Kategoria: Przeczytaj

  • Każdy z nas jest tak samo ważny

    Każdy z nas jest tak samo ważny. Każdy człowiek ma prawo do zaspakajania swoich potrzeb nie krzywdząc innych. Dyskryminacja związana z pełnionymi rolami społecznymi jest niedopuszczalna. Nie ważne czy dziecko czy dorosły, każdy jest człowiekiem i ma swoje prawa… Ale czy na pewno?

    Ostatnio kilkakrotnie rozmawiałam z rodzicami dzieci, które mają zacząć lub zaczęły adaptację żłobkową i przedszkolną, właśnie na temat równości naszych praw. Okazuje się, że w większości rodzin prawa części osób są nierespektowane, co wpływa negatywnie na rozwój i wychowanie dzieci. I co ważne w całym tekście nie będą odnosiła się do rodzin, w których jest przemoc, tylko do takich „Zwyczajnych rodzin”, w których większość z nas żyje. Czy wiecie czyje prawa najczęściej są odsuwane na dalszy plan? Być może to Was nie zaskoczy ale najczęściej o swoich podstawowych prawach człowieka zapominają mamy, ale też często tatusiowie. Zapytacie się jak to możliwe? Zastanówcie się chwilę i przeczytajcie dalej.

    Kiedy rodzi się dziecko, zwłaszcza pierwsze, podporządkowujemy mu wszystko co się dzieje w rodzinie. I jest to oczywiście proces naturalny i logiczny. Maluch nie potrafi się sam o siebie zatroszczyć, zjeść, przewinąć, często ma problem z samoregulacją. To jest normalne. Takie jego prawo. Jednak w momencie porodu kobieta nie przestaje być człowiekiem i nie zbywa swoich posadowych praw do jedzenie, potrzeb fizjologicznych, poczucia bezpieczeństwa, odpoczynku. A jednak bardzo często się zdarza, że podczas opieki nad maluchem nie jest wstanie zapewnić sobie tych podstawowych praw. Co więcej w Jej głowie jest obraz, że powinna samo sobie ze wszystkim poradzić, a prośba o pomoc jest słabością. Dlaczego tak się dzieje? Na ten temat możnaby napisać nie artykuł a całą książkę. Dosyć tego, że nawet kiedy taką pomoc otrzymuje często z niej nie korzysta. Jest to wyczerpujące dla takiej kobiety, często powoduje utratę wiary w siebie i poczucia własnej wartości.

    Ale taka sytuacja wpływa nie tylko na kobietę. Bo często „poświęcanie” swoich potrzeb nie kończy się w momencie kiedy dziecko przestaje być noworodkiem. To się pogłębia zarówno u mamy jak i u taty. Chciałabym też abyście pamiętali, że cały czas mówię o potrzebach podstawowych typu jedzenie, potrzeby fizjologiczne, itp. Dziecko rośnie, a rodzice zapominając o tym, że potrzeby każdego są tak samo ważne, dają mu przekaz zgoła inny. Zaczyna się od prostych spraw, np. rodzic jest w toalecie a dziecko domaga się aby podać mu jakąś zabawkę. Co jest w danym momencie ważniejsze? Oczywiście, żeby rodzic zaspokoił swoją potrzebę fizjologiczną. Jeśli dziecku nie dzieje się nic złego naprawdę może poczekać. Podobnie się ma sytuacja z jedzeniem rodzica – jeśli dziecko ma zaspokojone podstawowe potrzeby, jest bezpieczne ro rodzic wręcz ma obowiązek powiedzenia „Poczekaj, zjem i się tym zajmę”. Jest to bardzo ważne aby dziecko nauczyło się czekać, ale też wiedziało, że każdy członek rodziny jest tak samo ważny. Moja córka przechodziła etap, w którym zawsze chciała być pierwsza. Zdarzało się, że wracaliśmy do domu, maż niósł ciężkie torby a ja pomagałam Jej wejść po schodach. Ponieważ nam wejście zajmowało sporo czasu przepuszczałam męża aby mógł z ciężarem wejść pierwszy. Córka zaczynała już na dole krzyczeć, żeby tata nie wychodził przez drzwi bo Ona chce być pierwsza. Szanuję chęci i wewnętrze motywy mego dziecka, ale w tym przypadku ważniejszy był kręgosłup męża. Tak też tłumaczyłam córce, że tata nie poczeka, bo ma ciężkie torby i potrzebuje je szybko odstawić już w domu.

    Takich przykładów można by mnożyć. Zwłaszcza kiedy w domu jest więcej niż jedno dziecko. Czasami to starsze musi we wszystkim ustępować młodszemu, a czasami młodsze słuchać bezkrytycznie starszego. Bycie rodziną to nauka kompromisów i uznawania prawa drugiego człowieka do jego potrzeb, pragnień i marzeń. Oczywiście nie namawiam do ignorowania potrzeb dziecka bo tu chodzi właśnie o równowagę.

    Wiem, że często jest nam bardzo trudno uczyć dzieci czekania, cierpliwości i tego, że nie jest pępkiem świata… bo dla nas jest. Ten problem jest często bardzo widoczny u rodziców dzieci, które miały trudny start. Chcą im niejako „wynagrodzić” to, że były w szpitalu, przechodziły różne zabiegi… czasami też jest to kwestia poczucia winy. Tacy rodzice starają się zaspokoić wszystkie potrzeby dziecka zanim Ono nawet o tym pomyśli i poczuje. Sama tak miałam tuż po tym jak wróciłam z Marianką do domu po czterech miesiącach, które po urodzeniu spędziła w szpitalu. I naprawdę rozumiem emocje, odczucia… ale to wszystko tak naprawdę robimy z myślą o sobie, a nie o przyszłości dziecka.

    Co się dzieje z dzieckiem, które w domu czuje, że jest najważniejsze, które nie zważa na to co czują i potrzebują inni? Co się dzieje z tym dzieckiem kiedy trafia do żłobka, przedszkola czy szkoły? Ważne jest poczucie, że jest się ważnym… ale świat nie jest skonstruowany tak, że inni będą zaspakajać potrzeby naszego dziecka przed swoimi lub przed potrzebami innych dzieci. I to niezależnie czy będzie to prywatna placówka czy państwowa. Nasze dziecko kiedyś stanie się dorosłym, będzie współistniało w społeczeństwie, które szybko mu pokaże, że nie zawsze będzie pierwszy, nie zawsze będzie mógł od razu wszystko dostać. I jak się wtedy poczuje? Jak będzie reagował na to co się dzieje wokół Niego?

    Bardzo ważne jest to, że nie ma takiego konkretnego momentu, w którym powinniśmy zacząć uczyć dziecka, że każdy z nas ma swoje prawa i każdy z nas jest bardzo ważny. To tak jak z szacunkiem uczymy go od momentu urodzenia się dziecka… bo najpierw musimy nauczyć się w swojej głowie i przygotować do tego.

    Za kilka miesięcy wiele dzieci zacznie swoją przygodę ze żłobkiem, przedszkolem czy szkołą. Wśród rzeczy nad którymi rodzice będą pracować w sobie i z dzieckiem powinno się naleźć nie tylko odpieluchowanie, samodzielność w czynnościach samoobsługowych czy umiejętność zasypiania bez rodzica ale też rozumienie, że każdy z nas jest tak samo ważny.

  • Pożegnanie z pieluchą

    ODPIELUCHOWANIE to słowo, które wielu rodziców przyprawia o zawrót głowy. Często już rodzice kilkumiesięcznych dzieci stresują się myślą, że przyjdzie czas kiedy i Oni będą musieli się z tym zmierzyć. Regularnie dostaję pytania jak sobie poradzić z tym tematem i jak wyglądało to u nas. Dość długo odkładałam ten zagadnienie ponieważ tak jak nie ma dwóch identycznych dzieci, tak i nie ma uniwersalnych sposobów na nieleniuchowanie. Bazując na doświadczeniach mamy i wieloletniej nauczycielki w przedszkolu i żłobku mogę jednak nakreślić kilka podstawowych aspektów związanych z tym tematem.

    Po pierwsze to prawda, że kiedyś dzieci odpieluchowywały się wcześniej. Wynika to przede wszystkim z tego, że nie było pieluch jednorazowych. Zarówno dzieci nie czuły się komfortowo kiedy już po jednym zrobieniu siku pielucha była mokra, jak i rodzicom zależało aby jak najszybciej zrezygnować z tony pieluch i ciągłego prania. Dziś używanie pieluch jednorazowych jest wygodne dla rodziców – odpada aspekt prania i suszenia, ale i dzieciom one nie służą. Przede wszystkim trudniej jest poczuć, że pieluszka jest mokra co za tym idzie połączenie przyczyny i skutku… zrobię siku – jest mi mokro. Oczywiście pieluchy jednorazowe to nie jedyne rozwiązanie w dzisiejszych czasach, ale zdecydowanie większość rodziców z nich korzysta.

    Aby dziecko rzeczywiście odpieluchowało się w sposób naturalny muszą się zadziać dwie rzeczy: gotowość fizyczna i psychiczna. Gotowość fizyczna związana jest zarówno z możliwością samodzielnego siedzenia na nocniku czy sedesie, możliwość samodzielnego dotarcia do tego miejsca też ma znaczenie. O wiele łatwiej dziecku, które jeszcze nie mówi po prostu podejść do nocnika lub ubikacji niż zawołać „siusiu”. Dlatego kiedy rozmawiamy o odpieluchowaniu dzieci o opóźnionym rozwoju ruchowym musimy mieć pełną świadomość zależności między siedzeniem i poruszaniem się a gotowością do korzystania z toalety. Inną ważną rzeczą jest umiejętność kontrolowania swego ciała i zatrzymania moczu aby zdążyć udać się do ubikacji. Dzieci, które nie są w stanie utrzymać go przez chwilę nie będą w stanie zrezygnować w pełni z pieluchy.

    Kolejną sprawą jest gotowość psychiczna. Z jednej strony dziecko powinno kojarzyć odczucie parcia moczu czy kupy a tym, że potrzebuje skorzystać z łazienki, z drugiej samo z siebie nie będzie wiedziało „o co chodzi”. Dlatego tak ważne jest aby maluch wiedział do czego służy ubikacja, nocnik czy podkładka na sedes. Można go zapoznać poprzez posadzenie, wytłumaczenie, przeczytanie książeczki czy komunikowanie, że mama lub tata idą teraz do ubikacji i po co. Dziecko zna świat na tyle na ile go pozna, na tyle na ile pokażemy mu i wytłumaczymy. Nie rodzi się z informacjami gdzie i jak robi się siku i kupę. Dlatego mówiąc o gotowości psychicznej dziecka do odpieluchowania jak najbardziej jestem za nie przymuszaniem ale też za zaznajamianiem z tematem.

    Chciałabym również nadmienić, że „wysadzanie” nie jest odpieluchowaniem samym w sobie tylko jego wsparciem. Jeżeli będziemy wysadzać dziecko regularnie w odpowiednich porach to nawet niespełna roczne dziecko można uznać za „odpieluchowane”. Jednak to nie będzie prawdą. Pozbędziemy się pieluszki na zawsze tylko w momencie, kiedy dziecko samo będzie mówiło/ dawało znak, że chce do toalety. Wcześniej to jest trening, droga do celu ale nie sam cel. Jak najbardziej jestem za wysadzaniem dziecko również po to aby wyrobić w nim nawyk chodzenia do ubikacji przed wyjście z domu, przed spaniem itp. Ale sam nawyk nie wystarczy jeśli dziecko wypije np. więcej płynów i nie powie nam, że potrzebuje skorzystać z łazienki a będziemy akurat w samochodzie.

    Ja miałam ambitny plan zacząć żegnać się z pieluchą Marianki po ukończeniu roku. Jednak plany planami a moja córka w rok to nawet niezbyt stabilnie siedziała. Ale nocnik był w domu, niestety została na nim posadzona trochę wbrew własnej woli (często babcie lub ciocie chcące „pomóc” młodym rodzicom stosują tę praktykę) i jakiś czas trudno było Ją do niego przekonać. Kiedy jednak zaczęła chodzić (niestety dopiero około 2 urodzin) temat odpieluchowania powrócił. Zaczęliśmy od książeczek, rozmów i sadzania na nocnik nie po to aby zrobić siku ale aby poczytać książeczki. U nas od nocnik lepiej sprawdziła się podkładka na sedes – jakoś bardziej przypadła do gustu. Plan na pozbycie się pieluchy i możliwość „poczucia” mokrego zaplanowałam na lato. Jednak okazało się, że Marianka sama zaczęła czuć że „coś robi”. Późna wiosną doszło do tego, że trzeba było zmieniać pieluszkę po jednym „siknięciu”. To był dla mnie znak, że trzeba zaryzykować i pożegnać pieluchy. Oczywiście najpierw zrezygnowaliśmy w dzień, a z czasem kiedy po nocy pieluchy były suche w ogóle. Oczywiście zdarzyło się kilka wpadek, ale moim zdaniem właśnie osiągnięcie tej gotowości zarówno fizycznej jak i psychicznej sprawiło, że odpieluchowani nie było stresujące zarówno dla nas jak i dla Marianki.

    Oczywiście każde dziecko jest inne, z pewnością „szybkie” dzieci które są w ciągłym ruchu mogą mieć trudność z skupieniem się na swoich odczuciach i wychwyceniu tego momentu, kiedy robią siku. Jednak ten moment pójścia do przedszkole (3 lata) jest moim zdaniem naprawdę realnym. Oczywiście mówimy tu o zdrowych dzieciach, bez zaburzeń i trudności. Trzeba pamiętać, że każda trudność fizyczna lub psychiczna będzie wpływała na różne rodzaje zachowań w tym na odpieluchowanie. Dlatego nie można mierzyć dzieci jedną miarą, ale też tłumaczyć wszystkie trudnościami. Nawet dzieci które mają czy afazję, czy zaburzenia całościowe można i trzeba wdrażać do pożegnania się z pieluchą. Należy wtedy porozumieć się terapeutami i ustalić plan działania, tak aby zapewnić dziecku możliwość wejścia na kolejny etap rozwoju i poczucia się „dużym chłopcem/ dużą dziewczynką”.

    Rodzicom, którzy są tuż przed odpieluchowaniem lub w trakcie mogę powiedzieć jedno, nie poddawajcie się ale też wsłuchujcie się w swoje dziecko Ono najlepiej da Wam znać czy jest gotowe czy tylko jest leniuszkiem 😉

  • To nie moja wina

    Jeszcze będziecie mieli kolejne dzieci… Następnym razem będziesz się bardziej oszczędzała… Ale ja nie chcę innych dzieci… chcę moje córeczki… Ja naprawdę się oszczędzałam… #toniemojawina

    15 październik to Dzień Dziecka Utraconego i jest to najtrafniejsza nazwa jaką można by nadać. Nie ważne, w którym tygodniu ciąży czy w trakcie porodu tracimy dziecko… nie ma Go i nic tego nie zmieni. Zazwyczaj słyszymy słowa pocieszenia, które ranią jeszcze bardziej, że następnym razem… że jeszcze się uda. Strata jest trywializowana, bo przecież jeszcze nawet nie zdążyliśmy poznać tego dziecka, nic jeszcze nie przeżyło. Ale to nieprawda… najważniejsze jest, że było… a udawanie, że tak nie jest sprawia jeszcze większy ból rodzicom. Bo jeśli mego dziecka nie było to znaczy, że nie mam prawa cierpieć i przeżywać…

    Wiele osób ma nieodparta potrzebę dowiedzenia się dlaczego doszło do straty. Niestety pytania typu „Może coś podniosłaś?” lub „Może nie brałaś witamin?” sprawiają, że mama która i tak czuje się winna przeżywa to jeszcze gorzej. Każdy przeżywa stratę inaczej, mniej lub bardziej intensywnie. Jedni wolą o tym mówić, inni milczeć… ale pytania o przyczyny zawsze wpędzają w dodatkowe poczucie winy, a zapewnienia że czas leczy rany są z palca wyssane. Bo po stracie naprawdę nie masz ochoty słuchać o tym, że kiedyś nie będziesz cierpieć. Niby dlaczego? Przecież w tej chwili Twoje życie rozpada się na milion kawałków… słońce nie powinno wschodzić, bo nie ma Twego dziecka… a ktoś Ci mówi, że zapomnisz.

    31 maja chciałam spędzić z mężem i córką. I choć dopiero następnego dnia przypadał Dzień Dziecka to jakoś tak sobie wymyśliłam, że będziemy go świętować wcześniej. Spacerowaliśmy po „wiosce dinozaurów” i czuliśmy się szczęśliwi. Mieliśmy jeszcze chwilę pobyć na placu zabaw… poszłam do łazienki i zobaczyłam „czop”… To była końcówka 16 tc a ja wiedziałam, że to nie jest dobry znak. Przez telefon moja Pani doktor kazała przyjechać na SOR, na którym właśnie miała dyżur. Kiedy zaczęła mnie badać zobaczyłam przerażenie na Jej twarzy. Jakbym cofnęła się 3 i pół roku wcześniej kiedy przyjmowała mnie do porodu Marianki. Tylko wtedy był 25 tc… Pani doktor była zdziwiona bo pęcherz płodowy jednej z dziewczynek był już w pochwie, pomimo że szyjka się nie skracał. Pożegnałam się z córeczką i mężem… zabrali mnie na patologię ciąży. Każdy lekarz z którym rozmawiałam miał zatroskaną minę… nie dawali mi nadziei. Jeszcze na wózku dostałam skurczy… kiedy robiono mi wkucie pod wenflon odeszły mi wody… Krzyczałam i płakałam jednocześnie… straciłam panowanie… Studentki, które mi towarzyszyły były jeszcze bardziej przerażone… Od lekarza usłyszałam, że przy ciąży bliźniaczej, zwłaszcza jednokosmówkowej, nie da się nic zrobić… a drugi pęcherz też niedługo pęknie… Usłyszałam, że na żadną porodówkę mnie nie przewiozą… „Niech pani sobie spokojnie roni”… byłam w sali z kobietą czekającą na cesarskie ciecie następnego dnia.

    Przyjechał mój mąż… po jakiejś godzinie znowu poczułam skurcze i pękł drugi pęcherz. Wydawało mi się, że czuję jak umierają moje dzieci… Wyobrażałam sobie, że cierpią i modliłam się do Boga aby im tego oszczędził. Tak naprawdę nie wiedziałam co się dzieje… jakie są szanse i choć ogólnie personel był miły to dopiero od Kasi @matka_prawnik dowiedziałam się jakie mam prawa dotyczące pochówku, Nikola @mamaginekolog też wsparła mnie po prostu wiedzą dotyczącą tego co nas spotkało. Bo nie chodziło o poradę tylko jakieś odniesienie ogólne. Leżałam całą noc czekając aż zacznie się poród… myślałam, że moje dzieci już nie żyją. Poniżej 20 tc nie robiono ktg na sali, nie sprawdzono nic… dopiero następnego dnia jeden z lekarzy zgodziła się w wolnej chwili zrobić mi USG. Okazało się, że moje dzieci żyją, serduszka mocno biją, wód jest bardzo mało i odpływają ale też są produkowane. Odzyskałam nadzieję, choć myślałam że moje dzieci już nie żyją. Wiedziałam, że to wcale nie oznacza, że będzie dobrze… ale wiedziałam, że są nadal ze mną.

    Po kilku dniach wyszłam do domu. W szpitalu nie dostawałam nic dożylnie, wyniki miałam dobre, tylko leżałam, a moja córeczka w domu coraz gorzej znosiła rozłąkę… Jej Asperger zaczynał przejmować kontrolę. Wypisałam się na żądanie, ale lekarz prowadzący powiedział, nie jest to zły pomysł w naszej sytuacji. W szpitalu i tak nie mogli mi pomóc za wiele… przed 22 tc i tak nikt nie podjąłby się ratowania dzieci. Miałam odpoczywać, kontrolować co klik dni CRP i mocz… w razie czego przyjechać. Ale nikt mi nic nie obiecywał.

    W domu było znacznie lepiej, byliśmy razem… nasza piątka cała. W dzień do pomocy przyjeżdżał mój tata, pomagał i woził Mariankę na terapię, rehabilitantka przychodziła do domu. Szczerze te prawie trzy tygodnie po wyjściu ze szpitala były bardzo szczęśliwe. Moje dzieci żyły i nabierałam nadziei że może uda się dotrwać do bezpiecznego tygodnia. Co dzień modliliśmy się wspólnie aby maluchy były zdrowe i urodziły się jak najbardziej o czasie.

    Tego wieczora czułam się zmęczona… przygotowywałam projekt, który bardzo pomógłby naszej Fundacji Mali Wojownicy. W nocy słabo spałam… dużo przed budzikiem obudziłam się i czułam, że jest źle… miałam skurcze. Obudziłam męża… szybko zadzwonił po pogotowie, ale ja wiedziałam że już rodzę. Pobiegł po sąsiadkę, która jest pielęgniarką. Usiadłam na moim ulubionym fotelu i wiedziałam, że urodzę za chwilę… Helenka urodziła się chwilę później, odebrała Ją sąsiadka… Widziałam jak się ruszała… czułam ruchy Jej nóżek… a potem już przestała… Po chwili do mieszkania wbiegli ratownicy. Nawet nie pamiętam czy płakałam… chyba podpięli mnie pod kroplówkę, przyjechała druga karetka. Bardzo ostrożnie zawinęli ciało mojej córeczki i zabrali je razem ze mną do ambulansu. Znowu miałam skurcze i bardzo się bałam, że urodzę w drodze. Zdążyliśmy dojechać na porodówkę… po drodze mijałam znajome twarze lekarzy i pielęgniarek. Widzieli mnie tysiące razy kiedy przychodziłam do Marianki kilka lat wcześniej, a potem na spotkania i szkolenia Fundacji. Pamiętali, że byłam kilka tygodni wcześniej na patologi ciąży…

    Małgosia urodziła się już pod kontrolą położnych… czułam się zaopiekowana… czułam współczucie ale też dano mi czas na moje emocje. Położne umyły dziewczynki, założyły maleńkie czapeczki i rożki. Zrobiły odciski stupek… Pytały czy chce je przytulić wziąć na ręce… zanim się na to zdecydowałam minęła chwila. Uświadomiłam sobie, że to jedyny moment kiedy będę Je miała tylko dla siebie, że jeśli ich nie dotknę, nie pocałuję to zawsze będę miała do siebie pretensję, zawsze będę tego żałowała.

    W tym czasie odwiedziły mnie znajome położne z naszego oddziału „wcześniaczego”. Usłyszały o tym co się stało, pomogły skontaktować się z mężem, który nie wiedział gdzie jestem i co się dzieje. Zapytały czy chce zdjęcie dziewczynek… nie wiedziałam czy chce, ale poprosiłam aby zrobiły i za kilka dni zapytały się co chce z nim zrobić. Dziś to zdjęcie stoi w naszej sypialni i daje mi siłę, potwierdza, że jestem mamą dzielnych dziewczynek, które były… choć tak krótko.

    Dziś wiem, że miałam szczęście, bo nie wszędzie kobiety rodzące (wg lekarzy – roniące) tak wcześnie są tak dobrze traktowane.

    Kiedy dziewczynki odeszły nie płakałam od razu… moje serce pękło, ale przez ostatnie trzy tygodnie byłam gotowa na to, że może się tak stać. Z pewnością moja codzienna praca z rodzicami wcześniaków, z rodzicami dzieci po stracie, rodzicami walczącymi o swoje dzieci miała na to wpływ. Ale nawet to nie zmienia faktu, że ciepałam i cierpię codziennie.

    My zdecydowaliśmy się na pochówek, prawdziwe pożegnanie z córeczkami… ale wiele rodzin nie wie, że jest to możliwe. Podejmują decyzję pod wpływem chwili o zostawieniu dziecka, a potem żałują. Sama ostatnio próbowałam ustalić dla jednej z rodzin gdzie zostało pochowane ich dziecko…

    Jestem bardzo świadomą mamą… Nie zmienia to faktu, że i mnie dotyka poczucie winy… a przecież #toniemojawina nie powinnam się wstydzić tego, że moje córeczki nie żyją. Powinnam czuć wsparcie społeczne a nie naznaczenie. Powinnam nie bać się o tym mówić… Nie powinnam musieć udawać, że moich córeczek nie było… Ja wiem jak powinno być i o to walczę, mówiąc o tych trudnych sprawach głośno. Ale wiem, że jest tysiące kobiet i całych rodzin, które nadal wstydzą się, boją i cierpią w samotności. Cieszę się, że powstała @fundacjaernesta która chce poruszać te trudne tematy i profesjonalnie wesprzeć rodziny po stracie.

    Jeśli to czytasz, a jesteś po stracie… pamiętaj, że jest nas tysiące i nie jesteś sama. Zwłaszcza dziś pokażmy jak jest nas dużo i że nie jest naszą winą to, że naszych dzieci nie ma z nami. Nie ważne, w którym tygodniu ciąży to się stało. Zachęcam do tego aby w mediach społecznościowych udostępnić czy swoje zdjęcie czy prostą grafikę i oznaczyć #toniemojawina bo to naprawdę nie jest Twoja wina.

  • Jestem mamą po stracie – mówię o tym głośno

    Jestem mamą po stracie… o tym, że 3 miesiące temu straciłam córeczki w 19 tc mówiłam głośno… ale podczas zabawy – quizu na Stories na IG okazało się, że wiele osób nie wie, że byłam 3 razy w ciąży. Trudno mi o tym mówić… ale dlatego powstał ten blog i profil aby mówić o przyjemnych rzeczach ale też o trudnych ale bardzo ważnych.

    Jeszcze do niedawna niewiele osób wiedziało, że 14 lat temu straciłam bardzo wczesna ciążę. Historia jakich wiele… Byłam na końcówce studiów magisterskich, pierwszy poważny związek… pierwszy raz… pęknięta prezerwatywa i ciąża… która skończyła się równie szybko jak zaczęła. Gdybym nie wiedziała, że zabezpieczenie zawiodło być może nawet nie wiedziałabym że byłam w ciąży… Nie dało się nic zrobić… mój ówczesny partner przyjął to obojętnie, nigdy o tym nie rozmawialiśmy a po kilku miesiącach zostawił mnie. Wiedziała tylko mama i mój najbliższy przyjaciel… potem kilka innych bliskich mi osób. Dla wszystkich temat nie istniał… Było nie ma… a ja przez ten krótki okres pokochałam to dziecko i myśl, że będę mamą. Mój zawsze silny instynkt macierzyński poszybował w kosmos… a potem wszystko znikło.

    Wydawało mi się, że jest ok. Samoistne poronienie… wielu kobietom to się przydarza… trudno. Jednak moje życie z dnia na dzień stawało się trudniejsze, z tygodnia na tydzień ciężej mi było cieszyć się czymkolwiek. Dużo pracowałam (na dwa etaty), angażowałam się harcersko… sama nie wiedziałam dlaczego jest coraz trudniej.

    Trwało to dwa lata. Codziennie zmuszałam się aby wstać do pracy. Wracając do domu, często po kilkunastu godzinach byłam jak w letargu. Przyjaciele widzieli, że zamykam się… unikam ich. Jedynie mój przyjaciel potrafił do mnie trafić… ale z racji młodego wieku nie mógł udźwignąć mego ciężaru. Jednak dzięki jego wsparciu trafiłam na terapię.

    Myślałam, że problemem jest zmęczenie i przepracowanie, samotność i brak partnera… okazało się, że u podstaw mojej depresji leżało poronienie, brak wsparcia i to, że tak naprawdę nie przeżyłam żałoby. Terapia trwała około 8 miesięcy i bardzo mi pomogła. To, że kilka lat później byłam gotowa na związek z moim mężem i bycie mamą Marianki zawdzięczam właśnie terapii.

    Piszę o tym, ponieważ wiem że wiele kobiet jest po stracie. Pisaliście do mnie o tym kiedy odeszły dziewczynki. Wiem, że w naszym społeczeństwie nie mówi się o takim stratach. Przez pierwsze 3 miesiące to nawet rodzinie się nie wspomina na wszelki wypadek. Ale na jaki wszelki wypadek? Jeśli coś się stanie to nie można ukrywać swego żalu i bólu… a już na pewno nie „kisić” tego wszystkiego w sobie. Bo może skończyć się tak jak u mnie.

    Dziś jestem mądrzejsza o te doświadczenia… i choć widzę podobieństwo w niektórych moich zachowaniach nie wstydzę się mówić głośno o mojej stracie… i mówię też, że rozważam po raz kolejny terapię. Bo to jest odwaga powiedzieć „potrzebuje pomocy”. Nie wstydźcie się mówić o stracie i bólu… dzięki temu wesprzemy inne kobiety po stracie. Bardzo się cieszę, że @fundacjaernesta prowadzona przez Nikole i Kubę zajmie się wsparciem kobiet po stracie i cudowna Kasia @matka_prawnik będzie ich wspierać. Gdyby 14 lat temu była taka organizacja być może byłoby mi łatwiej… Dlatego kochane odwagi w mówieniu i proszeniu o pomoc.

  • Pokaż mi jak mogę zrobić to sam czyli Montessori w domu

    Montessori to moda, która przeminie… usłyszałam ostatnio taką wypowiedź. Z pewnością jest w tym trochę prawdy, ale jeśli nawet to kwestia mody nie ujmuje to samej metodzie. Powstała wystarczająca dawno temu aby życie zweryfikowało jej przydatność i zastosowanie zarówno w edukacji jak i w życiu codziennym.

    Kim była Maria Montessori i jak powstała metodą przez nią opracowana możecie przeczytać we wpisie dotyczącym przedszkoli prowadzonych tą metodą. Dziś chciałabym Wam jednak opowiedzieć o „Montessori w domu”. W internecie można znaleźć kilka naprawdę interesujących blogów na ten temat. Ja nie chcę dziś opowiadać o aranżacji przestrzeni (tu polecam kurs Kukumag) czy pomocach/ materiałach bo choć są bardzo ważne to jednak w moim odczuci nie najważniejsze. Tak więc w czym tkwi tak naprawdę siła pedagogiki Montessori?

    Jak dla mnie jest kilka najważniejszych aspektów. Przede wszystkim spojrzenie na siebie z zupełnie innej perspektywy… nie jako nauczyciela świata i życia, ale jako przewodnika a może jeszcze bardziej towarzysza w poznawaniu świata. Montessori proponuje abyśmy obserwowali dziecko i starali się podążać za nim. Kluczowe są tu tz. „okresy wrażliwości” – na porządek, ruch, język, doznania zmysłowe, drobne przedmioty, życie społeczne. Uważność i otwarty umysł dorosłego, który odpowiada na potrzeby rozwojowe dziecka jest kluczem do jakichkolwiek działań.

    Bardzo ważne jest też zaufanie jakim obdarzamy dziecko, co jest przejawem najwyższego szacunku. Korczak, którego również bardzo cenię, mówił że dziecko to nie zapowiedź człowieka czy przyszły człowiek tylko już człowiek – dlatego należy mu się taki sam szacunek jak dorosłym (więcej na ten temat tu). Jeśli my będziemy szanować dziecko, Ono także będzie szanowało innych.

    Montessori zwraca też uwagę na pokazywanie dziecku rzeczywistości, która nas otacza. Naturalnym u dziecka jest chęć poznawania świata wszystkimi zmysłami, ciekawość otoczenia i jego eksplorowanie wpisuję się w naturę dzieciństwa. Umożliwianie właśnie takiego nieskrępowanego poznawania świata nie wiąże się z brakiem granic lecz takich ich wyznaczaniem aby w ich ramach dziecko miało swobodę, a jednocześnie czuło się bezpieczne. Jasno określone zasady zarówno przy nauce z użyciem materiału Montessori jak i w życiu codziennym nie ogranicza wolności tylko zapobiega frustracji lub niebezpieczeństwu. Bo choć dziecku należy się szacunek to jeszcze wszystkiego nie rozumie i nie jest w stanie przewidzieć, dlatego to dorosły musi zadbać o bezpieczeństwo jednocześnie tłumacząc dziecku zasady i przyczyny ich ustalenia.

    Dla mnie w tej metodzie jest bardzo ważne również to, że resekujemy etapy rozwoju dziecka, wspieramy Go w nich ale niczego nie przyśpieszamy na siłę. Podążanie za zainteresowaniami dziecka i wiedza o okresach wrażliwości daje możliwość ułatwiania dziecku nauki ale nie zmuszania Go do niej. Naturalność jest tu kluczowa.

    Z perspektywy mojego macierzyństwa bardzo ważna jest dla mnie samodzielność Marianki, z jednym z ważnych elementów pedagogiki Montessori jest tz. „życie codzienne”. Umożliwianie dziecku uczestnictwa w pracach domowych, zainteresowanie roślinami i zwierzętami, nauka samodzielności – a właściwie pozwalanie na samodzielność stanowią klu tej metody. Pozwolenie na decydowanie o sobie (w ramach możliwości rozwojowych dziecka) i swoim działaniu przy współudziale, a nie nadzorze dorosłego uczy dziecko odpowiedzialności za siebie i innych.

    Jednym z zarzutów w kierunku Montessori jest, że dzieci nie bawią się tylko pracują. A jak inaczej nazwać mozolne poznawanie świata kawałek po kawałku? Nie chodzi o to aby dzieci siedziały nad materiałem ale aby miały otwarty umysł i chłonęły świat całym sobą. Zabawa ma wydźwięk infantylny i mało poważny, a praca to wysiłek. Oczywiście biorą pod uwagę rozwój dziecka to praca w znaczeniu montesoriańskim będzie tak naprawdę zabawą bo daje dziecku ogromną satysfakcję i przyjemność, uczy i otwiera, rozwija kreatywność i wyobraźnię i sprawia, że dziecko jest szczęśliwe i dumne z siebie.

    Może i Montessori dla wielu to moda i szybko przeminie… dla mnie to nie tylko przestrzeń i materiał do pracy ale przede wszystkim zmiana spojrzenia na dziecko i rolę dorosłego w Jego rozwoju. Jeśli nie jesteś gotowy na zmianę tego spojrzenia to nawet najlepiej zaaranżowany pokój i wszystkie pomoce Montessori nie sprawią, że zrozumiesz jakie możliwości daje ta metoda. A jeśli chcesz spróbować inaczej… zacznij od pogłębienia wiedzy o metodzie, czytaj książki samej Marii ale też współczesnych autorów. Można je kupić nawet w sieciówkach i dyskontach tylko trzeba wiedzieć czego szukać. Na początek mogę Ci polecić np. „Metoda Montessori. Naucz mnie robić to samemu” Charlottr Poussin – której już tytuł daje dużo do myślenia 😉

  • Uśmiech warty życia

    Wszyscy chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Czasami jesteśmy w stanie wydać ostatni grosz aby miały lepiej niż my, przeżyły więcej… Gdyby nie to, że z mamą bohaterki tego tekstu od dłuższego czasu utrzymujemy kontakt, rozmawiałyśmy o wielu trudnych sprawach… być może trudno byłoby mi uwierzyć w tę historię… Ale zacznijmy od początku.

    img_20180815_153934_203

    Nastolatka, pełna energii, pasji do jazdy konnej i życia zakłada aparat ortodontyczny. Niby nic, tysiące osób w różnym wieku codziennie to robi. Jedni są bardziej zadowoleni, inni mniej… ale jakoś idzie wytrzymać te kilka lat. Niby nic się nie dzieje, ale co kilka dni temperatura podskakuje Jej do 37 stopni – dwa, trzy dni, potem spokój i znowu. Ktoś powie cóż to jest 37 stopni… niby nic, zwłaszcza jeśli badania z krwi i moczu są ok. Tylko pewnego dnia ta nastolatka trafia na sygnale do szpitala a jej serce bije 30/10… lekarze są bezsilni. Dziewczyna też nie wie co się z Nią dzieje, a w rogu sali stoi „pan w ciemnym płaszczu, jakby podświetlony lampą od dołu”. Posiewy z punkcji lendzwiowej są czyste tak samo jak z krwi… zdrowy człowiek umiera na sepsę…

    img_20180815_153939_028

    Nikt nie wie co się dzieje, dopiero pani epidemiolog dostrzega związek aparatu ze stanem zdrowia dziewczyny i sama o drugiej w nocy zdejmuje go pacjentce. A potem tłumaczy rodzicom, co się stało. I choć wiedzą już, że każda rana w buzi jest śmiertelnie niebezpieczna to nie zmienia to faktu, że sespa czyni spustoszenie w organizmie ich córki. Tygodnie niepokoju, walki o każdy oddech i godzinę życia. Leki, urządzenia, tabuny lekarzy i studentów, którzy nie mogą uwierzyć, że coś takiego się zdarzyło. A jednak… Jest i cud, dziewczyna pomału odzyskuje siły i zwycięża sepsę. Jest jednak na tyle duża, że wie iż Jej życie nigdy nie będzie już takie samo. Walczy z zapaleniem wsierdzia, dostaje silne antybiotyki, które niszczą żyły. Jest świadoma, że uszkodzenia serca – ubytek między komorowy oraz uszkodzenia zastawki aortalnej nie miną… wie, że już nigdy nie wsiądzie na konia, nie pojedzie na zawodach (a miała w tym roku brać udział w Cavaliadzie), nie potańczy, nie pojedzie na koncert Eda Sherena do Warszawy… Co więcej nie pójdzie do szkoły (bo ryzyko infekcji jest za duże) – będzie uczyła się w domu z odroczonym wyrokiem – przeszczep czy operacja. Zero koleżanek, zakupów, wyjść na burgera czy innych takich nastoletnich rozrywek… Zabrano Jej wszystko… Na szczęście została Jej rodzina, która codziennie o Nią walczy… szuka rozwiązań, operacji laparoskopowej na sercu jakiegokolwiek sposób aby było lepiej aby żyła.

    img_20180815_153942_964

    Niby jest to jeden przypadek na milion, ale nie wiadomo kiedy zdarzy się powtórnie i komu. Co się dokładnie wydarzyło? Wystarczyła mała ranka w buzi przez która bakterie bytujące w jamie ustnej dostały się do krwioobiegu. Układ odpornościowy je ignoruje, bo to niby flora bakteryjna człowieka, ale ona pomału zabija. Bo wkrótce dociera do serca i czyni tam spustoszenie…

    Ten, krótki tekst powstał na prośbę mamy bohaterki… Prosiła aby przestrzec rodziców, aby uważać na rany w jamie ustnej, a jeżeli coś Was zaniepokoi u waszych dzieci nie dawać za wygraną. Nawet jeśli wyniki z krwi i moczu są dobre. W tym przypadku podwyższona temperatura 37 – była ostrzeżeniem, wystarczyłoby zrobić echo serca, wizyta u kardiologa a wynik tej walki mógłby być innym. Nie bójmy się szukać, bo odpowiedź na nasze niepokoje może uratować życie naszemu dziecku.

    PS: zdjęcia są prawdziwe, przekazane przez mamę bohaterki tekstu

  • Podróż z maluchem

    Podróż z niemowlakiem czy kilkulatkiem to zawsze spory wysiłek… zwłaszcza organizacyjny. Przede wszystkim przy pierwszych wyprawach wakacyjnych trudno nam się jest zdecydować gdzie i na jak długo wyjechać. Tekstów na ten temat jest co niemiara. Ja postanowiłam spojrzeć na podróż z maluchem oczywiście od strony dziecka.

    W codziennym życiu, a więc i w podróży najważniejsze dla dziecka jest bezpieczeństwo. Zarówno te związane z jego fizycznością jak i psychiką. O te pierwsze tak naprawdę nie jest trudno zadbać, trzeba tylko pamiętać o kilku rzeczach.

    Jeśli podróżujemy samochodem to pamiętajmy, że pozycja dziecka w foteliku, zwłaszcza niemowlaka, nie jest jego naturalna ani do poznawania świata ani tym bardziej do spania. Oczywiście odpowiednie foteliki i ich profilowanie dają pewne poczucie komfortu, ale zastanówmy jak my się czujemy uwięzieni w jednej pozycji przez długi czas. Róbmy więc częste postoje na wyjęcie dziecka i zmianę pozycji, im dziecko młodsze tym częściej. Nawet jeśli podróżujemy w nocy spanie wiele godzin w foteliku może być nie tylko niekomfortowe ale też niebezpieczne. Dziecko nie jest ułożone naturalnie, mogą pojawić się kłopoty z oddychaniem. Warto obserwować dziecko właśnie zwłaszcza podczas snu. Nie wspomnę o tym, żeby karmić maluch właśnie na postojach a nie w czasie jazdy, bo jeśli się zakrztusi ciężko będzie nam mu pomóc.

    Jeżeli podróżujecie pociągiem czy samolotem tu sytuacja jest nieco inna bo dziecko nie musi cały czas siedzieć w jednej pozycji. Warto jednak przygotować się na to, że jednak nie będzie miało możliwości przemieszać się w nieograniczony sposób. Warto pomyśleć o czymś co zajmie dziecko. My zawsze mamy ze sobą zestaw ulubionych książeczek czy zajmującą zabawkę. Ze starszakami można pograć w gry typu „Moim bystrym okiem widzę” czy szukanie kolorów, kształtów. W momencie hamowania pociągu czy nagłej turbulencji w samolocie bezpieczniej jest kiedy dziecko jest przy rodzicu a nie uskutecznia poznawania środka transportu przez spacer.

    A co jeśli chodzi o poczucie bezpieczeństwa psychicznego? Tu musimy pamiętać, że wszem najbardziej bezpiecznie dzieci się czuja dzięki relacji i więzi z rodzicami, ale zmiana miejsca też może mieć na Nie wpływ. Warto pamiętać o zabraniu ze sobą ulubionej zabawki, kocyka czy podusi. Ja zawsze staram się zabrać ze sobą poduszkę i kołderkę córeczki, bo nie tylko wizualnie są dla niej znane, ale też ich dotyk i zapach przypomina dom i kojarzy się z bezpieczeństwem. O ile starsze dzieci mogą być zachwycone nowym miejscem i atrakcjami, to właśnie noc w innych warunkach niż domowe mogą nastręczać problemy. Czasami właśnie odpowiedni zapach czy struktura tkaniny pomaga poczuć się bezpiecznie i spokojnie zasnąć.

    Problematyczne dla dzieci może być też jedzenie w nowym miejscu. Maluchy czasami nie rozumieją, że są poza domem i nie mogą zjeść w swojej ulubionej miseczce czy wypić ze swego kubeczka. Jeżeli podejrzewacie, że Wasze dziecko może tak zareagować lub prostu macie możliwość zabrania ze sobą tych rzeczy – to weźcie. Nowe miejsca są stresujące, po co to potęgować. A przecież nie chcemy aby byle talerzyk sprawił, że nasz maluch odmówi jedzenia przez kilka dni.

    Starajmy się pomimo wszystkich nowości i atrakcji zapewnić naszym dzieciom namiastkę domu, aby czuł się bezpiecznie i mogły w pełni skorzystać z wyjazdu. To właśnie wcześniejsze przemyślenie sfery bezpieczeństwa może sprawić, że nasze wakacje (i nie tylko) będą spokojniejsze i będziemy je miło wspominać.

  • Wózek dla chłopca – samochód dla dziewczynki

    Czasy się zmieniają. Dziś czymś normalnym jest widok kobiety za kierownicą samochodu (choć nadal poddaje się często nasze umiejętności w tym względzie w wątpliwość). Coraz częściej widzimy też mężczyzn spacerujących z wózkiem i to nie tylko od święta. Tradycyjny podział ról zmienia się czy tego chcemy czy nie. Jednak co przystoi dorosłym dzieciom jest już zabraniane. A mowa tu o przysłowiowym samochodzie i wózku.

    I to i to ma cztery koła, można w nim wozić pasażerów… a jednak jeśli myślimy o tych zabawkach od razu przyporządkowujemy do tradycyjnego podziału chłopiec – dziewczynka. Czy naprawdę problemem jest kiedy chłopiec bawi się wózkiem i lalką, a dziewczynka wybierze samochód czy narzędzia?

    Oczywiście nie same zabawki są problemem ale głębsze przekonanie, że wybierane przez dzieci rzeczy do zabawy mają znaczenie… w ich przyszłych upodobaniach seksualnych. Zwłaszcza jeśli chodzi o chłopców bawiących się „dziewczyńskimi” zabawkami presja społeczna jest bardzo silna. A przecież to, że maluch sięga po lalki wcale nie oznacza, że będzie homoseksualistą. Osobnym tematem jest akceptowanie dziecka takim jakim jest, z jego upodobaniami i orientacją seksualną.

    Sytuacja wygląda następująco: chłopiec sięga po wózek lub lalkę siostry czy koleżanki i słyszy „zostaw, to dla dziewczynek”. Zwłaszcza w głowach wieli tatusiów rodzi się obawa „co z niego wyrośnie”. Ale zastanówmy się dlaczego tak się dzieje. Po pierwsze dzieci w pewnym wieku nie różnicują w ogóle płci. Nadal myli im się kto jest chłopcem, a kto dziewczynką, mówiąc o sobie mylą rodzaje. To normalne. Dlatego dla nich zabawka to po prostu zabawka. A w co najchętniej bawią się dzieci? W naśladowanie życia dorosłych. Więc jeśli na co dzień widzą dorosłych spacerujących z wózkiem czy opiekujących się dziećmi to w zabawie robią dokładnie tak samo. Dlaczego więc chłopiec nie miałby odwzorowywać opiekuńczego i kochającego ojca? Lub wręcz jeśli jego własny tata nie jest tak otwarty, a widzi innych tatusiów zajmujących się dziećmi może chcieć spróbować jak to jest. Dla dziecka to po prostu zabawa. Nie mówiąc już o tym, że wózek dla lalek nadaje się idealnie do wożenia klocków czy urządzania nim wyścigów, bo jest większy niż resoraki. U dziewczynek sytuacja wygląda podobnie, choć może nie jest tak nasilona.

    Bardzo często już od najwcześniejszych miesięcy życia kupujemy zabawki w kolorach chłopiec – dziewczynka. Potem wybieramy takie, które przynależą danej płci. Ale przecież wszystkie zabawki mają na celu zabawę. I jeśli jakiejś nie ma w domu to kiedy tylko dziecko zobaczy ją u kogoś innego chce wypróbować. A w dodatku zakazany owoc lepiej smakuje 😉

    Zabraniając dzieciom bawić się „wszystkim” wkładamy je do „starego” podziału ról. A przecież świat, w którym żyją już tak nie wygląda. Panowie świetnie gotują, zajmują się domem i dziećmi, nie tylko pomagają ale wspólnie z kobietami dzielą się obowiązkami. Panie pracują, podróżują, zdobywają świat… Mówimy naszym dzieciom „możesz zostać kim zechcesz” ale pokazujemy zupełnie co innego.

    Wiem, że temat dla wielu osób nie jest łatwy, bo trudno wyzbyć się czegoś co wpajano nam od zawsze. Nie chodzi mi o to aby wywoływać brzę i grzmieć na temat gender. Ja po prostu namawiam aby pozwolić dzieciom być dziećmi i się bawić. Nie raz i nie dwa wdziałam pracując w przedszkolu jak chłopcy wbiegali do sali i chcieli bawić się wózkiem, lalkami, kołyską czy kuchenką… a z kolei dziewczynki wyrywały sobie ulubiony samochód lub spierały się, która pierwsza wjedzie nim do garażu. To tylko zabawy, które ni jak nie wpłyną na przyszłą orientację seksualną naszych dzieci.

    Kochajmy nasze dzieci takimi jakie są, pozwólmy im być dziećmi i bawiąc się poznawać świat takim jakim jest. Bo jeśli teraz im tego zabronimy, to nie oczekujmy, że w dorosłym życiu będą inne niż tego od nich chcieliśmy.

  • Najdzielniejsze matki świata

    Część z nich nigdy nie usłyszy słowa „mama” od swego dziecka… nie zobaczą jak dziecko biega, poznaje świat, cieszy się życiem. Inne codziennie zmagają się z odmiennym postrzeganiem świata przez swoje dziecko. Większość spotyka się ze współczuciem, ale równie często z niezrozumieniem. Mamy dzieci ciężko chorych, upośledzonych, obciążonych nieuleczalnymi schorzeniami… Najdzielniejsze Matki Świata.

    Współpracuję z rodzicami prawie 20 lat, prze ponad połowę tego czasu doradzam im… ale tak naprawdę dopiero kiedy urodziła się Marianka i na własnej skórze dowiedziałam się czym jest walka o życie dziecka zrozumiałam najwięcej. My wygraliśmy walkę i zmierzamy malutkimi kroczkami ku pełnej sprawności. Ale przez te ostatnie dwa lata, przebywając w środowisku dzieci niepełnosprawnych i ich rodziców widzę czym jest rodzicielstwo w najgłębszym tego słowa znaczeniu.

    Kiedy kobieta jest w ciąży, wyobraża sobie jak to będzie, marzy o tych wspaniałych chwilach macierzyństwa… a czasami myśli czy podoła nocnym wstawaniom, pieluchom, itp. Nie jest łatwo, ale dzieci wyrastają z tego. Są jednak wśród nas mamy, które z tym etapem nie pożegnają się nigdy. Te kobiety też miały marzenia, pracę zawodową, plany, hobby. Kiedy okazało się, że ich dziecko jest bardzo chore straciły to wszystko.

    Większość z nich bez zastanowienia zostawiło swoje dotychczasowe życie i poświęciło się macierzyństwu. Bo to jest ogromne poświęcenie, codzienna walka, o której często wiadomo, że się jej nie wygra. Opieka nad dzieckiem 24 godzinę na dobę i poczucie winy, że chce się od tego czasami odpocząć. Często godziny i całe dnie spędzone w czterech ścianach z dzieckiem, bo tata musi pracować. Brak kontaktu ze znajomymi – bo nie wiedzieli jak pomóc, jak rozmawiać, bo choroba przeraża. Pieluchy i karmienie nie tylko kilku ale też kilkunastolatka… Żebranie o pomoc… bo inaczej nie można tego nazwać. Myślicie, że tak łatwo prosić o 1%, chodzić po urzędach i starać się o rehabilitacje, turnusy i pieluchy? Zapewniam Was, że tak nie jest. Uwierzcie mi, te matki wolały by chodzić do pracy na 10 godzin i zarobić na utrzymanie siebie i dziecka… gdyby tylko ono było zdrowe.

    Prowadząc Fundację Mali Wojownicy nie raz słyszałam od mam (bo w większości to one zajmują się dziećmi, choć nie zawsze), że oddały by całą pomoc którą otrzymują, wszystko aby tylko ich dziecko było zdrowe i miało szansę na samodzielne życie. Ja jeszcze do niedawna nie wiedziałam czy Marianka poradzi sobie kiedy w życiu beze mnie. Nie mogłam przez to spać… dziś wiem, że da radę, bo intelektualnie rozwija się w miarę prawidłowo, a rozwój ruchowy, pomimo opóźnień, też jest na dobrej drodze. Ale ile jest matek, które wiedzą, że po ich śmierci ich dziecko będzie skazane na… no właśnie nie wiadomo na co.

    Czy zdawaliście sobie sprawę, że te kobiety nawet kiedy raz na kilka miesięcy (a często rzadziej) mają możliwość wyjścia na kawę bez dziecka mają poczucie winy… i czują się osądzane (a właściwie są osądzane). Bo skoro zbiera 1% dla dziecka to dlaczego pije tę przeklętą kawę, kupuje sobie kosmetyk lub maluje włosy? Dlaczego mając chore dziecko ma prawo się uśmiechać, cieszyć czy marzyć o tygodniowym pobycie nad morzem lub na Mazurach. Bo my mamy do tego prawo, a One nie… A przecież i tak tego nie sfinansują z darowizn czy 1%, bo te fundusze są drobiazgowo rozliczane (wiem to od strony Fundacji). Bo tak łatwo jest oceniać. Przecież jeśli rodzina z niepełnosprawnym dzieckiem zmieni samochód to na pewno z tych pieniędzy „od nas”… co oczywiście nie jest prawdą.

    A te spaniałe kobiety pomimo wszystko nadal walczą… choć wiedzą, ze walkę przegrają. I cieszą się z najmniejszych sukcesów, uśmiechu, przytulaska czy przespanej nocy… pierwszej od kilku miesięcy. To mamy dzieci upośledzonych, uwięzionych w swoim ciele, dzieci ze spektrum autyzmu, zaburzeniami… To najdzielniejsze mamy świata… z których większość nie dostanie dziś laurek… ale które doceniają swoje macierzyństwo najbardziej.

    Kochane, nie ważne czy Wasze dziecko ma kilka miesięcy, kilka lub kilkanaście lat… lub trzydzieści… może to niewiele, ale podziwiam Was niesamowicie i w imieniu wszystkich dzieci, które nie są w stanie tego powiedzieć, ale okazują Wam to po swojemu, mówię Wam „dziękuję”

  • Jak przygotować się do przedszkola/ żłobka

    Dni są co raz dłuższe, słońce świeci coraz mocniej, a po deszczu czuć zapach wiosny… Wielu z nas z utęsknieniem spogląda na kalendarz i zbliżające się wakacje, urlopy. Jednak jest wśród nas spora grupa osób, która patrzy jeszcze dalej… na nadchodzącą jesień i dzień w którym ich dziecko po praz pierwszy pójdzie do przedszkola czy żłobka. Jak i kiedy zacząć się do tego przygotowywać? Czy trzy i pół miesiąca to mało czy dużo?

    Moja odpowiedź jest prosta… To dobry moment aby przygotować siebie i dziecko do nowych wyzwań i nowego miejsca. Celowo napisałam „siebie” jako pierwsze bo to nasze – rodziców nastawienie i przygotowanie ma kluczowe znaczenie w tym jak nasze dzieci będą wkraczały w świat żłobka czy przedszkola. Wielu z nas ucieszyło się kiedy otrzymało informację, że dziecko będzie przyjęte do placówki, ale jestem też pewna, że wielu też zadrżało z obawy… jak to będzie. A będzie różnie. Każdy z nas kiedy jest w nowej sytuacji może czuć się nieswojo, a co dopiero kilkulatek. Pomyślcie o tym co sprawia, że czujecie się pewniej w nowej sytuacji, jak się do tego przygotowujecie? A później to zróbcie. Po pierwszą rzeczą, która utrudnia szybką adaptację dzieciom, w dużej mierze jesteśmy my – rodzice.

    Dzieci są naszym barometrem i szybko uczą się wyczuwać nasz nastrój. Nie potrzeba słów aby wiedziały jak się czujemy. Dlatego zanim zaczniemy mówić dzieciom jak fajnie będzie w nowym miejscu sami się do tego przekonajmy. Oczywiście nie oznacza to, że w ogóle mamy się nie przejmować, ale warto nie panikować. Ja wiem, że dzieci tak szybko rosną i nie wiadomo kiedy stały się już duże. Ale takie jest życie, aby móc normalnie funkcjonować w dorosłości muszą nauczyć się zasad panujących w grupie, współżycia z innymi. Podjęliśmy już decyzję, że nasze dziecko będzie chodziło do żłobka lub przedszkola i tego się trzymajmy. Przecież wybraliśmy najlepszą naszym zdaniem placówkę (o tym jak to zrobić już pisałam), dlatego zaufajmy sobie i dziecku, że będzie dobrze. Bardzo ważne jest aby maluch czuł, że wierzymy w Jego możliwości. Wtedy dużo łatwiej będzie mu zmierzyć się z nowymi wyzwaniami.

    Co zatem warto zrobić przez te 3,5 miesiąca aby nasze dziecko było gotowe na TEN dzień? Na co zwrócić uwagę?

    Plan dnia

    Zawczasu warto zorientować się jak wygląda plan dnia w przedszkolu czy żłobku i skonfrontować go z naszym domowym. Najbardziej należy zwrócić uwagę na porę leżakowania oraz godziny posiłków. Nie zawsze są one takie jak u nas w domu. Warto pomalutku przestawiać dziecko na przedszkolne/ żłobkowe godziny, włącznie z porą wstawania, która będzie nam potrzebna we wrześniu. Nie zostawiajmy tego na ostatnią chwilę. Warto zorientować się czy w placówce obiad jest podawany dwa dania wspólnie czy jest dzielony. Niektórym dzieciom wiele czasu zajmuje przestawienie się na zupę i drugie danie jedno po drugim. Jeśli w jadłospisie często pojawiają się jakieś dania naszym dzieciom nie znane warto je wprowadzić w domu, aby miały potem łatwiej

    Moje rzeczy

    Warto wcześniej dowiedzieć się jak w placówce jest z przynoszeniem zabawek i przytulanek. Wiadomo, że ukochany miś czy kawałek kocyka dodaje odwagi, ale jeśli w przedszkolu/ żłobku wolą aby ich nie przynosić (coraz mniej jest takich miejsc) to warto do tego przygotować dziecko.

    Każdą nową rzecz, którą dziecko będzie używało w przedszkolu trzeba mu pokazać i wypróbować. Nowa pościel czy pidżamka najlepiej jak będą przetestowane w domu. Kiedyś chłopiec nie chciał się przebrać na leżakowanie bo twierdził, ze to nie jego pidżamka… mama włożyła do worka nową bez pokazania mu jej wcześniej. To samo tyczy się ręcznika, szczoteczki, worka czy kapci na zmianę. Po co powodować dodatkowy stres u dziecka. Jeśli będzie znało swoje rzeczy, dadzą mu one poczucie bezpieczeństwa.

    Pielucha i smoczek

    O ile nie są problemem w żłobkach to już przedszkolak z „pampersem” czy smoczkiem nie robi najlepszego wrażenia. Wiosna i lato są najlepszym momentem na naturalne odpieluchowanie dzieci. Ładna pogoda i dużo czasu spędzanego na świeżym powietrzu służy pożegnaniu się z pieluszkami. Problem smoczka wprawdzie dotyczy już bardzo małej ilości przyszłych przedszkolaków, ale jeśli wasze dziecko jeszcze nie pożegnało się z ulubionym „mońkiem” to trzeba to zrobić już dziś. Im starsze dziecko tym bywa ciężej, a rozstanie ze smoczkiem nie może kojarzyć się z pójściem do przedszkola, bo wówczas to ono będzie winione za to.

    Pozytywne nastawienie i mówienie

    Jeśli jest taka możliwość to warto skorzystać z jak największej ilości dni adaptacyjnych w przedszkolu. Warto czytać książeczki na ten temat, chodzić na spacery w okolice przedszkola czy żłobka. Jeśli dzieci z placówki korzystają z otwartych placów zabaw to warto aby nasze dziecko bawiło się tam w tym samym czasie. Będzie mogło poznać panie, starsze dzieci, ale też zasady jakie panują w grupie.

    Oczywiście należy jak ognia unikać (zakazać również ich używania rodzinie) typu „pójdziesz do przedszkola to Cię tam nauczą”, „skończyła się laba”, „w przedszkolu będziesz musiał to robić”. Nikt za nas nie wychowa naszych dzieci, więc jeśli my ich nie nauczyliśmy dobrego zachowania nie straszmy ich przedszkolem czy żłobkiem. Bo mogę Was zapewnić, że dzieci w placówce są w stanie opanować nowe zasady, ale w wielu przypadkach w domu nadal pozostają takie jak były.

    I tak na zakończenie… dzieci dorastają czy tego chcemy czy nie. Moim ulubionym określeniem jest, że „są one wędrowcami, którzy tylko pytają o drogę”. My wskazujemy tę drogę, opiekujemy się przez pewien czas, ale to wszystko od dnia narodzin prowadzi do usamodzielnienia się i dorosłości. Żłóbek czy przedszkole to dopiero jeden z pierwszych etapów.