Tag: zdrowie

  • Uśmiech warty życia

    Wszyscy chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Czasami jesteśmy w stanie wydać ostatni grosz aby miały lepiej niż my, przeżyły więcej… Gdyby nie to, że z mamą bohaterki tego tekstu od dłuższego czasu utrzymujemy kontakt, rozmawiałyśmy o wielu trudnych sprawach… być może trudno byłoby mi uwierzyć w tę historię… Ale zacznijmy od początku.

    img_20180815_153934_203

    Nastolatka, pełna energii, pasji do jazdy konnej i życia zakłada aparat ortodontyczny. Niby nic, tysiące osób w różnym wieku codziennie to robi. Jedni są bardziej zadowoleni, inni mniej… ale jakoś idzie wytrzymać te kilka lat. Niby nic się nie dzieje, ale co kilka dni temperatura podskakuje Jej do 37 stopni – dwa, trzy dni, potem spokój i znowu. Ktoś powie cóż to jest 37 stopni… niby nic, zwłaszcza jeśli badania z krwi i moczu są ok. Tylko pewnego dnia ta nastolatka trafia na sygnale do szpitala a jej serce bije 30/10… lekarze są bezsilni. Dziewczyna też nie wie co się z Nią dzieje, a w rogu sali stoi „pan w ciemnym płaszczu, jakby podświetlony lampą od dołu”. Posiewy z punkcji lendzwiowej są czyste tak samo jak z krwi… zdrowy człowiek umiera na sepsę…

    img_20180815_153939_028

    Nikt nie wie co się dzieje, dopiero pani epidemiolog dostrzega związek aparatu ze stanem zdrowia dziewczyny i sama o drugiej w nocy zdejmuje go pacjentce. A potem tłumaczy rodzicom, co się stało. I choć wiedzą już, że każda rana w buzi jest śmiertelnie niebezpieczna to nie zmienia to faktu, że sespa czyni spustoszenie w organizmie ich córki. Tygodnie niepokoju, walki o każdy oddech i godzinę życia. Leki, urządzenia, tabuny lekarzy i studentów, którzy nie mogą uwierzyć, że coś takiego się zdarzyło. A jednak… Jest i cud, dziewczyna pomału odzyskuje siły i zwycięża sepsę. Jest jednak na tyle duża, że wie iż Jej życie nigdy nie będzie już takie samo. Walczy z zapaleniem wsierdzia, dostaje silne antybiotyki, które niszczą żyły. Jest świadoma, że uszkodzenia serca – ubytek między komorowy oraz uszkodzenia zastawki aortalnej nie miną… wie, że już nigdy nie wsiądzie na konia, nie pojedzie na zawodach (a miała w tym roku brać udział w Cavaliadzie), nie potańczy, nie pojedzie na koncert Eda Sherena do Warszawy… Co więcej nie pójdzie do szkoły (bo ryzyko infekcji jest za duże) – będzie uczyła się w domu z odroczonym wyrokiem – przeszczep czy operacja. Zero koleżanek, zakupów, wyjść na burgera czy innych takich nastoletnich rozrywek… Zabrano Jej wszystko… Na szczęście została Jej rodzina, która codziennie o Nią walczy… szuka rozwiązań, operacji laparoskopowej na sercu jakiegokolwiek sposób aby było lepiej aby żyła.

    img_20180815_153942_964

    Niby jest to jeden przypadek na milion, ale nie wiadomo kiedy zdarzy się powtórnie i komu. Co się dokładnie wydarzyło? Wystarczyła mała ranka w buzi przez która bakterie bytujące w jamie ustnej dostały się do krwioobiegu. Układ odpornościowy je ignoruje, bo to niby flora bakteryjna człowieka, ale ona pomału zabija. Bo wkrótce dociera do serca i czyni tam spustoszenie…

    Ten, krótki tekst powstał na prośbę mamy bohaterki… Prosiła aby przestrzec rodziców, aby uważać na rany w jamie ustnej, a jeżeli coś Was zaniepokoi u waszych dzieci nie dawać za wygraną. Nawet jeśli wyniki z krwi i moczu są dobre. W tym przypadku podwyższona temperatura 37 – była ostrzeżeniem, wystarczyłoby zrobić echo serca, wizyta u kardiologa a wynik tej walki mógłby być innym. Nie bójmy się szukać, bo odpowiedź na nasze niepokoje może uratować życie naszemu dziecku.

    PS: zdjęcia są prawdziwe, przekazane przez mamę bohaterki tekstu

  • Ale lipa… z tymi chorobami

    Przywozicie niemowlaka do domu ze szpitala… Jesteście tacy szczęśliwi… potem dochodzi do tego jeszcze zmęczenie, jakiś niepokój od czasu do czasu… ale prawdziwy strach przychodzi przy pierwszej chorobie, którą często zwiastuje gorączka… i wtedy się zaczyna…

    My też bardzo mocno przeżyliśmy pierwszą gorączkę Marianki, choć była to tylko typowa trzydniówka. Ktoś może powiedzieć, że to nic dziwnego po takich naszych początkach, ale ja zdaję sobie sprawę, że każdy rodzic, nie tylko wcześniaka przeżywa to bardzo mocno. Bo niby wiesz co powinieneś zrobić, masz do dyspozycji leki. Ale problem się zaczyna kiedy gorączka nie chce spaść lub szybko znowu rośnie. No i przede wszystkim podstawowe pytanie, kiedy zaczynamy mówić o gorączce u dziecka? Jak często robić pomiar? Jakim sprzętem? I w ogóle jak to przeżyć?

    My mamy już za sobą kilka takich sytuacji, jedną choćby wczoraj. Czy jest nam już łatwiej? Czy mniej się przejmujemy? Z pewnością przejmujemy się tak samo jak za pierwszym razem, teraz tylko jesteśmy chyba bardziej opanowani. Bo tak naprawdę to tylko opanowanie i zdrowy rozsądek mogą nam pomóc „przeżyć to”. No i kilka zasad, o których ja staram się pamiętać

    Kiedy to już temperatura?

    Trzeba znać swoje dziecko i wiedzieć jaka jest naturalna jego temperatura. U naszej Marianki 37,2 to standard. Więc jeżeli temperatura wzrasta do 37,5 czy 6 to najpierw sprawdzamy czy nie jest przegrzana lub po prostu wymęczona. U każdego dziecko będzie to wyglądało inaczej. Jedne przy 38,5 będzie się normalnie bawiło, a inne przy 38 będzie „leciało przez ręce”. Ma u oczywiście znaczenie też przyczyna gorączki. Warto więc wcześniej znać swoje dziecko i je obserwować. Nie należy zbyt wcześnie podawać leków przeciw gorączkowych przede wszystkim dlatego, że to nie gorączka jest problemem – to walka organizmu, samoobrona lecz jej przyczyna.

    Jakie leki?

    Na rynku są dostępne różne i w syropie i w czopkach. Trzeba zdecydować się na jakiś zanim jeszcze dziecko gorączkuje, powinien u pomóc zaufany lekarz pediatra. Leki bazują na ibuprofenie lub paracetamolu. Większość lekarzy proponuje je podawać naprzemiennie. Zawsze warto się zapoznać z ulotką i sposobem dawkowania. Pamiętajcie lek podajemy w dawce dostosowanej do wagi a nie wieku dziecka.

    Co oprócz leków?

    Warto pamiętać też o domowych sposobach na gorączkę. My często używaliśmy ich kiedy gorączka wracała zbyt szybko aby podać następną dawkę leku.

    Jednym z nich są zimne okłady lub kąpiel. Pamiętajcie, że to tylko nazwa. Nie wyobrażam sobie włożenia rozgorączkowanego dziecka do zimnej wody. Jakbyście się wy poczuli w takiej sytuacji? Woda powinna być ok 2 stopni chłodniejsza niż ciało dziecka, tak samo z okładami. Nie serwujmy maluchowi szoku termicznego.

    Kolejny ważna rzecz to woda. Podczas gorączki dziecko często się poci i traci wodę. Aby nie doszło do niebezpiecznego odwodnienia należy pamiętać o jej podawaniu. Nie zastąpi jej żadna herbata ani sok.

    A propo herbat… dla nieco starszych dzieci polecam na gorączkę herbatkę z kwiatu lipy i odrobiny miodu. Może smak nie podejść każdemu dziecku (zwłaszcza tym przyzwyczajonym do samej wody), ale naprawdę działa cuda. Polecam również ją kobietom w ciążku, mi bardzo pomogła.

    Lekarz to podstawa

    Każdą, zwłaszcza trwającą kilka dni gorączkę należy skonsultować z pediatrą. Nawet jeśli myślimy, że to zęby lub trzydniówka. Przyczyny mogą być różne, np. zapalenie pęcherza. A my sami tego nie stwierdzimy. Grunt to niczego nie przegapić

    Nie tracić głowy

    Choć patrzenie na cierpiące dziecko, które czasami jest wprost nie do poznania… nie traćmy głowy. Pomyślmy jak sami się czujemy podczas gorączki. Pamiętajmy, że nasz strach ma nam pomóc rozpoznać niebezpieczeństwo, ale nie paraliżować. Mamy pomóc naszemu dziecku, a nie panikować. Pierwsza gorączka przyjdzie prędzej czy później. Warto się do niej przygotować i nie tracić głowy. Powodzenia.

  • Proszę nie róbcie tego swoim dzieciom

    Naprawdę bardzo dużo się o tym mówi. Jest wiele wpisów na forach, grupach „mamowych”, artykułów. Ale spacerując ostatnio z Marianką nadal widzę wielu rodziców, którzy robią krzywdę swoim dzieciom. Mam nadzieję, że są nieświadomi, a nie tylko wygodni. Mimo wszystko postanowiłam o tym napisać. Być może choć kila osób przejrzy na oczy i uchroni swoje dzieci przed tragedią.

    Pieluszka na budce wózka

    Nie powiem, że w zeszłym roku sama kilka razy nie użyłam pieluszki do ochrony Marianki przed słońcem. Po prostu nie wiedziałam, że robię Jej wilczą przysługę. Na szczęście nasz wózek nie chciał w tym względzie współpracować, pieluszka się osuwała (może dlatego, że zakrywałam tylko połowę budki?) i po 2 – 3 razach stwierdziłam, że wygodniej będzie kupić parasolkę. Na szczęście. Niedługo potem przeczytałam bardzo mądrą wypowiedź lekarza, który zadał proste pytania „Czy w budce zakrytej pieluszką jest czym oddychać? Czy jest tam chłodno i przewiewnie?”. Odpowiedź na te pytania brzmi oczywiście NIE. Pod pozorem ochrony przed słońcem fundujemy dzieciom przegrzanie – udar cieplny, brak powietrza – podduszenie. I jeśli to czytając myślicie, że przesadzam lub panikuję, to zapewniam Was, że tak nie jest. W sieci możecie przeczytać nie jedną i nie kilka historii maluchów, które trafiły do szpitala z udarem cieplnym lub problemami z oddychaniem po ochronie przed słońcem w upalny dzień. Jeśli myślisz, nas to nie spotka… to zastanów się czy chcesz eksperymentować na swoim dziecku i sprawdzić ile razy Wam się uda.

    Może to co pisze jest brutalne, ale to prawda. Czasem trzeba coś powiedzieć głośno tysiąc albo i więcej razy aby trafiło do zbiorowej wiedzy.

    A jak chronić dziecko w upalne dni przed słońcem? Ubierać odpowiednio do pogody, nie przegrzewać, używać kremu z dużym filtrem oraz zaopatrzyć się w dobrą parasolkę do wózka. A przede wszystkim zastanowić się czy w największy upał wychodzić z dzieckiem z domu.

    Nosidełko zamiast gondoli

    Bardzo modne są od jakiegoś czasu wózki 3w1. Moim osobistym zdaniem powinno się zabronić ich produkcji. Dlaczego? Bo nieświadomi (mam nadzieję, że nie leniwi) rodzice używają nosidełka zamiast gondoli. Z pewnością jest to wygodne, zwłaszcza na zakupach, czy gdzieś na wyjeździe. Nie trzeba targać ze sobą gondoli, wypinasz nosidełko z samochodu, wpinasz w stelaż i gotowe. Gotowe problemy dla naszego malucha.

    Znowu przesadzam? Znowu straszę? Znowu panikuję? NIE

    Bo to nieprawda, że inni tak robią i ich dzieci są zdrowe. Ta moda jest od kilku lat i większość dzieci tak wożonych jeszcze nie „pokazała” wszystkich swoich problemów. A jakie to mogą być problemy? Różne. Od wszelakich skrzywień kręgosłupa, problemem z napięciem mięśniowym, nauka PRAWIDŁOWEGO chodzenia, po wszelkiego rodzaju przykurcze. I większość z tych problemów pojawi się nie dziś nie jutro, a często nawet za kilka lub kilkanaście lat. I niestety nikt nie będzie pamiętał, że dziecko było wożone w nosidełku i to jest przyczyną.

    Zanim zabrałam Mariankę do domu ze szpitala, nasza rehabilitantka udzieliła nam wiele cennych rad. Jedną z nich było „Jak najmniej nosidełka”. Oczywiście, podczas przewożenia dziecka w samochodzie to jedyny sposób, ale potem… U nas nosidełko zostało wypięte z samochodu może kilka razy. Nawet jak szłam do lekarza, zostawiałam je, a Manię brałam na ręce. A dlaczego to wszystko?

    Czy zastanawialiście się kiedyś jak czuje się dziecko w takim nosidełku? Z pewnością nie siedzi w pozycji dla siebie naturalnej. Zwłaszcza najmniejsze dzieciaczki, które tak naprawdę nie są gotowe jeszcze do pozycji siedzącej czy nawet półsiedzącej. Często główka chowa się pomiędzy ramionkami, a bioderka są częściowo zablokowane. Zresztą… nie możemy mówić o jakiejkolwiek swobodzie, która jest tak wskazana dla maluszków. A gondola jak najbardziej sprzyja swobodzie ruchów i naturalnej pozycji.

    Jeśli to wszystko Was nie przekonuje, to po prostu spróbujcie sami usiąść w podobnej pozycji i zastanowić się czy będzie Wam wygodnie. A później pomyślcie o bólach kręgosłupa, skurczach mięśni i godzinach rehabilitacji. Nie dziś to za kilka, kilkanaście lub więcej lat. To dopiero początek życia naszych dzieci… nie nadwyrężajmy ich małych ciałek i nie fundujmy im początków problemów, których możemy uniknąć.

    Mam ogromną prośbę, jeżeli nie jesteście wśród osób, które używają pieluszek do ochrony przed słońcem i nosidełek zamiast gondoli, ale ktoś z Waszej rodziny lub znajomych to robi… spróbujcie go przekonać aby tego nie robił. Może moim tekstem, a może innymi krążącymi w internecie. My z Manią rehabilitujemy się od ponad roku i jeszcze wiele przed nami… nie ma sensu fundować tego dzieciom na własne życzenie. Bardzo Was wszystkich o to proszę… dla tych wszystkich dzieci pod pieluszkami i w nosidełkach.

  • Być w formie. Zadbać o siebie nie tylko dla dzieci

    Od zawsze byłam gruba. No może jako niemowlę byłam w normie, ale nie wyrosłam z dziecięcego tłuszczyku. Wręcz przeciwnie z czasem było mnie coraz więcej. Od kiedy zaczęło mi to przeszkadzać? Chyba od momentu kiedy zorientować się, że jestem inna. To znaczy od kiedy pierwszy raz usłyszałam, że inne dziecko nazwało mnie „grubaską” – było to w podstawówce. Oczywiście przeszłam różne diety, jako nastolatka ćwiczyłam w „Klubie Kwadransowych Grubasów” (ktoś jeszcze pamięta, że coś takiego było?). Bardziej niż przezwiska przeszkadzało mi, że nie mogłam założyć tego co koleżanki, że z każdych zakupów wracałam z płaczem. Moja mama była gotowa zapłacić każde pieniądze, żebym tylko coś wybrała. A w moim rozmiarze można było kupić albo dresy albo coś dla starszych pań. Najbardziej chyba jednak przeszkadzało mi, że nie jestem tak sprawna jak rówieśnicy. Miałam kłopoty ze stawami, nie mogłam jeździć na łyżwach czy rolkach, z czasem również na nartach. Nie biegałam na dłuższych dystansach, szybko się męczyłam. Na pierwszych wdówkach harcerskich było mi tak ciężko, że szłam i płakałam.

    Z czasem zaczęłam sobie radzić. Miałam w podstawówce cudowną panią od WF-u, która wymagała ode mnie abym dała z siebie jak najwięcej, ale nie porównywała z innymi. W szkole średniej miałam po prostu zwolnienie. Nauczyłam się chodzić… na wędrówkach i pomimo, że było trudno pokochałam zwłaszcza te górskie i po Puszczy Białowieskiej.

    Co jakiś czas próbowałam się odchudzać, ale kończyło się na jo-jo. I to pomimo rezygnacji ze słodyczy, smażonych rzeczy i chodzenia trzy razy w tygodniu na basen. Moje zdrowie znacznie się pogorszyło, zwłaszcza kiedy zaczęłam zbliżać się do 30-tki. Kiedy 3 i pół roku temu trzech lekarzy powiedziało, że za kilka lat grożą mi leki na ciśnienie, cukrzycę i stabilizatory na stawy… sięgnęłam dna. Byłam sama, gruba i tylko… no właśnie tylko co?

    Postanowiłam sobie pomóc. Dzięki koleżance znalazłam dietetyczkę, zapisałam się na kurs zdrowego odżywiania. To zmotywowało mnie do zmian w życiu. Wyznaczyłam sobie cel, dostałam dużo wiedzy, miałam wsparcie. Dzięki ruchowi i zdrowemu, mądremu odżywianiu w ciągu kursowych trzech miesięcy schudłam 13 kg (efekt na zdjęciu), a przez kolejne pół roku w sumie 27 kg. Ale nie to było najważniejsze. Dzięki zdrowemu odżywianiu moje ciało odzyskało wigor, nie potrzebowałam już drzemek w ciągu dnia, głowa mnie nie bolała, kwitłam. I jakoś tak życie, które do tej pory było intensywne ale czegoś w nim brakowało zaczęło się układać. Poznałam mego męża, trafiłam na pierwsze zajęcia dotyczące coachingu, odnalazłam mentora, który pomógł mi uporządkować życie zawodowe. Nagle wszystko zaczęło się układać, bo zadałam o moje ciało. O wszystkie jego aspekty, wszystkie mięśnie się wzmocniły. A jednym z nich jest też mózg 🙂

    Ciąża, a zwłaszcza przedwczesny poród Marianki sprawiły, że moje ciało znowu nie jest takie jakie powinno być. Prawdziwa Sylwia siedzi gdzieś w środku. I teraz kiedy już nasze życie troszeczkę się unormowało postanowiłam znowu zadbać o swoją formę. Nie tylko dla siebie. Wiem, że jeśli moje ciała będzie bardziej sprawne łatwiej mi będzie się zająć Mania. Zwłaszcza kiedy zacznie raczkować i chodzić. Kiedy moje mięśnie będą mocniejsze łatwiej będzie mi ją nosić. Kiedy mój mózg będzie odpowiednio nawodniony i dotleniony łatwiej mi będzie sprostać jej potrzebom intelektualnym i łatwiej mi będzie poradzić sobie z tymi gorszymi dniami.

    Wróciłam na basen, porządkuje swoje zwyczaje żywieniowe… Bo chcę być zdrowa dla Marianki, chcę dożyć jej dorosłości. Nie chcę być schorowaną mamą, którą będzie musiała się zajmować już jako nastolatka. Chcę za jakiś czas znowu spróbować zajść w ciążę. Chcę być zdrowa dla mojej rodziny. Ale nie zrobię tego bez dbania o siebie. Muszę zawalczyć o swoją formę, żeby pokazać Mariance cały piękny świat. Wyprawić się wspólnie na górski szlak, przewędrować Puszczę Białowieską, popływać w morzu, pokazać lasy, pola, jeziora czy odwiedzić Jej ciocię na Costa Brava.

    Mamusie i tatusiowie dbajmy o siebie dla swoich dzieci, abyśmy mogli je wychować, cieszyć się ich szczęściem, wspierać przy niepowodzeniach i dożyć ich dorosłości. A dzieciaki obserwując nas też chętnie będą żyć zdrowo i z radością. A raz na jakiś czas pozwólmy sobie na małe grzeszki jak lody czy pizza (może własnej wspólnej roboty) aby życie było jeszcze przyjemniejsze 🙂