Autor: administacja

  • Pomysłowa Kredka

    Ostatnio poszukujemy z Marianką miejsc, w których dzieci są mile widziane, rodzina czuje się dobrze. Dodatkowo miejsca te są ciekawe, kreatywne, miłe lub piękne… albo wszystko naraz 😉

    Kilka dni temu odwiedziłyśmy „Pomysłową Kredkę”. Co to za miejsce? Tak naprawdę to trudno do końca określić. Ktoś mógłby powiedzieć, że to sklep. Ale moim zdaniem to coś więcej. To przestrzeń gdzie pasja ma swoje miejsce. W „Kredce” odbywają się turnieje gier planszowych, warsztaty dla nauczycieli z wykorzystania kreatywnych pomocy dydaktycznych, spotkania modelarskie… Oczywiście można też tam kupić gry, zabawki kreatywne, artykuły modelarskie, masy plastyczne i wiele więcej. „Pomysłowa kredka” to również wypożyczalnia planszówek.

    20170529_155911

    Fantastyczne jest to, że wszystkiego tam można, dotknąć zobaczyć. Marianka jeszcze nie przekonała się do piasku i zabaw w piskownicy, ale w „Kredce” miała okazję pobawić się piaskiem kinetycznym… i było lepiej (wcześniej zastanawiałam się czy jest sens go kupować, ale po teście oczywiście mamy ten piasek już w domu).

    piasek

    Każdą grę, która jest na półce obsługa zna bardzo dobrze. Pokaże, opowie jak w nią grać, podpowie dla jakiego wieku jest odpowiednia, dla osób z jakimi zainteresowaniami. My oglądałyśmy „Farmę” i „Króliczka” obie się Mariance podobały, ale to długouchy skradł jej serce 🙂 To prosta gra ucząca dzieci zależności przestrzennych. Myślę, że pojawi się na liście prezentów bożonarodzeniowych lub na 2 urodziny.

    kroliczek

    W „Pomysłowej Kredce” panuje bardzo przyjazna atmosfera… można powiedzieć rodzinna. Właściciele wraz z synami uwielbiają planszówki, mają doświadczenie pedagogiczne. Chętnie też pomagają – podarowali grę „Sushi” na licytację dla Szymona, którą jakiś czas temu prowadziliśmy.

    porzadki

    Jeśli szukacie ciekawego pomysłu na prezent, inspiracji do pracy lub miejsca, które warto odwiedzić z dziećmi to serdecznie polecam „Pomysłową Kredkę”, która ma swoją siedzibę w Białymstoku przy Alei Tysiąclecia Państwa Polskiego 6. Zapraszam do odwiedzenie również ich strony internetowej, FB i Instagram

    A jeśli chcecie się dowiedzieć cit więcej o właścicielach zajrzyjcie do wpisu, który gościnnie jakiś czas temu przygotował tata Leszek 🙂

    My oczywiście nie wyszłyśmy z pustymi rękoma… lubimy zakupy 😉

    zakupy

  • Gdy las szumi wokół nas…

    Zamykam oczy i słyszę szum strumyka… szelest liści, które porusza wiatr. Czuję ciepłe promienie słońca, które delikatnie dotykają mojej twarzy. Gdzieś trochę dalej odezwał się jakiś leśny śpiewak… a tuż obok pszczoła pracowicie bzyczy w kielichu pięknie pachnącego kwiatu… W bose stopy łaskocze mnie zielona do niemożliwości trawa… Jest cudownie błogo, relaksująco i tak bardzo odprężająco… Otwieram oczy… i widzę, że nadal jestem wśród bloków, w mieście w którym być może jest dużo zieleni… ale jednak czegoś brakuje. Tej dzikiej i pięknej przyrody, która leczy. Leczy i uzdrawia ze szkód cywilizacyjnych.

    Dzisiejszy świat pędzi, skupia się na informacji, zdobywaniu, posiadaniu. Nowe technologie, sprzęty. To wszystko jest bardzo potrzebne, ale jednak potrafi negatywnie wpływać na rozwój naszych dzieci. Kiedyś podwórka pełne były dzieci bawiących się, śmiejących, rozrabiających. Dziś owszem widzimy maluchy z rodzicami na placach zabaw, ale już dzieci samodzielnie wychodzących na zewnątrz… Przynajmniej ja widują ich mało. Kiedyś karą było zostanie w domu, teraz wyjście na dwór. Oczywiście nie u wszystkich i nie wszędzie, ale jednak w wielu domach.

    Nasze dzieci, zresztą i my sami, spędzają dużo czasu przed ekranami telefonów, tabletów, laptopów czy telewizorów. Często mają problemy ze skupieniem się, zapamiętaniem szczegółów. W szkole często mówi się trudnościach w słuchaniu i czytaniu ze zrozumieniem. Jest dużo dzieci nerwowych, nadwrażliwych, nadpobudliwych… Zmiany cywilizacyjne i nowe wyzwania sprawiają, że i nowe problemy stają przed dziećmi i rodzicami. A jednak nie wszystko jest stracone. Możemy pomóc naszym dzieciom i sobie. Jest na to prosta recepta… natura.

    Jakiś czas temu czytałam wyniki badań, które jasno pokazują, że to właśnie natura bardzo pomaga niwelować wiele szkód cywilizacyjnych, które nieświadomie sobie fundujemy. Oczywiście nie zachęcam do rezygnacji z terapii i innych sposobów pomocy dzieciom z problemami, ale natura może bardzo pomóc. W badaniach tych mówiono, że dwutygodniowy pobyt na łonie natury, bez komórki, laptopa, itp. potrafi zniwelować kilkumiesięczne szkody. Dzieci po takim „detoksie” wracają nie tylko radośniejsze, ale i potrafią lepiej się skupić, są spokojniejsze, nastawiona bardziej na relacje. Nie bez powodu od ponad 100 lat harcerze wyjeżdżają na obozy i inne wyprawy. Metoda harcerska się sprawdza 😉

    A tak na poważnie. Bardzo fajnie jest wysłać dziecko na obóz czy kolonie, wspólnie – rodzinnie wybrać się na urlop na łono natury. Ale nie musimy czekać na wakacje. Jest coraz ładniej, tak naprawdę każdy weekend czy popołudnie możemy spędzić blisko przyrody. W Polsce jest tyle pięknych miejsc, których człowiek jeszcze nie zniszczył (i mam nadzieję, że nigdy tego nie zrobi). Niektóre są blisko, inne trochę dalej.

    Nie siedźmy w domu. Poszukajmy tych miejsc gdzie naładujemy swoje akumulatory i zniwelujemy to wszystko co źle wpływa na nas i nasze dzieci w ciągu tygodnia. Nie wyobrażajmy sobie tych pięknych miejsc… odkryjmy je… 🙂

  • KOCHAM jak to trudno powiedzieć…

    Coś co powinno być dla rodzica najprostsze na świecie, naturalne i niewymuszone… „Kocham Cię” sprawia wielu z nas problem. Wydaje się takie proste, czasami banalne, rzucone od niechcenia albo przeznaczone na specjalne okazje, wyczekane. Coś co daje dziecku siłę i wiarę. Coś co che się czuć a jednocześnie słyszeć. „Kocham Cię” – coś tak trudnego w swej prostocie. Te dwa proste słowa mają ogromne znaczenie nie tylko dla dzieci. Ale dziś skupimy się właśnie na nich. Jak odbierają te słowa lub ich brak. Kiedy są im potrzebne, kiedy dają najwięcej, a kiedy krzywdzą.

    Niestety nie każdy z nas w dzieciństwie słyszał „Kocham Cię” od rodziców, no może jeszcze od mam częściej ale już tatusiowie to raczej byli bardziej wstrzemięźliwi w tym temacie. Najzwyczajniej w świecie tak zostali wychowani, tak uważali, że jest najlepiej. Ważne aby dzieci czuły, że są kochane, zadbane i zaopiekowane. Nie musiały słyszeć od ojca, którzy trzymał emocje na wodzy „Kocham Cię”. A nawet jeśli już raz na jakiś czas to słyszały, to było to jakieś takie dziwne, krepujące i nie wiadomo było co z tym zrobić.

    Dziś jest całkiem inaczej. Nie boimy się swoich emocji, wiem jak są ważne i że trzeba umieć je nazwać. Uczymy dzieci jak sobie radzić z emocjami i uczuciami, jak je nazywać, jak uzewnętrzniać. A sami? Czy też to robimy. Czy wydaje nam się, że codziennie udowadniamy naszym dzieciom, że je kochamy. Przecież one wiedzą, czują, że tak jest. No i właśnie tu pojawia się problem. Dzieci, zwłaszcza małe nie są w stanie pojąć wszystkich intencji dorosłych, nawet rodziców. Często same nie wiedzą co czują, więc jak mają się domyślić co czują rodzice? Dlatego powinniśmy mówić naszym dzieciom, że je kochamy. I to nie raz na jakiś czas, ale często. Aby wiedziały, że to co od nas dostają to bezwarunkowa miłość, zupełnie niezależna od wszystkiego co się dzieje.

    I tu przechodzimy do kolejnej ważnej sprawy. Jak zadbać o to aby dzieci czuły, że nasza miłość jest bezwarunkowa? Bo niestety nie zawsze tak jest. Wszystko zależy od tego kiedy mówimy „Kocham Cię”. Czy to stwierdzenie pada po tym jak dziecko zrobi coś dobrze, odniesie sukces czy też w innych okolicznościach. Jeśli mówimy dziecku, że je kochamy w chwilach kiedy tak naprawdę czujemy dumę i zadowolenie to niestety nasza pociecha może stwierdzić „Rodzice kochają mnie za moje osiągnięcia i sukcesy”. A przecież nie o to nam chodzi. W takich chwilach trzeba powiedzieć, że jesteśmy dumni, zachwyceni, zadowoleni, uradowani… Bo to właśnie tak naprawdę czujemy, w tej danej chwili. Jeżeli nasze dziecko wpadnie w pułapkę takich myśli, to po każdej awanturze czy gorszych chwilach będzie myślało, że nie jest kochane. Po każdym niepowodzeniu lub zbyt małym jego zdaniem sukcesie – również. A przecież nie o to nam chodzi, prawda?

    Bezwarunkowa miłość polega na tym, że kochamy w każdej chwili i dobrej i złej. I to nasze dzieci powinny wiedzieć. Słowa „Kocham Cię” powinny słyszeć w różnych sytuacjach, najlepiej w takich neutralnych. Ale również po jakiejś kłótni czy nieposłuszeństwie. „Bardzo mi się nie podobało twoje zachowanie, zasmuciło mnie i zdenerwowało. Ale pamiętaj nieważne jak będę na ciebie zła i tak Cię kocham”. To właśnie w takich sytuacjach dzieci najczęściej mają wątpliwości i strach, że rodzić już ich nie kocha. To w takich sytuacjach, kiedy emocje już opadną, czułe słowa i przytulenie dają poczucie bezpieczeństwa. Co oczywiście nie zwalnia z konsekwencji złego zachowania. Bo dla mnie konsekwencja jest oznaką miłości – miłość i konsekwencja to nierozerwalna para.

    Ważne jest więc to aby mówić swoim dzieciom, że je kochamy. Niezmiernie ważny jest moment kiedy to robimy, ale też sposób. Czy jest to rzucone od tak „ja też Cię kocham” czy słowa, które rzeczywiście mają znaczenie. Niezwykle ważny jest kontakt wzrokowy i pewien rodzaj intymności. Ja często mówię Mariance, że Ją kocham tuż przed drzemką, kiedy razem leżymy. Patrzymy sobie w oczy i na słowa „Kocham Cię” moja 16 miesięczna córeczka uśmiecha się, a Jej oczy błyszczą. Widzę w nich, że Ona też mnie kocha, choć może jeszcze nie wie co to do końca oznacza.

    Takie proste dwa słowa… a jednak takie trudne. Słowa, które powiedziane w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób mogą uskrzydlać i dodawać siły… lub wpędzić w ślepy zaułek. Życzę Wam i sobie aby te proste słowa były dla nas proste.

  • Kochanie złap wiewiórkę… czyli jesteśmy częścią przyrody

    Spacerujemy sobie po parku z Marianką. Patrzymy… a tu wiewiórka przycupnęła pod drzewem. Zatrzymujemy się i próbujemy pokazać Mani zwierzątko. Zresztą kilka innych osób też z zaciekawieniem przygląda się rudemu stworzonku. Aż tu nagle słyszę za sobą głos „Kochanie popatrz wiewiórka… złap ją” i widzę pięcio- może sześciolatkę rzucającą rower, pędzącą bez opamiętania w stronę rudzielca. Nadal słyszę w głowie śmiech TYCH rodziców, widzących jak zwierzak z przerażeniem ucieka na drzewo przed ich córką. I tylko chyba dobre wychowanie i szok powstrzymały mnie przed skomentowaniem na głos tego co widziałam. A w głowie zrodziło się pytanie – Co Ci rodzice robią swemu dziecku… i nam wszystkim.

    Ktoś może powiedzieć, ot wielkie rzeczy, dziecko pogoniło wiewiórkę, bo to pierwsze i ostatnie dziecko? Z pewnością nie. I nie sam fakt, że dziecko próbowało złapać zwierzaka wprawiło mnie z równowagi. Ale jego rodzice. To, że to był ich pomysł oraz fakt, że bawiło ich, że córka z miną szaleńca rzuciła się w jednej chwili za ta nieszczęsną wiewiórką. Zresztą tak to też skomentowali na głos, co ich dziecko również słyszało.

    Dzieci mają prawo poznawać przyrodę, tak jak potrafią. Nasza Marianka też próbuje złapać gołębia lub zbliżyć się do wygrzewającej się na słońcu kaczki. Ale Jej na to nie pozwalamy. To wszystko są istoty żywe i należy im się szacunek. Jeżeli dzieci nie nauczymy szacunku do zwierząt to i z tym do ludzi będzie problem. Bo wszyscy jesteśmy częścią przyrody, razem żyjemy i koegzystujemy. Bez zwierząt, roślin nasz świat nie istniałby, takim jakim jest. A my go sukcesywnie niszczymy. A zamiast uczyć nasze dzieci szacunku do otaczającego świata, każemy im „łapać wiewiórki”.

    Zresztą cały czas słyszymy o wydarzeniach, które pokazują jak mało szanujemy to co nas otacza. Jak mało znamy. Jak nie doceniamy. I jak butnie podchodzimy do tego, że opanowaliśmy ten świat. Słyszeliście pewnie o tatusiu, który w ramach poznawania świata włożył dziecko do wybiegu w ZOO? Każde zwierze ma prawo się bronić. Każde ma swoje zwyczaje. A to, że ich nie znamy i nie doceniamy to tylko nasza ignorancja. Ja jestem człowiekiem, panem świata i robię wszystko co mi się podoba. Dziękuję Bogu, że temu dziecku nic się nie stało.

    Jaki piękny piesek, w sam raz na prezent… Jaki niedobry pies, zjada mi buty, trzeba go wyprowadzać… Zostawmy go gdzieś, oddajmy, porzućmy…

    Jakie piękne widoki… las, strumyk, słońce, cisza… w sam raz na wybudowanie apartamentowców… a że połowę tego lasu trzeba wyciąć….

    Zobacz jaka sarenka… sama jest… zabierzmy ją… A to, że nie wiemy, iż z pewnością jej mama jest blisko… cóż, po co znać zwyczaje dzikich zwierząt…

    Straciliśmy gdzieś z oczy bardzo ważną kwestię. A jeżeli sami o niej nie pamiętamy, to jak przekażemy ją naszym dzieciom. To wszystko co nas otacza zostało nam dane nie w posiadanie ale w opiekę… i jakoś to nam marnie wychodzi. Chcemy jeździć w cudowne miejsca, spędzać czas z rodziną, mieć piękne zdjęcia wśród maków… Ale zanim się obejrzymy tego wszystkiego nie będzie. Nie szanujemy przyrody… Nie uczymy tego naszych dzieci. A szacunek zaczyna się od najmniejszych spraw. O nim się nie mówi, go się czuje. Nie zdziwmy się kiedy nasze dzieci nie tylko przyrody nie będą szanować… ale i nas.

    Jeszcze jest czas… jeszcze możemy to zmienić. Wystarczy aby każdy z nas pokazał dzieciom jak piękny jest nasz świat i że warto się nim opiekować, a od przyrody dostaniemy tak wiele. A dziecko, które kocha to co je otacza wyrasta na człowieka, który szanuje wszystko i wszystkich.

  • Trzy Kropki

    Dziś odwiedziłyśmy z Marianką nowe, niesamowite miejsce w Białymstoku. Zakochałyśmy się w nim od Pierwszego wejrzenia? Trzy Kropki księgarnia dla Dzieci to coś więcej niż księgarnia… to przestrzeń dedykowana dzieciom, książki które można dotknąć i obejrzeć, miejsce do posiedzenia, klocki, maskotki… Ale przede wszystkim cudowni właściciele – małżeństwo na czele z synem, który był naszym „przewodnikiem”.

    z-jasiemdoradca

    „Trzy Kropki” to pasja i serce do książek, ogromne zaangażowanie i wiedza. Znają każdą książkę, którą mają w ofercie. Doradzą dla jakiego dziecka jaka pozycja. Opowiedzą, podzielą się doświadczeniem. Oni najzwyczajniej w świecie kochają książki ?

    galgankielmo

    To miejsce uzależnia. My z Marianką z pewnością szybko tam wrócimy? Wy również zajrzyjcie koniecznie. Zarezerwujcie sobie sporo czasu, bo do „Trzech Kropek” nie da się zajść na 5 minut ?

    W księgarni oprócz książek dla dzieci znajdziecie też poradniki dla rodziców. A to nie wszystko. Zachęcam do polubienia profilu Trzy Kropki księgarnia dla Dzieci tam na bieżąco możecie śledzić nie tylko nowe pozycje książkowe, ale też co się dzieje w księgarni. Zachęcam do udziału w głośnym czytaniu książek, w planach są również kameralne spotkania z autorami. Oj, będzie się działo

    wystrojwystroj2

    My z Marianką wróciłyśmy do domu z „Śpij, króliczku” oraz „Gałgankowy skarb”. Książeczki wybrała oczywiście Mania. Wiele oglądała, ale te przypadły Jej do gustu najbardziej 😀

    zakupy

    Polecam serdecznie i zapraszam na ul. Grochową 1 <3

  • Czasami bywa wesoło…

    Bycie rodzicem to nie łatwa sprawa, bywa ciężko… Są dni kiedy chcesz wyjść z domu, trzasnąć drzwiami i się nie odwracać… Są dni kiedy jesteś tak zmęczony, że padasz na twarz i masz ochotę zakopać się w kołdrę i nie wychodzić spod niej przez co najmniej tydzień… Są dni kiedy wszystko idzie nie tak jak powinno i nie tak jak planowaliście… Są dni kiedy spoglądasz za siebie i zastanawiasz się czy było warto… Ale są też dni kiedy jest wesoło…

    Te złe dni często przesłaniają nam radość i szczęście. A przecież tych dobrych jest równie dużo jak złych, a często nawet więcej. Tylko te czarne są bardziej widoczne i wyraźniejsze, mocniej odciskają się na naszych przeżyciach. A te dobre, wesołe i przyjemne są jakby codziennością i wnikają w nią. Stają się normą i nie wywołują takich silnych emocji. A przecież to one powinny dawać siłę i moc nam rodzicom. Tak jak dają ją dzieciom. BO one potrafią cieszyć się z drobnostek.

    Przecież codziennie mamy powody do uśmiechu, radości i wspólnej zabawy. Tylko czasami ich nie zauważmy. Czasami przechodzimy obok nich nie zwracając uwagi. Nie dając im szansy. Wspólne żarty, śmiechy, łaskotki, wygłupy… To z jednej strony tak niewiele, a z drugiej tak dużo… Ile trzeba żeby cieszyć się i radować? Tylko chęci i otwartość…. A przecież dzieci tak szybko dorastają…

    Czasami trzeba się po prostu zatrzymać i dojrzeć szansę na tę radość. Bo przecież rodzicielstwo to ogrom wzruszeń, miłości i radości. Żadne inne doświadczenie nie dostarcza nam takiej masy pozytywnych emocji i tyle szans na radość. I tak naprawdę wesoło nie jest czasami, ale może być zawsze. Często trudne chwile można pokonać właśnie uśmiechem i radością… dodać odrobinę humoru. To niełatwe, ale warto.

    Bo jak chcemy wspominać czas spędzony z naszymi dziećmi… Jak chcemy aby one wspominały ten czas? Podkreślajmy te wspólne cudowne chwile, skupiajmy się na wesołych doświadczeniach. A okaże się, że nie jest tak źle i że nie tylko bywa ale i jest wesoło.

  • Dzień dobry i dobranoc

    Kiedy po kolejnej średnio przespanej nocy o 5:30 lub 6:00 słyszysz, że twój ukochany maluch właśnie rozpoczyna dzień to najczęściej masz ochotę schować się pod kołdrę i udawać, że Cię nie ma? Ja tak mam bardzo często. Jest jednak jedna rzecz, która codziennie od kilku miesięcy sprawia, że o tak niemiłosiernej porze chce mi się ruszyć z łóżka i chcąc nie chcąc rozpocząć nowy dzień… Zgadniesz co to takiego?

    To uśmiech mojej Marianki 🙂 Od dłuższego już czasu kiedy tylko się przebudzi, wstaje w łóżeczku i zagląda w stronę naszego łóżka. Kiedy tylko któreś z nas spojrzy w Jej stronę od razu na Jej buzi pojawia się uśmiech od ucha do ucha. Ostatnio mój mąż stwierdził, że to jakby Mani dzień dobry. Jakby wiedziała, że fajnie jest zacząć ranek od pozytywnych emocji. I rzeczywiście ten uśmiech mnie rozbraja. Wieczorem zaś ma swoje „dobranoc”. Kiedy trzymamy Mariankę na rękach podczas rodzinnej modlitwy przed Jej spaniem przytula się raz do mnie raz do męża. To jest niesamowicie przyjemne. I bardzo mądre.

    Jak się tego nauczyła. Niechcąco 😉 Od początku jak wróciliśmy do szpitala, a może jeszcze wcześniej? Zdecydowanie – wcześniej. Odkąd Marianka była w szpitalu zawsze jak przychodziliśmy witaliśmy się z Nią czule, zwłaszcza uśmiechając. A kiedy wychodziliśmy – starliśmy się przytulić, jeśli się dało, ukochać i dać jak najwięcej czułości. Kiedy wróciliśmy do domu te rytuały przeniosły się na wieczór i ranek. Staraliśmy się aby przebudzając się widział uśmiech. Tak jakoś czuliśmy, że tak jest dobrze. I nie wiadomo kiedy Marianka nauczyła się tego od nas.

    No właśnie dobrych manier i czułości uczymy prze przykład i tak niechcąco. Dzieci obserwują nas i jeśli dostają czułość i dobro to starają się odwdzięczyć tym samym. To nie nasze słowa, a czyny sprawiają, że dzieci przyswajają te zachowania. Jeżeli chcemy aby były „dobrze wychowane” to sami musimy na co dzień postępować zgodnie z tymi zasadami. Nie da się wymagać czegoś czego sami nie stosujemy. Nie oczekujmy, że dzieci będą się witać z sąsiadami jeśli my tego nie robimy. Po prostu róbmy to. Sami możemy być zaskoczeni kiedy nasze dzieci zaczną mówić dzień dobry sąsiadom, czy przepraszać kiedy chcą przejść. Tego nie musimy im mówić. Same to zaobserwują i powtórzą. To naturalne jak oddychanie… tylko muszą mieć odpowiedni „tlen”.

    Tak samo jest z okazywaniem uczyć w rodzinie. To jak będziemy się odnosić do współmałżonka/ partnera i do dzieci – to samo otrzymamy od nich. Jeśli dziecko zaczyna na nas krzyczeć lub wyzywać – zastanówmy się najpierw gdzie to usłyszało. Może jednak w domu? Zanim zaczniemy szukać winy w przedszkolu czy piaskownicy – popatrzmy na siebie. Na to jak rozmawiamy przez telefon, czy ze znajomymi. Dzieci to wszystko słyszą i naśladują. PO mimo że nam się wydaje, że tak nie jest.

    Często trudno jest dostrzec swoje postępowanie, bo przecież chcemy dla dzieci jak najlepiej. Ale wystarczy trochę obiektywizmu i rzeczywistego spojrzenia na siebie. Bo dzieci, zwłaszcza te małe, to nasze odbicia. Czasami przerysowane, ale jednak nasze. A czasami mała zmiana w nas powoduje ogromną zmianę w nich.

    Tak więc życzę Wam i sobie wiele takich „niechcących” perełek w zachowaniu naszych dzieci. Które sprawiają zarówno nam i im wielką przyjemność.

  • Wielkie sukcesy małych ludzi

    Czekamy i czekamy na te raczkowanie… Wszystkie dzieci wokół raczkują… zaczynają chodzić. Trzynaście miesięcy rehabilitacji (z 15 i pół miesiąca życia), wiele z nich przepłakanych, wymęczonych… I nadal czekamy. Nie żeby w ogóle nic się nie działo. Tu dwa „raczki” tam trzy… Idą same ręce, nogi jeszcze nie pracują. Ale to ciągle mało. A przecież tak bardzo chcemy aby się rozwijała, aby Jej trud nie poszedł na marne. Bo przecież tak ciężko pracuje, tyle daje z siebie. A sukcesu nadal brak.

    Ale czy na pewno? Czy dla tej małej istotki te parę „raczków” to rzeczywiście nic? Czy to, że za pomocą rączek i w pozycji do raczkowania przemierzyła pół pokoju to nie sukces? A, że jeszcze nóżki nie są w stanie wspomóc rąk? No właśnie jeszcze nie są w stanie. Ale kiedyś będą. Te godziny, tygodnie i miesiące rehabilitacji nie idą na marne. Te łzy i pot wylewane na zajęciach przez Mariankę przynoszą efekty. Może jeszcze nie taki jakie byśmy chcieli, może nie tak szybko, ale przynoszą. To, że taki szkrabik, pomimo trudności i wysiłku chce iść do przodu, ma w sobie nadal ogromną siłę walki… to jest sukces. I z tego właśnie się cieszymy.

    Jak trudno czasami dostrzec malutkie sukcesy naszych dzieci. Może dlatego, że często to co my uważamy za sukces nie zawsze też jest nim z ich punktu widzenia. Bywa tak, że my stawiamy dzieciom jakieś cele, a ich możliwości, chęci, zainteresowania i upodobania są zupełnie inne. I dotyczy to już maluszków. Chcemy aby mówiły, raczkowały, chodziły, same się bawiły, wcześnie zaczęły czytać, były aktywne w sporcie… A one potrzebują zupełnie czegoś innego. I teraz mamy dwa wyjścia. Albo zaakceptujemy, że nasze oczekiwania nie spełnią się w takim aspekcie jakbyśmy chcieli… albo zostaniemy przy swoim.

    W pierwszym przypadku ważne jest aby zrozumieć, że to nie jest nasza porażka. Po prostu cały czas poznajemy nasze dzieci i sukcesem jest, że dostrzegliśmy ich potrzeby i możemy je wspierać. Nawet jeśli postępy są malutkie z naszego punktu widzenia, dla dzieci mogą być ogromne. Bo to one wkładają wysiłek w opanowanie nowych umiejętności i to one są z tego rozliczane. A tylko osoba ucząca się czegoś jest w stanie określić jak coś jest dla niej trudne. Dostrzegajmy te chwile kiedy dziecko jest z siebie zadowolone i te kiedy nawet nie wie, że powinno być zadowolone bo osiągnęło coś co wymagało wysiłku. Takie nasze postępowanie z pewnością może być rudne, bo często wymaga rezygnacji z naszych pragnień i ambicji. Ale za to bardzo pozytywnie wpływa na relacje i więzi z dzieckiem.

    Kiedy jednak nie chcemy rezygnować ze swoich celów może wydarzyć się kilka rzeczy. Dziecko rzeczywiście stanie na wysokości zadania i osiągnie sukces (tyko czy to będzie jego sukces?). Może też się poddać i stwierdzić, że to dla niego za trudne lub jest beznadziejne bo tego nie potrafi (co oczywiście wpływa na negatywną samoocenę). Może zaprotestować i nie chcieć realizować naszych celów (to może z kolei powodować konflikt). Tak czy inaczej taka sytuacja raczej niekorzystnie wpływa na relacje i więź z dzieckiem.

    To od nas zależy jak sukces będą postrzegały nasze dzieci. Czy będzie to dla nich osiągnięcie czegoś poprzez pracę i zaangażowanie czy zadowalanie innych. To my nauczymy je cieszyć się nawet małymi sukcesami aby budować poczucie własnej wartości i próbować swoich sił w trudniejszych dziedzinach. To wszystko od nas zależy. Ale musimy pamiętać, że to mają być sukcesy naszych dzieci, a nie nasze.

    Kiedy Marianka zacznie raczkować? Za tydzień, miesiąc… a może za trzy? Nie wiem. Wiem za to, że nie przyśpieszymy tego procesu tylko dlatego, że już byśmy chcieli aby raczkowała. Tak jak każda z dotychczasowych umiejętności pojawi się wtedy kiedy będzie wystarczająco wyćwiczona… Więc wspólnie będziemy ćwiczyć. Trzymajcie kciuki.

  • Mówić czy rozmawiać?

    Dużo się o tym mówi, że aby dzieci zaczęły wcześnie wypowiadać pierwsze wyrazy, proste zdania i miały bogaty zasób słownictwa trzeba do nich dużo mówić. A najlepiej zacząć jak najwcześniej. Istnieją teorie, że należy rozpocząć już wtedy kiedy dzieci są w brzuchu. Jest coraz więcej świadomych rodziców, którzy chcą dla swoich dzieci i ich rozwoju jak najlepiej. Jednak pomimo wielu starań i mówienia do maluchów, te nie chcą przemówić. Często pytają mnie czy coś jest nie tak, bo przecież się starają. I tu pojawia się pytanie czy rzeczywiście wystarczy mówić?

    Oczywiście samo mówienie jest bardzo ważne, ponieważ dostarcza wiedzy o świecie, wzbogaca słownictwo i opisuje otaczającą rzeczywistość. Jednak to nie wystarczy aby zachęcić dzieci do mówienia. Dlaczego? Oczywiście nie mówię tu o dzieciach, które z różnych przyczyn mają zaburzony i opóźniony rozwój mowy – one wymagają terapii i intensywnego wspomagania. Mówimy o dzieciach, które rozwijają się w miarę równomiernie i nie mają innych utrudnień rozwojowych.

    Takim dzieciom mówienie do nich po prostu nie wystarcza. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na spacerze z koleżanką/ kolegą i ta osoba przez cały czas opowiada coś, co się jej przytrafiło. Nie bierze nawet wdechu, podczas którego moglibyśmy się „wciąć”. Nie pyta nas, nie podejmuje z nami rozmowy lecza prowadzi monolog. Czy po 10 – 15 minutach będzie się nam chciało coś mówić? A może stwierdzimy, niech się wygada? W takiej sytuacji chęć do rozmowy często nam przechodzi. Tak samo jest z dzieckiem. Już kilkumiesięczne zaczyna się z nami komunikować – próbuje podejmować z nami rozmowę. Oczywiście nie są to wyrazy – raczej odgłosy, dźwięki, pojedyncze głoski. Do tego kieruje gdzieś wzrok, wskazuje. To jest właśnie początek rozmowy. Jeśli jednak my tego nie zauważymy, nie wykorzystamy i nie włączymy się do rozmowy, dziecko szybko zaprzestanie. Będzie nadal słuchało tego co mówimy, będzie z pewnością dużo rozumiało, ale może nie wykazywać wcale chęci do mówienia. Oczywiście będą takie maluchy, które się tym nie przejmą i będą parły do przodu aby się komunikować, ale mówimy tu o dzieciach o silnej osobowości.

    W takim razie jak zacząć z dzieckiem rozmawiać, aby nie tylko do niego mówić. Uruchomić trochę wyobraźnię. Kiedy jesteśmy np. na spacerze i opowiadamy dziecku co widzimy, zadawajmy pytania. Dajmy czas na odpowiedź – dźwięk, głos. Wyobraźmy sobie co mogło dziecko odpowiedzieć, potwierdźmy lub zaprzeczmy. Nazwijmy to co dziecko mogło powiedzieć. Dajmy też mu czas na to aby to ono zaczęło komunikację, bądźmy czujni. Może zobaczyło ptaszka lub przejeżdżający samochód. Potwierdźmy co widzi, nazwijmy i opowiedzmy coś więcej. Bądźmy otwarci na kontakt. Z czasem dziecko będzie wypowiadało dźwięki coraz bardziej podobne do wyrazów lub takie, które będziemy w stanie zidentyfikować jako nazwa konkretnej rzeczy. Rozmawiajmy jak najczęściej to buduje relacje i więź ale też przygotowuje do przyszłych „prawdziwych” rozmów. Pokazuje dziecku, że najpierw jedna osoba mówi – potem druga. Już od małego możemy nauczyć szacunku i zasad kulturalnej rozmowy. To od nas zależy.

    Wiem, że dla niektórych rodziców taka rozmowa z maluszkiem, który jeszcze nic nie mówi może być krepująca lub trudna. Zwłaszcza w miejscach publicznych, na spacerze. Ale warto się przełamać, aby nasze dziecko nie tylko zaczęło mówić ale też z nami rozmawiać. Bo czego dziś się nauczy to wykorzysta później. Zwłaszcza kiedy będziemy rozmawiali o trudnych tematach np. z nastolatkiem.

    Zachęcam Was też do przeczytania mojego wpisu „Dlaczego jedne dzieci mówią wcześniej, a inne później”

  • Czyj to przyjaciel?

    Nie baw się z nim, nie widzisz jaki to łobuz. Idź do Krzysia to grzeczny chłopiec i będziecie się ładnie bawić… Czy ty naprawdę nie możesz znaleźć sobie innej koleżanki? Przecież wiesz z jakiej ona jest rodziny… Tylko od lekcji Cie odciągają ci twoi koledzy. Co ty w nich widzisz?… Taki obdarty zajączek Ci się podoba? Popatrz masz tyle innych zabawek, wybierz do spania coś innego… Wybierz… znajdź… lepszego… grzeczniejszego… lepiej się uczącego… z lepszej rodziny… mądrzejszego… ciekawszego… innego przyjaciela. Być może kiedyś sami usłyszeliście coś podobnego lub powiedzieliście tak komuś. Ale czy to coś złego?

    Z pewnością osoby wypowiadając przytoczone powyżej kwestie miały dobre intencje. Przecież chcemy aby nasze dzieci przebywały z osobami, które będą miały na nie dobry wpływ. Chcielibyśmy aby nawiązały przyjaźnie na całe życie. Aby na wspaniałych przyjaciół mogły liczyć zawsze. Aby mieli wspólne przygody i wspomnienia. A wszystko w otoczce bezpieczeństwa, rozsądku i naszej aprobaty.

    Zastanówmy się jednak czym jest przyjaźń dla naszych dzieci. Już maluchy nawiązują bliskie relacje z rówieśnikami. Rzadko mogą one przetrwać dłużej niż znajomość z piaskownicy czy przedszkola, ale są i takie. W tym wieku przyjaźnie zawiązują się tak samo szybko jak rozpadają. Są jednak naszym dzieciom potrzebne aby rozwijać się społecznie i emocjonalnie. Niestety nie zawsze te znajomości będą się nam podobały. Dzieci przyciągają często rówieśnicy, którzy są przebojowi, pomysłowi i energiczni. Co za tym idzie często uważamy takie osoba za „rozrabiaki”. Boimy się, że nasze dzieci też zaczną się tak zachowywać. Co zatem zrobić aby nasze pociechy nie nabrały złych nawyków, a jednocześnie abyśmy nie zaburzali ich emocjonalnego rozwoju. Co zrobić aby wspierać dziecko, a nie zachowania których nie akceptujemy?

    Zapytajmy dziecko dlaczego właśnie lubią Stasia czy Kasię. Powiedzmy, że cieszymy się, że mają przyjaciela, ale nie zmienia to zasad panujących w domu. Ustalmy, że nadal oczekujecie zachowania takiego jak do tej pory. Wytłumaczcie, że to iż przyjaciel w jakiś sposób się zachowuje, nie oznacz, że dziecko musi robić tak samo. Oczywiście dzieci powiedzą „To on już mnie nie będzie lubił”. Wytłumaczcie, że prawdziwy przyjaciel akceptuje nas takim jakim jesteśmy. Możecie sobie w tym pomóc np. jakąś książeczką (z pewnością znajdziecie jakąś propozycję w jednym z moich „książkowych” wpisów). Grunt to to, że nie zabraniamy się przyjaźnić – nie krytykujemy przyjaciela tylko przypominamy o panujących u nas zasadach. W ten sposób okazujemy szacunek i tego samego oczekujemy.

    W podobny sposób postępujemy przy starszych dzieciach. Rozmawiamy o przyczynach przyjaźni, jak powinna wyglądać, na jakich warunkach się opierać. Przypominamy o zasadach. Nie zabraniamy kontaktu, a jedynie nieakceptowalnych zachowań.

    Inny problem pojawia się w sytuacji kiedy nie akceptujemy przyjaciela, bo wydaje nam się zbyt mało „warty” naszego dziecka. To jest bardzo trudny problem, który tkwi w nas. Bo jakie mamy prawo aby oceniać jakim ktoś jest człowiekiem i jakim będzie przyjacielem. Jeśli jego zachowanie nie zagraża naszemu dziecku to kontakt z kimś kto jest inny niż nasza pociecha tylko może rozwinąć osobowość. Przyjaciel słabszy w nauce – pomoc zawsze rozwija. Ktoś z biedniejszego domu – nawet nie będę komentowała… Czasami warto zastanowić się nad samym sobą a nie oceniać innych.

    Pamiętajmy, że tak jak my nie chcielibyśmy aby nam ktoś wybierał znajomych, przyjaciół czy partnera – to samo tyczy się naszego dziecka. O ile taka znajomość nie zagraża jego zdrowiu i życiu nie mamy prawa ingerować. To brak szacunku i z pewnością wpływa niekorzystnie na naszą relację z dzieckiem. Pamiętajmy, że każdy kontakt z innym człowiekiem to szansa na rozwój naszego dziecka. W dużej mierze to od nas zależy czy będzie to doświadczenie pozytywne czy nie.