Kategoria: Przeczytaj

  • Proszę nie róbcie tego swoim dzieciom

    Naprawdę bardzo dużo się o tym mówi. Jest wiele wpisów na forach, grupach „mamowych”, artykułów. Ale spacerując ostatnio z Marianką nadal widzę wielu rodziców, którzy robią krzywdę swoim dzieciom. Mam nadzieję, że są nieświadomi, a nie tylko wygodni. Mimo wszystko postanowiłam o tym napisać. Być może choć kila osób przejrzy na oczy i uchroni swoje dzieci przed tragedią.

    Pieluszka na budce wózka

    Nie powiem, że w zeszłym roku sama kilka razy nie użyłam pieluszki do ochrony Marianki przed słońcem. Po prostu nie wiedziałam, że robię Jej wilczą przysługę. Na szczęście nasz wózek nie chciał w tym względzie współpracować, pieluszka się osuwała (może dlatego, że zakrywałam tylko połowę budki?) i po 2 – 3 razach stwierdziłam, że wygodniej będzie kupić parasolkę. Na szczęście. Niedługo potem przeczytałam bardzo mądrą wypowiedź lekarza, który zadał proste pytania „Czy w budce zakrytej pieluszką jest czym oddychać? Czy jest tam chłodno i przewiewnie?”. Odpowiedź na te pytania brzmi oczywiście NIE. Pod pozorem ochrony przed słońcem fundujemy dzieciom przegrzanie – udar cieplny, brak powietrza – podduszenie. I jeśli to czytając myślicie, że przesadzam lub panikuję, to zapewniam Was, że tak nie jest. W sieci możecie przeczytać nie jedną i nie kilka historii maluchów, które trafiły do szpitala z udarem cieplnym lub problemami z oddychaniem po ochronie przed słońcem w upalny dzień. Jeśli myślisz, nas to nie spotka… to zastanów się czy chcesz eksperymentować na swoim dziecku i sprawdzić ile razy Wam się uda.

    Może to co pisze jest brutalne, ale to prawda. Czasem trzeba coś powiedzieć głośno tysiąc albo i więcej razy aby trafiło do zbiorowej wiedzy.

    A jak chronić dziecko w upalne dni przed słońcem? Ubierać odpowiednio do pogody, nie przegrzewać, używać kremu z dużym filtrem oraz zaopatrzyć się w dobrą parasolkę do wózka. A przede wszystkim zastanowić się czy w największy upał wychodzić z dzieckiem z domu.

    Nosidełko zamiast gondoli

    Bardzo modne są od jakiegoś czasu wózki 3w1. Moim osobistym zdaniem powinno się zabronić ich produkcji. Dlaczego? Bo nieświadomi (mam nadzieję, że nie leniwi) rodzice używają nosidełka zamiast gondoli. Z pewnością jest to wygodne, zwłaszcza na zakupach, czy gdzieś na wyjeździe. Nie trzeba targać ze sobą gondoli, wypinasz nosidełko z samochodu, wpinasz w stelaż i gotowe. Gotowe problemy dla naszego malucha.

    Znowu przesadzam? Znowu straszę? Znowu panikuję? NIE

    Bo to nieprawda, że inni tak robią i ich dzieci są zdrowe. Ta moda jest od kilku lat i większość dzieci tak wożonych jeszcze nie „pokazała” wszystkich swoich problemów. A jakie to mogą być problemy? Różne. Od wszelakich skrzywień kręgosłupa, problemem z napięciem mięśniowym, nauka PRAWIDŁOWEGO chodzenia, po wszelkiego rodzaju przykurcze. I większość z tych problemów pojawi się nie dziś nie jutro, a często nawet za kilka lub kilkanaście lat. I niestety nikt nie będzie pamiętał, że dziecko było wożone w nosidełku i to jest przyczyną.

    Zanim zabrałam Mariankę do domu ze szpitala, nasza rehabilitantka udzieliła nam wiele cennych rad. Jedną z nich było „Jak najmniej nosidełka”. Oczywiście, podczas przewożenia dziecka w samochodzie to jedyny sposób, ale potem… U nas nosidełko zostało wypięte z samochodu może kilka razy. Nawet jak szłam do lekarza, zostawiałam je, a Manię brałam na ręce. A dlaczego to wszystko?

    Czy zastanawialiście się kiedyś jak czuje się dziecko w takim nosidełku? Z pewnością nie siedzi w pozycji dla siebie naturalnej. Zwłaszcza najmniejsze dzieciaczki, które tak naprawdę nie są gotowe jeszcze do pozycji siedzącej czy nawet półsiedzącej. Często główka chowa się pomiędzy ramionkami, a bioderka są częściowo zablokowane. Zresztą… nie możemy mówić o jakiejkolwiek swobodzie, która jest tak wskazana dla maluszków. A gondola jak najbardziej sprzyja swobodzie ruchów i naturalnej pozycji.

    Jeśli to wszystko Was nie przekonuje, to po prostu spróbujcie sami usiąść w podobnej pozycji i zastanowić się czy będzie Wam wygodnie. A później pomyślcie o bólach kręgosłupa, skurczach mięśni i godzinach rehabilitacji. Nie dziś to za kilka, kilkanaście lub więcej lat. To dopiero początek życia naszych dzieci… nie nadwyrężajmy ich małych ciałek i nie fundujmy im początków problemów, których możemy uniknąć.

    Mam ogromną prośbę, jeżeli nie jesteście wśród osób, które używają pieluszek do ochrony przed słońcem i nosidełek zamiast gondoli, ale ktoś z Waszej rodziny lub znajomych to robi… spróbujcie go przekonać aby tego nie robił. Może moim tekstem, a może innymi krążącymi w internecie. My z Manią rehabilitujemy się od ponad roku i jeszcze wiele przed nami… nie ma sensu fundować tego dzieciom na własne życzenie. Bardzo Was wszystkich o to proszę… dla tych wszystkich dzieci pod pieluszkami i w nosidełkach.

  • Gdy las szumi wokół nas…

    Zamykam oczy i słyszę szum strumyka… szelest liści, które porusza wiatr. Czuję ciepłe promienie słońca, które delikatnie dotykają mojej twarzy. Gdzieś trochę dalej odezwał się jakiś leśny śpiewak… a tuż obok pszczoła pracowicie bzyczy w kielichu pięknie pachnącego kwiatu… W bose stopy łaskocze mnie zielona do niemożliwości trawa… Jest cudownie błogo, relaksująco i tak bardzo odprężająco… Otwieram oczy… i widzę, że nadal jestem wśród bloków, w mieście w którym być może jest dużo zieleni… ale jednak czegoś brakuje. Tej dzikiej i pięknej przyrody, która leczy. Leczy i uzdrawia ze szkód cywilizacyjnych.

    Dzisiejszy świat pędzi, skupia się na informacji, zdobywaniu, posiadaniu. Nowe technologie, sprzęty. To wszystko jest bardzo potrzebne, ale jednak potrafi negatywnie wpływać na rozwój naszych dzieci. Kiedyś podwórka pełne były dzieci bawiących się, śmiejących, rozrabiających. Dziś owszem widzimy maluchy z rodzicami na placach zabaw, ale już dzieci samodzielnie wychodzących na zewnątrz… Przynajmniej ja widują ich mało. Kiedyś karą było zostanie w domu, teraz wyjście na dwór. Oczywiście nie u wszystkich i nie wszędzie, ale jednak w wielu domach.

    Nasze dzieci, zresztą i my sami, spędzają dużo czasu przed ekranami telefonów, tabletów, laptopów czy telewizorów. Często mają problemy ze skupieniem się, zapamiętaniem szczegółów. W szkole często mówi się trudnościach w słuchaniu i czytaniu ze zrozumieniem. Jest dużo dzieci nerwowych, nadwrażliwych, nadpobudliwych… Zmiany cywilizacyjne i nowe wyzwania sprawiają, że i nowe problemy stają przed dziećmi i rodzicami. A jednak nie wszystko jest stracone. Możemy pomóc naszym dzieciom i sobie. Jest na to prosta recepta… natura.

    Jakiś czas temu czytałam wyniki badań, które jasno pokazują, że to właśnie natura bardzo pomaga niwelować wiele szkód cywilizacyjnych, które nieświadomie sobie fundujemy. Oczywiście nie zachęcam do rezygnacji z terapii i innych sposobów pomocy dzieciom z problemami, ale natura może bardzo pomóc. W badaniach tych mówiono, że dwutygodniowy pobyt na łonie natury, bez komórki, laptopa, itp. potrafi zniwelować kilkumiesięczne szkody. Dzieci po takim „detoksie” wracają nie tylko radośniejsze, ale i potrafią lepiej się skupić, są spokojniejsze, nastawiona bardziej na relacje. Nie bez powodu od ponad 100 lat harcerze wyjeżdżają na obozy i inne wyprawy. Metoda harcerska się sprawdza 😉

    A tak na poważnie. Bardzo fajnie jest wysłać dziecko na obóz czy kolonie, wspólnie – rodzinnie wybrać się na urlop na łono natury. Ale nie musimy czekać na wakacje. Jest coraz ładniej, tak naprawdę każdy weekend czy popołudnie możemy spędzić blisko przyrody. W Polsce jest tyle pięknych miejsc, których człowiek jeszcze nie zniszczył (i mam nadzieję, że nigdy tego nie zrobi). Niektóre są blisko, inne trochę dalej.

    Nie siedźmy w domu. Poszukajmy tych miejsc gdzie naładujemy swoje akumulatory i zniwelujemy to wszystko co źle wpływa na nas i nasze dzieci w ciągu tygodnia. Nie wyobrażajmy sobie tych pięknych miejsc… odkryjmy je… 🙂

  • KOCHAM jak to trudno powiedzieć…

    Coś co powinno być dla rodzica najprostsze na świecie, naturalne i niewymuszone… „Kocham Cię” sprawia wielu z nas problem. Wydaje się takie proste, czasami banalne, rzucone od niechcenia albo przeznaczone na specjalne okazje, wyczekane. Coś co daje dziecku siłę i wiarę. Coś co che się czuć a jednocześnie słyszeć. „Kocham Cię” – coś tak trudnego w swej prostocie. Te dwa proste słowa mają ogromne znaczenie nie tylko dla dzieci. Ale dziś skupimy się właśnie na nich. Jak odbierają te słowa lub ich brak. Kiedy są im potrzebne, kiedy dają najwięcej, a kiedy krzywdzą.

    Niestety nie każdy z nas w dzieciństwie słyszał „Kocham Cię” od rodziców, no może jeszcze od mam częściej ale już tatusiowie to raczej byli bardziej wstrzemięźliwi w tym temacie. Najzwyczajniej w świecie tak zostali wychowani, tak uważali, że jest najlepiej. Ważne aby dzieci czuły, że są kochane, zadbane i zaopiekowane. Nie musiały słyszeć od ojca, którzy trzymał emocje na wodzy „Kocham Cię”. A nawet jeśli już raz na jakiś czas to słyszały, to było to jakieś takie dziwne, krepujące i nie wiadomo było co z tym zrobić.

    Dziś jest całkiem inaczej. Nie boimy się swoich emocji, wiem jak są ważne i że trzeba umieć je nazwać. Uczymy dzieci jak sobie radzić z emocjami i uczuciami, jak je nazywać, jak uzewnętrzniać. A sami? Czy też to robimy. Czy wydaje nam się, że codziennie udowadniamy naszym dzieciom, że je kochamy. Przecież one wiedzą, czują, że tak jest. No i właśnie tu pojawia się problem. Dzieci, zwłaszcza małe nie są w stanie pojąć wszystkich intencji dorosłych, nawet rodziców. Często same nie wiedzą co czują, więc jak mają się domyślić co czują rodzice? Dlatego powinniśmy mówić naszym dzieciom, że je kochamy. I to nie raz na jakiś czas, ale często. Aby wiedziały, że to co od nas dostają to bezwarunkowa miłość, zupełnie niezależna od wszystkiego co się dzieje.

    I tu przechodzimy do kolejnej ważnej sprawy. Jak zadbać o to aby dzieci czuły, że nasza miłość jest bezwarunkowa? Bo niestety nie zawsze tak jest. Wszystko zależy od tego kiedy mówimy „Kocham Cię”. Czy to stwierdzenie pada po tym jak dziecko zrobi coś dobrze, odniesie sukces czy też w innych okolicznościach. Jeśli mówimy dziecku, że je kochamy w chwilach kiedy tak naprawdę czujemy dumę i zadowolenie to niestety nasza pociecha może stwierdzić „Rodzice kochają mnie za moje osiągnięcia i sukcesy”. A przecież nie o to nam chodzi. W takich chwilach trzeba powiedzieć, że jesteśmy dumni, zachwyceni, zadowoleni, uradowani… Bo to właśnie tak naprawdę czujemy, w tej danej chwili. Jeżeli nasze dziecko wpadnie w pułapkę takich myśli, to po każdej awanturze czy gorszych chwilach będzie myślało, że nie jest kochane. Po każdym niepowodzeniu lub zbyt małym jego zdaniem sukcesie – również. A przecież nie o to nam chodzi, prawda?

    Bezwarunkowa miłość polega na tym, że kochamy w każdej chwili i dobrej i złej. I to nasze dzieci powinny wiedzieć. Słowa „Kocham Cię” powinny słyszeć w różnych sytuacjach, najlepiej w takich neutralnych. Ale również po jakiejś kłótni czy nieposłuszeństwie. „Bardzo mi się nie podobało twoje zachowanie, zasmuciło mnie i zdenerwowało. Ale pamiętaj nieważne jak będę na ciebie zła i tak Cię kocham”. To właśnie w takich sytuacjach dzieci najczęściej mają wątpliwości i strach, że rodzić już ich nie kocha. To w takich sytuacjach, kiedy emocje już opadną, czułe słowa i przytulenie dają poczucie bezpieczeństwa. Co oczywiście nie zwalnia z konsekwencji złego zachowania. Bo dla mnie konsekwencja jest oznaką miłości – miłość i konsekwencja to nierozerwalna para.

    Ważne jest więc to aby mówić swoim dzieciom, że je kochamy. Niezmiernie ważny jest moment kiedy to robimy, ale też sposób. Czy jest to rzucone od tak „ja też Cię kocham” czy słowa, które rzeczywiście mają znaczenie. Niezwykle ważny jest kontakt wzrokowy i pewien rodzaj intymności. Ja często mówię Mariance, że Ją kocham tuż przed drzemką, kiedy razem leżymy. Patrzymy sobie w oczy i na słowa „Kocham Cię” moja 16 miesięczna córeczka uśmiecha się, a Jej oczy błyszczą. Widzę w nich, że Ona też mnie kocha, choć może jeszcze nie wie co to do końca oznacza.

    Takie proste dwa słowa… a jednak takie trudne. Słowa, które powiedziane w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób mogą uskrzydlać i dodawać siły… lub wpędzić w ślepy zaułek. Życzę Wam i sobie aby te proste słowa były dla nas proste.

  • Kochanie złap wiewiórkę… czyli jesteśmy częścią przyrody

    Spacerujemy sobie po parku z Marianką. Patrzymy… a tu wiewiórka przycupnęła pod drzewem. Zatrzymujemy się i próbujemy pokazać Mani zwierzątko. Zresztą kilka innych osób też z zaciekawieniem przygląda się rudemu stworzonku. Aż tu nagle słyszę za sobą głos „Kochanie popatrz wiewiórka… złap ją” i widzę pięcio- może sześciolatkę rzucającą rower, pędzącą bez opamiętania w stronę rudzielca. Nadal słyszę w głowie śmiech TYCH rodziców, widzących jak zwierzak z przerażeniem ucieka na drzewo przed ich córką. I tylko chyba dobre wychowanie i szok powstrzymały mnie przed skomentowaniem na głos tego co widziałam. A w głowie zrodziło się pytanie – Co Ci rodzice robią swemu dziecku… i nam wszystkim.

    Ktoś może powiedzieć, ot wielkie rzeczy, dziecko pogoniło wiewiórkę, bo to pierwsze i ostatnie dziecko? Z pewnością nie. I nie sam fakt, że dziecko próbowało złapać zwierzaka wprawiło mnie z równowagi. Ale jego rodzice. To, że to był ich pomysł oraz fakt, że bawiło ich, że córka z miną szaleńca rzuciła się w jednej chwili za ta nieszczęsną wiewiórką. Zresztą tak to też skomentowali na głos, co ich dziecko również słyszało.

    Dzieci mają prawo poznawać przyrodę, tak jak potrafią. Nasza Marianka też próbuje złapać gołębia lub zbliżyć się do wygrzewającej się na słońcu kaczki. Ale Jej na to nie pozwalamy. To wszystko są istoty żywe i należy im się szacunek. Jeżeli dzieci nie nauczymy szacunku do zwierząt to i z tym do ludzi będzie problem. Bo wszyscy jesteśmy częścią przyrody, razem żyjemy i koegzystujemy. Bez zwierząt, roślin nasz świat nie istniałby, takim jakim jest. A my go sukcesywnie niszczymy. A zamiast uczyć nasze dzieci szacunku do otaczającego świata, każemy im „łapać wiewiórki”.

    Zresztą cały czas słyszymy o wydarzeniach, które pokazują jak mało szanujemy to co nas otacza. Jak mało znamy. Jak nie doceniamy. I jak butnie podchodzimy do tego, że opanowaliśmy ten świat. Słyszeliście pewnie o tatusiu, który w ramach poznawania świata włożył dziecko do wybiegu w ZOO? Każde zwierze ma prawo się bronić. Każde ma swoje zwyczaje. A to, że ich nie znamy i nie doceniamy to tylko nasza ignorancja. Ja jestem człowiekiem, panem świata i robię wszystko co mi się podoba. Dziękuję Bogu, że temu dziecku nic się nie stało.

    Jaki piękny piesek, w sam raz na prezent… Jaki niedobry pies, zjada mi buty, trzeba go wyprowadzać… Zostawmy go gdzieś, oddajmy, porzućmy…

    Jakie piękne widoki… las, strumyk, słońce, cisza… w sam raz na wybudowanie apartamentowców… a że połowę tego lasu trzeba wyciąć….

    Zobacz jaka sarenka… sama jest… zabierzmy ją… A to, że nie wiemy, iż z pewnością jej mama jest blisko… cóż, po co znać zwyczaje dzikich zwierząt…

    Straciliśmy gdzieś z oczy bardzo ważną kwestię. A jeżeli sami o niej nie pamiętamy, to jak przekażemy ją naszym dzieciom. To wszystko co nas otacza zostało nam dane nie w posiadanie ale w opiekę… i jakoś to nam marnie wychodzi. Chcemy jeździć w cudowne miejsca, spędzać czas z rodziną, mieć piękne zdjęcia wśród maków… Ale zanim się obejrzymy tego wszystkiego nie będzie. Nie szanujemy przyrody… Nie uczymy tego naszych dzieci. A szacunek zaczyna się od najmniejszych spraw. O nim się nie mówi, go się czuje. Nie zdziwmy się kiedy nasze dzieci nie tylko przyrody nie będą szanować… ale i nas.

    Jeszcze jest czas… jeszcze możemy to zmienić. Wystarczy aby każdy z nas pokazał dzieciom jak piękny jest nasz świat i że warto się nim opiekować, a od przyrody dostaniemy tak wiele. A dziecko, które kocha to co je otacza wyrasta na człowieka, który szanuje wszystko i wszystkich.

  • Czasami bywa wesoło…

    Bycie rodzicem to nie łatwa sprawa, bywa ciężko… Są dni kiedy chcesz wyjść z domu, trzasnąć drzwiami i się nie odwracać… Są dni kiedy jesteś tak zmęczony, że padasz na twarz i masz ochotę zakopać się w kołdrę i nie wychodzić spod niej przez co najmniej tydzień… Są dni kiedy wszystko idzie nie tak jak powinno i nie tak jak planowaliście… Są dni kiedy spoglądasz za siebie i zastanawiasz się czy było warto… Ale są też dni kiedy jest wesoło…

    Te złe dni często przesłaniają nam radość i szczęście. A przecież tych dobrych jest równie dużo jak złych, a często nawet więcej. Tylko te czarne są bardziej widoczne i wyraźniejsze, mocniej odciskają się na naszych przeżyciach. A te dobre, wesołe i przyjemne są jakby codziennością i wnikają w nią. Stają się normą i nie wywołują takich silnych emocji. A przecież to one powinny dawać siłę i moc nam rodzicom. Tak jak dają ją dzieciom. BO one potrafią cieszyć się z drobnostek.

    Przecież codziennie mamy powody do uśmiechu, radości i wspólnej zabawy. Tylko czasami ich nie zauważmy. Czasami przechodzimy obok nich nie zwracając uwagi. Nie dając im szansy. Wspólne żarty, śmiechy, łaskotki, wygłupy… To z jednej strony tak niewiele, a z drugiej tak dużo… Ile trzeba żeby cieszyć się i radować? Tylko chęci i otwartość…. A przecież dzieci tak szybko dorastają…

    Czasami trzeba się po prostu zatrzymać i dojrzeć szansę na tę radość. Bo przecież rodzicielstwo to ogrom wzruszeń, miłości i radości. Żadne inne doświadczenie nie dostarcza nam takiej masy pozytywnych emocji i tyle szans na radość. I tak naprawdę wesoło nie jest czasami, ale może być zawsze. Często trudne chwile można pokonać właśnie uśmiechem i radością… dodać odrobinę humoru. To niełatwe, ale warto.

    Bo jak chcemy wspominać czas spędzony z naszymi dziećmi… Jak chcemy aby one wspominały ten czas? Podkreślajmy te wspólne cudowne chwile, skupiajmy się na wesołych doświadczeniach. A okaże się, że nie jest tak źle i że nie tylko bywa ale i jest wesoło.

  • Mówić czy rozmawiać?

    Dużo się o tym mówi, że aby dzieci zaczęły wcześnie wypowiadać pierwsze wyrazy, proste zdania i miały bogaty zasób słownictwa trzeba do nich dużo mówić. A najlepiej zacząć jak najwcześniej. Istnieją teorie, że należy rozpocząć już wtedy kiedy dzieci są w brzuchu. Jest coraz więcej świadomych rodziców, którzy chcą dla swoich dzieci i ich rozwoju jak najlepiej. Jednak pomimo wielu starań i mówienia do maluchów, te nie chcą przemówić. Często pytają mnie czy coś jest nie tak, bo przecież się starają. I tu pojawia się pytanie czy rzeczywiście wystarczy mówić?

    Oczywiście samo mówienie jest bardzo ważne, ponieważ dostarcza wiedzy o świecie, wzbogaca słownictwo i opisuje otaczającą rzeczywistość. Jednak to nie wystarczy aby zachęcić dzieci do mówienia. Dlaczego? Oczywiście nie mówię tu o dzieciach, które z różnych przyczyn mają zaburzony i opóźniony rozwój mowy – one wymagają terapii i intensywnego wspomagania. Mówimy o dzieciach, które rozwijają się w miarę równomiernie i nie mają innych utrudnień rozwojowych.

    Takim dzieciom mówienie do nich po prostu nie wystarcza. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na spacerze z koleżanką/ kolegą i ta osoba przez cały czas opowiada coś, co się jej przytrafiło. Nie bierze nawet wdechu, podczas którego moglibyśmy się „wciąć”. Nie pyta nas, nie podejmuje z nami rozmowy lecza prowadzi monolog. Czy po 10 – 15 minutach będzie się nam chciało coś mówić? A może stwierdzimy, niech się wygada? W takiej sytuacji chęć do rozmowy często nam przechodzi. Tak samo jest z dzieckiem. Już kilkumiesięczne zaczyna się z nami komunikować – próbuje podejmować z nami rozmowę. Oczywiście nie są to wyrazy – raczej odgłosy, dźwięki, pojedyncze głoski. Do tego kieruje gdzieś wzrok, wskazuje. To jest właśnie początek rozmowy. Jeśli jednak my tego nie zauważymy, nie wykorzystamy i nie włączymy się do rozmowy, dziecko szybko zaprzestanie. Będzie nadal słuchało tego co mówimy, będzie z pewnością dużo rozumiało, ale może nie wykazywać wcale chęci do mówienia. Oczywiście będą takie maluchy, które się tym nie przejmą i będą parły do przodu aby się komunikować, ale mówimy tu o dzieciach o silnej osobowości.

    W takim razie jak zacząć z dzieckiem rozmawiać, aby nie tylko do niego mówić. Uruchomić trochę wyobraźnię. Kiedy jesteśmy np. na spacerze i opowiadamy dziecku co widzimy, zadawajmy pytania. Dajmy czas na odpowiedź – dźwięk, głos. Wyobraźmy sobie co mogło dziecko odpowiedzieć, potwierdźmy lub zaprzeczmy. Nazwijmy to co dziecko mogło powiedzieć. Dajmy też mu czas na to aby to ono zaczęło komunikację, bądźmy czujni. Może zobaczyło ptaszka lub przejeżdżający samochód. Potwierdźmy co widzi, nazwijmy i opowiedzmy coś więcej. Bądźmy otwarci na kontakt. Z czasem dziecko będzie wypowiadało dźwięki coraz bardziej podobne do wyrazów lub takie, które będziemy w stanie zidentyfikować jako nazwa konkretnej rzeczy. Rozmawiajmy jak najczęściej to buduje relacje i więź ale też przygotowuje do przyszłych „prawdziwych” rozmów. Pokazuje dziecku, że najpierw jedna osoba mówi – potem druga. Już od małego możemy nauczyć szacunku i zasad kulturalnej rozmowy. To od nas zależy.

    Wiem, że dla niektórych rodziców taka rozmowa z maluszkiem, który jeszcze nic nie mówi może być krepująca lub trudna. Zwłaszcza w miejscach publicznych, na spacerze. Ale warto się przełamać, aby nasze dziecko nie tylko zaczęło mówić ale też z nami rozmawiać. Bo czego dziś się nauczy to wykorzysta później. Zwłaszcza kiedy będziemy rozmawiali o trudnych tematach np. z nastolatkiem.

    Zachęcam Was też do przeczytania mojego wpisu „Dlaczego jedne dzieci mówią wcześniej, a inne później”

  • Czyj to przyjaciel?

    Nie baw się z nim, nie widzisz jaki to łobuz. Idź do Krzysia to grzeczny chłopiec i będziecie się ładnie bawić… Czy ty naprawdę nie możesz znaleźć sobie innej koleżanki? Przecież wiesz z jakiej ona jest rodziny… Tylko od lekcji Cie odciągają ci twoi koledzy. Co ty w nich widzisz?… Taki obdarty zajączek Ci się podoba? Popatrz masz tyle innych zabawek, wybierz do spania coś innego… Wybierz… znajdź… lepszego… grzeczniejszego… lepiej się uczącego… z lepszej rodziny… mądrzejszego… ciekawszego… innego przyjaciela. Być może kiedyś sami usłyszeliście coś podobnego lub powiedzieliście tak komuś. Ale czy to coś złego?

    Z pewnością osoby wypowiadając przytoczone powyżej kwestie miały dobre intencje. Przecież chcemy aby nasze dzieci przebywały z osobami, które będą miały na nie dobry wpływ. Chcielibyśmy aby nawiązały przyjaźnie na całe życie. Aby na wspaniałych przyjaciół mogły liczyć zawsze. Aby mieli wspólne przygody i wspomnienia. A wszystko w otoczce bezpieczeństwa, rozsądku i naszej aprobaty.

    Zastanówmy się jednak czym jest przyjaźń dla naszych dzieci. Już maluchy nawiązują bliskie relacje z rówieśnikami. Rzadko mogą one przetrwać dłużej niż znajomość z piaskownicy czy przedszkola, ale są i takie. W tym wieku przyjaźnie zawiązują się tak samo szybko jak rozpadają. Są jednak naszym dzieciom potrzebne aby rozwijać się społecznie i emocjonalnie. Niestety nie zawsze te znajomości będą się nam podobały. Dzieci przyciągają często rówieśnicy, którzy są przebojowi, pomysłowi i energiczni. Co za tym idzie często uważamy takie osoba za „rozrabiaki”. Boimy się, że nasze dzieci też zaczną się tak zachowywać. Co zatem zrobić aby nasze pociechy nie nabrały złych nawyków, a jednocześnie abyśmy nie zaburzali ich emocjonalnego rozwoju. Co zrobić aby wspierać dziecko, a nie zachowania których nie akceptujemy?

    Zapytajmy dziecko dlaczego właśnie lubią Stasia czy Kasię. Powiedzmy, że cieszymy się, że mają przyjaciela, ale nie zmienia to zasad panujących w domu. Ustalmy, że nadal oczekujecie zachowania takiego jak do tej pory. Wytłumaczcie, że to iż przyjaciel w jakiś sposób się zachowuje, nie oznacz, że dziecko musi robić tak samo. Oczywiście dzieci powiedzą „To on już mnie nie będzie lubił”. Wytłumaczcie, że prawdziwy przyjaciel akceptuje nas takim jakim jesteśmy. Możecie sobie w tym pomóc np. jakąś książeczką (z pewnością znajdziecie jakąś propozycję w jednym z moich „książkowych” wpisów). Grunt to to, że nie zabraniamy się przyjaźnić – nie krytykujemy przyjaciela tylko przypominamy o panujących u nas zasadach. W ten sposób okazujemy szacunek i tego samego oczekujemy.

    W podobny sposób postępujemy przy starszych dzieciach. Rozmawiamy o przyczynach przyjaźni, jak powinna wyglądać, na jakich warunkach się opierać. Przypominamy o zasadach. Nie zabraniamy kontaktu, a jedynie nieakceptowalnych zachowań.

    Inny problem pojawia się w sytuacji kiedy nie akceptujemy przyjaciela, bo wydaje nam się zbyt mało „warty” naszego dziecka. To jest bardzo trudny problem, który tkwi w nas. Bo jakie mamy prawo aby oceniać jakim ktoś jest człowiekiem i jakim będzie przyjacielem. Jeśli jego zachowanie nie zagraża naszemu dziecku to kontakt z kimś kto jest inny niż nasza pociecha tylko może rozwinąć osobowość. Przyjaciel słabszy w nauce – pomoc zawsze rozwija. Ktoś z biedniejszego domu – nawet nie będę komentowała… Czasami warto zastanowić się nad samym sobą a nie oceniać innych.

    Pamiętajmy, że tak jak my nie chcielibyśmy aby nam ktoś wybierał znajomych, przyjaciół czy partnera – to samo tyczy się naszego dziecka. O ile taka znajomość nie zagraża jego zdrowiu i życiu nie mamy prawa ingerować. To brak szacunku i z pewnością wpływa niekorzystnie na naszą relację z dzieckiem. Pamiętajmy, że każdy kontakt z innym człowiekiem to szansa na rozwój naszego dziecka. W dużej mierze to od nas zależy czy będzie to doświadczenie pozytywne czy nie.

  • Zarządzenie najwyższej wagi!

    UWAGA! UWAGA! Ogłoszenie dla wszystkich rodziców! Aby nie zwariować, aby nie stracić radości bycia rodzicem swoich dzieci zarządzam dzień lenia! Żadnego sprzątania, zbytecznych obowiązków domowych, zamartwiania się, przyjmowania i chodzenia w gości, żadnej pracy, e-maili i innych temu podobnych… To jest właśnie ten dzień, kiedy Ty i twoja rodzina macie wynudzić się i leniuchować cały dzień! Tak powiedziałam ja. Czołowa propagatorka i praktykująca DZIEŃ LENIA 😉

    A tak na poważnie, to rzeczywiście każdemu z nas co jakiś czas przydaje się taki dzień lenia. Kiedy byłam jeszcze zabieganą singielką, raz na miesiąc lub na dwa robiłam sobie taki dzień. Telefon wyłączałam lub odkładałam gdzieś daleko, komputer też odpoczywał. Cały dzień wylegiwałam się w łóżku z lekką książką lub przed telewizorem oglądając raczej mało ambitne komedie amerykańskie lub programy na kanałach kobiecych. Ktoś z Was mógłby powiedzieć, że trwoniłam lub marnowałam te dni. Ktoś inny zaś, że dla niego to nie odpoczynek tylko „odmóżdżenie”. I od razu odpowiadam. Te dni były po to abym dała organizmowi odpocząć. Życie w ciągłym biegu dawało mu się we znaki, a raz na jakiś czas potrzebował się zrestartować. Dotyczyło to zawłaszcza mózgu, który zazwyczaj pracował na największych obrotach. I choć zazwyczaj odpoczywam raczej w sposób aktywny, czy to podróżując czy spotykając się ze znajomymi, to właśnie takie odizolowanie bardzo było mi potrzebne.

    No dobrze, singiel to sobie może pozwolić na wszystko. A co z rodzicami? My też mamy prawo, a wręcz obowiązek aby organizować dla siebie i rodziny dzień lenia. Dzięki temu nauczymy nasze dzieci, że czasami warto się wyłączyć i dać swemu organizmowi odpocząć. Wiadomo, że taki dzień trzeba zaplanować. A właściwie nie planować na ten dzień nic szczególnego. Obowiązki domowe mogą poczekać. Zamiast stać przy garach pół dnia zjedzmy coś co już mamy w lodówce lub zamówmy jakiś domowy obiad do domu. A kto wie, może nawet pizzę 😉 Urządźmy wspólne długie leżenie w łóżku, chodzenie do południa w pidżamach czy dzień bez makijażu. Przygotujmy coś fajnego do oglądania, może domowy popcorn? Niech ten dzień będzie bez pośpiechu, bez „spiny”, bez nikogo oprócz naszej rodziny. Taki nudny wspólny dzień. Gdzie będzie czas na turlanie się po łóżku, przytulanie, wygłupy i nic nie robienie. Pokażmy naszym dzieciom, że to też jest fajne.

    Oczywiście z maluchami może to być trochę kłopotliwe, ale nie niemożliwe. Można przecież zabrać je do swojego łóżka z zabawkami, abyśmy mogli się wylegiwać, a one żeby się bawiły. Wcześniej przygotujmy jedzenie, aby tego dnia „pracę” ograniczyć do minimum.

    Dużo się śmiejmy i odpoczywajmy. Tulmy i wariujmy. Wyłączmy się na innych, a włączmy na siebie. Dajmy odpocząć swemu organizmowi, a zwłaszcza mózgowi. A zobaczycie jak wspaniale się nam odwdzięczą. A dzieci będą czekały na kolejny DZIEŃ LENIA 🙂 Miłego odpoczynku <3

  • Aby nie zgubić się na Święta

    Sprzątanie, mycie okien, zakupy… Babka, sernik, pieczeń… śniadanie, obiad… święconka… goście… zajączek, jakieś głupie szukanie jajek (czego to z Ameryki nie skopiują). Tyle szykowania na dwa dni Świąt. Na Boże Narodzenia to chociaż dłużej wolne jest, a tu już we wtorek do pracy. A dzieci już od czwartku w domu siedzą, Ci nauczyciele to mają dobrze. Niech już będzie po wszystkim. Zostanie tylko sprzątania. A pogody ładnej i tak nie będzie… jak zawsze.

    Nie wiem dlaczego, ale kiedy rozmawiam o Wielkanocy, wiele osób właśnie tak ja postrzega. Dużo szykowania – mało świętowanie. Takie mało pozytywne nastawienie. A przed Świętami wiadomo mnóstwo sprzątania i zakupów. Wszystko w ciągłym biegu. I jakoś tak zapominamy, że dla chrześcijan to Wielkanoc jest najważniejszym ze świąt.

    Dla mnie również Boże Narodzenie ma ogromną magię i jest niezwykle rodzinnym świętem. Jednak to Wielkanoc jest tym czasem, kiedy moje serce bije jakoś inaczej. Dlaczego? Bo to szczególny czas. Całe przygotowanie, które zawiera post i Wielki Tydzień. Niedziela palmowa, która jest zapowiedzią nieuniknionego oraz Triduum Paschalne. Dla osób, które choć raz zagłębiły się w całe to misterium Wielkanoc jest czymś więcej. I warto to pokazać naszym dzieciom. Warto przygotować się do tych Świąt wspólnie, tłumacząc symbolikę i przekazując wartości. Pokazać, że to nie sprzątanie, zakupy, gotowanie i goście są najważniejsi.

    Ale aby to zrobić, trzeba najpierw samemu zastanowić się czy wiemy tak naprawdę czym jest Wielkanoc. Czy kiedykolwiek w dorosłym życiu przygotowaliśmy się do Niej w pełni? Czy potrafimy i chcemy pokazać naszym dzieciom czym jest Zmartwychwstanie? Bo może nie. Może jest nam dobrze tak jak jest. Może wystarczy jak sprzątniemy, ugotujemy, poświęcimy i zjemy. Może tak wystarczy.

    Ja będę chciała Mariance pokazać coś więcej. Z roku na rok będzie rozumiała więcej. Dziś jeszcze nie może uczestniczyć w Triduum Paschalnym czy Rezurekcji. Ale z czasem będzie, a za każdym razem zrozumie więcej, bo Jej to wytłumaczę. Wspólnie będziemy mogły odkrywać tajemnicę Zmartwychwstawania. Dlaczego Pan Bóg posłała swego jednorodzonego Syna aby odkupił grzechy całego świata, moje i Jej. Wspólnie będziemy płakały kiedy w Wielki Piątek usłyszymy słowa „dokonało się”. Wspólnie będziemy się cieszyć słysząc Alleluja! A kiedy podrośnie wspólnie będziemy nocą odwiedzać Groby Pańskie „sprawdzając” czy wszędzie Pan Zmartwychwstał. Bo właśnie to jest ważne w Wielkanocy, że jest Ktoś kto nas tak kocha, że oddał za nas życie. Znacie to… czyż tak nie postępuje najlepszy z rodziców.

    Może takie przeżywanie Wielkiej Nocy nie jest dla każdego. Ale z pewnością ważne aby nie zgubić w przygotowaniach tego co najważniejsze i aby nasze dzieci miały świadomość dlaczego są te Święta.

  • Dla kogo zwierzak?

    Ja chcę pieska… kup mi kotka… ale fajnego chomika ma Basia… te rybki są fantastyczne… marzę o myszoskoczku… naprawdę będę się nim opiekował… zrobię wszystko… Wcześniej czy później większość rodziców stanie naprzeciw takich zapewnień. W niektórych domach zwierzęta są jeszcze przed pojawieniem się dzieci i tu problemu nie ma. Jednak w wielu rodzinach dopiero kilkuletnie dziecko po raz pierwszy porusza temat zwierzaka. Wielu rodziców rozważa jakie i kiedy zwierzątko kupić dziecku. Nie zdają sobie jednak sprawy, że nigdy nie kupuje się zwierzęcia dla dziecka…

    tylko dla rodziny. Niezależnie ile dziecko ma lat i jak bardzo jest odpowiedzialne, to my rodzice podejmujemy zobowiązanie wprowadzając do domu zwierzę. Dziecko może być zmęczone, chore i wtedy nie zajmie się zwierzakiem… o on i tak musi być nakarmiony i zaopiekowany (wyprowadzenie na spacer, wymiana pisaku w kuwecie, wody w akwarium czy trocin). To na nas spada ten obowiązek. A wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z tego i ma potem pretensje do dziecka, że obiecywało a nie dba. Im mniejsze dziecko tym mniej zdaje sobie sprawę, że zwierzak to obowiązki na stałe, a nie na kilka dni. A nawet starsze dzieci mają z tym pewne problemy.

    Kiedy miała 15 lat, a moja siostra 10 w pracy u mojego taty urodziły się kocięta. Siostra strasznie prosiła rodziców o to aby jedno z nich zabrać do domu. Jak byłam przeciwna. Mówiłam rodzicom, że z tego będą same problemy. Oznajmiłam, że owszem jak już kot będzie w domu to go pewnie polubię, ale nie będę wyręczała siostry w opiece, a rodzice niech później nie narzekają. Nie cieszyłam się wcale, że miałam rację. Siostra dostała kotka, a większość obowiązków spadło na mamę. Kotka przebywała tylko w domu, nie wychodziła na zewnątrz. Każdy dłuższy wyjazd z domu musiał uwzględniać kogoś kto przyjdzie nakarmić kota. Dzikuska atakowała gości, a jak nas dłużej nie było to ze złości wyrzucała ubrania z szafek. Oczywiście były też o dobre momenty kiedy przychodziła się położyć koło kogoś na kanapie czy w chwilach słabości dała się pogłaskać. Ale jednak sporo było z nią problemów. Większość wynikała z baraku jej „wychowania” ale ja zawsze powtarzałam, żeby nie narzekali bo sami tego chcieli. Kiedy po 14 latach, pod nieobecność rodziców, musiałam Wiktorię uśpić bo bardzo chorowała – tez to przeżyłam, pomimo że byłam już dorosła i nie mieszkałam z rodzicami.

    Czy to znaczy, ze nie należy ulegać i wprowadzać zwierząt do domu. Oczywiście, że nie. Zwierzątko to trening odpowiedzialności, ale kontrolowany i wspomagany przez rodziców. Należy jednak wszystko przemyśleć i porozmawiać zarówno z dzieckiem jak i całą rodziną. Pamiętajmy, że każde zwierze żyje przez dłuższy lub krótszy czas, nie wszystkie da się zabrać ze sobą na wakacje i nie wszędzie. Musimy mieć kogoś zaufanego kto zaopiekuje się zwierzęciem podczas naszej nieobecności. Warto by było sprawdzić czy nasze dzieci nie są alergikami na sierść – jeżeli myślimy o zwierzęciu, które ją ma. Zorientujmy się też jakiej opieki wymaga dane zwierze i czy jesteśmy mu ją w stanie zapewnić. Na przykład jeśli jesteśmy „sowami” i lubimy dłużej pospać, a każde 5 minut rano to dla nas skarb, to może pies, którego trzeba codziennie rano wyprowadzić nie będzie dobrym pomysłem. Znajdźmy takie zwierze, które uzupełni naszą rodzinę a nie będzie sprawiało nam kłopot. Bo oddanie zwierzęcia po kilku tygodniach czy miesiącach… jest nie tylko niefajne ale też nie wychowawcze. Sprawiasz problemy, jest trudno – oddam Cię. Taki przekaz budujemy.

    Oczywiście jest też wiele pozytywów płynących z kontaktu ze zwierzętami. Ogromna dawka czułości i wrażliwości jaką dostają dzieci. Nauka szacunku do każdego żyjącego stworzenia. Zwierzę potrafi też zintegrować rodzinę. A takie, które żyje długo… zapełnić pustkę kiedy dzieci dorastają.

    Zanim zatem zgodzimy się na zwierzę w domu. Pamiętajmy, że nie kupujemy go dla dziecka tylko dla całej rodziny.