musicie coś zrobić, a szef traktuje Was jak kogoś gorszego. Dzieci już od bardzo małego czują jak je traktujemy, a zwracanie się do nich jest pierwszym przejawem.

    No właśnie, prosimy dziecko aby coś zrobiło. Ale czy to jest naprawdę prośba? Czy tylko zwrot grzecznościowy. Bo jeśli to jest prośba, to dziecko może odmówić. „Czy możesz zrobić?” Każde sformułowanie, które się tak zaczynam daje pole do dyskusji. Która sama w sobie jest oczywiście dobra, ale nie zawsze tego oczekujemy. Tak więc jeżeli chcemy uczyć nasze dzieci kultury i zasad dobrego wychowania mówmy „proszę cię, zrób to”. Nie dajemy pola do manewru, ale traktujemy z szacunkiem. Oczywiście dziecko może zapytać dlaczego, ale nie pytamy czy to zrobi czy nie. Możemy dyskutować o czasie wykonania i przyczynie/ potrzebie, ale nie o samej czynności. Bo cóż ma na celu pytanie malucha „Czy zjemy obiadek?” Czy chcemy dać mu tak naprawdę o tym zdecydować? Czy to tylko takie sformułowanie? A jeśli tak, to co ma na celu? Dyskutujmy z naszymi dziećmi, ale o tych sprawach gdzie jest na to miejsce. To jest forma nauki i przejaw szacunku.

    I to jest słowo klucz SZACUNEK. Jeśli my będziemy szanować nasze dzieci, mówić bezpośrednio do nich, jeśli będziemy uczyć dyskutować, a nie dawać złudne poczucie decyzyjności – łatwiej będzie nam się porozumieć. Nasze słowa będą szybciej docierały, a relacje będą silniejsze. Jest jeszcze kila aspektów komunikacji, które zniwelują problem „nie słucha mnie”, ale o tym innym razem…

  • Matka wariatka, czyli każdy ma jakiegoś bzika

    Chyba w życiu nie spotkałam żadnej mamy, która nie miałaby fioła na jakim aspekcie wychowania czy opieki nad swoim dzieckiem. A miałam do czynienia z dużą ilością rodzicielek. I nawet jeśli mama jest najbardziej wyluzowana na świecie z pewnością ma jakiegoś bzika. W sumie to dobrze, bo gdybyśmy wszystkie były idealne to co to byłby za świat 😉

    A tak na serio to rzeczywiście jest tak, że każdy z rodziców zwraca szczególną uwagę na jakiś szczegół dotyczący wychowania dziecka. Niezależnie czy to jest mama czy tata. Dobrze jest jak się ze sobą zgadzają, albo przynajmniej akceptują swoje „bziki”. Ważne też aby samemu sobie uświadomić co jest takim aspektem mego rodzicielstwa. Jaka sprawa kontrolowana jest niegroźna, a kiedy wymknie się nam to może być niebezpieczna dla dziecka lub naszych relacji z nim.

    Teraz pewnie część z Was myśli sobie, że „to mnie nie dotyczy, ja tak nie mam”. Ale jest to raczej mało prawdopodobne. Jakie mogą być „bziki”? Najróżniejsze. Od ilości czy jakości jedzenia, przez ciepłe bądź lekkie ubieranie, zajęcia dodatkowe, naukę języków, karmienie piersią, wdrażanie do samodzielności, wyznaczanie granic lub nie, swobodę myśli i poglądów, edukację, zdobycie dobrego zawodu… mogłabym wymieniać i wymieniać. Jeszcze raz stanowczo powiem, że jeśli jest coś dla nas ważne to bardzo dobrze, ale nie pozwólmy zapanować temu nad naszym życiem i relacjami z dzieckiem. Przykład? Bardzo proszę.

    Marianka jako wcześniak ważyła zawsze mało (zaczynała od 780 g, a nawet 680 g). W szpitalu każde 50 czy 100 g witaliśmy z uśmiechem. Pierwszy kilogram to było święto. Raz przybierała lepiej, raz gorzej. Kiedy wychodziła ze szpitala była mała w porównaniu z dziećmi w podobnym stanie – 3,4 kg. Ale w domu zaczęła szybko nadrabiać. Nie wiem kiedy wskoczyła na 6 kg, później zaczęła trochę zwalniać. Zawsze lubiła jeść. Wiadomo jak wprowadzaliśmy stałe pokarmy raz zjadła więcej, raz mniej ale jakoś szło. Była dumna. Wyprzedziła, nie nawet zostawiła daleko w tyle swoje rówieśniczki ze szpitala. I przyszedł listopad… przybierała coraz wolniej (co oczywiście jest normalne), ale przede wszystkim zbuntowała się na jedzenie. Tak naprawdę byłam w stanie nakarmić ją normalnie tylko późnym wieczorem przez butelkę. W dzień ani butelka, ani kasza, ani owoce, o zupie czy obiadku już nie wspomnę. A kilka dni wcześniej zaczęła zjadać już całe porcje. A tu strajk. Dwa tygodnie… każde karmienie to koszmar i próba podania choćby połowy porcji, szukanie pomysłów i sposobów. Wiedziałam, że pierwszy raz po wyjściu ze szpitala waga zaczęła spadać. Wiedziałam to, choć nie ważyłam Marianki. Pomału zaczęła wracać do jedzenia kaszy, owoców. Ale zupa to nadal była trauma. I dla Niej i dla mnie. Zdążało się, że po godzinie karmienie gdzie zjadała mniej niż połowę siadałam i płakałam. Myślicie sobie, trzeba było odpuścić, niech się przegłodzi to by zjadła. Też bym to radziła rodzicom. Ale tu uruchomił się mój „bzik” – spadek wagi. Dziś Mania od jakiegoś tygodnia znowu je wszystko. Jak to się stało? Proste. Ja. To ja stanowiłam problem. Ja i mój „bzik”. Marianka miała po prosu na początku jakiegoś focha, każde dziecko ma. Ale ja tego nie zauważyłam. Może dawałam Jej za dużo na łyżeczce, może za szybko? W każdym razie coś było nie tak i mała się zacięła. Musiała zatrzymać się i powiedzieć stop. Nie stresuj się. Niech zjada tę połowę zupy, nadrobi kaszą. Kiedy ja trochę odpuściłam, wyluzowałam, Marianka wyszła mi naprzeciw i zaczęła pięknie otwierać buzię i zjadać. Czasami jeszcze się buntuje przez chwilę, ale wtedy ja odczekuje i jemy dalej. Nadal w głowie mam jeszcze tego maluszka, który urodził się ważąc mniej niż torebka cukru. I pewnie długo tak mi zostanie. Ale teraz wiem, że muszę wyluzować i czasami zadowalać się pewnym minimum. Ważne żeby rosła i była zdrowa, a waga to rzecz wtórna.

    No właśnie, czasami problem, który mają nasze dzieci tak naprawdę jest naszym problemem. Uświadomionym lub nie. To nasze „bziki” sprawiają, że relacje stają się napięte. Ja nie chcę wspominać tych poprzednich trzech tygodni. Było okropnie, nie lubiłyśmy z Manią tych momentów, źle się czułyśmy w swoim towarzystwie. Na szczęście jest mała, trwało to stosunkowo krótko i nie będzie tego pamiętać.

    Zastanówmy się czasem w trudnych sytuacjach nad sobą. Czy naprawdę dziecko musi założyć na siebie tę dodatkową warstwę? My siedzimy na ławce, on biega i odczuwa temperaturę inaczej. Czy musi ćwiczyć tyle na instrumencie? Może wcale tego nie chce. Czy do tej bluzki muszą być założone te spodenki, bo innych kolor jest zły? To nie są ważne rzeczy, a wpływają na nasze relacje.

    Czasem te nasze „bziki” wynikają ze strachu, kiedy indziej z doświadczeń życiowych – zwłaszcza z dzieciństwa. Zmierzmy się z nimi, bo są nasze. A nasze dzieci i relacje z nimi, niech będą od nich wolne. Zostawmy sobie „bziki” w formie malutkiej i nieszkodliwej. Bo jeśli są malutkie, to świat jest bardziej kolorowy, bo my jesteśmy różni.

  • Czasami Cię nie lubię… choć zawsze kocham

    Jeśli macie dzieci, które już w miarę dobrze mówią pewnie choć raz w życiu słyszeliście „Nie lubię Cię”… a czasami patrząc na potomka lub partnera sami to pomyśleliście. Ja rzadko kłócę się z moim mężem, ale jeśli już, to wtedy często pada stwierdzenie „W tej chwili Cię nie lubię… choć nadal kocham”. Bo tak jest.

    Czasami denerwujemy się na naszych bliskich. To normalne. Zwłaszcza kiedy nam na kimś zależy. I wtedy właśnie tak jest, że w tym momencie, w tej chwili nie czujemy sympatii do tej osoby. Dzieci są odważne i mówią to co czują (w odróżnieniu od wieli dorosłych). Dorośli kiedy słyszą takie słowa, robi im się przykro. Obrażają się, zamiast zastanowić się dlaczego nasze dziecko tak się poczuło. Co takiego się wydarzyło, czy może jednak coś zrobiliśmy nie tak. A może po prostu to czego wymagamy od dziecka nie psuje mu? Może jest złe, choć wie, że mamy rację?

    Inni rodzice zaczynają dziecku tłumaczyć, że tak nie można mówić, że to nieładnie, że trzeba kochać mamusię i tatusia. Tylko czy takie słowa mają cokolwiek wspólnego z miłością dziecka do nas? Nic, a nic. Dziecko komunikuje to co czuje w danym momencie i w danej sytuacji. A my chcemy je nauczyć, żeby nie wyrażało swoich emocji.

    Więc co zrobić? Oczywiście można powiedzieć, że jest mi przykro, że tak dziecko czuje. Ale w żadnym razie nie należy podważać tego, że właśnie to czuje. I rozumiemy i nadal je kochamy. Można powiedzieć, że mam nadzieję, że kiedy już się pogodzimy i rozwiążemy nasz problem, znowu dziecko będzie nas lubiło. Można też się zapytać dlaczego konkretnie nas nie lubi, wtedy być może będzie łatwiej nam dojść do porozumienia.

    A czy samemu warto mówić, że się kogoś nie lubi? To zależy. Jeśli ma się siłę i chęci… to tak. Zwłaszcza bliskim dorosłym. A dzieciom? To dużo zależy od wieku i relacji między rodzicem, a dzieckiem. Warto jednak pamiętać, że jeżeli chcemy to powiedzieć to zawsze należy dodać „w tej chwili” oraz „ale nadal cię kocham”. Dziecko nie może poczuć choć na chwilę wątpliwości czy rodzic je kocha. W trudnych rozmowach z dziećmi warto używać sformowań „Bardzo Cię kocham, ale jestem teraz na Ciebie zły/ zdenerwowany…” można dodać „potrzebuję przez moment być sam”. To też pokazuje dzieciom w jaki sposób można się komunikować.

    Przecież wszyscy czasami mamy negatywne emocje. Są one trudne, ale trzeba nauczyć się sobie z nimi radzić. Nie cisnąć w sobie. A jak to zrobić lepiej niż poprzez obserwacje jak radzą sobie rodzice.

    Nie bójmy się swoich negatywnych emocji. Strach, złość czy zdenerwowanie nie są złe i nie wpływają na naszą miłość do drugiej osoby. Pokażmy dzieciom, jak sobie z nimi radzić oraz to, że nawet po najgorszej awanturze trzeba się przytulić i ukochać 🙂 Bo nie warto długo rozpamiętywać złych rzeczy.

  • Chcę prawdziwego mężczyznę… takiego co się nie myje i leży przed telewizorem

    Kilka dni temu mama jednej z uczestniczek programu MasterChef powiedziała, że jej córka potrzebuje prawdziwego mężczyzny, takiego co się nie myje i leży przed telewizorem. Później stwierdziła, że w sumie umyć się może, ale ważne, żeby do domu przynosił pieniądze, a żona żeby mogła gotować. Uczestniczka na początku się zmieszała, a później przyznała mamie rację.

    Jak się nad tym zastanowić, to jeśli tak ma się postrzegać prawdziwego mężczyznę, to cieszę się, że mój mąż taki nie jest. I jestem z tego dumna. Nie chciałabym też aby Marianka w przyszłości związała się z takim człowiekiem.

    W pewnym sensie rozumiem potrzebę uczestniczki i jej mamy. Dziś w dobie zniewieścienia mężczyzn, tego, że my kobiety chcemy od nich aby byli i macho i wrażliwi i zadbani i w ogóle, trudno być facetem. Wychowujemy ich albo na nieporadne istoty, na które później narzekają ich partnerki. Albo z kolei tworzymy etos mężczyzny żywiciela rodziny. Oczywiście odrobinę generalizuje, a może nie?

    To my matki pokazujemy chłopcom jak funkcjonuje kobieta, co robi, jak robi, jaka jest. Uczymy ich tego jak z nami postępować, czego oczekiwać i czego wymagać. To Wy ojcowie wpajacie wzorce zachowania, szacunku i partnerstwa. To od Was chłopcy uczą się jak być z kobietą i jak ją traktować.

    Jakiego partnera chciałabym dla swojej córki w przyszłości? Pewnie podobnego do mojego męża, a co za tym idzie i trochę do taty. Tak udało mi się powielić wzorzec i znaleźć partnera, który jest bardzo podobny do mojego taty. Chciałbym aby szanował moją Mariankę, dawał jej poczucie bezpieczeństwa (przede wszystkim emocjonalnego, a nie tylko finansowego). Aby wspierał Ją w Jej dążeniach i ambicjach, pomagała realizować marzenia. Aby mogli wspólnie przezywać chwile radości i smutku. Aby był wrażliwy na cierpienie innych i rozumiejący innych. Aby był czuły dla Niej i dla ich wspólnych dzieci. Chciałabym aby potrafili ze sobą rozmawiać na wszystkie tematy. Z pewnością tak będę wychowywała Manię aby sama też taka była. Aby wspierała i kochała. Aby nie bała się obowiązków domowych, ale i oczekiwała wsparcia w tym względzie.

    Tego bym chciała… a jak będzie? Nie wiem… Wiem, że nie zależnie czy ktoś jest mężczyzną czy kobietą ważne aby szanował innych i chciał być partnerem w życiu codziennym. Wychowujmy naszych synów i córki tak aby w przyszłości łatwo mogli stworzyć dobre związki i być szczęśliwymi.

    Wszak mówi się, że nie wychowujemy dzieci dla siebie tylko dla przyszłych mężów i żon 🙂

  • Przyjaźń, pasja i coś jeszcze. Tego chciałam dla moich dzieci

    Moja przygoda z harcerstwem zaczęła się, gdy miałam 7 lat, a skończyła … – właściwie to się nie skończyła. Aktywną działalność prowadziłam do momentu narodzin syna, a i potem jeszcze przez trzy lata miałam ciągły kontakt z drużyną. Dopiero gdy urodziła się córka, oficjalnie odeszłam z drużyny. Aktywnie już nie działam, ale kontakt z harcerstwem mam cały czas – poprzez młodą, która w poszukiwaniu swojego miejsca przeszła przez różne drużyny, aż w końcu zacumowała w tej, na której i ja skończyłam działalność

    Co mi dało harcerstwo? Męża , a poza nim poczucie własnej wartości, nauczyło odwagi, wyrażania swoich poglądów, samodzielności. Bycie harcerką sprawiło, że ciągle idę do przodu, że ciągle szukam czegoś nowego, nie boję się wyzwań, daję sobie radę z trudnościami, jakie niesie życie. Odkrywam nowe pasje – od dziewięciu lat tańczę hip hop . Teraz rozmyślam nad kolejnymi studiami podyplomowymi, nad jakąś zmianą w swoim życiu. Harcerstwo to też masa wspomnień – jedzenie żabiego udka pieczonego nad ogniskiem podczas nocnego samotnego pobytu w lesie, nocne wędrówki, spanie w październiku pod gołym niebem, przy ognisku, podczas gdy w menażce woda zamarzała, przechodzenie po linie nad rzeką, rąbanie drewna do kuchni, stawianie masztu, całodobowe milczenie, zdobywanie sprawności, stopni, patentów. Zaszczepiona miłość do gór, wędrówek, ciekawość świata i ludzi. No i przyjaciele – mimo odległości, jaka nas często dzieli (liczona w setkach, a nawet tysiącach kilometrów) – wciąż mamy ze sobą kontakt.

    Dzieci, tak jak i ja, od małego miały kontakt z harcerstwem. Syn w gimnazjum zrezygnował z życia harcerskiego na rzecz życia naukowego (wessało go Towarzystwo Astronomiczne Almukantarat – to z nimi zaczął jeździć na biwaki i obozy), córka miała roczną przerwę, a po niej trafiła do mojej drużyny i tu już została. Młody poza szkołą przez całą swoją edukację chodził dodatkowo na kółko informatyczne, by w liceum pomagać w prowadzeniu zajęć, jeździł jako wykładowca na zielone szkoły i obozy naukowe, a teraz jest studentem drugiego roku informatyki w Anglii. Młoda z kolei od 12 lat tańczy, działa w dwóch drużynach harcerskich, jeździ konno – aktualnie jest w drugiej klasie liceum.

    A co dzieciom dało harcerstwo? Syn po raz pierwszy pojechał na obóz w wieku 8 lat. Co roku gdzieś jeździł, zmieniając po drodze towarzystwo (bo stylu życia nie – i harcerze, i Almukantaratowcy śpią w bazach harcerskich, schroniskach, żyją skromnie, acz wesoło ). Z nieśmiałego, lękliwego chłopczyka zamienił się w odważnego młodzieńca, pełnego wiary w swoje możliwości, zawsze chętnego do działania, do podejmowania nowych wyzwań, samodzielnego (ma za sobą rok życia w obcym kraju, bez rodziny i przyjaciół, przeprowadzkę z akademika do domku). Córka zaczęła wcześniej, swoje pierwsze zimowisko zaliczyła w wieku 6,5 lat, też co roku gdzieś jeździ. Nabrała pewności siebie, nauczyła się wielu ciekawych i przydatnych rzeczy, sama budowała łóżko, kopała doły pod latrynę Radzi sobie z wieloma zajęciami naraz, jest zorganizowana, poukładana. Oboje są w stanie funkcjonować bez mamy 😉

    Fajnie jest patrzeć na swoje dzieci, jak mają jakieś pasje, swoje życie. Z jednej strony jest tęsknota za tymi maluszkami ciągle potrzebującymi mamy, a drugiej duma, że udało się wychować mądre i samodzielne dzieci, które bez lęku, za to z wiarą w swoje możliwości wychodzą w świat. Nie było to proste, trzeba było ciągle przełamywać swój lęk o nie, ukrywać swoją troskę i pozwalać na coraz większą samodzielność, podsuwać nowe wyzwania do pokonania. Ale warto było

    Agnieszka Bogacka

    mama dwójki prawie dorosłych dzieci

    harcerka, tancerka hip hop

  • Miłość i konsekwencja – dwie siostry

    Ostatnio na kilku forach przyglądałam się dyskusjom na temat metod wychowawczych polecanych przez specjalistów. Mamy preferujące rodzicielstwo bliskości starły się z tym, które są za konsekwencją. Przywoływane są tam porady różnych bardziej lub mniej znanych „super Niań” oraz literatura z najprzeróżniejszych źródeł. Ogólne to cieszę się, że mamy prowadzą dyskusje dotyczące tak ważnego aspekty życia dziecka jak wychowanie, bo to znaczy, że im zależy. Mam jednak kilka wątpliwości.

    Po pierwsze wydaje mi się, że wiele mam „idzie” za modą w wychowaniu, którą teraz jest rodzicielstwo bliskości. Nie do końca rozumieją czym ono jest, czasami posiłkują się jakąś literaturą, częściej szczątkowymi informacjami z Internetu. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie krytykuje tej metody wychowawczej. Mam tylko wrażenie, że niektóre z mam czują presję jej stosowania, choć podskórnie czują, że czegoś im w niej brakuje. Zapominają, że każde dziecko jest inne, rodzina jest inna oraz doświadczenia. I nie w każdej sytuacji, zawsze to samo się sprawdza. Idea bliskości z dzieckiem jest czymś fantastycznym moim jednak zdaniem czasami to trochę za mało.

    Po drugie negowanie metod wychowawczych, które się sprawdzają u innych jest moim zdaniem bardzo nie fair. Zresztą już o tym pisałam.

    Wydaje mi się, że części z tych mam umyka bardzo ważna rzecz. Nie ma miłości bez konsekwencji i odwrotnie. Inaczej nie miałoby to sensu i nie nazwałabym tego skuteczną metodą wychowawczą. Bo sama bezgraniczna miłość może prowadzić do rozpieszczania (ale oczywiście nie musi), a z kolei konsekwencja bez wsparcia i codziennego okazywania pozytywnych uczuć to prosta droga do despotyzmu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żebym stawiała granice mojej Mariance, a jednocześnie nie okazywała jej wsparcia i miłości. Abyśmy w wyznaczonych ramach nie miały wspólnie czuć się bezpiecznie i radośnie. To, że ustalam zasady nie znaczy, że nie tulę dziecka, nie całuję i nie jestem czuła. Konsekwencją pokazujemy dzieciom, że nam na nich zależy i są dla nas ważne. Dla mnie to najwyższe możliwe okazanie miłości – wyznaczenie granic, w których dziecko może bezpiecznie się poruszać. Granic, w których okazuję mu zaufanie i uczę odpowiedzialności.

    Dla maluchów takimi granicami może być plan dnia. Ja też taki mam. Wyznacza on pory posiłków i pomaga nam wyznaczyć czas na zabawę i drzemki. Planując wizyty u lekarza czy jakiekolwiek wyjście uwzględniam go i staram się przestrzegać. Pokazuje w ten sposób, że potrzeby mojego dziecka są ważne i dbam o jego komfort. Każde większe zaburzenie w planie sprawia, że Mania jest rozdrażniona i poddenerwowana. Nie chcę aby tak się czuła. Czy w tym planie nie ma miejsca na odrobinę szaleństwa? Oczywiście, że jest. Są dni kiedy biorę rano Mariankę do swojego łóżka i wspólnie trochę dłużej leniuchujemy, okazując sobie czułość. Bo plan to ramy, które delikatnie można przesuwać tak aby było miejsce na uczucie między dzieckiem a rodzicem.

    Uważam, że najlepszym sposobem na to aby dziecko czuło się dobrze na każdym etapie swojego rozwoju, aby miało wspaniały kontakt z rodzicami jest dać mu bezpieczną i wyznaczoną przestrzeń do funkcjonowania i okazywać czułość oraz miłość. Dzięki temu jesteśmy w stanie nauczyć najpotrzebniejszych rzeczy w życiu. To właśnie mój sekret na wychowanie, z którego będą zadowolone dzieci i rodzice.

  • Diabełek czy aniołek?

    Pracując przez wiele lat w przedszkolach i żłobku często spotykałam się z sytuacją, kiedy rodzic nie dowierzał, że jego dziecko zachowuje się w opisywany przez wychowawcę sposób. I nie zawsze chodziło o złe zachowanie. Sama wielokrotnie spotkałam się z sytuacją kiedy rodzic nie chciała uwierzyć, że jego maluch był grzeczny, sprzątał zabawki czy pomagał pani. Dlaczego tak się dzieje, że wiele dzieci zachowuje się inaczej w domu a inaczej w przedszkolu lub u dziadków? Odpowiedź jest bardzo prosta. Bo zachowanie dziecka jest bardzo często zależne od zachowania dorosłych i zasad jakie wyznaczą.
    Miałam kiedyś kolegę, który w domu „chodził jak zegarek”, zresztą jego młodszy brat również. Ich tata był wojskowym i trzymał chłopców bardzo krótko. Obydwaj byli chłopcami bardzo żywiołowymi i musieli sobie poszukać sposobów na wyrażanie siebie i odreagowanie. Młodszy rozrabiał w szkole (o czym mama nie mówiła tacie – a gdyby nawet powiedziała nie uwierzyły, bo przecież chłopcy są posłuszni i ułożeni)), a starszy szukał sposobu na odreagowanie w muzyce. Ta historia nauczyła mnie, że nadmierna dyscyplina i brak bliskich reakcji powoduje złudne poczucie opanowania sytuacji przez rodziców.
    Często w przedszkolu czy na koloni zuchowej rodzice nie mogli się nadziwić, że ich dzieci wykonują polecenia wychowawców dotyczące porządku, czy zachowania choć w domu tego nie robią. Zawsze odpowiadałam, im że dzieci wchodząc w nowe struktury (żłobek, przedszkole, szkołę, gromadę zuchową) nie wiedzą co ich czeka i kiedy przedstawia im się zasady przyjmują je za pewnik. Tak po prostu jest. I spora cześć dzieci po prostu przestrzega tych zasad, o ile oczywiście wychowawca odpowiednio je przedstawi i sam ich też przestrzega. dzieci nie zastanawiają się, jak jest w domu, jak jest tu a jak ta…. Często ich myślenie przyczynowo – skutkowe jest dopiero w fazie rozwoju, więc nie jest dla nich czymś dziwnym że w przedszkolu się sprząta zabawki, a w domu zrobi to mama. Skoro mama robiła to zawsze to tak musi być.
    Dlatego myśląc o zachowaniu naszych dzieci warto zastanowić się czego tak naprawdę od nich oczekujemy? Za pomocą jakich zasad chcemy to osiągnąć? Jak my będziemy przestrzegać tych zasad? I jak to wszystko oprzeć o zaufanie i miłość, które powinny towarzyszyć naszym wszystkim działaniom wychowawczym

  • Zrobię to za Ciebie

    Bycie rodzicem nieodzownie związane jest z obserwowaniem jak nasze dzieci napotykają na swojej drodze przeszkody i trudności. Nie jest to łatwe patrzeć jak zmagają się z tymi wyzwaniami. W takich sytuacjach trudno jest rodzicom powstrzymać się od „pomagania”. Przecież my już to przeżyliśmy, wiemy jak się może skończyć. W naturalny sposób chcemy wykorzystać nasze życiowe doświadczenie.

    Jakie to mogą być sytuacje i przeszkody? Najróżniejsze w zależności od wieku, osobowości i umiejętności. Dla malucha może to być założenie butów czy ubranie się, odłożenie zabawek na miejsce, dla starszych dzieci odrabianie lekcji, relacje z rówieśnikami, obowiązki domowe. Nastolatki zmagają się z wyborami jeszcze trudniejszymi. I jak można je pozostawić samym sobie?Oczywiście, że nie można tylko czym innym jest stanie obok, bycie w pobliżu w razie potrzeby, a czym innym wyręczanie w zadaniach lub wyborach.

    Dlaczego wyręczamy nasze dzieci? Kochamy je i chcemy dla nich jak najlepiej. Często jesteśmy niecierpliwi, mamy mało czasu na czekanie aż malec przez 10 czy 15 minut będzie zakładał jednego buta, przychodzą goście a pokój nadal nie jest odkurzony, a śmieci nie wyrzucone… Skrzypce są angażującym instrumentem, ale jak będzie wirtuozem to mi podziękuje… Przecież szkoła kosmetyczna nie wchodzi w grę, miała zostać farmaceutką… Nadmierna ilość rad irytuje zwłaszcza nastolatki.

    Co się może wydarzyć kiedy „robimy coś”/ podejmujemy decyzje za dziecko? W takich sytuacjach najczęściej powtarzają się kilka scenariuszy, które występują w różnych natężeniach i kombinacjach. Po pierwsze możemy wychować młodego człowieka, który nie tylko nie będzie potrafił nic wokół siebie zrobić ale również samodzielnie nie podejmie żadnej decyzji, będzie szukał jej potwierdzenia u innych osób (nie zawsze chcących dla niego najlepiej) – możemy to nazwać wyuczoną bezradnością. Jak mówiliśmy przy „Błędzie pierwszym” dzieci dążą do władzy nad własnym życiem, a w sytuacji kiedy chcemy przeżyć to życie za nie pojawia się bunt… u jednego dziecka może to być bunt dwulatka, a u innego ośmio-, trzynasto-, czy osiemnastolatka. Wtedy niezależnie jak dobre byłby nasze rady z zasady zostaną odrzucone. Możemy też wychować młodą osobę, która w roszczeniowy sposób będzie oczekiwała, że wszystko zostanie „podane jej na tacy”, wszystko jej się należy.

    To nasze decyzje wpływają na samodzielność naszych dzieci dziś i kiedy będą dorosłe. O czym warto pamiętać, jakie zasady stosować zamiast „Zrobię to za Ciebie” będziesz mógł obejrzeć na kanale YouTube