Blog

  • Witaj, świecie!

    Witamy w WordPressie. To jest twój pierwszy wpis. Edytuj go lub usuń, a następnie zacznij pisać!

  • Każdy z nas jest tak samo ważny

    Każdy z nas jest tak samo ważny. Każdy człowiek ma prawo do zaspakajania swoich potrzeb nie krzywdząc innych. Dyskryminacja związana z pełnionymi rolami społecznymi jest niedopuszczalna. Nie ważne czy dziecko czy dorosły, każdy jest człowiekiem i ma swoje prawa… Ale czy na pewno?

    Ostatnio kilkakrotnie rozmawiałam z rodzicami dzieci, które mają zacząć lub zaczęły adaptację żłobkową i przedszkolną, właśnie na temat równości naszych praw. Okazuje się, że w większości rodzin prawa części osób są nierespektowane, co wpływa negatywnie na rozwój i wychowanie dzieci. I co ważne w całym tekście nie będą odnosiła się do rodzin, w których jest przemoc, tylko do takich „Zwyczajnych rodzin”, w których większość z nas żyje. Czy wiecie czyje prawa najczęściej są odsuwane na dalszy plan? Być może to Was nie zaskoczy ale najczęściej o swoich podstawowych prawach człowieka zapominają mamy, ale też często tatusiowie. Zapytacie się jak to możliwe? Zastanówcie się chwilę i przeczytajcie dalej.

    Kiedy rodzi się dziecko, zwłaszcza pierwsze, podporządkowujemy mu wszystko co się dzieje w rodzinie. I jest to oczywiście proces naturalny i logiczny. Maluch nie potrafi się sam o siebie zatroszczyć, zjeść, przewinąć, często ma problem z samoregulacją. To jest normalne. Takie jego prawo. Jednak w momencie porodu kobieta nie przestaje być człowiekiem i nie zbywa swoich posadowych praw do jedzenie, potrzeb fizjologicznych, poczucia bezpieczeństwa, odpoczynku. A jednak bardzo często się zdarza, że podczas opieki nad maluchem nie jest wstanie zapewnić sobie tych podstawowych praw. Co więcej w Jej głowie jest obraz, że powinna samo sobie ze wszystkim poradzić, a prośba o pomoc jest słabością. Dlaczego tak się dzieje? Na ten temat możnaby napisać nie artykuł a całą książkę. Dosyć tego, że nawet kiedy taką pomoc otrzymuje często z niej nie korzysta. Jest to wyczerpujące dla takiej kobiety, często powoduje utratę wiary w siebie i poczucia własnej wartości.

    Ale taka sytuacja wpływa nie tylko na kobietę. Bo często „poświęcanie” swoich potrzeb nie kończy się w momencie kiedy dziecko przestaje być noworodkiem. To się pogłębia zarówno u mamy jak i u taty. Chciałabym też abyście pamiętali, że cały czas mówię o potrzebach podstawowych typu jedzenie, potrzeby fizjologiczne, itp. Dziecko rośnie, a rodzice zapominając o tym, że potrzeby każdego są tak samo ważne, dają mu przekaz zgoła inny. Zaczyna się od prostych spraw, np. rodzic jest w toalecie a dziecko domaga się aby podać mu jakąś zabawkę. Co jest w danym momencie ważniejsze? Oczywiście, żeby rodzic zaspokoił swoją potrzebę fizjologiczną. Jeśli dziecku nie dzieje się nic złego naprawdę może poczekać. Podobnie się ma sytuacja z jedzeniem rodzica – jeśli dziecko ma zaspokojone podstawowe potrzeby, jest bezpieczne ro rodzic wręcz ma obowiązek powiedzenia „Poczekaj, zjem i się tym zajmę”. Jest to bardzo ważne aby dziecko nauczyło się czekać, ale też wiedziało, że każdy członek rodziny jest tak samo ważny. Moja córka przechodziła etap, w którym zawsze chciała być pierwsza. Zdarzało się, że wracaliśmy do domu, maż niósł ciężkie torby a ja pomagałam Jej wejść po schodach. Ponieważ nam wejście zajmowało sporo czasu przepuszczałam męża aby mógł z ciężarem wejść pierwszy. Córka zaczynała już na dole krzyczeć, żeby tata nie wychodził przez drzwi bo Ona chce być pierwsza. Szanuję chęci i wewnętrze motywy mego dziecka, ale w tym przypadku ważniejszy był kręgosłup męża. Tak też tłumaczyłam córce, że tata nie poczeka, bo ma ciężkie torby i potrzebuje je szybko odstawić już w domu.

    Takich przykładów można by mnożyć. Zwłaszcza kiedy w domu jest więcej niż jedno dziecko. Czasami to starsze musi we wszystkim ustępować młodszemu, a czasami młodsze słuchać bezkrytycznie starszego. Bycie rodziną to nauka kompromisów i uznawania prawa drugiego człowieka do jego potrzeb, pragnień i marzeń. Oczywiście nie namawiam do ignorowania potrzeb dziecka bo tu chodzi właśnie o równowagę.

    Wiem, że często jest nam bardzo trudno uczyć dzieci czekania, cierpliwości i tego, że nie jest pępkiem świata… bo dla nas jest. Ten problem jest często bardzo widoczny u rodziców dzieci, które miały trudny start. Chcą im niejako „wynagrodzić” to, że były w szpitalu, przechodziły różne zabiegi… czasami też jest to kwestia poczucia winy. Tacy rodzice starają się zaspokoić wszystkie potrzeby dziecka zanim Ono nawet o tym pomyśli i poczuje. Sama tak miałam tuż po tym jak wróciłam z Marianką do domu po czterech miesiącach, które po urodzeniu spędziła w szpitalu. I naprawdę rozumiem emocje, odczucia… ale to wszystko tak naprawdę robimy z myślą o sobie, a nie o przyszłości dziecka.

    Co się dzieje z dzieckiem, które w domu czuje, że jest najważniejsze, które nie zważa na to co czują i potrzebują inni? Co się dzieje z tym dzieckiem kiedy trafia do żłobka, przedszkola czy szkoły? Ważne jest poczucie, że jest się ważnym… ale świat nie jest skonstruowany tak, że inni będą zaspakajać potrzeby naszego dziecka przed swoimi lub przed potrzebami innych dzieci. I to niezależnie czy będzie to prywatna placówka czy państwowa. Nasze dziecko kiedyś stanie się dorosłym, będzie współistniało w społeczeństwie, które szybko mu pokaże, że nie zawsze będzie pierwszy, nie zawsze będzie mógł od razu wszystko dostać. I jak się wtedy poczuje? Jak będzie reagował na to co się dzieje wokół Niego?

    Bardzo ważne jest to, że nie ma takiego konkretnego momentu, w którym powinniśmy zacząć uczyć dziecka, że każdy z nas ma swoje prawa i każdy z nas jest bardzo ważny. To tak jak z szacunkiem uczymy go od momentu urodzenia się dziecka… bo najpierw musimy nauczyć się w swojej głowie i przygotować do tego.

    Za kilka miesięcy wiele dzieci zacznie swoją przygodę ze żłobkiem, przedszkolem czy szkołą. Wśród rzeczy nad którymi rodzice będą pracować w sobie i z dzieckiem powinno się naleźć nie tylko odpieluchowanie, samodzielność w czynnościach samoobsługowych czy umiejętność zasypiania bez rodzica ale też rozumienie, że każdy z nas jest tak samo ważny.

  • Diagnoza ma różne oblicza

    Kiedy Marianka miała prawie rok skorygowany i okazało się, że nie robi „pa, pa”, nie wysyła całusków, nie wskazuje palcem… w głowie pojawiło mi się pytanie „Może to autyzm?”. Ponieważ chodziliśmy na różne zajęcia w ramach WWRD i turnusów stacjonarnych zaczęłam pytać… Wszyscy mówili, że Marianka jest wcześniakiem i ma na to czas.

    To samo wydarzyło się jak miała dwa lata… Pytałam każdego z kim Marianka miała zajęcia… odpowiedź była ta sama „Na zajęciach super pracuje, a kontakt wzrokowy… No cóż wcześniaki tak mają”. Z jednej strony czułam się uspokojona a z drugiej nadal coś mi nie dawało spokoju. Dopiero pół roku później psycholog, która widziała Mariankę po raz pierwszy zadała mi pytanie czy diagnozowaliśmy Ją w kierunku spektrum. Byłam w szoku, choć przecież czułam, że tak jest.

    Układanie sobie wszystkiego w głowie i ostateczna diagnoza zajęły 10 miesięcy. Dopiero w trakcie zbierania opinii od terapeutów zaczęły wychodzić różne rzeczy, które składały się w jedną całość.

    Dla mnie diagnoza Marianki była trudnym doświadczeniem ale też w pewien sposób wyzwoleniem. Dzięki temu poczułam, że nie mam urojeń i mogę lepiej zrozumieć swoją córkę i Jej potrzeby.

    Tak jak nie miałam zbyt dużego wsparcia przed diagnozą tak i teraz nie jest wcale różowo. Diagnoza pomogła nam jako rodzinie w środku. Na zewnątrz nadal często jesteśmy niezrozumieni. Marianka jest wysoko funkcjonująca, ma bardzo wysoki iloraz inteligencji… Jej zachowanie nie wygląda jak typowe zachowanie osoby w spektrum, które większość społeczeństwa kojarzy z filmów. Najtrudniejsze chwile przeżywa wtedy kiedy łamiemy schematy, wtedy kiedy ja jestem obok… być może czuje, że Jej pomogę?

    Osobom neurotypowym trudno zrozumieć świat autystycznych. Każda osoba w spektrum funkcjonuje nieco inaczej, doświadcza go inaczej. Nie jest łatwo… ale wszystko czego oczekuje od bliższych, dalszych i ogólnie społeczeństwa nie ocenianie. To, że nie rozumiesz dlaczego tak a nie inaczej postępuje ze swoim dzieckiem nie oznacza, że postępuje niewłaściwie. Po prostu wiem co może pomóc mojemu dziecku.

    Nie oczekuje, że zrozumiesz tak od razu. Ale dzięki mówieniu głośno o autyzmie możemy go jako społeczeństwo oswoić. Bo każdy człowiek zasługuje na szacunek i to niezależnie jak odbiera świat. Nie chodzi o to aby „wyleczyć” osoby z autyzmem. To nie choroba a zaburzenie i nie da się nikogo wyleczyć. Ważne aby stworzyć możliwość jak najbardziej samodzielnego funkcjonowania w naszym świecie.

    Kiedy następnym razem zobaczysz kogoś kto zachowuje się inaczej, nie oceniaj… bo nigdy nie wiesz z czym się zmaga. Może właśnie próbuje odnaleźć się w neurotypowym świecie, który nie chce go zrozumieć 💙💙💙.

  • Konsultacje

    Sukces 😁, po kilku intensywnych miesiącach przygotowań i jeszcze dłuższym rozważaniu tej kwestii udało mi się uruchomić konsultacje, z których już od dziś możecie korzystać.

    Przez ostatnich kilkanaście lat pomagałam rodzicom dzieci i młodzieży znaleźć rozwiązania domowych problemów wychowawczych. Zresztą tutaj też często piszecie z pytaniem o różne sprawy związane z rozwojem i funkcjonowaniem Waszych dzieci. Często wymiana kilku czy nawet kilkunastu wiadomości nie umożliwia mi wsparcia Was w taki sposób jak mogę to zrobić na konsultacji.
    Będziecie mieli okazję skorzystać z konsultacji zarówno stacjonarnych w Białymstoku, jak i on-line.
    W czym mogę Wam pomóc? Wierzę, że w wielu sprawach. Zaczynając od trudności Waszych maluszków po nastolatki. Możecie się do mnie zwracać ze sprawami związanymi z komunikacją, rozwojem jak i Waszymi wątpliwościami dotyczącymi spraw wychowania. Pomogę Wam też jeżeli macie wątpliwości czy to już problem do diagnozy czy po prostu gdzieś się pogubiliście.
    Zdecydowałam się uruchomić konsultacje ze mną w ramach działań Ośrodka Wsparcia „Horyzont”  Fundacji Mali Wojownicy dzięki czemu część finansów trafi właśnie na rozwój tego miejsca.
    Nadal możecie liczyć na moją krótką podpowiedź na nurtujące Was pytanie. Ostatnio jednak nie miałam zbyt dużej możliwość poświęcać czasu na głębsze wsparcie Was w trudnościach. Konsultacje dają taką możliwość, bo odbywają się w umówionym terminie i jestem wtedy tylko dla Was przez 45 minut.
    Trzymajcie kciuki za ten projekt. A jeżeli chcielibyście skorzystać z konsultacji ze mną to link do zgłoszeń znajdziecie w TU.
    PS: rodzice wcześniaków nadal mogą korzystać z darmowej infolinii aby uzyskać poradę i wsparcie
  • Czasami trzeba powiedzieć coś na głos… aby pomóc sobie

    Publikujemy na prośbę jednej z mam… bycie mamą dziecka, które przedwcześnie się rodzi ma różne wymiary. Niestety czasami rodzi się o wiele za wcześnie, a czasem… Przeczytajcie sami, a dzielnej mamie dziękujemy za to, że podzieliła się swoją historią. To też forma terapii…

    „Chciałabym zacząć pisać o tym co nas spotkało, co przeżyliśmy ale nie wiem jak zacząć.

    Nie wiem do kogo to trafi, nie wiem kto i jak na to zareaguje. A nie każdy umie zrozumieć rodzica, osobę w takiej sytuacji. Nie jest to proste dla nikogo ani dla osób, które to przeżyły ani dla tych u których my rodzice po stracie szukamy pomocy.

    Jednak chce spróbować. Chce spróbować mówić o tym otwarcie.

    Tak jak osoba, która przeżyła to samo co my a nawet dużo więcej i bardzo nam pomogła mimo ,że nasze spotkanie trwało może 20 minut.

    Mam na imię Aneta mam aktualnie 28 lat. Poroniłam 4 razy. Zawsze wiedziałam, że chce mieć męża, rodzinę i dzieci. Los sprawił, że mamy cudowną, zdrową córeczkę ma już 3 latka. Jednak za nim nam się udało poroniłam 2 razy. Pierwszy raz w około 9 tygodniu ciąży. Przyczyna nie znana. W pierwszych tygodniach było wszystko w porządku jednak pod koniec 7 tygodnia zaczęłam plamić, później krwawić trafiłam do szpitala, dostałam leki na podtrzymanie ciąży. Po około tygodniu wróciłam do domu i za chwilę to się powtórzyło. Plemienia i krwawienie. Niestety już nie udało się uratować Naszego dzieciątka. Pół nocy w szpitalu męczyłam się ze strasznym bólem, fizycznym i psychicznym ,który zabierał nasze dziecko a ja nic nie mogłam zrobić…

    Nie mogłam tego zatrzymać choć bardzo chciałam. Strata bolała bardzo…

    Sporo się staraliśmy zanim nam się udało, dla nas to było sporo ,choć to pojęcie względne. Byliśmy szczęśliwi ale los nie pozwolił nam zatrzymać Naszego Maluszka.

    Powinniśmy odczekać pół roku za nim zaczęliśmy starać się ponownie o dziecko. Jednak dla mnie to było za długo. Chciałam już ,natychmiast kiedy tylko wróciłam do formy znowu zacząć się starać o dziecko. Jakby to miało uleczyć moje-nasze serce. Trzy miesiące później znowu byłam w ciąży -pozytywny test. Jednak kilka dni po spodziewanym okresie zaczęłam krwawic. Lekarz nic nie mógł już na to poradzić. Straciliśmy drugie dziecko.

    Po raz kolejny ból, dlaczego my, dlaczego nas to spotyka do dziś tego nie rozumiemy.

    Przyszedł czas i udało nam się, 5 lub 6 miesięcy od pierwszej straty zaszłam w ciążę, którą donosiłam i szczęśliwie siłami natury urodziłam. Mamy Cudowną Córkę. Kochamy ją nad życie , nasza wyczekana Córeczka. Sens życia.

    Jednak chcieliśmy mieć dwoje dzieci. Zanim zaszłam w ciążę trwało to ponad 2 lata od Mai. Niestety tym razem znowu ,tydzień po spodziewanej miesiączce zaczęłam plamić później krwawić. Straciliśmy trzecie dziecko. Serce krwawiło ale nie poddaliśmy się. Bardzo pragnęliśmy drugiego dziecka.

    W końcu udało się w czerwcu tego roku 2019. Do 9 tygodnia ciąży pracowałam. Jednak zdecydowałam się na zwolnienie lekarskie. Ze strachu, że coś może się stać naszemu dziecku. Nie czułam się z tym dobrze bo kobiety biorące szybko zwolnienie lekarskie są zazwyczaj źle postrzegane. Miałam wyrzuty sumienia,ale wiedziałam, że to jest dla dobra Naszego Dziecka.

    Jednak to nie wystarczyło…

    Wszystko było dobrze, z wizyty na wizytę dziecko rosło tak jak powinno ,serduszko biło. Prenatalne były dobre. Dwa tygodnie po, na wizycie u prowadzącego lekarza wszystko dobrze. Trzy tygodnie później a 5 tygodni po prenatalnych na wizycie u lekarza prowadzącego rozpętał się nasz dramat, tragedia i koszmar…

    Byłam prawie w 19 tygodniu ciąży.

    Wizyta kontrolna u prowadzącego lekarza.

    Pobranie krwi, ciśnienie i właściwie nic poza tym. Standardowe pytania, przedłużenie zwolnienia lekarskiego. Doktor nie planował robić usg ale poprosiłam, bo jestem przewrażliwiona. Nie ma co się dziwić….

    Do tego dnia zawsze robił usg choć na chwilę żeby sprawdzić czy wszystko jest ok. Tego dnia miał zamiar nie robić. Dzięki Bogu zrobił po mojej prośbie. (Kolejne usg dopiero 15 listopada miałam mieć połówkowe ,żyłabym ponad 6 tygodni z martwym dziecku w brzuchu… jeśli wcześniej by coś się nie wydarzyło co mogło zagrażać mojemu życiu…)

    Okazało się, że nasze dziecko jest zbyt małe na ten etap ciąży. Wymiary pokazywały około 16 tydzień ciąży a był już prawie 19. Zapytałam lekarza czy z sercem wszystko dobrze ,powiedział że tak ale polecił żebyśmy zrobili usg w Białymstoku na lepszym sprzęcie, żeby to wyjaśnić.

    Tego samego dnia pojechaliśmy do Białegostoku zrobić prywatnie dokładne usg.

    Lekarz w prywatnym gabinecie tylko przyłożył głowicę usg i od razu po jego minie i reakcji widziałam, że jest źle, że jest bardzo źle… po chwili lekarz powiedział,że dziecko nie żyje… I to dłuższy czas…

    Świat Nam się zawalił… po raz kolejny, tylko teraz parokroć bardziej, mocniej, niewyobrażalnie mocno…

    To już 4 razy ,ale pierwszy w połowie ciąży prawie…

    Przecież to już 2 trymestr…

    Przecież to już ten bezpieczny okres…

    Przecież było wszystko dobrze…

    Przecież….

    Gdyby…

    Dlaczego…

    Jak lekarz prowadzący mógł nie widzieć,że dziecko nie żyje… rozumiem słabszy sprzęt ale jak mógł nie widzieć czegoś takiego…

    Ludzie mówią: będzie dobrze, jesteście młodzi, macie czas…

    Nie to nie prawda …

    Oczywiście cały czas chce mieć drugie dziecko …

    Ale już nie za wszelką cenę…

    Nie wiem czy świadomie będziemy o nie się starać…

    Nie chce, boję się narażać rodzinę, Męża Córkę….samą siebie na kolejne cierpienie..

    Niepewność, ryzyko…

    Nikt nie da nam gwarancji ,że będzie dobrze

    Nie jestem maszyną , mam swoje ograniczenia , psychiczne i fizyczne… mój organizm tego może nie wytrzymać…

    Choć bardzo bym chciała mieć drugie dziecko… ale się boję, bardzo się boję…

    Mama,Tata Mai i Świętej Pamięci Irusia.”

  • Pożegnanie z pieluchą

    ODPIELUCHOWANIE to słowo, które wielu rodziców przyprawia o zawrót głowy. Często już rodzice kilkumiesięcznych dzieci stresują się myślą, że przyjdzie czas kiedy i Oni będą musieli się z tym zmierzyć. Regularnie dostaję pytania jak sobie poradzić z tym tematem i jak wyglądało to u nas. Dość długo odkładałam ten zagadnienie ponieważ tak jak nie ma dwóch identycznych dzieci, tak i nie ma uniwersalnych sposobów na nieleniuchowanie. Bazując na doświadczeniach mamy i wieloletniej nauczycielki w przedszkolu i żłobku mogę jednak nakreślić kilka podstawowych aspektów związanych z tym tematem.

    Po pierwsze to prawda, że kiedyś dzieci odpieluchowywały się wcześniej. Wynika to przede wszystkim z tego, że nie było pieluch jednorazowych. Zarówno dzieci nie czuły się komfortowo kiedy już po jednym zrobieniu siku pielucha była mokra, jak i rodzicom zależało aby jak najszybciej zrezygnować z tony pieluch i ciągłego prania. Dziś używanie pieluch jednorazowych jest wygodne dla rodziców – odpada aspekt prania i suszenia, ale i dzieciom one nie służą. Przede wszystkim trudniej jest poczuć, że pieluszka jest mokra co za tym idzie połączenie przyczyny i skutku… zrobię siku – jest mi mokro. Oczywiście pieluchy jednorazowe to nie jedyne rozwiązanie w dzisiejszych czasach, ale zdecydowanie większość rodziców z nich korzysta.

    Aby dziecko rzeczywiście odpieluchowało się w sposób naturalny muszą się zadziać dwie rzeczy: gotowość fizyczna i psychiczna. Gotowość fizyczna związana jest zarówno z możliwością samodzielnego siedzenia na nocniku czy sedesie, możliwość samodzielnego dotarcia do tego miejsca też ma znaczenie. O wiele łatwiej dziecku, które jeszcze nie mówi po prostu podejść do nocnika lub ubikacji niż zawołać „siusiu”. Dlatego kiedy rozmawiamy o odpieluchowaniu dzieci o opóźnionym rozwoju ruchowym musimy mieć pełną świadomość zależności między siedzeniem i poruszaniem się a gotowością do korzystania z toalety. Inną ważną rzeczą jest umiejętność kontrolowania swego ciała i zatrzymania moczu aby zdążyć udać się do ubikacji. Dzieci, które nie są w stanie utrzymać go przez chwilę nie będą w stanie zrezygnować w pełni z pieluchy.

    Kolejną sprawą jest gotowość psychiczna. Z jednej strony dziecko powinno kojarzyć odczucie parcia moczu czy kupy a tym, że potrzebuje skorzystać z łazienki, z drugiej samo z siebie nie będzie wiedziało „o co chodzi”. Dlatego tak ważne jest aby maluch wiedział do czego służy ubikacja, nocnik czy podkładka na sedes. Można go zapoznać poprzez posadzenie, wytłumaczenie, przeczytanie książeczki czy komunikowanie, że mama lub tata idą teraz do ubikacji i po co. Dziecko zna świat na tyle na ile go pozna, na tyle na ile pokażemy mu i wytłumaczymy. Nie rodzi się z informacjami gdzie i jak robi się siku i kupę. Dlatego mówiąc o gotowości psychicznej dziecka do odpieluchowania jak najbardziej jestem za nie przymuszaniem ale też za zaznajamianiem z tematem.

    Chciałabym również nadmienić, że „wysadzanie” nie jest odpieluchowaniem samym w sobie tylko jego wsparciem. Jeżeli będziemy wysadzać dziecko regularnie w odpowiednich porach to nawet niespełna roczne dziecko można uznać za „odpieluchowane”. Jednak to nie będzie prawdą. Pozbędziemy się pieluszki na zawsze tylko w momencie, kiedy dziecko samo będzie mówiło/ dawało znak, że chce do toalety. Wcześniej to jest trening, droga do celu ale nie sam cel. Jak najbardziej jestem za wysadzaniem dziecko również po to aby wyrobić w nim nawyk chodzenia do ubikacji przed wyjście z domu, przed spaniem itp. Ale sam nawyk nie wystarczy jeśli dziecko wypije np. więcej płynów i nie powie nam, że potrzebuje skorzystać z łazienki a będziemy akurat w samochodzie.

    Ja miałam ambitny plan zacząć żegnać się z pieluchą Marianki po ukończeniu roku. Jednak plany planami a moja córka w rok to nawet niezbyt stabilnie siedziała. Ale nocnik był w domu, niestety została na nim posadzona trochę wbrew własnej woli (często babcie lub ciocie chcące „pomóc” młodym rodzicom stosują tę praktykę) i jakiś czas trudno było Ją do niego przekonać. Kiedy jednak zaczęła chodzić (niestety dopiero około 2 urodzin) temat odpieluchowania powrócił. Zaczęliśmy od książeczek, rozmów i sadzania na nocnik nie po to aby zrobić siku ale aby poczytać książeczki. U nas od nocnik lepiej sprawdziła się podkładka na sedes – jakoś bardziej przypadła do gustu. Plan na pozbycie się pieluchy i możliwość „poczucia” mokrego zaplanowałam na lato. Jednak okazało się, że Marianka sama zaczęła czuć że „coś robi”. Późna wiosną doszło do tego, że trzeba było zmieniać pieluszkę po jednym „siknięciu”. To był dla mnie znak, że trzeba zaryzykować i pożegnać pieluchy. Oczywiście najpierw zrezygnowaliśmy w dzień, a z czasem kiedy po nocy pieluchy były suche w ogóle. Oczywiście zdarzyło się kilka wpadek, ale moim zdaniem właśnie osiągnięcie tej gotowości zarówno fizycznej jak i psychicznej sprawiło, że odpieluchowani nie było stresujące zarówno dla nas jak i dla Marianki.

    Oczywiście każde dziecko jest inne, z pewnością „szybkie” dzieci które są w ciągłym ruchu mogą mieć trudność z skupieniem się na swoich odczuciach i wychwyceniu tego momentu, kiedy robią siku. Jednak ten moment pójścia do przedszkole (3 lata) jest moim zdaniem naprawdę realnym. Oczywiście mówimy tu o zdrowych dzieciach, bez zaburzeń i trudności. Trzeba pamiętać, że każda trudność fizyczna lub psychiczna będzie wpływała na różne rodzaje zachowań w tym na odpieluchowanie. Dlatego nie można mierzyć dzieci jedną miarą, ale też tłumaczyć wszystkie trudnościami. Nawet dzieci które mają czy afazję, czy zaburzenia całościowe można i trzeba wdrażać do pożegnania się z pieluchą. Należy wtedy porozumieć się terapeutami i ustalić plan działania, tak aby zapewnić dziecku możliwość wejścia na kolejny etap rozwoju i poczucia się „dużym chłopcem/ dużą dziewczynką”.

    Rodzicom, którzy są tuż przed odpieluchowaniem lub w trakcie mogę powiedzieć jedno, nie poddawajcie się ale też wsłuchujcie się w swoje dziecko Ono najlepiej da Wam znać czy jest gotowe czy tylko jest leniuszkiem 😉

  • To nie moja wina

    Jeszcze będziecie mieli kolejne dzieci… Następnym razem będziesz się bardziej oszczędzała… Ale ja nie chcę innych dzieci… chcę moje córeczki… Ja naprawdę się oszczędzałam… #toniemojawina

    15 październik to Dzień Dziecka Utraconego i jest to najtrafniejsza nazwa jaką można by nadać. Nie ważne, w którym tygodniu ciąży czy w trakcie porodu tracimy dziecko… nie ma Go i nic tego nie zmieni. Zazwyczaj słyszymy słowa pocieszenia, które ranią jeszcze bardziej, że następnym razem… że jeszcze się uda. Strata jest trywializowana, bo przecież jeszcze nawet nie zdążyliśmy poznać tego dziecka, nic jeszcze nie przeżyło. Ale to nieprawda… najważniejsze jest, że było… a udawanie, że tak nie jest sprawia jeszcze większy ból rodzicom. Bo jeśli mego dziecka nie było to znaczy, że nie mam prawa cierpieć i przeżywać…

    Wiele osób ma nieodparta potrzebę dowiedzenia się dlaczego doszło do straty. Niestety pytania typu „Może coś podniosłaś?” lub „Może nie brałaś witamin?” sprawiają, że mama która i tak czuje się winna przeżywa to jeszcze gorzej. Każdy przeżywa stratę inaczej, mniej lub bardziej intensywnie. Jedni wolą o tym mówić, inni milczeć… ale pytania o przyczyny zawsze wpędzają w dodatkowe poczucie winy, a zapewnienia że czas leczy rany są z palca wyssane. Bo po stracie naprawdę nie masz ochoty słuchać o tym, że kiedyś nie będziesz cierpieć. Niby dlaczego? Przecież w tej chwili Twoje życie rozpada się na milion kawałków… słońce nie powinno wschodzić, bo nie ma Twego dziecka… a ktoś Ci mówi, że zapomnisz.

    31 maja chciałam spędzić z mężem i córką. I choć dopiero następnego dnia przypadał Dzień Dziecka to jakoś tak sobie wymyśliłam, że będziemy go świętować wcześniej. Spacerowaliśmy po „wiosce dinozaurów” i czuliśmy się szczęśliwi. Mieliśmy jeszcze chwilę pobyć na placu zabaw… poszłam do łazienki i zobaczyłam „czop”… To była końcówka 16 tc a ja wiedziałam, że to nie jest dobry znak. Przez telefon moja Pani doktor kazała przyjechać na SOR, na którym właśnie miała dyżur. Kiedy zaczęła mnie badać zobaczyłam przerażenie na Jej twarzy. Jakbym cofnęła się 3 i pół roku wcześniej kiedy przyjmowała mnie do porodu Marianki. Tylko wtedy był 25 tc… Pani doktor była zdziwiona bo pęcherz płodowy jednej z dziewczynek był już w pochwie, pomimo że szyjka się nie skracał. Pożegnałam się z córeczką i mężem… zabrali mnie na patologię ciąży. Każdy lekarz z którym rozmawiałam miał zatroskaną minę… nie dawali mi nadziei. Jeszcze na wózku dostałam skurczy… kiedy robiono mi wkucie pod wenflon odeszły mi wody… Krzyczałam i płakałam jednocześnie… straciłam panowanie… Studentki, które mi towarzyszyły były jeszcze bardziej przerażone… Od lekarza usłyszałam, że przy ciąży bliźniaczej, zwłaszcza jednokosmówkowej, nie da się nic zrobić… a drugi pęcherz też niedługo pęknie… Usłyszałam, że na żadną porodówkę mnie nie przewiozą… „Niech pani sobie spokojnie roni”… byłam w sali z kobietą czekającą na cesarskie ciecie następnego dnia.

    Przyjechał mój mąż… po jakiejś godzinie znowu poczułam skurcze i pękł drugi pęcherz. Wydawało mi się, że czuję jak umierają moje dzieci… Wyobrażałam sobie, że cierpią i modliłam się do Boga aby im tego oszczędził. Tak naprawdę nie wiedziałam co się dzieje… jakie są szanse i choć ogólnie personel był miły to dopiero od Kasi @matka_prawnik dowiedziałam się jakie mam prawa dotyczące pochówku, Nikola @mamaginekolog też wsparła mnie po prostu wiedzą dotyczącą tego co nas spotkało. Bo nie chodziło o poradę tylko jakieś odniesienie ogólne. Leżałam całą noc czekając aż zacznie się poród… myślałam, że moje dzieci już nie żyją. Poniżej 20 tc nie robiono ktg na sali, nie sprawdzono nic… dopiero następnego dnia jeden z lekarzy zgodziła się w wolnej chwili zrobić mi USG. Okazało się, że moje dzieci żyją, serduszka mocno biją, wód jest bardzo mało i odpływają ale też są produkowane. Odzyskałam nadzieję, choć myślałam że moje dzieci już nie żyją. Wiedziałam, że to wcale nie oznacza, że będzie dobrze… ale wiedziałam, że są nadal ze mną.

    Po kilku dniach wyszłam do domu. W szpitalu nie dostawałam nic dożylnie, wyniki miałam dobre, tylko leżałam, a moja córeczka w domu coraz gorzej znosiła rozłąkę… Jej Asperger zaczynał przejmować kontrolę. Wypisałam się na żądanie, ale lekarz prowadzący powiedział, nie jest to zły pomysł w naszej sytuacji. W szpitalu i tak nie mogli mi pomóc za wiele… przed 22 tc i tak nikt nie podjąłby się ratowania dzieci. Miałam odpoczywać, kontrolować co klik dni CRP i mocz… w razie czego przyjechać. Ale nikt mi nic nie obiecywał.

    W domu było znacznie lepiej, byliśmy razem… nasza piątka cała. W dzień do pomocy przyjeżdżał mój tata, pomagał i woził Mariankę na terapię, rehabilitantka przychodziła do domu. Szczerze te prawie trzy tygodnie po wyjściu ze szpitala były bardzo szczęśliwe. Moje dzieci żyły i nabierałam nadziei że może uda się dotrwać do bezpiecznego tygodnia. Co dzień modliliśmy się wspólnie aby maluchy były zdrowe i urodziły się jak najbardziej o czasie.

    Tego wieczora czułam się zmęczona… przygotowywałam projekt, który bardzo pomógłby naszej Fundacji Mali Wojownicy. W nocy słabo spałam… dużo przed budzikiem obudziłam się i czułam, że jest źle… miałam skurcze. Obudziłam męża… szybko zadzwonił po pogotowie, ale ja wiedziałam że już rodzę. Pobiegł po sąsiadkę, która jest pielęgniarką. Usiadłam na moim ulubionym fotelu i wiedziałam, że urodzę za chwilę… Helenka urodziła się chwilę później, odebrała Ją sąsiadka… Widziałam jak się ruszała… czułam ruchy Jej nóżek… a potem już przestała… Po chwili do mieszkania wbiegli ratownicy. Nawet nie pamiętam czy płakałam… chyba podpięli mnie pod kroplówkę, przyjechała druga karetka. Bardzo ostrożnie zawinęli ciało mojej córeczki i zabrali je razem ze mną do ambulansu. Znowu miałam skurcze i bardzo się bałam, że urodzę w drodze. Zdążyliśmy dojechać na porodówkę… po drodze mijałam znajome twarze lekarzy i pielęgniarek. Widzieli mnie tysiące razy kiedy przychodziłam do Marianki kilka lat wcześniej, a potem na spotkania i szkolenia Fundacji. Pamiętali, że byłam kilka tygodni wcześniej na patologi ciąży…

    Małgosia urodziła się już pod kontrolą położnych… czułam się zaopiekowana… czułam współczucie ale też dano mi czas na moje emocje. Położne umyły dziewczynki, założyły maleńkie czapeczki i rożki. Zrobiły odciski stupek… Pytały czy chce je przytulić wziąć na ręce… zanim się na to zdecydowałam minęła chwila. Uświadomiłam sobie, że to jedyny moment kiedy będę Je miała tylko dla siebie, że jeśli ich nie dotknę, nie pocałuję to zawsze będę miała do siebie pretensję, zawsze będę tego żałowała.

    W tym czasie odwiedziły mnie znajome położne z naszego oddziału „wcześniaczego”. Usłyszały o tym co się stało, pomogły skontaktować się z mężem, który nie wiedział gdzie jestem i co się dzieje. Zapytały czy chce zdjęcie dziewczynek… nie wiedziałam czy chce, ale poprosiłam aby zrobiły i za kilka dni zapytały się co chce z nim zrobić. Dziś to zdjęcie stoi w naszej sypialni i daje mi siłę, potwierdza, że jestem mamą dzielnych dziewczynek, które były… choć tak krótko.

    Dziś wiem, że miałam szczęście, bo nie wszędzie kobiety rodzące (wg lekarzy – roniące) tak wcześnie są tak dobrze traktowane.

    Kiedy dziewczynki odeszły nie płakałam od razu… moje serce pękło, ale przez ostatnie trzy tygodnie byłam gotowa na to, że może się tak stać. Z pewnością moja codzienna praca z rodzicami wcześniaków, z rodzicami dzieci po stracie, rodzicami walczącymi o swoje dzieci miała na to wpływ. Ale nawet to nie zmienia faktu, że ciepałam i cierpię codziennie.

    My zdecydowaliśmy się na pochówek, prawdziwe pożegnanie z córeczkami… ale wiele rodzin nie wie, że jest to możliwe. Podejmują decyzję pod wpływem chwili o zostawieniu dziecka, a potem żałują. Sama ostatnio próbowałam ustalić dla jednej z rodzin gdzie zostało pochowane ich dziecko…

    Jestem bardzo świadomą mamą… Nie zmienia to faktu, że i mnie dotyka poczucie winy… a przecież #toniemojawina nie powinnam się wstydzić tego, że moje córeczki nie żyją. Powinnam czuć wsparcie społeczne a nie naznaczenie. Powinnam nie bać się o tym mówić… Nie powinnam musieć udawać, że moich córeczek nie było… Ja wiem jak powinno być i o to walczę, mówiąc o tych trudnych sprawach głośno. Ale wiem, że jest tysiące kobiet i całych rodzin, które nadal wstydzą się, boją i cierpią w samotności. Cieszę się, że powstała @fundacjaernesta która chce poruszać te trudne tematy i profesjonalnie wesprzeć rodziny po stracie.

    Jeśli to czytasz, a jesteś po stracie… pamiętaj, że jest nas tysiące i nie jesteś sama. Zwłaszcza dziś pokażmy jak jest nas dużo i że nie jest naszą winą to, że naszych dzieci nie ma z nami. Nie ważne, w którym tygodniu ciąży to się stało. Zachęcam do tego aby w mediach społecznościowych udostępnić czy swoje zdjęcie czy prostą grafikę i oznaczyć #toniemojawina bo to naprawdę nie jest Twoja wina.

  • Jestem mamą po stracie – poczucie winy

    12 tygodni… tyle minęło od odejścia moich córeczek… to był 19 tc.

    Kilka dni temu pisałam o tym, że mamy po stracie nie powinny się wstydzić o tym mówić oraz szukać pomocy… Dziś chciałabym Wam napisać o jeszcze jednej bardzo ważnej kwestii… którą tyczy się też mam wcześniaków i dzieci z powikłaniami…tym tematem jest poczucie winy. Większość z nas – mam po stracie lub wcześniaków odczuwa ogromne poczucie winy… często jest ono irracjonalne bo nie miałyśmy wpływu na to co się stało. Ale u prawie wszystkich z nas to poczucie winy się pojawia. Raz jest większe a raz mniejsze… a podsycane jest przez najbliższych i znajomych.

    Często kiedy ktoś dowiaduje się, że kobieta straciła dziecko lub urodziła przedwcześnie pyta „dlaczego?” i sam sobie odpowiada „może się przemęczałaś, coś podniosłaś, zjadłaś, stresowała się…” Takie dyskusje tylko pogłębiają poczucie winy, które i tak kobiety mają w sobie… nie dałam rady, nie donosiłam, nie potrafiłam ochronić jego dziecka… poszukiwanie winy w matce – nawet nieświadome jest standardem społecznym.

    Mało kto myśli jak takie pytania wpływają na kobietę. Mało kto wie jak bardzo pogłębiają wszystkie negatywne myśli o sobie. A przecież w większości sytuacji kobieta nie mogła zapobiec temu co się stało lub nie wiedziała, że coś może zaszkodzić.

    Ja do dziś nie wiem czemu pęcherze płodowe dziewczynek pękły w 16 tc… ale staram się na tym nie skupiać. Przy Mariance pojawiało się poczucie winy… że nie potrafiłam donosić ciąży dłużej niż 25tc… że może coś przeoczyłam. Tylko nawet jeśli tak było nie zrobiłam tego naumyślnie… chciałam wszystkiego co najlepsze zarówno dla Marianki jak i dla Helenki i Małgosi… chciałam aby były zdrowe i donoszone… Dziś spoglądanie w przeszłość nie ma sensu… a jednak w chwilach słabości poczucie winy powraca.

    Zawsze mamom mówię, że to normalne… że to oznacza, że nam zależy. Dziwne by było gdybyśmy zachowały się inaczej… Ale warto nie skupiać się na tym… Nie dać zwyciężyć poczuciu winy, bo wtedy łatwo utracić radość bycia rodzicem cudu.

    A jeśli ktoś Was dołuje pytaniami, które pogłębiają po czucie winy? Nie rozmawiajcie z taką osobą lub powiedzcie wprost „Jestem mamą po stracie/ wcześniaka i to nie moja wina”

    Bądźcie silne

  • Jestem mamą po stracie – mówię o tym głośno

    Jestem mamą po stracie… o tym, że 3 miesiące temu straciłam córeczki w 19 tc mówiłam głośno… ale podczas zabawy – quizu na Stories na IG okazało się, że wiele osób nie wie, że byłam 3 razy w ciąży. Trudno mi o tym mówić… ale dlatego powstał ten blog i profil aby mówić o przyjemnych rzeczach ale też o trudnych ale bardzo ważnych.

    Jeszcze do niedawna niewiele osób wiedziało, że 14 lat temu straciłam bardzo wczesna ciążę. Historia jakich wiele… Byłam na końcówce studiów magisterskich, pierwszy poważny związek… pierwszy raz… pęknięta prezerwatywa i ciąża… która skończyła się równie szybko jak zaczęła. Gdybym nie wiedziała, że zabezpieczenie zawiodło być może nawet nie wiedziałabym że byłam w ciąży… Nie dało się nic zrobić… mój ówczesny partner przyjął to obojętnie, nigdy o tym nie rozmawialiśmy a po kilku miesiącach zostawił mnie. Wiedziała tylko mama i mój najbliższy przyjaciel… potem kilka innych bliskich mi osób. Dla wszystkich temat nie istniał… Było nie ma… a ja przez ten krótki okres pokochałam to dziecko i myśl, że będę mamą. Mój zawsze silny instynkt macierzyński poszybował w kosmos… a potem wszystko znikło.

    Wydawało mi się, że jest ok. Samoistne poronienie… wielu kobietom to się przydarza… trudno. Jednak moje życie z dnia na dzień stawało się trudniejsze, z tygodnia na tydzień ciężej mi było cieszyć się czymkolwiek. Dużo pracowałam (na dwa etaty), angażowałam się harcersko… sama nie wiedziałam dlaczego jest coraz trudniej.

    Trwało to dwa lata. Codziennie zmuszałam się aby wstać do pracy. Wracając do domu, często po kilkunastu godzinach byłam jak w letargu. Przyjaciele widzieli, że zamykam się… unikam ich. Jedynie mój przyjaciel potrafił do mnie trafić… ale z racji młodego wieku nie mógł udźwignąć mego ciężaru. Jednak dzięki jego wsparciu trafiłam na terapię.

    Myślałam, że problemem jest zmęczenie i przepracowanie, samotność i brak partnera… okazało się, że u podstaw mojej depresji leżało poronienie, brak wsparcia i to, że tak naprawdę nie przeżyłam żałoby. Terapia trwała około 8 miesięcy i bardzo mi pomogła. To, że kilka lat później byłam gotowa na związek z moim mężem i bycie mamą Marianki zawdzięczam właśnie terapii.

    Piszę o tym, ponieważ wiem że wiele kobiet jest po stracie. Pisaliście do mnie o tym kiedy odeszły dziewczynki. Wiem, że w naszym społeczeństwie nie mówi się o takim stratach. Przez pierwsze 3 miesiące to nawet rodzinie się nie wspomina na wszelki wypadek. Ale na jaki wszelki wypadek? Jeśli coś się stanie to nie można ukrywać swego żalu i bólu… a już na pewno nie „kisić” tego wszystkiego w sobie. Bo może skończyć się tak jak u mnie.

    Dziś jestem mądrzejsza o te doświadczenia… i choć widzę podobieństwo w niektórych moich zachowaniach nie wstydzę się mówić głośno o mojej stracie… i mówię też, że rozważam po raz kolejny terapię. Bo to jest odwaga powiedzieć „potrzebuje pomocy”. Nie wstydźcie się mówić o stracie i bólu… dzięki temu wesprzemy inne kobiety po stracie. Bardzo się cieszę, że @fundacjaernesta prowadzona przez Nikole i Kubę zajmie się wsparciem kobiet po stracie i cudowna Kasia @matka_prawnik będzie ich wspierać. Gdyby 14 lat temu była taka organizacja być może byłoby mi łatwiej… Dlatego kochane odwagi w mówieniu i proszeniu o pomoc.

  • Pokaż mi jak mogę zrobić to sam czyli Montessori w domu

    Montessori to moda, która przeminie… usłyszałam ostatnio taką wypowiedź. Z pewnością jest w tym trochę prawdy, ale jeśli nawet to kwestia mody nie ujmuje to samej metodzie. Powstała wystarczająca dawno temu aby życie zweryfikowało jej przydatność i zastosowanie zarówno w edukacji jak i w życiu codziennym.

    Kim była Maria Montessori i jak powstała metodą przez nią opracowana możecie przeczytać we wpisie dotyczącym przedszkoli prowadzonych tą metodą. Dziś chciałabym Wam jednak opowiedzieć o „Montessori w domu”. W internecie można znaleźć kilka naprawdę interesujących blogów na ten temat. Ja nie chcę dziś opowiadać o aranżacji przestrzeni (tu polecam kurs Kukumag) czy pomocach/ materiałach bo choć są bardzo ważne to jednak w moim odczuci nie najważniejsze. Tak więc w czym tkwi tak naprawdę siła pedagogiki Montessori?

    Jak dla mnie jest kilka najważniejszych aspektów. Przede wszystkim spojrzenie na siebie z zupełnie innej perspektywy… nie jako nauczyciela świata i życia, ale jako przewodnika a może jeszcze bardziej towarzysza w poznawaniu świata. Montessori proponuje abyśmy obserwowali dziecko i starali się podążać za nim. Kluczowe są tu tz. „okresy wrażliwości” – na porządek, ruch, język, doznania zmysłowe, drobne przedmioty, życie społeczne. Uważność i otwarty umysł dorosłego, który odpowiada na potrzeby rozwojowe dziecka jest kluczem do jakichkolwiek działań.

    Bardzo ważne jest też zaufanie jakim obdarzamy dziecko, co jest przejawem najwyższego szacunku. Korczak, którego również bardzo cenię, mówił że dziecko to nie zapowiedź człowieka czy przyszły człowiek tylko już człowiek – dlatego należy mu się taki sam szacunek jak dorosłym (więcej na ten temat tu). Jeśli my będziemy szanować dziecko, Ono także będzie szanowało innych.

    Montessori zwraca też uwagę na pokazywanie dziecku rzeczywistości, która nas otacza. Naturalnym u dziecka jest chęć poznawania świata wszystkimi zmysłami, ciekawość otoczenia i jego eksplorowanie wpisuję się w naturę dzieciństwa. Umożliwianie właśnie takiego nieskrępowanego poznawania świata nie wiąże się z brakiem granic lecz takich ich wyznaczaniem aby w ich ramach dziecko miało swobodę, a jednocześnie czuło się bezpieczne. Jasno określone zasady zarówno przy nauce z użyciem materiału Montessori jak i w życiu codziennym nie ogranicza wolności tylko zapobiega frustracji lub niebezpieczeństwu. Bo choć dziecku należy się szacunek to jeszcze wszystkiego nie rozumie i nie jest w stanie przewidzieć, dlatego to dorosły musi zadbać o bezpieczeństwo jednocześnie tłumacząc dziecku zasady i przyczyny ich ustalenia.

    Dla mnie w tej metodzie jest bardzo ważne również to, że resekujemy etapy rozwoju dziecka, wspieramy Go w nich ale niczego nie przyśpieszamy na siłę. Podążanie za zainteresowaniami dziecka i wiedza o okresach wrażliwości daje możliwość ułatwiania dziecku nauki ale nie zmuszania Go do niej. Naturalność jest tu kluczowa.

    Z perspektywy mojego macierzyństwa bardzo ważna jest dla mnie samodzielność Marianki, z jednym z ważnych elementów pedagogiki Montessori jest tz. „życie codzienne”. Umożliwianie dziecku uczestnictwa w pracach domowych, zainteresowanie roślinami i zwierzętami, nauka samodzielności – a właściwie pozwalanie na samodzielność stanowią klu tej metody. Pozwolenie na decydowanie o sobie (w ramach możliwości rozwojowych dziecka) i swoim działaniu przy współudziale, a nie nadzorze dorosłego uczy dziecko odpowiedzialności za siebie i innych.

    Jednym z zarzutów w kierunku Montessori jest, że dzieci nie bawią się tylko pracują. A jak inaczej nazwać mozolne poznawanie świata kawałek po kawałku? Nie chodzi o to aby dzieci siedziały nad materiałem ale aby miały otwarty umysł i chłonęły świat całym sobą. Zabawa ma wydźwięk infantylny i mało poważny, a praca to wysiłek. Oczywiście biorą pod uwagę rozwój dziecka to praca w znaczeniu montesoriańskim będzie tak naprawdę zabawą bo daje dziecku ogromną satysfakcję i przyjemność, uczy i otwiera, rozwija kreatywność i wyobraźnię i sprawia, że dziecko jest szczęśliwe i dumne z siebie.

    Może i Montessori dla wielu to moda i szybko przeminie… dla mnie to nie tylko przestrzeń i materiał do pracy ale przede wszystkim zmiana spojrzenia na dziecko i rolę dorosłego w Jego rozwoju. Jeśli nie jesteś gotowy na zmianę tego spojrzenia to nawet najlepiej zaaranżowany pokój i wszystkie pomoce Montessori nie sprawią, że zrozumiesz jakie możliwości daje ta metoda. A jeśli chcesz spróbować inaczej… zacznij od pogłębienia wiedzy o metodzie, czytaj książki samej Marii ale też współczesnych autorów. Można je kupić nawet w sieciówkach i dyskontach tylko trzeba wiedzieć czego szukać. Na początek mogę Ci polecić np. „Metoda Montessori. Naucz mnie robić to samemu” Charlottr Poussin – której już tytuł daje dużo do myślenia 😉